Strona 1 z 1

Form and Fire

: ndz maja 03, 2026 6:01 pm
autor: Camille Herrera
Wielka mistrzyni garncarstwa

Utrapienie, takim mianem określiłaby Lansa. Wszędzie za nią chodził z miną godną srającego kocura na pustyni, który nie potrafi doszukać się kuwety. Powoli zaczynało ją to irytować. Wieczne marudzenie, wiecznie coś mu nie pasowało, a momentami miewała przez to prawdziwe skurcze żołądka. Cała artystyczna dusza Camille cierpiała. Dlatego z wielkim szokiem przyjęła do wiadomości, że nie chciał iść z nią na warsztaty garncarstwa. W planach miała opowiadanie mu o wykonywaniu sztucznego dilda, byle dał jej święty spokój, ale ten zwyczajnie odpuścił. Oczy same się jej rozświetliły, chociaż musiała opanować własny entuzjazm.
Czeeeeeść — kompletnie nie udało się go opanować. Cała iskrzyła z radości, a do sali wskoczyła radosnym krokiem. Tęczówki, uśmiech i postawa ciała mówiła sama za siebie. Nabrała świeżego powietrza. Pierwszy raz od dawna nie poczuła tanich perfum Gardnera, było to kurwa zajebiste. Sama po sobie się tego nie spodziewała. Brakowało jej smaku wolności.
Nawet nie wiesz, jak potrzebowałam tej prywatnej lekcji — zaczęła, zwracając się w stronę Wendy — jesteś w stanie zrozumieć, że policja zaleciła mi ochronę i pies robi mi za ochroniarza? — szczerość była dziwną rzeczą. Przy Gardner Camille pozwalała sobie na bardzo wiele. Ludzie sztuki potrafili ją zrozumieć, ba Herrera szanowała ich całym sercem. Dlatego mogłaby sobie dać rękę uciąć, że kobieta będzie wyrozumiała. Zresztą jakie było prawdopodobieństwo, że znała się z Lansem? Żadne. W związku z tym wkroczyła to świątyni spokoju, gdzie mogła odpocząć pełną piersią.
Nie zdajesz sobie nawet sprawę, jakim jest utrapieniem — nie takie auto, nie taki ubiór, hot-dogi, rurki z kremem. Wszystko byłaby w stanie wymienić, a nawet nie minęło kilka dni, odkąd męczył jej pośladki — w ogóle nie rozumie sztuki i tylko tutaj nie chciał za mną wejść. — o, to swoją drogą. Nóż wychodził się jej z kieszeni, gdy zadawał pytanie oto. Cała się spinała, bo oglądali arcydzieła sztuki narodowej, a on je bagatelizował — ratujesz mi życie Wendy — chwyciła ją za rękę i wtedy torba jej zabrzęczała. Musiała skorzystać z okazji, że typ nie będzie w nią się wpatrywał. Za to szybko na jej twarzy wymalowało się zakłopotanie.
Nie będziesz zła, jeśli się napiję? — dopytała, robiąc przy tym wielkie oczy. Prawie przypominała kota w butach — tak wiem, miałyśmy robić dziś kubeczki, ale... — nabrała powietrza. To miał być statement życia — chyba nie mam dziś sił na sztukę — nigdy bardziej nie zgrzeszyła, niż wypowiadając te słowa. Jej dusza naprawdę krwawiła. Krwawiła przez wolność.