Strona 1 z 1

i will follow you into the dark

: śr maja 06, 2026 10:32 am
autor: zaylee miller
062.
Stała przed lustrem w niewielkim pokoju na górze posiadłości The Carvers Cottage, tym z oknem wychodzącym na ogród, gdzie już ustawiono krzesła i łuk z kwiatów. Słońce wpadało do środka miękkim światłem, odbijając się od jasnych ścian i podłogi, a Zaylee wpatrywała się we własne odbicie. Nie była zestresowana. To ją nawet trochę zaskakiwało. Przy altanie zbierali się goście, ale na piętrze panował względny spokój, przerywany tylko przez nerwowe kroki jej matki.
Czy na pewno wszystko mamy? — zapytała Dorothy po raz kolejny, krążąc między łóżkiem a drzwiami. — Bo ja mam wrażenie, że czegoś brakuje. Zawsze czegoś brakuje. Na pewno brakuje.
Zerknęła na nią z rozbawieniem, którego nawet nie próbowała ukrywać.
Mamo, przestań — rzuciła spokojnie. — Nic nie brakuje. Sprawdzałaś wszystko trzy razy.
Trzy razy to za mało — odparła Dorothy natychmiast, jakby to była oczywistość. — To ślub! Tu nie ma miejsca na żadne wystarczy!
Zaylee poprawiła ramiączko swojej sukni i odwróciła się lekko bokiem, żeby spojrzeć na odkryte plecy. Błękitny materiał układał się dokładnie tak, jak powinien. Wybrała tę suknię, bo była prosta i wygodna. Nie chciała niczego, co będzie ją ograniczać w trakcie uroczystości.
Mamo — odezwała się ponownie, odwracając głowę w jej stronę. — Wszystko jest gotowe. Naprawdę — zapewniła z uśmiechem, na co matka zatrzymała się w miejscu, spojrzała na nią i przez chwilę wyglądała tak, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, ale chyba zabrakło jej argumentów.
Jeszcze kilka dni temu siedziały wraz ze Swanson siedziały przy stole, analizując kolejne raporty. Sprawa seryjnego mordercy wciąż pozostawała nierozwiązana. Wiedziały, że nie są nawet blisko, ale na pewno nie wystarczająco blisko, żeby zamknąć śledztwo przed ślubem. Musiały świadomie odłożyć ją na bok i po prostu cieszyć się dniem, na który obie tak długo czekały.
Zaylee poprawiła włosy, pozwalając matce wsunąć w kosmyki kilka ozdobnych wsuwek. Nie minęła chwila, a Dorothy znów zaczęła chodzić po pokoju.
A obrączki? — rzuciła nagle.
Są na dole — odpowiedziała Zaylee, odgarniając luźne pasmo włosów za ucho.
Kto je ma?
Lucas.
Lucas?! A jeśli je zgubi?
Nie zgubi.
A jeśli
Mamo — przerwała jej Zaylee, tym razem trochę bardziej stanowczo, ale nadal spokojnie. — Wszystko jest pod kontrolą — zagwarantowała, bo przecież nie byłaby sobą, gdyby - pomimo natłoku pracy - nie dopilnowała, żeby przygotowania do ślubu nie poszły perfekcyjnie. Może nie mogła wszystkiego nadzorować osobiście, ale cały czas pozostawała w kontakcie z menadżerką obiektu i ludźmi, którzy zajmowali się całą organizacją.
Podeszła do okna i spojrzała na ogród. Ludzie zaczynali zajmować miejsca. Całość wyglądała dokładnie tak, jak planowały z Eviną. Była gotowa. Ostatni raz zerknęła w lustro i wygładziła dłonią materiał błękitnej sukienki, po czym ruszyła w kierunku drzwi, które Dorothy otworzyła przed nią gwałtownym szarpnięciem. Zaylee posłała jej rozbawione spojrzenie i przeszła przez korytarz. Schody prowadzące w dół były wąski i lekko skrzypiące przy każdym kroku.
Jeśli zmienisz zdanie, to…
Nie zmienię — przerwała matce, nawet się nie odwracając.
Nie powiedziała tego dlatego, że tak wypada albo że to poszło już zbyt daleko, żeby się wycofać. Zaylee była pewna w taki sposób, który nie potrzebował dodatkowych słów ani tłumaczeń. To nigdy nie była decyzja o tym, że wszystko będzie łatwe. Tylko o tym, że chce iść przez to wszystko właśnie z Eviną.

Evina J. Swanson

i will follow you into the dark

: śr maja 06, 2026 11:52 am
autor: Evina J. Swanson
W końcu nadszedł ten wielki dzień. Oczywiście, że nie udało im się zamknąć sprawy przed ślubem, bo wciąż miały zdecydowanie zbyt mało konkretnych śladów, aby nawet wytypować potencjalnych podejrzanych, ale całe szczęście obawy Swanson pozostały niespełnione. Wokół z pewnością był zbyt wielki chaos, aby mogła poświęcić w podświadomości nawet chwilę, aby uciec myślami w kierunku pracy. Zamiast tego towarzyszył jej ten dziwny i znajomy stan: jednocześnie rozluźnienie jak i podskórny stres związany nie tyle z nerwami, a faktem, że miała przed sobą jakieś zadanie do zrealizowania.
- Denerwujesz się? Na pewno musisz się denerwować - skomentowała matka detektywki, której zdecydowanie towarzyszył o wiele więcej nerwowej energii niż jej żeniącej się córce.
- Na miłość boską, Elaine! Czym tu ma się denerwować? To nie jej pierwszy raz! - niemalże wykrzyknął David, a Evina posłała mu w lustrze zarówno karcące jak i rozbawione spojrzenie.
- Dzięki - mruknęła, ale trudno było stwierdzić czy podziękowania kierowała bardziej w stronę swojego ojca czy poprawiającej jej fryzurę Margaret.
Rzecz jasna spodziewała się tego, że prędzej czy później usłyszy jakiś komentarz odnoszący się do jej nieudanego pierwszego małżeństwa, ale w żaden sposób nie działało to na nią demotywująco. Wiedziała, że tym razem składana obietnica rzeczywiście złączy je na dobre. Dopóki śmierć ich nie rozdzieli i obie liczyły, że stanie się to dopiero po długich dekadach spędzonych razem. Przeszły przez tak wiele razem, że gdyby ten związek miał się rozpaść to już by się to stało. Były pewne siebie i tej decyzji oraz tego, że poradzą sobie ze wszystkim, co jeszcze je czeka we wspólnym życiu.
- No... Może i się nie denerwujesz, ale jednego dla odwagi i rozluźnienia nie zaszkodzi. Tak dla tradycji - stwierdził, a Evina dostrzegła, że stanął przy toaletce z dwoma kieliszkami wódki w dłoniach, aby wręczyć jej jeden z nich.
Może i nie powinna, ale przyjęła go bez wahania. W tle zauważyła matkę kręcącą na ten widok głową, ale nie przejmowała się nią. Uniosła go jedynie nieco wyżej, gdy David zabrał się za wygłoszenie krótkiego toastu.
- Ufam w twój wybór. Wiem, że sama nie masz żadnych wątpliwości i oby tak pozostało... No to za nowy początek! - oświadczył, a detektywka niemal się zaśmiała.
Mężczyzna nie był świadomy tego, że właśnie użył nazwy sekty religijnej, przez którą obie niemalże zginęły na różnych etapach śledztwa. Wspomnienia z tej sprawy nawiedzały je, co jakiś czas i niewątpliwie napytały sobie biedy w tamtym okresie, ale jednocześnie właśnie dzięki Nowemu Początkowi były razem. To właśnie ten przypadek je połączył i szczerze... Evina mogła za to wypić.
Odłożyła ze stukotem pusty kieliszek wódki na toaletkę. Ostatni raz Margaret dokonała inspekcji zarówno makijażu jak i poprawianej fryzury. Suknia w kolorze złamanej bieli również wydawała się leżeć na niej wprost idealnie bez jakiegokolwiek zagniecenia, które mogłoby burzyć ten obraz.
- Wyglądasz fenomenalnie - zapewniła ją kuzynka i detektywka była pewna, że z trudem powstrzymuje się od wyściskania jej, bo nie chciała zniszczyć tego nad czym tak usilnie pracowała.
Mogła jedynie podziękować im za wszystko i ruszyła w stronę wyjścia z pokoju. Goście powoli zaczynali się zbierać, a godzina ślubu zbliżała się nieubłaganie. Jeszcze trochę, a oficjalnie zostanie żoną najlepszej koronerki w Toronto, która jak nikt inny potrafiła jej działać na nerwy... oraz którą kochała mocniej niż sądziła, że jest w stanie kogokolwiek pokochać.
Zauważyła ją u dołu schodów. Już z tej odległości zdawała sobie sprawę, że wygląda niczym żywcem wyjęta z marzenia sennego. Nawet jeśli wcześniej mogłaby mieć jakiekolwiek wątpliwości to teraz przepadłaby całkowicie i nie mogłaby zaprzepaścić okazji, aby móc tę cudowną kobietę nazywać swoją.
- Jesteś naprawdę zjawiskowa... - skomentowała, gdy już udało jej się stanąć obok swojej przyszłej żony.
Objęła ją w pasie, przesuwając dłoń odrobinę w górę, aby musnąć palcami nagą skórę pleców i przyciągnęła do siebie. Nie obchodziło jej to czy może cokolwiek zniszczyć. Musiała ją pocałować. Nie była w stanie zignorować tego jak cudownie wyglądała i zdecydowanie nie potrzebowała żadnego urzędnika, aby udzielił jej na to pozwolenia.

zaylee miller