Strona 1 z 1

kilka dni po balu charytatywnym, toronto

: śr maja 06, 2026 7:23 pm
autor: anthony bellore
numer

Było za blisko.
Chociaż wiele wskazywało na to, że przedstawienie w wykonaniu Love Roderick nie zamieniło bankietu-randki w totalną katastrofę, Anthony Bellore wiedział, że po prostu mu się upiekło; że stracił kontrolę nad sytuacją i że właściwie całe jego życie znalazło się w rękach kobiety, na którą nigdy nie powinien był nawet spojrzeć. Tak naprawdę wystarczyła przecież jedna lampka szampana, żeby jej śmiałość czy odwaga zamieniły się w brawurę i nieśmiertelność, i żeby jednym wyznaniem pozamiatała jego rodzinę i reputację. Nie istniały bowiem takie pokłady zaufania do męża, które pozwoliłyby Kimberly zbyć jakiekolwiek wyznanie z ust dziennikarki. Przyglądając się jej z bliska, widziała przecież swoją „młodszą wersję”. Dowody nie byłyby potrzebne.
Należało zatem coś z tym zrobić. I to najlepiej jak najszybciej.
Anthony rozważał różne scenariusze, ale nie udało mu się znaleźć takiego, który satysfakcjonowałby go od początku do końca. Jego problem polegał na tym, że nie miał pewności co do motywacji, stojącej za działaniami Love. Nie, żeby istniało z tysiąc możliwości, ale przy rozbrajaniu takiej bomby jest jednak subtelna różnica między „wypiłam za dużo” a „nienawidzę twojej żony”. Trudno planować kolejne kroki, jeśli nie wiesz, czy wystarczy rozmowa wychowawcza, czy trzeba już szukać sobie adwokata. Zwłaszcza, jeśli rozwiązanie ostateczne – zerwanie znajomości – wcale nie brzmi satysfakcjonująco.
Na domiar złego jego telefon milczał. Pewnie, że na co dzień nie wysyłali sobie memów i nie wymieniali setek wiadomości, ale gdyby było normalnie, to już dawno przysłałaby mu jakieś zdjęcie albo przynajmniej przypomniała o zarezerwowaniu hotelu. Zbliżał się bowiem kolejny tydzień prac parlamentarnych, a te zawsze zaczynali i kończyli w swoich objęciach w ich apartamencie z widokiem na jezioro, więc… Szykowało się odstępstwo od normy. Anthony Bellore nie mógł przecież napisać jako pierwszy (tak, mowa o zupełnie dorosłych ludziach).
Wytrzymał w tym postanowieniu cztery albo pięć dni. Rankiem kolejnego wymknął się z domu dużo wcześniej niż zwykle i w drodze do biura skręcił kilka przecznic wcześniej, żeby dotrzeć do Greektown, a potem znaleźć kamienicę, do której raz czy dwa go zaprosiła. Ryzykował, to jasne, ale wcale nie tak bardzo, jak można byłoby sobie pomyśleć; z ramówki CBC wyczytał, że późnym przedpołudniem miała mówić w jakimś programie, więc spodziewał się, że noc spędziła sama. W końcu była profesjonalistką i nawet on nie miał dyspensy. W tej samej kawiarni, z której za jakieś dwa lata będzie z nim spiskować, kupił kawę, potem wszedł na klatkę w ślad za zmęczonym stróżem i dokładnie o 7:17 zastukał w drzwi jej mieszkania.
- Ubierz coś. - Powiedział, kiedy zaczęła otwierać. - Jest strasznie zimno, przeziębisz się. - Dodał i wykorzystując, że Love się zawahała, przecisnął się w progu, podsuwając jej kubek pod sam nos. Pierwszy punkt z listy można było odhaczyć. Spała sama Wpuściła go do środka. Teraz już z górki.

Love Roderick

kilka dni po balu charytatywnym, toronto

: ndz maja 10, 2026 11:52 am
autor: Love Roderick
Powinna mieć wyrzuty sumienia? Powinna, prawda? Długo się nad tym zastanawiała i bardzo żałowała, że nie może tego z nikim skonsultować. Chciałaby móc zadzwonić do przyjaciółki i po prostu opowiedzieć jej całą sytuację, domagając się szczerej oceny swojego zachowania… ale skończyło się na chęciach. Wbrew pozorom tajemnica Bellore była bezpieczniejsza niż mogłyby przypuszczać. Love wiedziała, że gdyby to wszystko wyszło na jaw… byłaby skończona. Ona. Nie on. I naprawdę trudno byłoby ją przekonać, że on też poniósłby konsekwencje. W świecie Roderick ludzie jego pokroju mogli sobie pozwolić na wszystko…
Mimo wszystko czuła, że tamtego wieczoru jakieś granice zostały przekroczone i po prostu jeszcze nie wiedziała, co to dla niej oznacza. Dlatego milczała. Za punkt honoru postawiła sobie, że nie odezwie się pierwsza, że nie zrobi kroku w jego stronę, że nie będzie pogrążać się dalej… to on musiał wiedzieć, co chce z tym zrobić. Bo ona? Ona nie miała zielonego pojęcia. Była gówniarą, która wpakowała się w coś skrajnie nieodpowiedzialnego i nie potrafiła się z tego wykręcić.
A może nie chciała? Szlag.
Tego ranka nie spodziewała się gości. Słysząc pukanie do drzwi… poczuła się jakby ktoś do niej strzelał. Zaspała? Nawet nie zerknęła na telefon, gdy zerwała się z łóżka i niewiele myśląc otworzyła drzwi stając twarzą w twarz z Anthonym. Powiedzieć, że była zaskoczona to jakby nie powiedzieć nic. Oczywiście, że się zawahała, bo zupełnie nie zrozumiała, co się właśnie stało.
Ale nie szarpała się z nim w drzwiach, bo przecież każda sekunda dłużej na klatce schodowej może obudzić czujność sąsiadki z końca korytarza, a to oznaczałoby kłopoty. Zamknęła za nim drzwi, wzięła od niego kubek i nadal lekko nieprzytomna wpatrywała się w męską sylwetkę.
- Co to do cholery ma znaczyć? – wreszcie coś z siebie wydusiła, wymijając go na korytarzu i przechodząc w głąb mieszkania, nie siląc się na uprzejmości, bo przecież i tak nie potrzebował zaproszenia, żeby się rozgościć – Jest wcześnie… co tutaj robisz? Raczej nie chciałeś wypić kawy w świetnym towarzystwie. – nawet jeśli w jej dłoni ciągle tkwił kubek z gorącą kawą z pobliskiej kawiarni, której przyjemny zapach była w stanie rozpoznać nawet przez sen. I tak trochę to właśnie teraz działało. Nie powinien mieć wątpliwości, że ją obudził… doskonale wiedział jak wyglądała zaraz po wstaniu z łóżka – zaspane spojrzenie, poduszka odbita na policzku i burza ciemnych loków w strasznym nieładzie. Czy się ubrała? Nie. Nie miała najmniejszego zamiaru, a Bellore musiał sobie poradzić z jej pośladkami ledwie zakrytymi przez luźną ewidentnie męską koszulkę.
Nawet jeśli to bardzo dobra kawa. – dodała, gdy już upiła jej łyk, odłożyła kubek na kuchenny blat, o który się oparła, założyła ręce na piersi i wbiła w niego uważne, wręcz czujne spojrzenie – A ja podobno stanowię świetne towarzystwo. – żeby móc wypić kawę w świetnym towarzystwie, o co go nie podejrzewała.



anthony bellore

kilka dni po balu charytatywnym, toronto

: pn maja 11, 2026 8:01 pm
autor: anthony bellore
Wyrzuty sumienia powinni mieć oboje. Powinni mieć je wcześniej; jeszcze zanim wydarzyło się to, a Love Roderick – w oczach Kimberly Bellore – przestała być tylko panią z telewizora i stała się kobietą z krwi i kości, której tak chętnie podała dłoń. Ich lista zarzutów była przecież tak długa, że w towarzystwie innych przewinień, ten występek wydawał się zupełnie niewinny. Prawdopodobnie nikt nie zwróciłby na niego uwagi. Nikt, poza Anthonym. Jego zdaniem na żal za grzechy było już za późno. Obawiał się bowiem, że to właśnie w ten sposób przekroczyli granicę i że cokolwiek wydarzy się w przyszłości, już zawsze będzie uzależnione od tego cholernego bankietu. Bellore właśnie tracił panowanie nad sytuacją, a przecież tak bardzo nie lubił tego uczucia.
(To swoją drogą zabawne, że tak bardzo przejmował się tym uściśnięciem dłoni i że tak wiele teorii do niego dorabiał. Zupełnie, jakby nie przyjmował do wiadomości, że krzywdził żonę już samym flirtowaniem z Love; nie mówiąc już o piętrzących się kłamstwach czy wreszcie nocach, które spędzał u jej boku.)
Ale czy Anthony pukał do drzwi z myślą, że odzyska kontrolę? No… Nie. To znaczy – idealny scenariusz pewnie tak zakładał, wszak z miliona powodów to on do tej relacji przystępował z pozycji siły (i to nawet jeśli był zakochany w jej kolorze oczu, rozczulał go jej uśmiech i zrobiłby jeszcze więcej niż wszystko dla jej nóg) ale umówmy się: pani redaktor była o jeden telefon, żeby zamienić jego idealne życie w piekło, więc musiał mieć się na baczności i najpierw zrozumieć, dlaczego w ogóle znalazł się znaleźli się w tym miejscu. Rozbrajaniem bomby zajmie się później. Albo - zamiast do biura - pojedzie na lotnisko i po prostu zacznie od nowa. Tak jak wyobrażał sobie, że zawsze mogłaby to zrobić Love.
Zadajesz niezłe pytania – bąknął, wścibskim spojrzeniem skanując wnętrze mieszkania. Powtarzał jej, że mieszkała zbyt skromnie jak na swoje możliwości, ale z drugiej strony polubił przytulność i charakter tego miejsca. Dbała o to czy nie – Anthony za każdym razem już od progu czuł (albo chciał, żeby tak było), że wchodził do jej królestwa i bardzo to doceniał, bo nawet najbardziej klimatyczny pokój w hotelu nie mógł dać tego, co wystawka zdjęć, niezłożony koc albo wylegujące się na suszarce naczynia; nie mógł dać normalności. – Chyba nie przeszkadzam? – To nie było pytanie, ale nie chodziło o to, że czułby się z nim źle, skoro nie odpowiadał na te, które zadawała mu od progu Love; Bellore sprawdzał na ile mógł sobie pozwolić. Albo był po prostu niegrzeczny. Tak czy siak – w końcu przesunął po niej dłuższym spojrzeniem i choć obiecał sobie, że absolutnie nic nie wyprowadzi go z równowagi, to widok podniósł mu ciśnienia na tyle, że musiał skryć grymas na twarzy za kubkiem z kawą. To nie była jego koszulka. On przy niej nie nosił takich ciuchów. Ale to przecież nie jest zazdrość.
Naprawdę pytasz, co tu robię? Żadnego pomysłu? – Wzorem Love, Anthony też oparł się o najbliższą ścianę, framugę czy inną lodówkę (tak, aby stać mniej więcej naprzeciwko) i marszcząc czoło, przyglądał się jej twarzy z niemal taką samą uwagą, jaką sama do niego przykuła. Coś jak w filmach o rewolwerowcach, tylko bez rewolwerów, mostu i tych dziwnych, skórzanych spodni. – Co to do cholery miało znaczyć? – Zapytał więc znacznie bardziej szorstko, niż kiedy układał tę rozmowę w swojej wyobraźni i dlatego prawie od razu zamknął sobie usta kolejnym łykiem gorącej kawy. To ona miała mówić.

Love Roderick

kilka dni po balu charytatywnym, toronto

: pn maja 11, 2026 9:26 pm
autor: Love Roderick
Wcześniej… dużo wcześniej. A mimo wszystko do tej pory ignorowała fakt istnienia całego jego świata albo przynajmniej tej jego niewygodnej części. To nigdy nie była tajemnica, to nie było coś, o czym nie wiedziała i zorientowała się po fakcie. Nie. Świadomie weszła w układ, w którym nie byli sami. To nigdy nie był tylko on i ona. I chociaż zdawała sobie sprawę, że to nie miało prawa bytu i nie miało żadnej przyszłości to nie żałowała. Nie żałowała ani jednego wieczoru, ani jednego weekendu, ani jednej wysłanej w tajemnicy wiadomości…
Aż do tego przeklętego przyjęcia.
Zabawne, bo bali się jego konsekwencji z zupełnie różnych powodów. Albo raczej bali się jego zupełnie różnych konsekwencji. On martwił się, że Roderick zaczęła realizować jakiś tajemny plan zniszczenia go, a ona… cóż – ona bała się, że to przyjęcie było początkiem końca. Ich końca. Nie była mastermindem. Była naiwną dwudziestoparolatką, która nie wiedziała, co robić… i co w związku z tym czuć.
Spojrzała na niego wymownie, gdy wspomniał o przeszkadzaniu. Przecież nawet jeśli już i tak było za późno – wpadł tu bez zapowiedzi, bez zaproszenia i chociażby grama wyjaśnienia. Mało tego. W jego spojrzeniu czuła coś, czego nie rozumiała. Pretensje? Żal? Oh, oczywiście, że był irytująco pewny siebie – jak zawsze, bo nie oszukujmy się… to była jedna z tych rzeczy, które tak bardzo ją pociągały. Ale w tym wszystkim było coś jeszcze, ale prawdopodobnie była zbyt zaspana, żeby tak łatwo to wyłapać.
- I pytasz, o… – mogła udawać głupią, przez chwilę nawet przeszło jej to przez myśl, żeby w ten sposób wyprowadzić go z równowagi, ale odpuściła po zaledwie ułamku sekundy – Przyjęcie? – prychnęła i zrobiła krótką przerwę, żeby upić niewielki łyk kawy – Minęło sporo czasu i byłam pewna, że dałeś sobie z tym spokój. Było minęło, prawda? Nic się nie stało. No chyba, że twoja żona zyskała nową ulubioną prezenterkę i jesteś skazany na moją twarz oraz głos we własnym salonie. – wzruszyła lekko ramionami, odstawiła kubek na blat kuchni, a sama zminimalizowała dystans między nimi. Stanęła przed mężczyzną na tyle blisko, że musiała zadrzeć głowę, żeby na niego spojrzeć. Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, studiowała ją, przez krótką chwilę lawirowała spojrzeniem od jego oczu do ust, jakby nie mogła się zdecydować, co w tym momencie interesuje ją bardziej. Oh, skup się, Roderick! Skarciła się w myślach i ściągnęła mocniej brwi, gdy jednocześnie całą uwagę skupiła na męskich tęczówkach – To musiałby być koszmar – oglądać wiadomości, rozmawiać o nich z Kimberly i jednocześnie pamiętać o wiadomościach, które miał w telefonie.


anthony bellore

kilka dni po balu charytatywnym, toronto

: wt maja 12, 2026 7:53 pm
autor: anthony bellore
Och, czyli jednak działało. Szkoda tylko, że Bellore tym razem (albo jeszcze) wcale nie był taki pewny siebie i że zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że właśnie tak odbierała go teraz Love. Było chyba wręcz przeciwnie – bliżej niż do arogancji było mu do obaw o tę kwestię, którą zadręczała się sama; to znaczy – o ich przyszłość, czymkolwiek byli oni. Przede wszystkim przyświecało mu jednak dobro jego rodziny i jego kariera. Albo jego kariera i dobro jego rodziny. W każdym razie – był zdecydowany, bo włączył mu się instynkt obrońcy i kierowała nim bardziej desperacja, niż chłodne kalkulacje czy szeroko zakrojone plany, dlatego po prostu improwizował.
Z drugiej strony – upływ czasu działał na jego korzyść, a każda przemijająca chwila sprawiała, że stres dokuczał mu coraz mniej. Ciągle, co prawda, czul się jak słoń w składzie z porcelaną, gdy tak zakłócał poranną rutynę Love Roderick, a i patrzenie na nią też nie było takie proste, natomiast skoro pozwoliła mu się prowadzić po własnym mieszkaniu, miał wrażenie, że powoli chwytał kontrolę nad tym ambarasem. Niepokoiło go tylko jej spojrzenie; przyglądała mu się zbyt intensywnie jak na kogoś, kto miał się obudzić dopiero za godzinę. A to zwiastowało tylko jedno – kłopoty.
I wtedy zaczęła mówić.
Aha. O przyjęcie – wycedził, korzystając z krótkiej przerwy, którą Love ucięła sobie, aby wziąć łyk kawy. Już domyślał się, w którym kierunku zamierzała uciekać ze swoją linią obrony, ale jeśli liczyła na to, że tak prędko wyprowadzi go z równowagi, no to… No to się przeliczyła. Anthony słuchał jej, mocno skupiony na tym, żeby wyraz jego twarzy był chłodny i żeby nie zradzał żadnych emocji, a jego jedyną recenzją było nieznaczne potrząśnięcie głową, gdy postawiła pierwszy krok w jego stronę. Tego akurat nie przewidział – spodziewał się raczej dystansu, chłodu i wzajemnych pretensji, a tymczasem Love próbowała odwrócić jego uwagę. Albo tak mu się wydawało. – Gówno prawda. – Prychnął kpiąco, nieznacznie pochylając głowę, żeby móc patrzeć jej w oczy. Jej spojrzenie parzyło chyba jeszcze mocniej niż papierowy kubek z kawą, ale to jej wargi porwały jego uwagę; one i lekki materiał koszulki, który tak dobrze współgrał z jej sylwetką – zupełnie, jakby wcale nie była z cudzej garderoby i jednak nie musiał się nią przejmować. – Gówno prawda, że nic się nie stało – odchrząknął, przynajmniej starając zakotwiczyć wzrokiem w jednym miejscu – na wysokości jej tęczówek. – Gdyby nic się nie stało, to nie zniknęłabyś na pięć dni.I nie spałabyś w koszulce po jakimś chamie.Zapytam jeszcze raz, ale tym razem chcę usłyszeć odpowiedź, Love. Co to, do cholery, miało znaczyć? – Wpatrzony w jej twarz, niby wymownie przestąpił z nogi na nogę (że niby "patrz jaki jestem zniecierpliwiony") i ponaglająco kiwnął głową. Musiał wiedzieć dlaczego pomyślała, że w dobrym tonie będzie się przedstawić. Musiał i już.

Love Roderick

kilka dni po balu charytatywnym, toronto

: czw maja 21, 2026 9:42 pm
autor: Love Roderick
Zmniejszenie dystansu było jej najbardziej skuteczną linią obrony i sposobem na rozproszenie przeciwnika. Innego przecież nie miała… zresztą nie była do końca pewna, czy Anthony Bellowe był jej przeciwnikiem. Ale jeśli nie to kim? Kim do cholery był mężczyzna, w którego twarz teraz tak intensywnie się wpatrywała i który z taką łatwością sprawił, że kącik jej ust drgnął w kierunku uśmiechu. Wystarczyło jedno jego zdanie… prawdopodobnie nawet nie był świadomy, że powiedział coś tak istotnego.
- Zniknęłam? – no chyba nie myślał, że to zignoruje, prawda? Że puści mimo uszu coś, co mile połechtało jej ego… bo zauważył. Postawiła sobie za punkt honoru, że nie odezwie się pierwsza i teraz już wiedziała, że jej się to opłacało. Stał w jej kuchni i wypominał jej kilka dni ciszy… czyżby ta cisza mu przeszkadzała? – No nie mów, że się stęskniłeś, Bellore. – prychnęła, niby w żartach, ale jednocześnie… oh, skłamałaby, gdyby powiedziała, że wcale na to nie liczyła. Liczyła. Chciała, żeby poczuł cokolwiek, więc tęsknota w jakiejkolwiek formie była doskonałym początkiem. Jednocześnie wiedziała, że nie był mężczyzną, który się do niej łatwo przyzna, więc nawet nie czekała na odpowiedź. Kontynuowała zanim zdążył chociażby nabrać powietrza w płuca.
- I wyjaśniłam ci to już tamtego wieczoru, Tony. – wzruszyła lekko ramionami, nie odrywając jednak od niego spojrzenia chociażby na chwilę – Byłam ciekawa. Po prostu ciekawa. Chciałam wiedzieć jaka ona jest… a jeszcze bardziej chciałam dowiedzieć się jaki t y jesteś w jej towarzystwie. Naprawdę to była tylko i wyłącznie ciekawość, nie musisz w tym szukać drugiego dna albo skomplikowanej intrygi. – zaspokoiła swoją ciekawość poznając jego żonę i w rezultacie nie wiedziała jak powinna się z tym czuć, bo kobieta, którą poniekąd krzywdziła nagle stała się bardzo realna, była sympatyczna i przyjaźnie nastawiona. No i co jeszcze… - Jest piękna. – nie zamierzała udawać, że jest inaczej. Nie zamierzała umniejszać pani Bellore, żeby podbudować własne ego. Zresztą to tak nie działało… nawet gdyby sto tysięcy razy powtórzyła, że Kimberly jest okropna to nie byłoby to prawdą – Więc trochę nie rozumiem dlaczego tu jesteś… i dlaczego w ogóle zauważyłeś, że zniknęłam na pięć dni. – mogło to przyjemnie łechtać jej ego, mogła chcieć to usłyszeć, mogło sprawić jej to przyjemność… ale wcale nie musiała tego rozumieć. Cała ta sytuacja była zbyt skomplikowana.


anthony bellore

kilka dni po balu charytatywnym, toronto

: sob maja 23, 2026 1:46 pm
autor: anthony bellore
Nie mów, że się stęskniłeś.
Blunder. I to taki nie na dwa znaki zapytania, a na trzy albo więcej. Och, jak celnie go teraz trafiła. To nie miało już żadnego znaczenia czy Anthony Bellore tęsknił, robił się niecierpliwy albo wręcz przeciwnie – odpoczywał. Najważniejsze było to, że Love mogła sobie tak pomyśleć. I że właśnie tak sobie o nim pomyślała. Po tylu latach bycia dorosłym mężczyzną nie miał prawa do tego dopuścić. I to nawet jeśli już od dawna był zaobrączkowany i nie oglądał się za każdą dłuższą nogą.
Ponieważ jednak był szachistą… No, może nie wytrawnym, ale niezłym, to rozumiał, że dopóki król ma jeszcze gdzie uciekać, skupianie się na własnych błędach nie ma sensu i dlatego… odsunął się od Love. Bez słowa, na krok albo dwa – zajmując miejsce przy szafce, na której zostawiła swój kubek. Rozchyliwszy palcami żaluzję, wyjrzał przez okno, i spokojnie napił się kawy. Przyjmował cios – tak mu się przynajmniej wydawało – z godnością, chociaż gdyby to o godność chodziło, to już dawno wyprowadziłby się ze swojego domu i pokutowałby za winy poczynione również w tej kuchni tym mieszkaniu.
Niczego nie wyjaśniłaś. – Pokręcił głową. Czując na sobie spojrzenie Love, nie odwrócił się jednak w jej stronę. Nie chciał teraz patrzeć jej w oczy. Myślał o niej wiele rzeczy i za część z nich ją podziwiał, ale w tym konkretnym momencie podejrzewał, że jej szczerość mogłaby mu zrobić krzywdę; że mogłaby zrobić krzywdę jego ego. Nie przerywał jej więc, ni to zły, ni przestraszony, w nadziei na to, że tak jak on – powie jedno słowo za dużo. Ale nie powiedziała. – Tak. To na pewno – skwitował krótko komplement pod adresem Kimberly i westchnął pod nosem. Skupił się tylko na nim, a właściwie to na nim i na wyrzutach sumienia. Kiedy bowiem z ust Love wypadły te dwa słowa, zaczął się zastanawiać, kiedy ostatnio powiedział to żonie tak po prostu; bezinteresownie, szczerze i gdy byli sami. To musiała być cała wieczność. Na całe szczęście ugryzł się w język i nie podzielił się tym przemyśleniem. – Jesteś dorosła, Love. Wiesz, dlaczego zauważyłem – rzucił tak, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, a potem zrobił krótką pauzę na łyk kawy. Taktyka z blefowaniem i niedomówieniami zaczynała się wyczerpywać. Czuł to. I że ona czuła, że on to czuł też. Pora na kontrę.. – Następnym razem przyjdziesz do mojego domu? Zobaczyć jaki jestem tam? Tego też jesteś ciekawa? – Mówił powoli i chłodno, ale jeszcze bez jadowitej złośliwości, z którą kąsał swoich zawodowych oponentów w ławach parlamentu. A może to właśnie było to, tylko tego nie dostrzegał? W każdym razie - to właśnie w tym momencie odwrócił się w jej stronę i ponownie zawiesił spojrzenie na jej twarzy, starając się zachować surowy wyraz na tej swojej. Tylko tak mógł odzyskać inicjatywę - rzekomą dojrzałością i dystansem.

Love Roderick

kilka dni po balu charytatywnym, toronto

: sob maja 23, 2026 4:03 pm
autor: Love Roderick
Nie odpowiedział, ale coś jej mówiło, że ta reakcja… to, że się od niej odsunął mówiło więcej niż powinno. Nie skomentowała. Nie próbowała też na powrót tego dystansu między nimi likwidować – chciał się odsunąć to proszę bardzo. Jej mieszkanie i tak było malutkie, więc nie miał dużego pola do popisu jeśli chodziło o ucieczkę. Jeśli pragnął przestrzeni zdecydowanie mógł wybrać lepsze miejsce do tej konfrontacji. Na dodatek była w bardziej komfortowej sytuacji, bo była u siebie… była na swoim terenie, mogła sobie na więcej poświęcić. Dlatego też nie czuła się dziwnie, gdy po prostu odwróciła się za nim, oparła o kuchenny blat i na nim usiadła. Posadziła tyłek na chłodnym blacie, zacisnęła palce na jego krawędzi, a wzrok i tak utkwiła w mężczyźnie po drugiej stronie kuchni. Czyli te całe trzy kroki dalej.
I wywróciła oczami. Wymownie i z odrobiną irytacji. Bo jak na kogoś, kto oczekiwał wyjaśnień… sam jednocześnie niewiele dawał od siebie. A Love z jakiegoś powodu poczuła, że ma dość tłumaczenia się i to komuś, kto w odpowiedzi rzucał tylko i wyłącznie półsłówkami. Więc w jej spojrzeniu coś się zmieniło… jej tęczówki jakby trochę pociemniały. Naturalnie też spoważniała.
- Jeśli urządzisz przyjęcie, na którym mogłabym się znaleźć to z wielką przyjemnością. – prychnęła, ale jednocześnie dała mu do zrozumienia, że na przyjęciu sprzed paru dni nie pojawiła się dla niego lub przez niego. Po prostu znaleźli się w jednym miejscu w jednym czasie, a Roderick wykorzystała okazję, żeby zaspokoić swoją ciekawość. Czy szło za tym coś więcej? Naprawdę nie. Naprawdę nie planowała wielkiej intrygi i nie chciała zrobić mu krzywdy, a przede wszystkim… nie zamierzała sprawiać jego żonie przykrości większej niż ta, którą jej sprawiała na co dzień. Tylko, że Kimberly jeszcze nie była tego świadoma.
- Lubisz powtarzać, że jestem dorosła… więc czego się właściwie spodziewałeś? Jakie wytłumaczenie by cię satysfakcjonowało? Co chciałeś usłyszeć? Że miałam ochotę zrobić scenę? Poznać twoją żonę tylko po to, żeby powiedzieć jej, że lubię pieprzyć jej męża? – prychnęła, a przy okazji aż wywróciła oczami, bo mogła to lubić… ale przy okazji miała do siebie wystarczająco dużo szacunku, żeby nie chwalić się tym na prawo i lewo. Nie było nic godnego pochwały w romansie z żonatym facetem. Nic – I nie wiem. Możesz mnie potraktować jak idiotkę, Bellore, ale oświeć mnie… oświeć mnie dlaczego to zauważyłeś i dlaczego tu przyszedłeś. Przestań rzucać tymi swoimi politycznymi półsłówkami i powiedz, o co ci w tym wszystkim chodzi. – bo nie byli ani na wizji, ani ona nie była jego politycznym przeciwnikiem. Byli tutaj sami i może wreszcie trzeba było zacząć ze sobą rozmawiać szczerze. Ehe. Na pewno.



anthony bellore

kilka dni po balu charytatywnym, toronto

: pn maja 25, 2026 6:26 pm
autor: anthony bellore
Problem polegał chyba na tym, że Love prawdopodobnie spodziewała się po nim większej dojrzałości.
Na wyrost.
Na wyrost, a jakby się dłużej nad tym zastanowić, to i pewnie bezpodstawnie. W końcu… Który dojrzały mąż i ojciec pcha się do łóżka dziewczynie (niemal) w wieku swojej najstarszej córki, nie? Takie numery to domena raczej tych facetów, którzy za bardzo dorosłych tylko się mają, a ponieważ Anthony potrafił taką rolę odegrać wręcz koncertowo, to nic dziwnego, że redaktor Roderick liczyła na więcej. O takich mężczyznach jak on (w cudzysłowie) kręci się filmy i pisze książki, po których oczekiwania – i to na wielu frontach – rosną do niebotycznych rozmiarów. Bellore je znał, dlatego bywał bardzo przekonujący. I chyba tylko dlatego mógł sobie pozwolić na tak wiele, jak w tej chwili.
Obrzuciwszy spojrzeniem Love, Anthony zdał sobie sprawę z tego, jak żenujące było to odejście. Okazało się bowiem, że zajmując miejsce na kuchennym blacie, zamknęła dzielący ich dystans w odległości zbliżonej do spotkania na tym nieszczęsnym przyjęciu. Ot, sfera osobista, bezpieczna odległość i tak dalej. Przynamniej w teorii. W praktyce jednak wciąż była na tyle blisko, że niemal na wyciągnięcie ręki – tej, w której mocniej ściskał teraz kubek z kawą, przyglądając się jej sennej twarzy i długim nogom. To właśnie była odpowiedź na pytanie, co tu robił, ale tego przecież nie mógł jej powiedzieć.
Zapomnij – syknął kpiąco, wchodząc jej w słowo, jeszcze zanim zdążyła wytoczyć cięższe działa. Jej odpowiedź była nieco rozczarowująca, bo nie pasowała do jego planu na wzięcie odwetu, ale poniekąd był wdzięczny, że dzięki temu nie musiał go realizować. Jeszcze będzie okazja zapytać, czy chciała podglądać go z żoną. Teraz było na to za wcześnie. – W domu jest broń. Nie chcę jej pilnować przed obcymi ochlejusami – dodał, zupełnie zmieniając ton. Powiedział to luźno i grzecznie, jakby rozmawiali o najbardziej oczywistej rzeczy na świecie, a nie byli o krok od awantury. I wbrew pozorom – wcale nie żałował, że wykorzystała okazję i wyprowadziła swoje ciosy. Wręcz przeciwnie – w szerszej perspektywie pewnie pasowała mu wymówka w stylu „to ty zaczęłaś”. Tylko czy naprawdę wybiegał tak daleko do przodu? Nie wiem, choć się domyślam.
To nie są, kurwa, żarty, Love – zaczął gorzko, niezależnie od tego, czy skończyła mówić, czy jednak się przekrzykiwali. W innych okolicznościach jej słowa sprawiłyby mu przyjemność, natomiast on przecież już od pięciu dni unosił się honorem, więc byle łechtanie jego ego nie mogło rozwiązać sprawy. – Ty może niekoniecznie miałaś na to ochotę, ale szampan w twoim kieliszku mógł mieć inne plany. Zdajesz sobie sprawę, jak na mnie patrzyłaś? Jak patrzyłaś na tamtego chłystka? – Słowa wypowiedziane na pięć minut przed tragedią. Nie był dla niej fair ani tym bardziej rozsądny za ich oboje, ale on przecież miał to gdzieś. – Wiesz, co by mnie satysfakcjonowało? – Bellore odstawił swój kubek i postawił krok w jej stronę, ale tylko jeden – zatrzymał się nad posprzątanym fragmentem lady, a potem tak jak Love – zacisnął mocno palce na jego skraju. – Satysfakcjonowałoby mnie, gdybyś wtedy skończyła na robieniu maślanych oczu do każdego munduru w promieniu dziesięciu metrów ode mnie. Ale nie ciebie. Nie zareagowałem tak, jak chciałaś, więc mnie ukarałaś. Upokarzając moją żonę. – Urwał szorstko i pokręcił głową. Tym razem jednak nie oderwał od niej wzroku i niewzruszony przyglądał się jej twarzy. Zupełnie jakby nie zdawał sobie sprawy ze swojej hipokryzji albo z tego, że bił na oślep.

Love Roderick

kilka dni po balu charytatywnym, toronto

: śr maja 27, 2026 7:00 pm
autor: Love Roderick
Kolejny polegał na tym, że wzorców dojrzałych mężczyzn miała w swoim życiu dokładne zero. Zresztą tych niedojrzałych, ale porządnych również nie. Generalnie nie miała raczej dobrego doświadczenia i z domu przykładu nie wyniosła żadnego. Nic więc dziwnego, że pakowała się w relacje, które pozostawiały wiele, naprawdę wiele do życzenia. Daddy issues?. Raczej nie, bo w całej tej znajomości z Bellore raczej nie szukała takiej mocno emocjonalnej opieki i bezpieczeństwa. Mogła mieć nierówno pod sufitem, ale akurat to im tutaj nie zagrażało. Chyba. A przynajmniej nie tak bezpośrednio. Chyba.
Prychnęła wymownie, bo ani przez moment nie sugerowała, że to były żarty… ani wtedy, ani tym bardziej teraz. Gdy zarzuciła go pytaniami, co chciał właściwe od niej usłyszeć i czego oczekiwał – również nie żartowała. Naprawdę chciała wiedzieć, bo mogła to być kwestia jej zaspania, ale na boga… odnosiła wrażenie, że czegokolwiek by nie powiedziała i tak byłoby źle. Jakby nie istniała dobra odpowiedź. Jakby przyszedł tylko po to, żeby eskalować konflikt, który na dobrą sprawę wcale nie musiał być konfliktem. Mógł to zignorować, mógł przejść z tamtym przyjęciem do porządku dziennego, mógł pogodzić się z tym, że odeszła (chociaż wcale nie) albo wręcz przeciwnie i przypomnieć jej o rezerwacji w ulubionym hotelu. Opcji było całe mnóstwo, a on wybrał akurat to… najgorsze i najtrudniejsze biorąc pod uwagę, że było wcześnie.
- Jedyną osobą, która upokarza twoją żonę jesteś ty sam, Bellore. – wycedziła przez zęby patrząc mu prosto w oczy, bez grama zawahania, bez grama speszenia… bo naprawdę wierzyła w swoje słowa. To, co zrobiła mogło być niemądre, ale nie wypiła na tyle dużo, żeby nie panować nad sytuacją albo nad własnym językiem. Nie zrobiła nic niestosownego, ani nawet nic podejrzanego. Miała kontrolę nad sytuacją… jedynie nie miała kontroli nad nim i jeśli ktoś mógł zrobić coś, co skończyłoby się dla nich źle – to był to Anthony. Szczerze w to wierzyła! – I zdążyłam się pogubić, czy chodzi ci o to, że się jej przedstawiłam, o to, że na ciebie patrzyłam czy że patrzyłam na każdego innego w mundurze? Że flirtowałam z tym chłystkiem? – zaakcentowała odpowiednio zaproponowane przez niego określenie kolegi po fachu – I naprawdę? Myślisz, że chciałam cię ukarać, bo nie zareagowałeś tak jak ci się wydawało, że tego oczekiwałam? – cóż, możliwe, że tak było, ale nawet na torturach by się do tego przecież nie przyznała, nawet przed samą sobą. Tym bardziej, że nie miała pojęcia czego właściwie mogłaby od niego oczekiwać… cokolwiek przychodziło jej do głowy było absurdalne – Miałeś ją zostawić i spędzić wieczór ze mną? Zaliczyć w publicznej toalecie, żeby udowodnić jak bardzo nie możesz sobie tego odmówić? Przyznać do romansu? Nie ma takiej ilości szampana, która wyłączyłaby mój zdrowy rozsądek, żeby o czymś takim pomyśleć i tego chcieć. Jestem młodą kochanką. Znam swoje miejsce w szeregu, Tony. I możesz być paranoikiem, ale nie zamierzałam cię zniszczyć… byłam ciekawa. - ale nie zamierzała mu tego udowadniać. Po jego stronie już leżało, czy jej uwierzy.



anthony bellore