Strona 1 z 1

I knew you were trouble

: śr kwie 29, 2026 10:48 pm
autor: joe grainier

I knew you were trouble when you walked in
So shame on me now


Tym, co natychmiast przychodziło Joe Grainer do głowy gdy - nawet całe miesiące, a nawet i lata później - wracała pamięcią do swojego pierwszego, prawdziwego (choć nadal studenckiego) dyżuru w szpitalu, wcale nie była satysfakcja, że oto właśnie spełnia się jej największe życiowe marzenie, ani też nerwy zżerające ją od środka ze względu na presję jaką czuła zarówno od innych studentów, jak i własnych profesorów. Pamiętała, przede wszystkim, zapach chlorheksydyny - tak ostry i namacalny, że wydawało jej się, że mogła go niemalże posmakować, obracając w ustach jak landrynkę.
Było to, zresztą, w jakimś sensie nawet pomocne, bo Joe naprawdę wolała skupiać się na tej gryzącej woni, niż na świadomości, że jej własne serce próbuje wyskoczyć jej z piersi, bijąc tak głośno, że wcale by się nie zdziwiła, gdyby opiekun jej praktyk podniósł zaraz wzrok znad dokumentacji i powiedział: Grainier, jeśli nie przestaniesz panikować, wrócisz na teorię. A to byłoby przecież jeszcze gorsze, niż gdyby na praktyki miała nie dostać się wcale.

Joe nie znosiła, i nie potrafiła przegrywać, te nieliczne akademickie porażki, które mogła zliczyć na palcach jednej dłoni, przypłaciwszy długimi tygodniami pełnymi rozżalenia, samokrytyki, i wstydu. Nie pomagał przy tym wcale fakt, że jej definicją klęski było otrzymanie oceny gorszej, niż piątka z plusem.
Gdyby ktoś ją o to zapytał, Joe zapierałaby się, że wcale nie jest chorobliwie ambitna, i że wcale nie szuka poklasku, sukcesy osiągając raczej z lęku przed zawiedzeniem własnych nadziei, niż narcystycznej chęci by chwalono ją i podziwiano. Niezależnie od jej wewnętrznej motywacji, efekt był i tak dokładnie ten sam: Joe rywalizowała bez przerwy, i głównie z samą sobą. Na dyżurach pojawiała się długo przed ich planowym rozpoczęciem, zawsze w nieskazitelnym, świeżo wykrochmalonym kitlu, w którym jej drobna sylwetka tonęła jak w oceanie. Na odprawach stała zbyt prosto i sztywno; wszystko notowała obsesyjnie; na pytania prowadzących odpowiadała za szybko, cudze diagnozy poprawiając w myślach z taką precyzją i pewnością, jakby była co najmniej rezydentką, a nie studentką ledwie drugiego roku medycyny.
Wśród rówieśników, swoją postawą wcale nie zdobywała sobie zbyt wielu przyjaciół, powszechnie uważana za nadgorliwą kujonkę, którą inni studenci zwykle interesowali się wyłącznie na parę tygodni przed sesją, gdy nagle okazywało się, że Grainier jest najlepszym z możliwych źródeł notatek i ściąg na egzaminy. Profesorowie i superwizorzy żywili jednak do Joe jakiś rodzaj pobłażliwej sympatii, dodatkowe zadania i szczególnie ciężkie przypadki do opracowania zlecając jej chyba z litości.
Przecież wiedzieli, że kto, jak kto, ale Joan Grainier nie odmówi okazji, by nauczyć się czegoś nowego, przy okazji popisawszy się wiedzą nabytą niedawno na zajęciach. A jeśli oznaczało to zostanie na dyżurze nieco dłużej, i użeranie się ze specyfiką pacjentów trafiających na izbę przyjęć tuż po północy w piątek wieczór? Joe nie byłaby w stanie odmówić i takiej propozycji.

Dziś wcale nie było inaczej, i Joe - wypiwszy właśnie swoją czwartą kawę, i zapełniwszy chwilowo pustkę w żołądku połówką czekoladowego batonika - wmawiała sobie, że jest gotowa na przyjęcie kolejnych pacjentów, którym - pod nieco rozproszonym okiem przełożonego - miała za zadanie udzielać dziś podstawowej pomocy medycznej. Oznaczało to głównie opatrywanie drobnych ran, mierzenie ciśnienia i temperatury, oraz wysłuchiwanie najróżniejszych ludzkich skarg i tragedii, których Joe dopiero uczyła się nie traktować personalnie. Miała za sobą już osiem krótkich konsultacji, i przynajmniej drugie tyle przed sobą. I nawet kawa nie pomagała z faktem, że zmierzając ku poczekalni, Joe Grainier walczyła z pchającym jej się na wargi ziewnięciem. Zanim otworzyła drzwi dzielące korytarz od poczekalni, rzuciła okiem na listę pacjentów, odnajdując na niej pierwszą z osób, które miała przyjąć do gabinetu.

Colton Jay Lewis. DOB: 26.03.1997. Godzina przyjęcia: 22:33.


Nie mówiło jej to nic oprócz tego, że mężczyzna -
chłopak musiał czekać na przyjęcie niespełna dwie godziny. Miał szczęście. O tej porze często czas oczekiwania rozciągał się i do sześciu.
- Pan Lewis? Zapraszam do gabinetu - Zaczęła, dopiero teraz unosząc wzrok znad notatki, i jakimś cudem nagle wiedziała, że to musi być on tak szybko, jak jej wzrok napotkał jego sylwetkę.

Colton Lewis

I knew you were trouble

: czw maja 07, 2026 10:44 am
autor: Colton Lewis
Toronto stało się dla niego nowym-starym domem. Chociaż obiecywał sobie perspektywę nowego startu w życiu oraz nowej niepisanej czystej kartki to rzeczywistość szybko weryfikowała życie. Stare przyzwyczajenia oraz brak innej perspektywy, problemy i nadmuchany obraz tego, że wyszedł z dołka. To wszystko nie było takie łatwe i proste, gdy raz wchodzi się w ciemny świat oraz w te niezbyt dobre biznesy, potem jest już tylko gorzej. Problemy, które zostawił za sobą były wierzchołkiem tego co zapoczątkowało dalej jego los. Porzucone studia i marzenia, ambicje stające się jedynie wspomnieniem oraz brutalność życia, jakie zaczął wieść. Chciał wtedy zarobić szybki pieniądz, nie w głowie miał aby samemu brać ten syf, jeden towar i felerna noc. Ktoś w Ottawie opłakiwał stratę młodej dziewczyny, której serce nie wytrzymało naporu białego proszku na organizm. On sam spękał, uciekł w popłochu i nie oglądał się za siebie. Toronto go nie znało, nie musiał się tutaj o nic bać ani oglądać się za siebie. A mimo to wiódł dalej beznadziejna życie, ukrywał się za dnia w kołdrze, gdzieś na dnie społeczeństwa w klitce z kiblem w jednym pomieszczeniu z sypialnią. Odżywał jedynie nocą, próbując dopasować się do tego nurtu, to w nocy najwięcej się działo i najwięcej można było osiągnąć. Skoro już sam siebie spisał na straty, na stanie się marginesem - to dlaczego nie zacząć na nowo to samo?
Prochy i nielegalne sprawy dawały najszybszy sposób na zarobek, bez oczekiwania do danego dnia miesiąca na wypłatę, na wypruwanie żył na prostym etacie, bez wysiłku. To z kolei zakrawało z kolei o to co moralne i bezpieczne, o to jaka adrenalina potrafi zadziałać na człowieka. On sam nie był za używkami, może i spróbował kilka razy ale finalnie odciął się od tego. Z kolei to nie przeszkodziło mu w tym aby sprzedawać prochy innym, bawić się tym jak łatwo zdobyć kontakty, jak studenci są nagrzani na biały proch. To z kolei dodawało mu kolejną sferę do ataku - bogaci i ich imprezy, srogo zakrapiane i bez opamiętania. To tam od czasu do czasu potrafił coś ukraść albo obserwować kto czym się chwali. Tak mógł coś zarobić dodatkowo, bez wysiłku ale z dreszczykiem emocji na karku.

Polubił znacznie to co robił, a przecież miał wyjść na prostą i odsunąć się od tego ciemnego świata. Przymus jednak biedy oraz brak funduszy na życie w Toronto, zmusiły go do tego ruchu, tak jakby ktoś przystawiał mu nóż do gardła czy broń do skroni. Doskonale wiedział jak niebezpieczne mogą być pewne ruchy, gdy przesadzi i weźmie za dużo aby sprzedać i spieniężyć. Wiedział doskonale, że ludzie nie będą pytać tylko użyją siły i zrobią przedstawienie aby zapamiętał na następny raz dobrze sytuację i obrót spraw w TYM towarzystwie. Był głupi myśląc, że tak łatwo obróci ten towar, w końcu nie znał jeszcze tak dobrze miasta i nie miał siatki kontaktów, które by pomogły. Był chciwy jednak na szybki zarobek, którego potrzebował jak ryba potrzebuje wody, niestety. Ten wieczór zapowiedział się słabo gdy nadjechał jego szef swoim czarnym Cadillaciem na dużym i szerokich kołach. To był jedynie łącznik pomiędzy inną grubą rybą, która obracała różnymi biznesami w mieście. Na jego nieszczęście przekaz był jasny - dokopać mu na tyle aby pamiętał z kim 'tańczy'. Po wszystkim Colton leżał na chodniku próbując dojść do siebie, bolał go brzuch ale i skroń. Z łuku brwiowego lała się krew jakby właśnie zarżnięto świniaka, a warga również ucierpiała, dając metaliczny posmak w ustach krwi, która powoli zasychała. Trochę mu zajęło aby się zebrać, ktoś pomógł się wpakować do zwykłej taksówki, z zaleceniem jednego kierunku - szpital.
Na miejscu padł jak kłoda na krzesło po paru wypełnionych kartkach, które podpisał i które wręcz przesiąkły jego krwią. Tłumaczył, że to zwykłe pobicie i nic mu nie będzie ale coś dla świętego spokoju został na miejscu...

Obudziło go jego nazwisko, które ktoś wołał kilka razy, jego mięśnie były jak z waty, a on sam czuł jak ciężka jest jego głowa. Potrzebował opatrzenia i szycia na początek, może pobrania krwi do badań, trochę oceny brzucha i tego co z nim po tych kilku ciosach. Z daleko wręcz krzyczało, że ma za sobą bójkę - nie pierwszą i nie ostatnią. Poczłapał więc do gabinetu bez słowa kiwając głową, na znak że Lewis, Colton Lewis to właśnie on. Nie odzywał się póki co więcej, tak jakby każdy ruch wargi miał boleć. Krew zdążyła niby zaschnąć ale wciąż potrzebował chociaż małych oględzin, których sam sobie być nie zrobił. Olałby sprawę. - Ten drugi wygląda gorzej..- rzucił trochę w ramach chwalenia się albo zapewnienia, że twardy z niego zawodnik i takie rany wojene jak te to nic, akurat.


joe grainier

I knew you were trouble

: pt cze 19, 2026 9:10 pm
autor: joe grainier
Joe nie wierzyła, że w ogóle da się żyć bez jakiegoś grama hipokryzji. Jasne, z pewnością nie pochwaliłaby tych podwójnych standardów Coltona, który nie brał prochów przez świadomość ich dewastującego wpływu na jego własny organizm, ale jednocześnie nie wahał się przed sprzedawaniem ich innym dla własnej korzyści i zarobku, ale byłoby zwyczajnym kłamstwem gdyby sama próbowała udawać, że zawsze przestrzega tych samych zasad, które zalecała innym. Ile to razy bowiem zdarzało się, że podczas praktyk urządzała pacjentom pogadanki o tym, jak groźny jest nadmierny stres, i jak powinni dbać o swoje zdrowie, ulepszając własny styl życia... tylko po to, by wrócić potem do domu, w którym kuliła się w oknie paląc papierosy w sekrecie przed starszym bratem, i zarywała noce gdy nerwy i lęk spędzały jej sen z podpuchniętych zmęczeniem powiek?

No właśnie.

W autodestrukcji było zresztą coś niesamowicie satysfakcjonującego. Jakaś kojąca siła, która choćby na moment uciszała wielogłos myśli o przyszłości, na którą Joe w gruncie rzeczy nie miała ani planu, ani ochoty. Colton pakował się w kłopoty z prawem, wystawiając na szwank własne życie i bezpieczeństwo, a Joan raz po raz wpadała we wnyki przepracowania, braku snu i perfekcjonizmu graniczącego z samounicestwieniem, ale w gruncie rzeczy robili chyba dokładnie to samo, tylko na dwóch krańcach społecznego spektrum; on na marginesie, ona ponoć na szczycie socjalnej drabiny (bo czy nie uważało się często, że lekarzom było jakby bliżej do Boga). Obydwoje uciszali głos emocji adrenaliną, i samych siebie zapewniali przy tym, że przecież wcale nie było z nimi jeszcze tak najgorzej.

Prowadząc blondyna korytarzem w stronę gabinetu, Joe miała świadomość jego młodości w sposób niemal absurdalny. Nie mógł być od niej zbyt dużo starszy, ale było w nim coś, co kojarzyło się z dziećmi, którym nigdy nie przysługiwało prawdziwe dzieciństwo, jakby w jego wnętrzu mały chłopiec permanentnie szamotał się z dorosłym mężczyzną.
Pchnęła drzwi, przepuszczając go przodem wprost w gardziel rażącego swoją sterylnością pomieszczenia. Szpital był publiczny, więc brakowało mu udogodnień które zapewniała prywatna opieka zdrowotna — wszystko było odrobinkę zbyt ciasne, zbyt zużyte i za mało prywatne, ale mimo to Joe ceniła sobie tę przestrzeń, i na pamięć znała każdy jego szczegół. Każdą rysę na biurku, każdy odprysk farby przy framudze, każdą lampę świecącą odrobinę zbyt zimnym światłem.
Teraz, w tym właśnie jaskrawym świetle, przyglądała się Coltonowi uważnie, jakby starając się już teraz zawczasu ocenić, czy w ogóle powinna prowadzić jakąkolwiek diagnostykę wstępną, czy też od razu wysłać go piętro niżej, do kolegów z ostrego dyżuru. Wyglądał na zaćmionego, ale nadal przytomnego — i choć rdzawa czerwień na jego twarzy i ubraniu wyglądały dość dramatycznie, nic w mowie jego ciała nie wskazywało, że chłopak zamierza zaraz wykrwawić jej się na podłodze gabinetu i wyzionąć ducha. Postanowiła więc podjąć to wykalkulowane ryzyko i zamknęła za nimi drzwi gabinetu.

- Ten drugi wygląda gorzej.

Colton mógł nie zdawać sobie z tego sprawy, ale mniej więcej to samo mówiło jakieś pięćdziesiąt procent pacjentów trafiających na izbę przyjęć po bójce. Pozostałe pięćdziesiąt dodawało jeszcze, że „powinna zobaczyć tamtego faceta”.
— Mhm. — Potaknęła, starając się zachować neutralny ton głosu, choć jej umysł zaczął już przyspieszać, gdy lustrując sylwetkę Lewisa wzrokiem starała się połączyć kropki i wydedukować faktyczny powód jego obrażeń. — Wspaniale. — Podjęła ten sam niby-żartobliwy ton, którym się do niej zwrócił. — W takim razie obaj możecie być z siebie bardzo dumni.
Zaraz podeszła bliżej, przyglądając się dokładniej rozcięciu nad łukiem brwiowym chłopaka. Nadal była tylko studentką, i wciąż popełniała błędy, potrzebowała podpisów starszych lekarzy pod połową decyzji, które podejmowała, i nadal zdarzało jej się wracać wieczorami do domu z poczuciem, że wie o ludzkim ciele stanowczo za mało, by ktokolwiek powinien powierzać je jej opiece. Ale uczyła się od najlepszych, i od najtwardszych. I tak jak oni, potrafiła być uważna, czujna, i niepodatna na najróżniejsze wymówki i wybiegi pacjentów.
— Usiądź — Nakazała, ruchem dłoni wskazując medyczną leżankę. Gdy to zrobił, przyciągnęła sobie stołek na kółkach i usiadła naprzeciwko, parę centymetrów poniżej linii jego wzroku. Zadarła głowę, wbijając w Coltona nieznoszące sprzeciwu spojrzenie. Za mało spała, wypiła za dużo kawy i spędziła zbyt wiele godzin słuchając ludzi, którzy twierdzili, że nic im nie jest, żeby obchodzić się z nim teraz jak z przestraszonym nastolatkiem, który rozciął sobie kolano na rowerze. — Będziesz musiał mi powiedzieć, co się stało. — To nie było pytanie, raczej stwierdzenie faktu. I już po pierwszej sekundzie wiedziała, że Lewis najpewniej znowu skłamie. Nie dlatego, że był wyjątkowy, ale ponieważ kłamali wszyscy pacjenci, i o wszystkim. O ilości wypijanego alkoholu, o liczbie wypalanych co dzień papierosów, o obfitości dawki narkotyków, które rozszerzały ich źrenice do średnicy dużej monety. O skali bólu, o tym, kto ich uderzył, kto zaczął i kto skończył, i w jakim stanie. Kłamali, bo bali się konsekwencji — zupełnie, jakby Joe nie była pracownikiem systemu ochrony zdrowia, a zagniewanym rodzicem, który zaraz da im szlaban albo pogrozi palcem. Kłamali też dlatego, że nie widzieli sensu w mówieniu prawdy. Joe zmrużyła oczy.
— I poproszę o wersję dla dorosłych, bez cenzury. — Przeniosła wzrok na jego twarz, a potem niżej, na szyję, obojczyki i sposób, w jaki trzymał własne ciało w chwiejnym pionie. — Widzę rozcięty łuk brwiowy, obrzęk wargi. Ślady po kilku uderzeniach z różnych kierunków. Prawdopodobnie bolesność jamy brzusznej? — Nie była pewna, ale sposób, w jaki Lewis się poruszał sugerował znaczący dyskomfort właśnie w tym obszarze. — Będę potrzebowała wiedzieć, czym zadano te ciosy. Ilu ich było. Czy uderzali w głowę. Kopali. Czy na jakimś etapie straciłeś przytomność?

Colton Lewis