Strona 1 z 2

I'm not a junkie, right?

: pt maja 01, 2026 10:40 pm
autor: Elsa Eriksen
To miał być naprawdę miły wieczór. I oczywiście noc. Bo kiedy Dante zadzwonił i zapytał czy nie chciałaby po pracy pójść z nim do klubu na drinka albo dwa, a przy okazji potańczyć, oczy jej się zaświeciły jak kule dyskotekowego, choć nie mógł tego zobaczyć to po jej tobie głosu, gdy odpowiadała, że postara się jak najszybciej wyrobić ze wszystkimi klientkami, że była naprawdę zadowolona z tego pomysłu. W końcu ostatnim razem totalnie o tym nie pomyślał, więc miło, że powoli uczył się na swoich błędach.
W międzyczasie poprosiła Larsa, aby przyjechał po swoich zajęciach na uczelni po Olive i zabrał ją do domu rodziców, bo jednak nie przewidywała powrotu do siebie. Wiedziała, że klub, o którym mówił Dante był w dzielnicy, w której to wynajmował mieszkanie, więc chyba najbardziej logicznym rozwiązaniem by było, gdyby noc spędzili właśnie u niego. Zwłaszcza, że nie przewidywała przedłużenia imprezy na najbliższe kilka dni, jak to chłopak miał w zwyczaju… a żeby ułatwić mu podjęcie decyzji o powrocie do domu, ubrała się odpowiednio — opinające pupę skórzane spodnie, bluzka z głębokim dekoltem… istniało też duże prawdopodobieństwo, że zapomniała o staniku. I cóż… oczywiście, że od ich ostatniego spotkania jej kolor włosów znów uległ zmianie. Jakoś tak po sytuacji w jej domu, kiedy pierwszy raz nazwał ją swoją dziewczyną, trzymał ją za rękę i bardzo długo nie puszczał, przykleiły się do niej wspomnienia z imprezy u Chrisa, a że wtedy miała różowe włosy… no to jakoś tak wyszło, że ta farba sama jej się wlała do miseczki. No ale żeby jej buzia nie wyglądała przez to zbyt cukierkowo, postawiła na odpowiednio mocny makijaż oka. I po minie Dantego mogła zgadywać, że chyba mu się podobała w tym wydaniu.
Sama impreza minęła chyba dobrze. Elsa naprawdę świetnie się bawiła. Kiedy tańczyła na parkiecie, uśmiech nie schodził jej z twarzy, nawet pozwoliła sobie na dosyć słabego drinka alkoholowego, bo zgodnie z jej prośbą, barman wlał jej tylko połowę tego, co normalnie powinno się tam znaleźć. No i nie siedzieli tam też niewiadomo jak długo. Sam Dante też nie nalegał. Wystarczyło chyba to, że Elsa raz nachyliła sie nad jego uchem i wyszeptała kilka motywacyjnych słów, a niewiadomo kiedy znaleźli się już na zewnątrz i niemal biegli do jego mieszkania.
Nie trudno się domyśleć finału, którego z pewnością jej struny głosowe i wszystkie mięśnie miałyby pamiętać jeszcze następnego popołudnia.
Ale oczywiście coś musiało pójść nie tak…
Nad ranem obudziły ją silne bóle migrenowe. Nie chciała budzić Dantego i zawracać mu głowy, więc sama udała się do kuchni i zajrzała do szuflady, w której miał trzymać leki. Po omacku wygrzebała szklaną buteleczkę, która łudząco przypominała te, w której zazwyczaj sprzedawany był ibuprofen. I możliwe, że była tak zdesperowane narastającym bólem głowy, że nie zwróciła uwagi na brak etykiety, ani na odmienny kształt tabletek tylko od razu łyknęła dwie pastylki. Przez pierwsze kilka sekund nic się nie działo. Stała oparta o blat, zaciskając palce na krawędzi, czekając aż ból zacznie ustępować.
Ale zbyt długi nie czuła znajomego rozluźnienia, które zwykle przynosiły leki przeciwbólowe. Wręcz przeciwnie — świat jakby… przesunął się o kilka centymetrów. Obraz lekko zadrżał, a żołądek ścisnął się nieprzyjemnie.
Spróbowała zrobić krok, jednak musiała natychmiast oprzeć się mocniej o blat. Podłoga nie była tam, gdzie powinna być. Albo raczej… ona nie była tam, gdzie powinna być względem podłogi.Serce przyspieszyło.
W głowie zaczynało jej szumieć. Migrena nie zniknęła — przeciwnie, pulsowała jeszcze mocniej, tylko teraz dochodziło do niej coś jeszcze. Coś jakby dziwne ciepło rozlewające się po ciele, lekka dezorientacja. I to uczucie… jakby była jednocześnie zbyt lekka i zbyt ciężka.Zacisnęła powieki, licząc, że uspokoi to wirujące obrazy. I może obrazow nie było, ale jej głowa zdawała się jechać kolejną rundę na karuzeli.
Zrobiła jeszcze jeden krok. I to był błąd. Z hukiem upadła na ziemię, wypuszczając z ręki szklaną buteleczkę bez etykiety.

No naprawdę, że też musimy zajmować się ćpunkami. Skoro brała to musiała wiedzieć, co ją czeka, jakie są tego konsekwencje! Co z tego, że się zatrzymała w karetce?

A daj spokój, zajmuje w tym momencie miejsce kogoś, kto bardziej potrzebuje pomocy lekarskiej. Bo co? Bo ma bogatego tatuśka?

On chyba nawet zna ordynatora oddziału… co nie zmienia faktu, że jego córka to ćpunka. Na odwyk z nią a nie do szpitala…


Nie wiedziała, ile czasu minęło od tego wypadku do odzyskania przez nią przytomności. Ale wiedziała, że nie była ani u siebie, ani u Dantego. Charakterystyczne pikanie wszelkich aparatur, założona na twarzy maska tlenowa i uczucie, że była podpięta do setek kabelków było wystarczającą wskazówką. Nie wspominając o tych przemiłych rozmowach prowadzonych przy jej łóżku, które słyszała trochę jak przez mgłę. Ale jedno słowo utkwiło jej mocno w głowie…
Ćpunka
Otworzyła niemrawo oczy. Na szczęście sala, w której się znajdowała była zaciemniona, więc nie zaatakowało ją ostre światło i sterylna biel. Ale wszystko było tak zamazane jakby oglądała świat z wody, nie mając na oczach okularów. Powoli jednak przedmioty nabierały wyraźnych kształtów. Nie mogła się ruszyć, więc starała się objąć wzrokiem jak największą powierzchnię i wtedy kątem oka zobaczyła, że ktoś siedział przy jej łóżku. I gdyby nie te roztrzepane, brązowe loczki… nie byłaby w stanie za cholerę zgadnąć.
— Dante…?

Dante Levasseur

I'm not a junkie, right?

: pt maja 01, 2026 11:32 pm
autor: Dante Levasseur
Obudził się na chwilę przed tym, jak miało okazać się, że poprzedni naprawdę udany wieczór miał zmienić się w wyjątkowo fatalny poranek. I to nie za sprawą ewentualnego kaca, który tym razem najwyraźniej zamierzał mu odpuścić. Ani też nie przez to, że miejsce w łóżku, które powinna zajmować Elsa, okazało się być puste. Zwłaszcza, że zanim mógłby w ogóle zastanowić się nad tym, co mogłoby wyciągnąć ją z sypialni tak wcześnie, usłyszał dobiegający z kuchni hałas.
I to zdecydowanie wystarczyło, aby natychmiast zerwać się z łóżka. Bo definitywnie nie brzmiało dobrze – co zresztą potwierdziło się, gdy tylko stanął w progu kuchni i zauważył ją leżącą na ziemi. Choć nawet nie mógł jeszcze domyślać się, jak bardzo beznadziejna była sytuacja. Przynajmniej do chwili, kiedy klękając obok niej, mimowolnie nie zerknął w kierunku leżącej na podłodze buteleczki, która wprawdzie odturlała się nieco dalej i pewnie byłaby dość łatwa do przeoczenia, ale… zdecydowanie wyglądała zbyt znajomo. I z całą pewnością nie kryła w sobie ibuprofenu…
Nie miał pojęcia, w którym dokładnie momencie zadzwonił po karetkę – a przecież musiał to zrobić, powoli wpadając w panikę, kiedy nie był w stanie w żaden sposób jej dobudzić… – a wszelkie szczegóły związane z zabraniem jej do szpitala i jego drogi zamówionym Uberem w to samo miejsce, zlały się w jakąś pogmatwaną i wyjątkowo irracjonalną całość. Podobnie jak to irytujące oczekiwanie na korytarzu, zanim jedna z pielęgniarek uznała wreszcie, że mógł wejść na salę i że może nawet nie powinien tam jakoś szczególnie przeszkadzać. Choć może akurat całkiem dobrze się składało, że nie pozwoliły mu na to wcześniej. Zdecydowanie nie chciałby bowiem słyszeć tej ich rozmowy, do której z całą pewnością nie byłby w stanie nie wtrącić się w żaden sposób. I to w swoim stylu, najpewniej wywołując imponującą awanturę, która raczej ani nie była nikomu potrzebna w tym momencie, ani też nie skończyłaby się tym, że rzeczywiście mógłby zostać na sali razem z Elsą…
Za to zdecydowanie zbyt dobrze pamiętał tę pierwszą myśl, która nasunęła mu się jeszcze w kuchni wynajmowanego mieszkania i która od tamtej pory tkwiła uparcie w jego głowie. Bo przecież to przez niego Elsa wylądowała właśnie tutaj. Gdyby nie te cholerne tabletki, to nic by się jej nie stało. Mieliby pewnie spore szanse na spędzenie wspólnie całkiem miłego poranka, a może i dalszej części dnia, jeśli akurat nie miała zbyt wcześnie umówionych żadnych klientek. Teraz jednak, kiedy tkwił przy jej łóżku wsłuchując się w przyprawiające o ból głowy dźwięki całej tej szpitalnej aparatury i czekając aż miałaby się obudzić, koncepcja miłego dnia, czy choćby tego minionego, naprawdę miłego wieczoru wydawała się zadziwiająco odległa.
Hej… – nie zauważył wprawdzie kiedy otworzyła oczy, jednak słysząc swoje imię, odruchowo mocniej ścisnął jej rękę, której nie puszczał chyba od momentu, kiedy wreszcie mógł obok niej usiąść. – Jak się czujesz…?
Może i było to pytanie, które śmiało można byłoby zaliczyć jednocześnie do tych najgłupszych, jak i chyba najczęściej pojawiających się w szpitalnych salach, ale… co innego miałby jej powiedzieć? Że był idiotą, który pozwolił na to, żeby nieświadomie połknęła jego tabletki, z którymi przy kompletnym braku tolerancji nie powinna w ogóle mieć styczności, jeśli nie chciała wylądować w miejscu, w którym właśnie się znajdowali…? Możliwe, że faktycznie było to coś, co powinno paść z jego strony. Podobnie jak przeprosiny, że przez niego była właśnie tutaj. Tylko… już nawet ledwie tych kilka słów trudno było mu wydusić przez gardło ściśnięte strachem o nią, poczuciem winy i złością na samego siebie. Nie był więc pewien, czy w tej chwili było go stać na jakąkolwiek dłuższą wypowiedź, a takiej chyba wymagałoby wyrażenie wszystkiego tego, co przychodziło mu na myśl. Póki co musiało więc wystarczyć jej spojrzenie, w którym dość wyraźnie wszystkie te odczucia musiały się odbijać. I raczej nie było możliwości, by jakkolwiek mogła je przyćmić ulga wywołana tym, że przynajmniej była już przytomna – i to najwyraźniej na tyle, by móc się do niego odezwać.
Przepraszam… – dodał jeszcze, odwracając przy tym spojrzenie i zawieszając je na stojaku od kroplówki, wciąż jednak nie zamierzając puszczać jej dłoni. I faktycznie nie będąc w stanie sprecyzować, za co właściwie ją przepraszał. Ale to przecież powinna doskonale wiedzieć. Zakładając, że rzeczywiście pamiętała dlaczego trafiła do tej cholernej sali…
A kiedy pojawiła myśl o tym, że w zasadzie całkiem prawdopodobne było, że mogłaby tego nie pamiętać… chyba musiał uświadomić sobie, że ta była jeszcze gorsza od towarzyszącej mu świadomości, że absolutnie była to jego wina. Nie sądził, by był w stanie zrelacjonować jej to, czego mógł bez większego problemu domyślić się znajdując ją na podłodze w kuchni. I naprawdę miał nadzieję, że nie będzie musiał tego robić, bo… wystarczająco uwierająca była myśl o tym, że w sporym stopniu to on za to odpowiadał. Wystarczająco dobijające było przekazanie lekarzowi informacji o tym, co wzięła Elsa i co doprowadziło ją do tego stanu. Szczerze wątpił więc, czy dałby radę opowiedzieć jej mniej więcej to samo, jedynie w nieco mniej rzeczowy sposób…

Elsa Eriksen

I'm not a junkie, right?

: sob maja 02, 2026 8:38 pm
autor: Elsa Eriksen
Potrzebowała dłuższej chwili, aby poczuć ten przyjemny ścisk jej dłoni. Ale kiedy już to do niej dotarło, delikatnie poruszała palcami, nieznacznie miziając palcami rękę Dantego. Znajome ciepło pozwoliło jej się oswoić z sytuacją, w której się znajdowała. Próbowała sobie poskładać wszystkie elementy układanki wczorajszego wieczoru i który moment mógł sprawić, że wylądowała w szpitalnym łóżku połączona do kilku monitorów i kroplówki. Ich wspólna zabawa w klubie była dosyć wyraźnym wspomnieniem, ale nie przypominała sobie, żeby wydarzyło się tam coś złego. Z nikim się nie biła, nie musiała żadnej blondynce tłumaczyć, co oznacza dziesięć metrów od mojego faceta, bo inaczej wyrwę wszystkie tlenione kłaki. Do tego pilnowała wszystkich swoich drinków, zaczynając od samego ich przygotowania przez barmana po wypicie ostatniej kropli. Od czasów nastoletnich ojciec jej wbijał do głowy, że choćby to miała być domówka z samymi znajomymi to ma swoich napojów nie zostawiać, bo nigdy niewiadomo na jakiegoś śmieszka trafi. A jeśli już by jej się zdarzyło to cała zawartość kubka miała lądować w zlewie.
Potem wrócili do domu i tam raczej byli zajęci czymś zupełnie innym… a jeszcze później… pamiętała, że bolała ją głowa. Ale żeby aż tak bardzo…?
Powoli i ostrożnie odwróciła głowę w bok, aby móc spojrzeć na Dantego. Widziała, że się martwił. Po roztrzepanych włosach mogła zgadnąć, że kilkanaście razy je przeczesywał zamaszystym ruchem, a zaczerwienione oczy sugerowały, że nie spał za długo. Znowu coś się działo i to przez nią.
— W… porządku… — wymamrotała cicho, siląc się na delikatny uśmiech. Czuła się odrętwiała, ale nie obolała. Możliwe, że to zasługa leków przeciwbólowych, które jej podano.
Słysząc jego przeprosiny, spojrzała na niego zdezorientowana. Chyba nie bardzo rozumiała, dlaczego to robił. Ale nim zdążyła cokolwiek mu na to odpowiedzieć, drzwi od jej sali otworzyły się w gwałtowanie trzasku, a do środka wszedł jej ojciec. Ubrany w zwykłe jeansy i golf, z jednodniowym zarostem i nieułożonymi włosami. Dyszał, jakby właśnie przebiegł maraton, a rozbiegane oczy uspokoiły się dopiero gdy znalazły Else — przytomną.
— Córcia… króliczku mój… — wypowiedział jak modlitwę, szybkim krokiem podchodząc do jej łóżka. Przyłożył dłoń do policzka i czoła dziewczyny jak zawsze postępował, aby sprawdzić czy nie miała gorączki. Jednak chłodna temperatura skóry wcale go nie uspokoiła.
— Tato… co… co ty…
— Zadzwonili do mnie jak tylko przyjęli Cię na oddział… miałaś płukanie żołądka, bo zażyłaś jakieś podejrzane tabletki… skarbie… — mówił przejętym tonem. Nie był w tej chwili Casperem Eriksenem — bezwględnym prawnikiem, chłodnym, kalkulującym każdy ruch przeciwnika adwokatem. Był ojcem, którego ukochane dziecko prawie umarło w drodze do szpitala. Był przerażony.
Elsa przymknęła lekko powieki, czując dziwny ból głowy, jakby wszystkie procesory w jej mózgu próbowały sobie dokładnie przypomnieć przebieg ubiegłej nocy.
Migrena. Franca ją obudziła i zmusiła do opuszczenia objęć Dantego. Poszła do kuchni i tam w jednej z szuflad znalazła buteleczkę z ibuprofenem.
Buteleczkę bez etykiety. Z pastylkami o innym kształcie niż te przeciwbólowe, które normalnie zażywała.
Faen.
— Przepraszam… musiałam coś pomylić… ja… nie wzięłam nic specjalnie… ja… nie jestem ćpunką… prawda? — Jęknęła cicho, zaciskając mocniej palce na dłoni Dantego. Jeszcze chwilę temu chciała go poprosić, aby ściągnął jej tę przeklętą maskę tlenową, ale czuła, że w tym momencie bardzo jej pomagała. Zdenerwowała się, o czym mogło poinformować szybsze pikanie jednej z aparatur.
— Skarbie, nie jesteś… spokojnie… ja pójdę podpisać kilka dokumentów odnośnie twojego ubezpieczenia, a ty odpoczywaj, dobrze? — Pogłaskał ją czule po włosach po czym odsunął się. Kiedy jednak mijał Dantego rzucił krótkie "chodź ze mną po czym oboje opuścili salę. Nie odchodzili daleko. Zatrzymał się zaledwie kilkanaście metrów dalej, wystarczająca odległość, aby Elsa nie widziała ich przez szybę w swojej sali, ani nie usłyszała jej rozmowy.
— To było twoje, prawda? Możesz mi powiedzieć jakim trzeba być debilem, żeby trzymać takie rzeczy na wierzchu? Bo nie uwierzę, że Elsa grzebała ci po szafkach i dla zabawy postanowiła łyknąć sobie garść tego gówna! Gdzie to było? W apteczce? W szafce z talerzami? A może położyłeś sobie na szafce nocnej? — Gdyby wzrok mógł zabić, Dante najprawdopodobniej byłby właśnie transportowany do szpitalnej kostnicy. Bo o to przed nim stał ten sam Casper Eriksen co w sali Elsy — ojciec dziecka, które prawie zginęło i właśnie miał przed sobą sprawcę tego zdarzenia. — Ćpaj sobie co chcesz i ile chcesz… ale ona… — Głos mu się załamał. — Ona się przez ciebie zatrzymała, rozumiesz?! Mogli jej nie odratować!

Dante Levasseur

I'm not a junkie, right?

: ndz maja 03, 2026 6:58 pm
autor: Dante Levasseur
Chyba nie do końca był w stanie uwierzyć w to jej w porządku. Tak samo zresztą, jak w ten ledwie widoczny pod maską uśmiech, który nawet w połączeniu z jej placami poruszającymi się na jego dłoni, i tak nie był w stanie wywołać większego poczucia ulgi. Fakt, była przynajmniej przytomna i najwyraźniej całkiem nieźle kontaktowała, ale… wciąż jednak była tutaj. A to oznaczało, że kompletnie nic nie było w porządku.
Chociaż… najwyraźniej mogło być jeszcze gorzej, o czym mógł przekonać się, kiedy do sali wparował jej ojciec. Jasne, jego obecność nie powinna w żadnym razie dziwić i trudno byłoby mieć mu jakkolwiek za złe dość oczywistej troski o córkę… Tyle, że wciąż nie zmieniało to faktu, że ta właśnie obecność momentalnie sprawiała, że cała ta pochrzaniona sytuacja stawała się jeszcze trudniejsza i – zaskakujące, że w ogóle było to możliwe – jeszcze mniej komfortowa. I może właśnie dlatego tym razem Dante zamierzał bez słowa sprzeciwu przyjąć rolę szpitalnego mebla, który można było tak po prostu zignorować i który nie miał potrzeby zaznaczania swojej obecności żadnym idiotycznym komentarzem, tkwiąc po prostu obok i nie zamierzając ani na moment puszczać dłoni Elsy. Zresztą, może nawet powinien być poniekąd wdzięczny Eriksenowi, który zrelacjonował powód jej znalezienia się w szpitalu zdecydowanie lepiej, niż sam byłby w stanie to zrobić… Słysząc jednak jej odpowiedź i czując palce zaciskające się na jego dłoni, nie mógł jednak oprzeć się wyjątkowo dokuczliwemu w tej sytuacji odczuciu, że znowu to robiła. Tłumaczyła się i przepraszała za coś, co w żadnym razie nie było jej winą. W odpowiedzi przesunął kciukiem po wierzchu jej dłoni w geście, który być może mógłby uchodzić za uspokajający, gdyby… w tych okolicznościach faktycznie tak niewiele miało wystarczyć, by kogokolwiek uspokoić.
Z początku przeszło mu wprawdzie przez myśl, że mógłby tak po prostu zignorować to krótkie polecenie, które skierował do niego Eriksen. Bo przecież byłoby to całkiem wygodne rozwiązanie… Zwłaszcza, że naprawdę nie chciał puszczać jej dłoni, ani tym bardziej zostawiać jej nawet na chwilę. W szczególności na rzecz rozmowy z jej ojcem, która… najpewniej i tak należała do jednej z tych nie do uniknięcia, więc może rzeczywiście lepiej byłoby mieć to za sobą. Podniósł się jednak dopiero po chwili, niechętnie wypuszczając jej rękę ze swojej.
Zaraz wrócę – obiecał jej jeszcze, zanim wyszedł za Eriksenem na korytarz.
A chociaż zwykle miewał zdecydowanie za dużo do powiedzenia, ilekroć miał z nim do czynienia jeszcze jako nastolatek, tym razem… widocznie nawet nie zamierzał jakkolwiek wcinać się w słowo, dając się mu wypowiedzieć bez jakichś kompletnie zbędnych komentarzy ze swojej strony. Zdecydowanie nie zamierzał też idiotycznie wypierać się, że tabletki, które połknęła Elsa faktycznie były jego. I że najwyraźniej rzeczywiście był debilem, skoro te leżały po prostu pomiędzy wszystkimi innymi lekami… Pewnie w jakiś sposób mogłoby usprawiedliwiać go to, że nie miał przecież pojęcia, że dziewczyna będzie czegokolwiek z tej cholernej szuflady potrzebować, ale… chwilowo chyba nawet niespecjalnie myślał o jakichś próbach usprawiedliwiania się.
W szufladzie z lekami. Musiała… faktycznie się pomylić – stwierdził dość bezbarwnym tonem, nie patrząc na niego, za to opierając się plecami o chłodną ścianę. Mógłby pewnie dojść do wniosku, że pakowanie się w tę rozmowę zdecydowanie nie należało do najlepszych możliwych pomysłów i że wolałby jednak odwrócić się na pięcie już teraz i wrócić do Elsy, ale… to chyba i tak dalej nie umniejszałoby tego cholernego poczucia winy. I to nie z powodu zniknięcia na trzy dni, czy nawet tych kilka lat, tylko…
Momentalnie podniósł wzrok na jej ojca, kiedy ten wspomniał o tym, że zatrzymała się. Przez niego. Oczywiście, że przez niego, z czego przecież i tak aż nazbyt dobrze zdawałby sobie sprawę, nawet bez wyraźnego podkreślania tego na głos. Choć jednak stosunkowo szybko odbijające się w tym spojrzeniu całkiem szczere przerażenie, musiało ustąpić miejsca złości. Na siebie samego – za to, że rzeczywiście choćby i kompletnie nieświadomie, ale jednak dopuścił do tego. Ale też na Eriksena – za to, że mówił o tym w taki sposób, jakby uważał, że Dantego w żadnym stopniu to wszystko nie obeszło. I że miałby przejąć się dopiero tą właśnie informacją. Albo wręcz przeciwnie, zbagatelizować również ją i uznać, że absolutnie nic się nie stało…
Nie podsuwałem jej nic specjalnie, o ile to właśnie próbujesz sugerować – wycedził, tym razem nie odwracając już wzroku i może zdając sobie sprawę z tego, że skupianie się na złości skierowanej na stojącego przed nim mężczyznę może i nie miała większego sensu, ale… zdecydowanie było to łatwiejsze rozwiązanie w tej sytuacji. – Ani nie wiedziałem, że będzie chciała wziąć coś z tej pieprzonej szuflady. Inaczej sprawdziłbym co to jest i czy będzie dla niej bezpieczne… Mi też na niej zależy i…
…nie darowałbym sobie, jakby faktycznie coś jej się stało.
Ostatnie, niedokończone zdanie wypowiedział już mniej poirytowanym tonem, jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że całkiem dobrze było mieć tę ścianę za plecami. Przynajmniej wciąż miał jakieś względnie stabilne podparcie w momencie, gdy coraz wyraźniej docierało do niego, jak niewiele brakowało, by rzeczywiście coś jej się stało. Coś znacznie poważniejszego od płukania żołądka i pobytu w szpitalu, a co Casper całkiem dosadnie wyraził w swojej wypowiedzi.

Elsa Eriksen

I'm not a junkie, right?

: ndz maja 03, 2026 9:01 pm
autor: Elsa Eriksen
Mogła się jedynie domyślać, dlaczego ojciec nie chciał rozmawiać z Dante w jej sali. I chciała zaprotestować, mocniej ściskając dłoń chłopaka, a przynajmniej tak jej się wydawało, bo w końcu już samo odwrócenie głowy w jego stronę kosztowało ją sporo wysiłku. Ale nie zamierzała kopać nogami w kołdrę, ani rzucać się po łóżku w geście protestu. Oczywiście, wolałaby, aby jej ukochany Loczek został przy niej, jednak to co się nauczyła jako dziecko to to, że jednak z Casperem Eriksenem nie warto było wchodzić w jakiekolwiek negocjacje.
— Poczekam… tutaj… — wymamrotała, starając się użyć jak najbardziej wesołego tonu. No tak, chciała brzmieć trochę zabawnie, aby rozluźnić wystarczająco już ciężką atmosferę. W końcu każdy w tej sali strasznie się o nią martwił. Gdyby było inaczej, obudziłaby się w samotności…
Gdy jej ojciec w końcu znalazł odpowiednie miejsce do rozmowy, kawałek korytarza, gdzie nie siedział przy ścianie żaden z pacjentów, a pielęgniarki nie krzątały się jak podczas wiosennych porządków, odwrócił się w jego stronę, niemalże mordując go wzrokiem. Wszystkie pytania, które padły z jego ust nie wymagały tak naprawdę odpowiedzi, ponieważ doskonale je znał. Wiedział, że to co łyknęła Elsa należało do Dantego. Nigdy przecież nie przyszłoby mi nawet do głowy, że jego córka miałaby trzymać podobne używki na własny użytek czy pchać się chociażby w dealerkę. Wiedział też, że to musiało być dosłownie na wierzchu, że raczej nie trzepała mu kieszeni albo nie wywalała rzeczy w szafach i szufladach, aby znaleźć te konkretne tabletki.
Zacisną ukryte w kieszeniach spodni pięści, słysząc jak potwierdził, że Elsa musiała się pomylić. Musiała. Się. Pomylić… gdyby nie trzymał w domu tego gówna to jedyne co by pomyliła to ibuprofen z paracetamolem. I nie wiedział czy w tym momencie powinien dziękować niebiosom, że nie znalazła w tej szufladzie czegoś, co by ją przekręciło od razu na miejscu.
Odetchnął głośno na te jego wyjedzone słowa i jedną ręką przejechał po zmęczone twarzy.
— Gdybym chociaż przez sekundę miał myśl, że ją namawiałeś do wzięcia czegoś to pod salą czekałaby na ciebie policja. — stwierdził zgodnie z prawdą. — Ale wiem, że byś tego nie zrobił — dodał po chwili nieco spokojniej. Bo choć nigdy za nim nie przepadał, irytował go sam jego widok i to jeszcze zanim zaczął spotykać się z Elsą. To wydawał się naprawdę o nią dbać, tak jak mógł dbać o swoją dziewczynę nastolatek. Wielokrotnie przecież pluł sobie w brodę, że w ogóle zapytał się córki czy mogłaby pomóc w nauce pasierbowi jego znajomego. Choć nigdy nie wracała do domu zdenerwowana, a na każdego "jak było na korkach" odpowiadała "świetnie, Dante chyba się do mnie przekonuje" po czym znikała za drzwiami swojego pokoju, aby przygotować materiały na następne ich spotkanie… nie spodziewał się, że kiedyś go przedstawi jako swojego chłopaka. Ale niezależnie od tego jakie miał o nim zdanie, jego córka była przy nim naprawdę szczęśliwa. Po każdej imprezie odprowadzał ją do domu, wielokrotnie użyczając jej swoją kurtkę czy bluzę. Widywał go też na trybunach podczas zawodów pływackich Elsy… więc kim on, Casper Eriksen, był, żeby dawać sobie prawo do odbierania jej tego uśmiechu, który pojawiał się na jej buzi, ilekroć tylko ten pojawiał się w zasięgu jej wzroku.
Nie umknęło mu to przerażenie w oczach Dantego, gdy wspomniał o tym, że serce przestało bić, gdy wieźli ją karetką. Czyli nie wiedział.
— Dobrze, że byłeś i… i szybko zareagowałeś. Gdyby zatrzymała ci się w domu… — Najwyraźniej nie był w stanie dokończyć tej myśli. Nawet nie wiedział jak mógłby to zrobić. Wyobrażenie, że Elsa nie leżałaby na sali intensywnej terapii a w szpitalnej kostnicy było zbyt bolesne…
— Ale skoro ci na niej zależy to może czas wreszcie skończyć liceum i zacząć zachowywać się jak na dorosłego przystało… idź już do niej. Nie powinna być teraz sama, a ja pójdę załatwić papierologię. Potem też przywiozę jej rzeczy — dodał jeszcze i chwilę po tym oddalił się do gabinetu ordynatora. Mógłby to zrobić gdzieś na recepcji, ale wolał jednocześnie się upewnić, że Elsa będzie pod dobrą opieką i nikomu nie przyjdzie nawet do głowy, aby bagatelizować jej stan z powodu, że przedawkowała narkotyki. W końcu doskonale wiedział jak niektórzy lekarze i pielęgniarki podchodzili do leczenia ćpunów.
A ta rzekoma ćpunka dalej leżała w swojej sali i patrzyła przez szybę, wyczekując powrotu Dantego. Nawet rękę zostawiła w tej samej pozycji, aby po ponownym zajęciu miejsca przy jej łóżku, mógł znów ją bez problemu chwycić.
I nieważne ile czasu minęło, czy chłopak wrócił do niej od razu po zakończonej rozmowie z Casperem, czy może skoczył sobie po kawę albo po prostu potrzebował chwili dla siebie nim na nowo pojawił się w jej sali, gdy tylko otworzył drzwi, uśmiechnęła się najpromienniej jak tylko potrafiła i na ile pozwalał jej obecny stan.
— Jesteś… ściągniesz maskę… proszę? Chcę… chcę buzi… — wymruczala leniwie. Od razu też spróbowała delikatnie podnieść głowę, aby ułatwić mu ściąganie tej przeklętej maski tlenowej.
— Była pielęgniarka… pytałam o wodę to… to mam się cieszyć… że w ogóle… dogląda kropl…plówkę… patrzyła jakbym… bym była robalem… ja… źle wyglądam?

Dante Levasseur

I'm not a junkie, right?

: pn maja 04, 2026 5:20 pm
autor: Dante Levasseur
Nie spodziewał się, by rozmowa z Eriksenem mogła plasować się w kategorii tych łatwych. Na pewno nie w tych okolicznościach i na pewno nie, jeśli dodatkowo wzięło się pod uwagę ich… raczej nie najlepsze wzajemne relacje. O ile jednak mógłby z dużą dozą prawdopodobieństwa zakładać najróżniejsze mniej lub bardziej uzasadnione oskarżenia rzucane pod jego adresem, to… zdecydowanie nie spodziewał się akurat tego – począwszy od tej pewności Eriksena co do tego, że niczego nie podał jego córce celowo, poprzez stwierdzenie, że dobrze, że Dante tam był, a skończywszy na odesłaniu go z powrotem do niej. Przy czym chyba już to pierwsze stwierdzenie wystarczyło, by Levasseur mógł dojść do wniosku, że tym razem być może jednak mógł odpuścić sobie, normalną w każdych innych okolicznościach, chęć znalezienia natychmiastowej odpowiedzi na każde jedno zdanie Caspera. Zwłaszcza, że tym razem zaskoczenie przebiegiem rozmowy można było chyba uznać za wystarczające, żeby całkiem skutecznie mogło zmotywować do zwyczajnego zamknięcia się. Więc najwyraźniej od czasu do czasu Dante potrafił zrobić nawet to.
Wprawdzie szanse na to, że tych dwóch miałoby rzeczywiście znaleźć jakąś nić porozumienia i wreszcie się ze sobą dogadać, wciąż były raczej niewielkie, ale… chyba przynajmniej faktycznie Dante nigdy nie dał mu większych powodów, by ten mógł zwątpić w to, że naprawdę zależało mu na Elsie. Choć pewnie na to akurat Casper mógłby dość drastycznie zmienić pogląd, gdyby nie jej irracjonalna skłonność do wstawiania się za innymi nawet w sytuacjach, gdy kompletnie na to nie zasługiwali i jej drobne kłamstwo dotyczące tego, jak w rzeczywistości wyglądało ich rozstanie po wyjeździe Dantego z miasta.
Tymczasem… skoro tej prawdziwej wersji nikt raczej nie zamierzał mężczyźnie przedstawiać, a z kolei z jego stwierdzeniem odnośnie tego, że Elsa nie powinna być teraz sama, trudno było się nie zgodzić – rzeczywiście odwrócił się po prostu na pięcie, kierując się z powrotem w stronę właściwej sali. I możliwe wprawdzie, że przynajmniej przez moment przeszło mu przez myśl, że być może powinien dać sobie przynajmniej chwilę – choćby na zakup tej nieszczęsnej kawy – zanim do niej wróci, jednak ta akurat myśl wyjątkowo szybko zdążyła się ulotnić. A on w żaden sposób nie próbował jej zatrzymywać.
Nawet jeśli kawa – chociażby i ta wyjątkowo podła, serwowana w szpitalnym automacie – mogłaby wydawać się całkiem niezłą opcją, to… chyba jednak nie była priorytetem w tym konkretnym momencie. Póki co, chciał po prostu faktycznie jak najszybciej wrócić do niej. Bez zwiedzania korytarzy w poszukiwaniu jakiegoś automatu i – przede wszystkim – bez zostawiania sobie zbyt długiego czasu na możliwe analizowanie tego, co mogłoby wydarzyć się, gdyby sprawy potoczyły się jeszcze gorzej…
Nie mógłby nie odpowiedzieć jej uśmiechem, nawet jeśli do tego, który pojawił się na jego twarzy, poniekąd musiał się zmusić. Wcześniej starając się wyprzeć z pamięci odbytą przed momentem rozmowę z jej ojcem, a w kolejnej chwili rzeczywiście podchodząc ponownie do jej łóżka, by zdjąć z jej twarzy maskę. A także spełnić tę drugą część prośby, na moment nachylając się nieco bardziej i składając na jej wargach krótkiego całusa.
Na pewno lepiej od niej. Możesz jej to zresztą przekazać, jak przyjdzie znowu – wprawdzie postarał się o to, żeby przynajmniej ten lekki uśmiech wciąż pozostał na jego twarzy, ale utrzymanie go po usłyszeniu jej słów, zdecydowanie nie należało już do najłatwiejszych zadań. Tym bardziej, że najprawdopodobniej sam chętnie wykorzystałby najbliższą możliwą okazję, by wspomnianej pielęgniarce przekazać parę słów. Najpewniej trochę ostrzejszych, niż te, które w mimo wszystko dość łagodny sposób miałyby odnosić się do jej wyglądu.
Poczekaj chwilę, przyniosę ci tę wodę – dorzucił zaraz, wcześniej rozejrzawszy się pobieżnie po sali i zdając sobie sprawę z tego, że po wodę mimo wszystko będzie musiał pofatygować się na korytarz. Choć przynajmniej nie musiał uskuteczniać jakiegoś dłuższego spaceru – butla z wodą i jednorazowymi kubeczkami znajdowała się całkiem blisko, toteż rzeczywiście już po wspomnianej chwili mógł wrócić do Elsy z napełnionym kubkiem.
Potrzebujesz jeszcze czegoś? – zapytał, pomagając jej się podnieść na tyle, by była w stanie faktycznie napić się tej wody. – Twój ojciec wspominał, że przywiezie jakieś twoje rzeczy, więc może warto byłoby dać mu znać, co konkretnie ma zabrać…
Zwłaszcza, że póki co nie miał pojęcia, ile czasu miałaby spędzić w tej szpitalnej sali. Dość oczywistym było jednak, że nie mógł spędzić całego tego czasu z nią, więc… może przynajmniej w taki sposób warto było zadbać o to, by pod ręką miała wszystko to, czego mogłaby akurat potrzebować. Zwłaszcza, jeśli większa część zajmującego się nią personelu miałaby okazać się równie pomocna i sympatyczna, co wspomniana przez nią wcześniej pielęgniarka…

Elsa Eriksen

I'm not a junkie, right?

: pn maja 04, 2026 7:31 pm
autor: Elsa Eriksen
Faktem było to, że Dante i jej ojciec jakoś nigdy za sobą nie przepadali. Może jeszcze nigdy nie była świadkiem jakiejś epickiej kłótni między nimi, podczas której krzyczeliby czy rzucali w sobie różnymi przedmiotami — wyjątkiem były tylko spodnie podczas ostatniej wizyty, ale na to chyba można było przymknąć oko, bo przecież Casper jedynie podał je jedynie drogą powietrzną, co by się chłopak nie musiał fatygować i przechodzić obok niego, aby móc je finalnie założyć na dupsko — ale i tak wydawało się, że ta ich relacja nie należała do tych z kategorii beznadziejnych. Z resztą, za czasów licealnych, ilekroć ona przeżywała ich kolejną przepychankę słowną, jej matka siedziała tuż obok i ledwo powstrzymywała się od śmiechu. Pocieszała ją zawsze, że faceci tak mają i że nie powinna się niczym przejmować, bo to tylko wskazywało na to, że im obojgu po prostu na niej zależało. Przecież gdyby tak nie było, to Dante już dawno zawinąłby manatki i tyle by go widziała.
I może dlatego trochę obawiała się tego ich nagłego wyjścia na korytarz. Na dodatek jeszcze wystarczająco daleko, aby nie usłyszała ani jednego słowa! Ale na szczęście chłopak wrócił… w nie najgorszym humorze. Nawet odpowiedział na jej uśmiech! Nie potrzebowała więc już nic innego — tylko jego, tuż obok. A kiedy zdjął maskę i dał jej całusa, musiała, że zaraz odpłynie. Smak jego ust był tym czego potrzebowała po tej całej procedurze płukania żołądka, nawet jeśli całość przebiegała, kiedy ta była nieprzytomna. Dlatego też niechętnie przystała na to, że buziak ten był taki krótki, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Czy jakoś tak.
— Mhm… powiem jej… że mój cudowny i ani tro…ochę nieobiektywny chłopak… nie musiał nawet jej… widzieć… żeby uznać mnie za naj…piękniejszą… — I znów na jej ustach zagościł szeroki uśmiech. Nawet jeśli niekoniecznie te słowa wypowiedział Dante, to nie zamierzała się tym przejmować.
Patrzyła jak m wychodził na korytarz w poszukiwaniu dla niej wody i zaraz wrócił z napełnionym kubeczkiem. Jak nic trafiło się ślepej kurze ziarno! Gdy pomagał jej się jako tako podnieść do pozycji choćby na wpół leżącej, aby mogła wziąć kilka łyków wody, zakrztuszając się przy tym zaledwie tylko jeden raz, starała się jak najbardziej współpracować, co by ułatwić mu to zadanie. Nadal miała trudności z poruszaniem poszczególnymi częściami ciała, ale nie zamierzała być skończoną melepetą i zachowywać się jak warzywo, które straciło czucie od szyi w dół…
— Myślałam o… tostach… ale od tej kroplówki… no… niedobrze mi… więc chyba spasuję… — Starała się zaśmiać, ale możliwe, że przez maskę, którą chłopak musiał jej na nowo założyć, brzmiało to bardziej jak dziwny skrzek. I z tą kroplówką nie kłamała. Nie była tylko pewna czy to przez te leki czy co się w niej znajdowało, czy sama świadomość, że musieli wbić jej się w żyłę i… tak, żyły i igły nie były najlepszym tematem do rozmyśleń przez ten różowy łeb.
— Dante… — najwyraźniej chciała powiedzieć mu coś ważnego, ponieważ momentalnie odnalazła jego dłoń, zaciskając na niej swoje palce, jednak nie zdążyła dokończyć, ponieważ do sali weszła pielęgniarka. Nie była to ta sama, która ją odwiedziła kilka minut temu, ale po głosie rozpoznała w niej tą, która kilkukrotnie nazwała ją ćpunką nim dała radę otworzyć oczy.
— Slyszalam, że się panienka obudziła… lekarz jest teraz zajęty ważniejszymi przypadkami, więc zlecono to zadanie mi, więc … jak się czujemy?! — Nawet na nią nie spojrzała. Otworzyła tylko swój zeszyt na — mogłoby się wydawać — losowej stronie i z przyciśniętym długopisem na kartki czekała na odpowiedź.
— Emmm… w porz…
— W porządku? To świetnie! To może w takim razie od razu panią wypiszemy i zwolni pani miejsce dla kogoś, kto bardziej potrzebuje tej sali?
— Co…? Nie, ja… — Ostry ton kobiety totalnie wybił ją z rytmu. Nigdy wcześniej nie była w szpitalu, ani tym bardziej nie leżała na intensywnej terapii. Odetchnęła głośno i zacisnęła powieki, aby skupić się na tym, co chciała powiedzieć i żeby zrobić to bez przerw. Mogła zrozumieć, że kobietę irytowało jej powolne wysławianie się. — Głowa mnie boli… czy mogłabym… prosić o…
— Głowa boli? Tabletki? Ale chyba będą za słabe. Może morfinę od razu zapodamy?
Elsa totalnie zgłupiała. Nie wiedziała, co robiła nie tak, że otrzymywała tego typu odpowiedzi. Trochę spanikowała. W normalnych okolicznościach pewnie sama prowadziłaby z nią rozmowę na podobnym poziomie, nie dając sobie jakkolwiek dmuchać w kaszę, ale była od niej zależna. Później mogłaby ewentualnie złożyć na nią skargę, ale do tego czasu…
— Ewentualnie… mamy jeszcze takie proszki, co się wciera w dziąsło, może to by pani preferowała, hm?
— Nie jestem ćpunką…! — No i tyle by było ze spokojnej Elsy…

Dante Levasseur

I'm not a junkie, right?

: śr maja 06, 2026 7:36 pm
autor: Dante Levasseur
Nie przepadał za jej ojcem, to oczywiste. Zresztą – z wzajemnością, co pozostawało równie oczywiste. Tak samo jak to, że ewidentnie żaden z nich nie przejawiał jakichkolwiek chęci, by choćby minimalnie poprawić ich wzajemne relacje… A jednak chyba nigdy nie przeszło mu nawet przez myśl, by z jego powodu próbować zawijać manatki i trwale ewakuować się z jej życia. Bo… przecież nawet ten cholerny wyjazd – niezależnie od tego, co mogłaby dopowiadać sobie sama Elsa – nie miał z tym zupełnie nic wspólnego. Tak samo jak nie miał być – przynajmniej z początku – żadną trwałą ucieczką.
I tak, mógł być kompletnie nieobiektywny pod tym względem, ale zdecydowanie nie musiał nawet widzieć wspomnianej przez nią pielęgniarki – choć prawie na pewno przynajmniej kilka przewinęło mu się przed oczami podczas całej tej wizyty w szpitalu, nawet jeśli w tamtym momencie nie zwracał na nie zbytniej uwagi – żeby bez cienia zawahania stwierdzić, że Elsa musiała wyglądać od niej lepiej. Nawet w swoim aktualnym wydaniu, gdy wciąż mówienie i poruszanie się zdawało się być dla niej zbyt wielkim wysiłkiem i kiedy w opinii niektórych pewnie mogłaby nie prezentować się najlepiej. Mimo wszystko – jego nieobiektywnym zdaniem, w zestawieniu z jakąś pielęgniarką wciąż pozostawiała tamtą bez większych szans.
Odstawiając kubek na stojącą obok łóżka szafkę, mimowolnie uśmiechnął się pod nosem na wzmiankę o tostach. Bo przecież – zwłaszcza, gdy mówiła o nich akurat Elsa – nie dało się obejść bez wspomnienia tych niekoniecznie nadających się do jedzenia. A przynajmniej nie, jeśli ktoś posiadał jakieś kubki smakowe i wciąż chciał zachować wszystkie zęby…
Pewnie i tak nikt nie dałby rady przypalić ich tak dobrze jak ty, więc akurat z tostami będziesz musiała chyba poczekać do powrotu do domu – stwierdził, tym razem przynajmniej bez większego wysiłku nadając wypowiedzi to typowe nieco żartobliwe brzmienie.
Kiedy jednak ledwie chwilę później ponownie zajął miejsce przy jej łóżku, bez większego namysłu znów chwytając jej dłoń, musiał utkwić w jej twarzy nieco już poważniejsze spojrzenie, nie mając pojęcia czego powinien spodziewać się po tym wstępie. Choć tego najwyraźniej nie miał się póki co dowiedzieć, skoro jej wypowiedź przerwała wchodząca do sali pielęgniarka.
Nie wtrącił się od razu, nawet jeśli już pierwsza jej wypowiedź niespecjalnie przypadła mu do gustu. Za to chyba nawet nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, że jego palce odrobinę mocniej zacisnęły się na dłoni Elsy, kiedy wsłuchiwał się w kolejne wypowiadane przez kobietę słowa. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego mądra dziewczyna całkiem sprawnie poradziłaby sobie z podobną opryskliwością w każdej innej sytuacji – w końcu tego akurat miał okazję doświadczyć osobiście, kiedy bez większego trudu znajdowała trafne odpowiedzi na wszelkie jego zaczepki podczas tych nieszczęsnych korepetycji – jednak tym razem… chyba dość oczywiste było, że nie mógłby nie wtrącić się w ogóle. Jeśli nie przez fakt, że po prostu trzymanie języka za zębami przez dłuższy czas nie było jego mocną stroną, to choćby przez to, że zwyczajnie nie podobało mu się, w jaki sposób ta przeurocza pielęgniarka zwracała się do Elsy. W dodatku w momencie, gdy ta zdecydowanie nie była w najlepszej formie.
Z takim podejściem do pacjentów, chyba w ogóle nie powinniście potrzebować żadnej sali. Wszystko dałoby się załatwić na korytarzu. Ci przytomni pewnie woleliby wrócić do domu, a nieprzytomnym… im raczej i tak wszystko jedno – tylko przelotnie zerknął w kierunku pielęgniarki, ostatecznie dochodząc mimo wszystko do wniosku, że może jednak nie było sensu poświęcać jej zbyt wiele uwagi. Zwłaszcza, że… może jednak rzeczywiście wszczynanie awantury w szpitalu nie było najlepszą opcją, na którą mógłby się zdecydować.
Nawet jeśli dość mocno kuszącą w tym konkretnym momencie.
To przez nią twój ojciec właśnie poszedł rozmawiać z ordynatorem o beznadziejnym zachowaniu personelu…? – chyba nigdy nie przypuszczałby, że miałby kiedykolwiek posługiwać się osobą Eriksena w podobnym kontekście, ale… widocznie specyficzne sytuacje wymagały równie specyficznych rozwiązań. Zwłaszcza, że widział przecież, dokąd skierował się Casper – nawet jeśli zrobił to w kompletnie innym celu – zanim sam wrócił na salę. Rzucone mimochodem pytanie sformułowało się więc samo. I nawet jeśli podczas wypowiadania go na glos, nie fatygował się już nawet, żeby spojrzeć w kierunku wspomnianego personelu, to chyba nie mógł mieć żadnych wątpliwości co do tego, że pozostawało ono doskonale słyszalne. Z kolei założenie, że pielęgniarka powinna mieć chyba dość rozumu, żeby wywnioskować z niego, że drobna zmiana podejścia była jak najbardziej wskazana, nie było chyba wynikiem przesadnego optymizmu. Zwłaszcza, że z tym nawet wybitnie mało rozgarnięta osoba, nie powinna mieć raczej większego problemu…

Elsa Eriksen

I'm not a junkie, right?

: śr maja 06, 2026 9:23 pm
autor: Elsa Eriksen
Oczywiście, że ani przez chwilę nie miała ochoty na tosty. Zwłaszcza, że naprawdę strasznie ją mdliło i kręciło w żołądku, więc nawet myśl o jedzeniu mogła wywołać niekontrolowane zwrócenie obiadu z zeszłego dnia. Ale nawet w stanie, kiedy dopiero zaczynała kontaktować z rzeczywistością, wiedziała, że wspomnienie tego konkretnego i jakże wykwintnego dania, wywoła uśmiech na jego twarzy. Nie musiał być szeroki, wystarczyłoby jej tak naprawdę delikatne drgnięcie kącików ust do góry. Bo choćby niewiadomo w jakiej sytuacji się znaleźli, nie chciała widzieć jak się zamartwia i smuci, a tym bardziej z jej powodu… no, może czasem mu się należało, zwłaszcza jak pojawił się w jej domu po trzech dniach i to nadal napruty, ale to już były inne okoliczności! A teraz… teraz, gdy to jej było po prostu źle, chciała napawać się widokiem jego uśmiechniętej mordki. Dlatego choćby niewiadomo jak bardzo by ją bolało, sama nie zamierzała ściągać tej maski.
Chciała powiedzieć mu coś ważnego, a przynajmniej tak jej się wydawało. Zwłaszcza, że powoli docierały do niej strzępki rozmów, które pielęgniarki prowadziły nim całkowicie odzyskała przytomność. Podobno miała się raz zatrzymać podczas transportowania jej do szpitala. Czyli… prawie umarła? Przez to, że pomyliła tabletki przeciwbólowe z jakimiś psychotropami, miała już nigdy nie chwycić nożyczek fryzjerskich do ręki? Miała już nigdy nie zmienić koloru włosów i… już nigdy nie usłyszeć żadnego głupiego żartu, który padłby z jego ust?
I po wypowiedzeniu imienia chłopaka, nabierała już powietrza, aby kontynuować swoją wypowiedź, co mogło wyglądać jakby budowała napięcie niczym w filmie akcji albo głupiej komedii, ale do sali weszła pielęgniarka. Chociaż do niej pasowało bardziej łajza, bo jak inaczej nazwać osobę, która w ten sposób odzywała się do pacjentów? Oczywiscie, że każde jej słowo stresowało Else o czym dosyć głośno oznajmiało przyspieszone pikanie jednego z urządzeń, do których była podpięta. I pewnie ten słaby krzyk, na który zdobyła się resztkami sił, byłby jej jedynym mocnym akcentem w tej całej rozmowie, pozwalając kobiecie na dalsze drwiny, gdyby w sali akurat nie znajdował się Dante. No tak, na jego cięty język mogła zawsze liczyć.
— Jest pan bezczelny, zdaje pan sobie z tego sprawę? Takie teksty do personelu medycznego? Zwłaszcza, że w pani krwi wykryliśmy jeszcze alkohol… mamy więc podstawy podejrzewać, że mogła pani popić tamte tabletki drinkiem… czy w takim razie powinniśmy uznać to za próbę samobójczą czy zostaniemy po prostu przy skrajnej nieodpowiedzialności i posiadania "fiubździu” w głowie?
Alkohol… to był jeden, pieprzony drink. Jeden. Rozcieńczony wodą gazowaną i chyba sprite’m jeśli dobrze pamiętała, co barman wlewał jej do trunku. I naprawdę tyle wystarczyło, aby na postawie wyników badań jej krwi napisali własną historię jej życia? Przecież zaraz prześledzą jej kroki z ostatnich dwóch tygodni i wyjdzie, że jak była na dworcu, aby odprowadzić swoją klientkę na pociąg to tak naprawdę wracała do "domu", bo nie od dziś wiadomo, że nocą przebywają tam głównie narkomani i bezdomni pijacy.
— Empatia… to… to trudne i niezrozumiałe słowo… prawda? A może już się… pani wypaliła…? Może czas… zawód… po prostu… zmienić? — wymamrotała jeszcze i zaraz po tym odwróciła wzrok, wlepiając go w twarz Dantego. Bo nawet jeśli kobieta coś jeszcze jej odpowiadała to na słowa tego jej gamonia, momentalnie ucichła. Nie miała pojęcia, że jej ojciec poszedł do ordynatora. Mówił, że idzie podpisać jakieś dokumenty związane z jej ubezpieczeniem, ale takie rzeczy mógł chyba załatwić na rejestracji, nie musiał się wybierać az do takiej szychy jeśli tak można było nazwać kierownika oddziału. Ale chyba jej mózg nie pracował na aż tak niskich obrotach jak mogłaby podejrzewać, bo zrozumiała aluzję i musiała grać w tę grę, żeby się nie wydał ich blef.
— Tak… wiesz, oni… się przyjaźnią. Co sobotę chodzą na te… te paletki, co od ściany… squash. Tak, na… squasha. I chyba ta… druga pielęgniarka… ta od wody… też będzie… w dupie… — No nie mogła sobie pozwolić na dłuższy wywód, mimo że kobieta w dziwnym napięciu czekała aż skończy, dlatego pozwoliła sobie zakończyć wypowiedź właśnie ową dupą. Niekoniecznie pasowało to do tej raczej kulturalnej Elsy, ale… Dante znał przecież i tę drugą stronę. Te, która na każde jego "co" bez krępacji odpowiadała "gówno". Nie wspominając o wachlarzu norweskich przekleństw, których za czasów licealnych, zwłaszcza podczas korepetycji, używała namiętnie i kwieciście.
W każdym razie, ta mała manipulacja najwyraźniej im wyszła, ponieważ kobieta niemalże wybiegła z sali, mrucząc pod nosem, że poprosi lekarza, aby do niej zajrzał. Mogli więc zostać sami… tylko on, ona… i te kabelki podłączone do niewiadomo czego i po co.
— Nie jesteś… zmęczony? — zapytała czule, głaszcząc palcami skórę na jego dłoni. — Może jedź… spać i zająć się psem… ja… nie ucieknę… przywieź mi tylko… telefon… ale to na spokojnie… — dodała po chwili, nie odrywając od niego nieco zamglonego spojrzenia, choć nie pozwalała sobie, aby delikatny uśmiech zniknął jej z ust. Chciała, żeby widział i wiedział, że wszystko juz było w porządku i nie musiał się już martwić.

Dante Levasseur

I'm not a junkie, right?

: sob maja 09, 2026 3:41 pm
autor: Dante Levasseur
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że był bezczelny i raczej nic nie wskazywało na to, by miał tego żałować. Bo niby czemu miałby, skoro dokładnie taki wydźwięk miała mieć jego wypowiedź…? I pewnie mógłby wdać się w dłuższą dyskusję z pielęgniarką – ot, choćby dociekając, czy gdyby w drodze losowania postanowiła swoje nietrafione domysły ukierunkować na próbę samobójczą, to właśnie sugerowałaby przyniesienie skalpela zamiast zaproponowanej morfiny. Tyle, że to pewnie i tak nie miało większego sensu. A on naprawdę niespecjalnie miał ochotę poświęcać uwagę właśnie niej, skoro alternatywnie mógł skupić ją na Elsie. Która, swoją drogą, najwyraźniej nawet w swoim obecnym stanie potrafiła mimo wszystko nie tylko odgryźć się też samodzielnie, ale w dodatku podchwycić rzuconą przez niego mimochodem aluzję. Nawet jeśli ta wcale nie miałaby mieć żadnego odbicia w rzeczywistości. Bo przecież nawet jeśli Eriksen faktycznie miałby przyjaźnić się z ordynatorem i grywać z nim co weekend w squasha, wcale nie musiało to oznaczać, że miałby w rozmowie z nim jakkolwiek nawiązywać do zachowania pielęgniarek względem jego córki. Zwłaszcza, że tego nie musiał być nawet świadomy, nie będąc jego świadkiem. Ale… chyba nie było potrzeby zbytnio zawracać sobie tym głowy, skoro tyle wystarczyło, by kobieta natychmiast zmyła się z sali. A sądząc po tym, że na wyjściu nie podzieliła się już żadną uszczypliwością, prawdopodobnie można było założyć, że o znajomości ojca swojej pacjentki z ordynatorem miała pamiętać jeszcze przez jakiś czas. Oby dość długi, by wystarczyło go na cały okres pobytu Elsy w szpitalu…
Pewnie więcej jej nawet nie zobaczysz… – rzucił, zerkając przelotnie w kierunku drzwi, kiedy te zamknęły się za pielęgniarką. Bo jednak całkiem prawdopodobne było też to, że te zdecydowanie będzie wolała zająć się czymkolwiek innym, byleby nie pokazywać się już w sali tej problematycznej pacjentki. Za to o wiele mniej prawdopodobne było, by ktokolwiek miał z tego powodu ubolewać.
I to chciałaś powiedzieć mi wcześniej? Że chcesz się mnie już pozbyć i mam się wynosić…? – gdyby nie ten lekki uśmiech, z którym zwrócił się znów w jej stronę, pewnie istniała jakaś – wyjątkowo niewielka – szansa na to, że dałoby się odczytać jego słowa jako rzeczywisty zarzut pod jej adresem. Tymczasem… raczej nietrudno było się domyślić, że nie mówił poważnie. Nawet jeśli mimo wszystko wcale nie zamierzał zostawiać jej tutaj samej.
Nie myśl sobie, że dam się tak łatwo wygonić. Murphy wytrzyma jeszcze trochę sam. A w razie czego… może Stones będzie miał chwilę, żeby do niego zajrzeć – wprawdzie nie był do końca pewien, czy ten faktycznie miał w ogóle klucze do mieszkania, ale… mieszkał przecież wcale nie tak daleko i prawie na pewno miał kiedyś okazję te klucze dostać. I tyle chyba musiało póki co wystarczyć, bo zastanawianiem się, czy w związku z tym wciąż je posiadał, Dante nie zamierzał się jakkolwiek przejmować. Widocznie nie było to w tej chwili w żaden sposób istotniejsze od tego, żeby zostać w szpitalu przynajmniej jeszcze przez jakiś czas. Choćby po to, żeby upewnić się, że żadna kolejna pielęgniarka nie zamierzała traktować Elsy jak ćpunki, która miałaby znaleźć się tutaj na własne życzenie i której można byłoby w związku z tym jeszcze bardziej obrzydzić pobyt w tym miejscu.
I chociaż rzeczywiście w normalnych okolicznościach o tej porze pewnie nawet nie myślałby jeszcze o tym, żeby ruszać się gdziekolwiek z łóżka – zwłaszcza będąc w nim razem z Elsą… – i tak nie przypuszczał, że miałby jakkolwiek odpocząć, czy nawet odespać, gdyby postanowił teraz wrócić do domu. Będąc tutaj i widząc, że było z nią dość dobrze, by mogła odzyskać przytomność i nawet odgryźć się pielęgniarce, przynajmniej nie musiał aż tak bardzo zwracać uwagi na własne wyrzuty sumienia. Gdyby zamiast tego miał wrócić do siebie… chyba nie miał pewności co do tego, czy aby przypadkiem znów nie zakończyłoby się to jego dłuższym zniknięciem w poszukiwaniu czegoś, co miałoby skutecznie nakierować jego myśli na cokolwiek innego. Tyle, że tym razem chyba nawet on musiał zdawać sobie sprawę z tego, że byłoby to zniknięcie w wyjątkowo fatalnym momencie, więc… chyba lepiej byłoby do niego nie dopuścić. Póki co – w najprostszy możliwy sposób, a więc zostając w szpitalu i nie zamierzając ruszać się nigdzie przynajmniej do czasu, gdy miałoby okazać się to naprawdę konieczne.

Elsa Eriksen