I'm not a junkie, right?
: pt maja 01, 2026 10:40 pm
To miał być naprawdę miły wieczór. I oczywiście noc. Bo kiedy Dante zadzwonił i zapytał czy nie chciałaby po pracy pójść z nim do klubu na drinka albo dwa, a przy okazji potańczyć, oczy jej się zaświeciły jak kule dyskotekowego, choć nie mógł tego zobaczyć to po jej tobie głosu, gdy odpowiadała, że postara się jak najszybciej wyrobić ze wszystkimi klientkami, że była naprawdę zadowolona z tego pomysłu. W końcu ostatnim razem totalnie o tym nie pomyślał, więc miło, że powoli uczył się na swoich błędach.
W międzyczasie poprosiła Larsa, aby przyjechał po swoich zajęciach na uczelni po Olive i zabrał ją do domu rodziców, bo jednak nie przewidywała powrotu do siebie. Wiedziała, że klub, o którym mówił Dante był w dzielnicy, w której to wynajmował mieszkanie, więc chyba najbardziej logicznym rozwiązaniem by było, gdyby noc spędzili właśnie u niego. Zwłaszcza, że nie przewidywała przedłużenia imprezy na najbliższe kilka dni, jak to chłopak miał w zwyczaju… a żeby ułatwić mu podjęcie decyzji o powrocie do domu, ubrała się odpowiednio — opinające pupę skórzane spodnie, bluzka z głębokim dekoltem… istniało też duże prawdopodobieństwo, że zapomniała o staniku. I cóż… oczywiście, że od ich ostatniego spotkania jej kolor włosów znów uległ zmianie. Jakoś tak po sytuacji w jej domu, kiedy pierwszy raz nazwał ją swoją dziewczyną, trzymał ją za rękę i bardzo długo nie puszczał, przykleiły się do niej wspomnienia z imprezy u Chrisa, a że wtedy miała różowe włosy… no to jakoś tak wyszło, że ta farba sama jej się wlała do miseczki. No ale żeby jej buzia nie wyglądała przez to zbyt cukierkowo, postawiła na odpowiednio mocny makijaż oka. I po minie Dantego mogła zgadywać, że chyba mu się podobała w tym wydaniu.
Sama impreza minęła chyba dobrze. Elsa naprawdę świetnie się bawiła. Kiedy tańczyła na parkiecie, uśmiech nie schodził jej z twarzy, nawet pozwoliła sobie na dosyć słabego drinka alkoholowego, bo zgodnie z jej prośbą, barman wlał jej tylko połowę tego, co normalnie powinno się tam znaleźć. No i nie siedzieli tam też niewiadomo jak długo. Sam Dante też nie nalegał. Wystarczyło chyba to, że Elsa raz nachyliła sie nad jego uchem i wyszeptała kilka motywacyjnych słów, a niewiadomo kiedy znaleźli się już na zewnątrz i niemal biegli do jego mieszkania.
Nie trudno się domyśleć finału, którego z pewnością jej struny głosowe i wszystkie mięśnie miałyby pamiętać jeszcze następnego popołudnia.
Ale oczywiście coś musiało pójść nie tak…
Nad ranem obudziły ją silne bóle migrenowe. Nie chciała budzić Dantego i zawracać mu głowy, więc sama udała się do kuchni i zajrzała do szuflady, w której miał trzymać leki. Po omacku wygrzebała szklaną buteleczkę, która łudząco przypominała te, w której zazwyczaj sprzedawany był ibuprofen. I możliwe, że była tak zdesperowane narastającym bólem głowy, że nie zwróciła uwagi na brak etykiety, ani na odmienny kształt tabletek tylko od razu łyknęła dwie pastylki. Przez pierwsze kilka sekund nic się nie działo. Stała oparta o blat, zaciskając palce na krawędzi, czekając aż ból zacznie ustępować.
Ale zbyt długi nie czuła znajomego rozluźnienia, które zwykle przynosiły leki przeciwbólowe. Wręcz przeciwnie — świat jakby… przesunął się o kilka centymetrów. Obraz lekko zadrżał, a żołądek ścisnął się nieprzyjemnie.
Spróbowała zrobić krok, jednak musiała natychmiast oprzeć się mocniej o blat. Podłoga nie była tam, gdzie powinna być. Albo raczej… ona nie była tam, gdzie powinna być względem podłogi.Serce przyspieszyło.
W głowie zaczynało jej szumieć. Migrena nie zniknęła — przeciwnie, pulsowała jeszcze mocniej, tylko teraz dochodziło do niej coś jeszcze. Coś jakby dziwne ciepło rozlewające się po ciele, lekka dezorientacja. I to uczucie… jakby była jednocześnie zbyt lekka i zbyt ciężka.Zacisnęła powieki, licząc, że uspokoi to wirujące obrazy. I może obrazow nie było, ale jej głowa zdawała się jechać kolejną rundę na karuzeli.
Zrobiła jeszcze jeden krok. I to był błąd. Z hukiem upadła na ziemię, wypuszczając z ręki szklaną buteleczkę bez etykiety.
No naprawdę, że też musimy zajmować się ćpunkami. Skoro brała to musiała wiedzieć, co ją czeka, jakie są tego konsekwencje! Co z tego, że się zatrzymała w karetce?
A daj spokój, zajmuje w tym momencie miejsce kogoś, kto bardziej potrzebuje pomocy lekarskiej. Bo co? Bo ma bogatego tatuśka?
On chyba nawet zna ordynatora oddziału… co nie zmienia faktu, że jego córka to ćpunka. Na odwyk z nią a nie do szpitala…
Nie wiedziała, ile czasu minęło od tego wypadku do odzyskania przez nią przytomności. Ale wiedziała, że nie była ani u siebie, ani u Dantego. Charakterystyczne pikanie wszelkich aparatur, założona na twarzy maska tlenowa i uczucie, że była podpięta do setek kabelków było wystarczającą wskazówką. Nie wspominając o tych przemiłych rozmowach prowadzonych przy jej łóżku, które słyszała trochę jak przez mgłę. Ale jedno słowo utkwiło jej mocno w głowie…
Ćpunka…
Otworzyła niemrawo oczy. Na szczęście sala, w której się znajdowała była zaciemniona, więc nie zaatakowało ją ostre światło i sterylna biel. Ale wszystko było tak zamazane jakby oglądała świat z wody, nie mając na oczach okularów. Powoli jednak przedmioty nabierały wyraźnych kształtów. Nie mogła się ruszyć, więc starała się objąć wzrokiem jak największą powierzchnię i wtedy kątem oka zobaczyła, że ktoś siedział przy jej łóżku. I gdyby nie te roztrzepane, brązowe loczki… nie byłaby w stanie za cholerę zgadnąć.
— Dante…?
Dante Levasseur
W międzyczasie poprosiła Larsa, aby przyjechał po swoich zajęciach na uczelni po Olive i zabrał ją do domu rodziców, bo jednak nie przewidywała powrotu do siebie. Wiedziała, że klub, o którym mówił Dante był w dzielnicy, w której to wynajmował mieszkanie, więc chyba najbardziej logicznym rozwiązaniem by było, gdyby noc spędzili właśnie u niego. Zwłaszcza, że nie przewidywała przedłużenia imprezy na najbliższe kilka dni, jak to chłopak miał w zwyczaju… a żeby ułatwić mu podjęcie decyzji o powrocie do domu, ubrała się odpowiednio — opinające pupę skórzane spodnie, bluzka z głębokim dekoltem… istniało też duże prawdopodobieństwo, że zapomniała o staniku. I cóż… oczywiście, że od ich ostatniego spotkania jej kolor włosów znów uległ zmianie. Jakoś tak po sytuacji w jej domu, kiedy pierwszy raz nazwał ją swoją dziewczyną, trzymał ją za rękę i bardzo długo nie puszczał, przykleiły się do niej wspomnienia z imprezy u Chrisa, a że wtedy miała różowe włosy… no to jakoś tak wyszło, że ta farba sama jej się wlała do miseczki. No ale żeby jej buzia nie wyglądała przez to zbyt cukierkowo, postawiła na odpowiednio mocny makijaż oka. I po minie Dantego mogła zgadywać, że chyba mu się podobała w tym wydaniu.
Sama impreza minęła chyba dobrze. Elsa naprawdę świetnie się bawiła. Kiedy tańczyła na parkiecie, uśmiech nie schodził jej z twarzy, nawet pozwoliła sobie na dosyć słabego drinka alkoholowego, bo zgodnie z jej prośbą, barman wlał jej tylko połowę tego, co normalnie powinno się tam znaleźć. No i nie siedzieli tam też niewiadomo jak długo. Sam Dante też nie nalegał. Wystarczyło chyba to, że Elsa raz nachyliła sie nad jego uchem i wyszeptała kilka motywacyjnych słów, a niewiadomo kiedy znaleźli się już na zewnątrz i niemal biegli do jego mieszkania.
Nie trudno się domyśleć finału, którego z pewnością jej struny głosowe i wszystkie mięśnie miałyby pamiętać jeszcze następnego popołudnia.
Ale oczywiście coś musiało pójść nie tak…
Nad ranem obudziły ją silne bóle migrenowe. Nie chciała budzić Dantego i zawracać mu głowy, więc sama udała się do kuchni i zajrzała do szuflady, w której miał trzymać leki. Po omacku wygrzebała szklaną buteleczkę, która łudząco przypominała te, w której zazwyczaj sprzedawany był ibuprofen. I możliwe, że była tak zdesperowane narastającym bólem głowy, że nie zwróciła uwagi na brak etykiety, ani na odmienny kształt tabletek tylko od razu łyknęła dwie pastylki. Przez pierwsze kilka sekund nic się nie działo. Stała oparta o blat, zaciskając palce na krawędzi, czekając aż ból zacznie ustępować.
Ale zbyt długi nie czuła znajomego rozluźnienia, które zwykle przynosiły leki przeciwbólowe. Wręcz przeciwnie — świat jakby… przesunął się o kilka centymetrów. Obraz lekko zadrżał, a żołądek ścisnął się nieprzyjemnie.
Spróbowała zrobić krok, jednak musiała natychmiast oprzeć się mocniej o blat. Podłoga nie była tam, gdzie powinna być. Albo raczej… ona nie była tam, gdzie powinna być względem podłogi.Serce przyspieszyło.
W głowie zaczynało jej szumieć. Migrena nie zniknęła — przeciwnie, pulsowała jeszcze mocniej, tylko teraz dochodziło do niej coś jeszcze. Coś jakby dziwne ciepło rozlewające się po ciele, lekka dezorientacja. I to uczucie… jakby była jednocześnie zbyt lekka i zbyt ciężka.Zacisnęła powieki, licząc, że uspokoi to wirujące obrazy. I może obrazow nie było, ale jej głowa zdawała się jechać kolejną rundę na karuzeli.
Zrobiła jeszcze jeden krok. I to był błąd. Z hukiem upadła na ziemię, wypuszczając z ręki szklaną buteleczkę bez etykiety.
No naprawdę, że też musimy zajmować się ćpunkami. Skoro brała to musiała wiedzieć, co ją czeka, jakie są tego konsekwencje! Co z tego, że się zatrzymała w karetce?
A daj spokój, zajmuje w tym momencie miejsce kogoś, kto bardziej potrzebuje pomocy lekarskiej. Bo co? Bo ma bogatego tatuśka?
On chyba nawet zna ordynatora oddziału… co nie zmienia faktu, że jego córka to ćpunka. Na odwyk z nią a nie do szpitala…
Nie wiedziała, ile czasu minęło od tego wypadku do odzyskania przez nią przytomności. Ale wiedziała, że nie była ani u siebie, ani u Dantego. Charakterystyczne pikanie wszelkich aparatur, założona na twarzy maska tlenowa i uczucie, że była podpięta do setek kabelków było wystarczającą wskazówką. Nie wspominając o tych przemiłych rozmowach prowadzonych przy jej łóżku, które słyszała trochę jak przez mgłę. Ale jedno słowo utkwiło jej mocno w głowie…
Ćpunka…
Otworzyła niemrawo oczy. Na szczęście sala, w której się znajdowała była zaciemniona, więc nie zaatakowało ją ostre światło i sterylna biel. Ale wszystko było tak zamazane jakby oglądała świat z wody, nie mając na oczach okularów. Powoli jednak przedmioty nabierały wyraźnych kształtów. Nie mogła się ruszyć, więc starała się objąć wzrokiem jak największą powierzchnię i wtedy kątem oka zobaczyła, że ktoś siedział przy jej łóżku. I gdyby nie te roztrzepane, brązowe loczki… nie byłaby w stanie za cholerę zgadnąć.
— Dante…?
Dante Levasseur