There's nothing wrong contemplating God under the chemtrails over the country club
: wt kwie 28, 2026 9:47 pm
#14
Nie czekał nawet, nie rozglądał się, po prostu robił swoje. Najpierw lunch w towarzystwie tych samych osób, co zwykle. Gigi od dawna nie bywała tam u jego boku, ale wymówka dla ciekawskich wciąż działała: praca, obowiązki, za mało czasu na przyjemności. Zresztą, odkąd wyniósł się z domu, nie widzieli się ani razu. Miał wrażenie, że w udzielaniu zbywających odpowiedzi osiągnął już poziom mistrzowski. Ludzie mu ufali, udawali przejętych, kończąc zdanie zawsze w ten sam kurewsko irytujący sposób… „och, jaka szkoda!”. Nikt tak pięknie nie udawał zainteresowania i przyjaźni od tłumu obrzydliwie bogatych snobów.
Następnie trochę interesów przy szklance whisky – nieważne czy chodziło o jego interesy, lubił być na bieżąco. Kto z kim, gdzie i w jakim celu. Jak dziewczęce ploteczki, tyle, że w męskim gronie; skupione na branży i biznesach śmietanki towarzyskiej.
Później powoli zaczynał z grą. Pogoda sprzyjała coraz bardziej, a w ładne dni wolał rozpoczynać golfa w porze, kiedy słońce nie grzało tak mocno w kark. Na odsłoniętym polu było to tym bardziej odczuwalne, jeżeli nie wiało, nawet przy niższych temperaturach.
Tym razem grał solo; przy okazji lekkiego treningu chciał oczyścić umysł. Oczekiwał chyba, że rozpościerające się hektarami tereny klubu golfowego pomogą mu się przyznać – przed sobą i przed Bogiem, w którego wcale nie wierzył – do tego, co naprawdę spierdolił. W takich miejscach jak St. George's Golf Club nie myślało się o bolączkach dnia codziennego, kiedy od progu witano cię lampką najdroższego szampana i poczęstunkiem z kawioru, a na deser oferowano nielimitowane włażenie w dupę. Wszystko w estetyce old money, by elita przez chwilę poczuła się lepiej od rodziny królewskiej.
A jednak tam, w tym luksusie, notorycznie powracał myślami do ostatniej rozmowy z żoną, zanim zatrzasnął za sobą drzwi BMW i wyjechał z garażu. To pierwsze zmartwienie. Drugie, jak się okazało, niebawem miało się zjawić.
Ściągnął z nosa okulary przeciwsłoneczne, zahaczając je o rozpięty kołnierzyk swetra polo. Słońce powoli zachodziło; na polu włączyły się pierwsze lampy.
Skupił się na postawie – wyprostował, pochylił w biodrach, lekko ugiął kolana. Kij uderzył w piłkę z zadowalającą płynnością, sprawiając, że na ustach Gardnera pojawił się cień uśmiechu. Dopiero odgłos kroków w tyle wyrwał go z zamyślenia.
— Panie Gardner — zaczął konsjerż — pani Bowman do pana.
Zerknął nieznacznie w bok, za moment powracając wzrokiem w kierunku dołka. Pod wieczór zdążył zapomnieć, że w ogóle zaoferował jej spotkanie. Postawił małe ultimatum, a tu proszę, przyjechała.
— Podać coś jeszcze?
— Dla mnie dolewka, dla pani… co zechce.
Mężczyzna zwrócił się do Darcy, a później ulotnił. Percy wyciągnął z kieszeni chusteczkę do kija, odwrócił go i zajął się czyszczeniem, zupełnie obojętny na jej pojawienie się.
— Witamy z powrotem — mruknął zgryźliwie. — Cały dzień ci to zajęło. Korki? Daniel nie zostawił helikoptera? Byłoby szybciej.