Strona 1 z 2

st jude, we were lost before we started

: śr maja 06, 2026 8:47 pm
autor: Horacy Bell
Nie planował tego w sposób do jakiego był przyzwyczajony. Właściwie trudno byłoby wskazać moment, w którym ta decyzja zapadła, bo nie towarzyszyło jej ani rozpisanie w głowie żadnego możliwego scenariusza, ani chłodna kalkulacja tego co wypada. Raczej pojawiła się gdzieś pomiędzy jednym a drugim powrotem myślami do tamtego wieczoru w Malvern, kiedy siedzieli naprzeciwko siebie przy niewielkim stoliku, a rozmowa toczyła się bez wysiłku, bez potrzeby ciągłego pilnowania własnych słów, bez tej wewnętrznej kontroli, która przez lata stała się jego drugą naturą. Właśnie to było najbardziej niepokojące. Łapał się na tych myślach w najmniej odpowiednich momentach.
Na przykład w szpitalu. Między jednym a drugim pacjentem, kiedy rutyna przejmowała kontrolę nad jego rękami i decyzjami, nagle jego myśli potrafiły skręcić w zupełnie innym kierunku, nieproszone i niepasujące do miejsca, w którym się znajdował. Wystarczyło coś drobnego; fragment rozmowy zasłyszany na korytarzu, sposób, w jaki ktoś uniósł brew, nawet ton głosu, który przez ułamek sekundy przypominał jej zaczepność, żeby przez krótką chwilę przestał być w pełni obecny tu i teraz.
I to go irytowało. Nie dlatego, że było nieprzyjemne, tylko dlatego, że wymykało się spod kontroli. Przywykł do tego, że jego głowa pracuje w określony sposób, że potrafi oddzielić to, co istotne, od tego, co zbędne. A jednak pojawiała się tam, zupełnie nie na miejscu, w momentach, które powinny należeć wyłącznie do niego i do tego, co robił.
Krótka rozmowa w barze, która nie powinna była wyjść poza schemat uprzejmej wymiany zdań między klientem a barmanką. A jednak wyszła. Przesunęła się gdzieś dalej, w miejsce, które zwykle pozostawało zarezerwowane dla ludzi, których znało się dłużej, lepiej, głębiej. Cisza wracała do niego najczęściej. Nie konkretne słowa ani nie zdania, które mogłyby zostać zapamiętane i odtworzone. Taka cisza, która nie wymaga wypełnienia.
Pamiętał za to dokładnie moment,w którym rzucił tę propozycję, ukrytą pod brzmieniem bardziej luźnej uwagi niż konkretnego zaproszenia. Powiedział, że mógłby jej pokazać drugą stronę miasta i miejsce, które oprócz snobistycznej otoczki, faktycznie ma coś godnego do zaoferowania.
Restauracja, do której ją zabrał, nie była jedną z tych przestrzeni, które epatują bogactwem w oczywisty sposób. Nie było złotych zdobień ani ostatantecyjnych dekoracji - wszystko było stonowane i dopracowane. Bywał tu wcześniej, nawet całkiem regularnie, bo miejsce znajdowało się blisko szpitala i często przedstawiciele medyczni wybierali je na binzesowe kolacje. Swoją drogą, każdy liczący się w mieście znał George Restaurant.
- To jest obowiązkowe miejsce do odhaczenia w finansowej dzielnicy. - zażartował, gdy w końcu zaprowadzono ich do stolika. Teraz siedzieli w miejscu, które było jego. - Na pewno obowiązkowe do zyskania odznaki snoba. - strzepnął z poły marynarki kurz, jakby wycierał przy tym nieistniejący emblemat.
- Swoją drogą, jestem ciekaw, czy znajdziesz tu coś, co nie będzie pasowało do twojej teorii. - Nawiązał do ich poprzedniej rozmowy. - Jeżeli to okaże się kompletną porażką - dodał lżej po chwili. - Następnym razem wybierasz ty. - Nie powiedział "następnym razem" przypadkiem. I chyba oboje to zauważyli.

Liyana Sinclair

st jude, we were lost before we started

: czw maja 07, 2026 6:33 pm
autor: Liyana Sinclair
004.
Weszła do restauracji pół kroku za Horacym, rozglądając się po wnętrzu czujnym spojrzeniem, które zwykle pojawiało się u niej w nowych miejscach, jakby podlegały natychmiastowej ocenie. Wszystko tutaj wyglądało dokładnie tak, jak powinno wyglądać miejsce polecane przez ludzi w drogich garniturach – przytłumione światło, idealnie nakryte stoły, kelnerzy poruszający się niemal bezszelestnie między stolikami. Jednocześnie nie czuła, żeby to wszystko było ostentacyjne.
Lina rzadko bywała w miejscach takich jak to. Nie dlatego, że już z zewnątrz krzyczało, że tu jest jakby luksusowo, bo w zasadzie na pierwszy rzut oka ta przestrzeń wydawała się całkiem przyjemna. Powód jej niebywania w podobnych miejscach był znacznie bardziej prozaiczny i sprowadzał się przede wszystkim do finansów. Nie mogła pozwolić sobie na częste wypady do knajp, gdzie średnio jeden lunch kosztował tyle, co składniki na trzy, cztery obiady. I gdyby ktokolwiek kilka tygodni temu powiedział jej, że zostanie zaproszona do jednego z takich miejsc, uznałaby to za nietrafiony żart.
Ale to nie był żart. Ani to, ani fakt, że sukienkę, którą miała na sobie tego popołudnia, kupiła parę dni temu, choć zazwyczaj unikała impulsywnych zakupów, bo przecież te pieniądze zawsze dało się spożytkować jakoś rozsądniej. Pierwszy raz od dawna to jej nie powstrzymało. Nie wiedziała, czemu zależało jej, żeby wyglądać lepiej niż na co dzień, czemu w ogóle się tym przejmowała, skoro dotychczas nie miało to znaczenia. A może poniekąd się domyślała, ale to były myśli z rodzaju tych natrętnych, które odgania się jak muchy.
Kiedy usiedli przy stoliku, przez moment bardziej obserwowała jego niż wnętrze restauracji. Pasował tutaj jakoś tak naturalnie. A mimo to wcześniej siedział z nią w małej restauracji w Malvern dokładnie tak samo swobodnie.
A czy każda wizyta w Malvern nie odbiera ci przypadkiem prawa do tej odznaki? – spytała przekornie, z typową dla siebie mieszaniną lekkiej zaczepności i rozbawienia, natychmiast celując w niego spojrzeniem. – Nie żebym ja się przejmowała takimi rzeczami, ale żebyś potem nie narzekał, że wywalili cię z jakiegoś elitarnego klubu snobów. Ugh, boję się nawet pytać, jakie tam macie atrakcje – kontynuowała żart, ściągając z ramion skórzaną kurtkę, bo jak zawsze było jej za ciepło. Po przyjeździe do Toronto okazało się, że pojęcie ciepła może być kompletnie inne w dwóch różnych częściach Kanady.
Och, ja raczej szukam rzeczy, które ją potwierdzają. W torebce mam całą listę do odhaczenia – zażartowała, bo prawda była taka, że nie miało to dla niej żadnego znaczenia. Nie chodziło w końcu o licytowanie się, a o coś kompletnie innego.
Kiedy padło to „następnym razem”, coś w niej odruchowo się napięło – nie przez same słowa, ale przez to, jak łatwo je przyjęła. Bez potrzeby natychmiastowego wycofania się, obrócenia wszystkiego w żart albo przypomnienia sobie, że ludzie zazwyczaj rozczarowują, jeśli pozwoli im się zostać za długo. Ona zazwyczaj nie pozwalała. Zazwyczaj.
Następnym razem… – Posmakowała te słowa na języku, jakby chciała się przekonać jak brzmią również w jej wykonaniu. Było w nich coś słodkiego. Uśmiechnęła się kącikiem ust – I tak wybieram ja. Musimy zachować równowagę, bo jeszcze za bardzo przyzwyczaję się do luksusów i snobistycznych rozrywek – skwitowała lekko, odchylając się lekko na krześle i sięgnęła po menu, ale rzuciła tylko na nie okiem, szybko wracając spojrzeniem do swojego towarzysza. – Czy dziwne nazwy potraw to jakiś fetysz snobów? – Zmrużyła lekko oczy, choć ledwo powstrzymywała rozbawienie. – Co polecasz? – uznała ostatecznie, że to będzie lepsza opcja – zdać się na niego – niż przebijać się przez listę niezrozumiałych nazw, pod którymi pewnie w gruncie rzeczy kryły się całkiem normalne potrawy.

Horacy Bell

st jude, we were lost before we started

: ndz maja 10, 2026 12:26 am
autor: Horacy Bell
On nauczył się takich przestrzeni wcześnie. Już jako dziecko wiedział, którego widelca użyć pierwszego i jak rozmawiać z ludźmi, którzy mogli zaważyć na jego przyszłości. Restauracje podobne do tej były tłem rodzinnych spotkań, biznesowych kolacji jego ojca i wszelkich uroczystości, podczas których wszyscy wyglądali idealnie, a mimo to atmosfera przy stole często przypominała partię szachów.
Kiedy wspomniała o odbieraniu mu snobistycznej odznaki przez wizyty w Malvern, parsknął cicho pod nosem.
Obawiam się, że to tak nie działa — odpowiedział spokojnie. — Myślę, że żeby zostać oficjalnie wyrzuconym z elitarnego klubu snobów, musiałbym zrobić coś naprawdę drastycznego. Może bez ironii wypić butelkę taniego wina? Albo założyć krótki rękaw pod marynarkę. - W jego głosie pobrzmiewało rozbawienie, ale też coś miększego, czego jeszcze miesiąc temu prawdopodobnie sam by u siebie nie rozpoznał. Coraz częściej łapał się na tym, że przy Linie jego wypowiedzi przestają być tak dokładnie kontrolowane. To, co działo się między nimi, przypominało raczej powolne przesuwanie granic, którego człowiek orientował się dopiero po czasie. Gdyby uczucie przyszło nagle i gwałtownie, pewnie od razu by się wycofał. Zorientowałby się, że traci grunt pod nogami i instynktownie wrócił do swojej bezpiecznej, chłodnej równowagi. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Ta skorupa pękała powoli. Prawie niezauważalnie. Każdego dnia odrobinę bardziej.
Cała filozofia takich miejsc opiera się na tym, żeby nie nazwać niczego normalnie.— stwierdził z rozbawieniem. — Nikt nie zapłaciłby sześćdziesięciu dolarów za domowy rosół... ale consommé z wywaru drobiowego z nutą kozieradki to zupełnie inna sprawa. Ewentualnie może być jeszcze dekonstrukcja klasycznego rosołu z azjatyckim twistem - pół filiżanki bulionu, jeden pierożek gyoza i listek czegoś zielonego na środku talerza. To już jest danie godne gwiazdki Michelin. - Pokręcił głową z teatralnym zmęczeniem. W jego głosie pobrzmiewało rozbawienie, ale też coś bliższego zmęczeniu niż rzeczywistej pogardzie. Bo prawda była taka, że znał ten świat od zawsze. Wyrósł w nim tak naturalnie, że przez długi czas nawet nie rozumiał, że istnieje jakaś alternatywa. Drogie restauracje, prywatne szkoły, ludzie rozmawiający o inwestycjach między przystawką a deserem. Kobiety w perfekcyjnie skrojonych płaszczach i mężczyźni, którzy już po uścisku dłoni oceniali wartość drugiego człowieka. Kiedyś wydawało mu się to normalne.
Później przez pewien czas próbował się od tego odciąć. Patrząc z boku, wydawało się, że będzie to tylko przejaw szczeniackiego buntu. Potrwa może rok lub dwa i Horacy wróci na łono rodziny.
I co najgorsze, ja naprawdę byłem jednym z tych ludzi, którzy się na to nabierali. Na szczęście w porę się opamiętałem. - Przez milisekundę przebiegł po jego twarzy bolesny skurcz, taki sam jaki pojawiał się za każdym razem, gdy Horacy dotykał myślami tamtej części życia.
Zamów Canard aux cerises. Mają tutaj rewelacyjną kaczkę. Chociaż ich risotto z truflami to też klasyk. - Uniósł wzrok znad menu.
Uważaj z tym przyzwyczajaniem się do luksusów. Najpierw dobra restauracja raz na jakiś czas, później zaczynasz narzekać na źle dobraną kartę win i zanim się obejrzysz, twoja dekoratorka kupuje ci świece za sto dolarów.

Liyana Sinclair

st jude, we were lost before we started

: wt maja 12, 2026 5:50 pm
autor: Liyana Sinclair
Tanie wino? Krótki rękaw? – powtórzyła po nim, nadając swojemu głosowi nieco teatralnego brzmienia. – Wow, to niewybaczalne. Totalnie rozumiem, czemu należałby ci się po tym snobistyczny ostracyzm – zadrwiła, kręcąc głową z udawanym politowaniem, jakby w jej świecie tanie wino i nie taka koszula miały jakiekolwiek znaczenie. Kiedy była dzieckiem, jej ojciec prowadził swój biznes, czasem więc zabierał rodzinę na kolacje czy spotkania ze swoimi wspólnikami czy potencjalnymi klientami. Ale mimo wyraźnie biznesowego celu spotkania, polewany alkohol był z pobliskiego sklepu, pewnie w dodatku kupiony na promocji, a mężczyźni ubrani byli w koszulki polo, a nie koszule i marynarki.
Kącik jej ust drgnął lekko, ale zaraz potem spojrzała na niego uważniej, kiedy mówił o całej tej otoczce. Podobało jej się, jak mówił o tym wszystkim bez tej typowej dla ludzi z jego świata obronnej wyższości. Nie próbował jej przekonać, że luksus jest niezrozumiany przez zwykłych ludzi, którzy najpewniej nigdy go nie doświadczą, ani nie udawał, że jest mu to kompletnie obce. Mówił o tym z dystansem kogoś, kto zna mechanizm od środka aż za dobrze, ale jednocześnie wydaje się doskonale świadomy tego, jak to brzmi dla kogoś , kto stoi z boku.
To zabawne… – zaczęła w końcu spokojnie, bez tej swojej typowej ostrości. – Takie traktowanie jedzenia jak czegoś, co trzeba „ubrać” w jakąś historię, filozofię właśnie, żeby było warte swojej ceny. Dlaczego właściwie? Normalność jest zbyt tania? – Uniosła lekko brew, ale bez złośliwości, raczej jak ktoś, kto naprawdę próbuje zrozumieć, ale nie do końca mu się to składa w logiczną całość. Zresztą może to wcale nie było pytanie do Horacego, bo Linie nie umknęły ani jego słowa, ani ten grymas, który zniknął równie szybko, co się pojawił. Jednak zanim zdążyłaby pociągnąć go za język, podpowiedział jej, co mogłoby jej tutaj podpasować.
Parsknęła cicho pod nosem i pokręciła głową, ale bez prawdziwego oporu.
Już sama chęć zamówienia kaczki za absurdalne pieniądze brzmi jak etap, przy którym powinna mi się zapalić czerwona lampka, że nie chcę skończyć ze świecami za sto dolarów – skwitowała, ponownie otwierając menu, choć raczej po to, żeby zająć czymś ręce niż naprawdę jeszcze coś czytać.
Jeszcze kilka tygodni temu takie miejsce tylko by ją przytłoczyło – elegancko ubrani ludzie, atmosfera, menu pełne niezrozumiałych nazw. Teraz siedziała tutaj zaskakująco spokojnie. A może to przez to, że była tu z Horacym? Kiedy do ich stolika podszedł kelner, Lina postanowiła zaufać swojemu towarzyszowi i wybrała faktycznie kaczkę, uznając, że drugiej podobnej ku temu okazji może nie być.
Kiedy zostali sami, Liyana uniosła wzrok z powrotem na Horacego, zatrzymując go na nim odrobinę dłużej. Zawahała się, ale tylko na moment.
Kiedy o tym opowiadasz, brzmisz, jakbyś naprawdę wiedział o czym mówisz, więc albo środowisko lekarskie jest tak snobistyczne, albo to sięga znacznie głębiej – zaczęła, jakby badała teren, co jednak nie przeszkodziło jej kontynuować – a ludzie nie tak łatwo opamiętują się z rzeczy, w których wyrośli. – Przez moment przyglądała mu się uważnie, jakby próbowała dopasować do siebie wszystkie wersje Horacego, które zdążyła już zobaczyć. Tego, który potrafił odnaleźć się w takich miejscach bez najmniejszego wysiłku. I tego, który mówił o nich z wyraźnym zmęczeniem.
Więc? – odezwała się lżej. – Co takiego musiało się wydarzyć, żebyś nagle uznał, że cały ten perfekcyjny świat jednak nie działa?

Horacy Bell

st jude, we were lost before we started

: ndz maja 17, 2026 10:02 pm
autor: Horacy Bell
X

st jude, we were lost before we started

: śr maja 20, 2026 9:17 pm
autor: Horacy Bell
- Tanie wino ikrótki rękaw to dopiero początek.— Kącik jego ust uniósł się lekko. - W towarzystwie łatwo o faux pas na każdym kroku. - Kiedyś odnajdywał się w tym świecie niemal automatycznie. Nie musiał się nad niczym zastanawiać, po prostu wiedział, które wino zamówić do konkretnego mięsa i jakiego nazwiska użyć mimochodem w rozmowie, żeby otworzyć odpowiednie drzwi. W takich miejscach wszystko działało według dobrze znanego mu schematu — kelner pojawiał się przy stoliku dokładnie wtedy, kiedy powinien, światło było przygaszone w sposób mający sprawiać wrażenie intymności, a ceny zapisano dyskretną czcionką, jakby pieniądze były czymś zbyt nieeleganckim, by mówić o nich wprost.
Weźmiemy kaczkę — powiedział, wskazując kelnerowi pozycję, o której wcześniej wspominał. — I ravioli. Do tego butelka pinot noir. - Dopiero kiedy zostali sami, wrócił do wcześniejszych słów Liny.
Dokładnie, normalność jest zbyt tania — przyznał bez większego namysłu. — Rosół brzmi jak coś jedzone w domu, zwykle i codzienne. Nie przychodzi się do George po codzienność. - W jego głosie nie było jednak pogardy. Na moment zapatrzył się gdzieś obok niej, na stoliki dalej, gdzie starszy mężczyzna w granatowej marynarce mówił coś półgłosem do młodej kobiety o idealnie wyprostowanych plecach. Horacy znał takich ludzi całe życie. Wiedział, jak wyglądają ich kolacje, ich małżeństwa, ich rozmowy prowadzone w samochodach za kilkaset tysięcy dolarów. Wiedział też, jak często za całą tą elegancją kryło się zwyczajne zmęczenie sobą nawzajem.
Horacy odchylił się lekko na krześle i przez moment obracał w dłoniach kieliszek z wodą, jakby naprawdę zastanawiał się nad odpowiedzią.
Nic spektakularnego — powiedział w końcu cicho. Tym razem spojrzał jej prosto w oczy. — I to jest chyba najbardziej klasyczny powód buntu w historii ludzkości. Żadnej wielkiej filozofii. Żadnej rewolucji. Po prostu miłość. A pozniej przejrzałem na oczy i już nie umiałem wrócić do udawania, że każdy element ma znaczenie. - Na szczęście nie musiał już kontynuować. Kelner przyniósł wino i nalał mu do kieliszka, czekając na aprobatę. To wszystko kupiło mi kolejne kilka sekund, podczas których mógł zagonić ducha narzeczonej z powrotem do porannych myśli. W końcu spróbował wina i skinął głową.
Horacy przez chwilę obracał kieliszek w dłoni, obserwując, jak ciemne pinot noir osadza się cienką warstwą na szkle. Wiedział, że powinien coś powiedzieć. Cokolwiek. Jakąś naturalną kontynuację, lekkie dopowiedzenie, może nawet żart, który rozbroiłby ciężar tamtego krótkiego wyznania. Problem polegał na tym, że wspomnienie o niej — nawet tak zdawkowe — zawsze działało na niego podobnie. Jak przypadkowe dotknięcie starego złamania, które niby dawno się zrosło, ale przy zmianie pogody wciąż przypominało o swoim istnieniu. Nie lubił tego uczucia. Nie lubił momentów, w których tracił kontrolę nad własnymi myślami. Jej śmierć, nawet po latach, potrafiła być zaskakująco bezczelna. Wracała nagle, bez zaproszenia, w najmniej odpowiednich chwilach. Nawet teraz, w restauracji, naprzeciwko kobiety, przy której pierwszy raz od bardzo dawna czuł się… dobrze.
I może właśnie dlatego wspomnienie narzeczonej uderzyło go mocniej niż zwykle.
Bo przez ostatnie tygodnie łapał się na czymś, czego wcześniej konsekwentnie unikał — na wyobrażaniu sobie przyszłości.

Liyana Sinclair

st jude, we were lost before we started

: czw maja 21, 2026 5:00 pm
autor: Liyana Sinclair
Pomyślała, że byłaby okropnie nieszczęśliwa, gdyby w taki sposób wyglądało jej życie. Jasne, czasem zazdrościła tym bogatym dupkom tego, że nie musieli żyć od dziesiątego do dziesiątego, nie musieli wybierać priorytetowego wydatku w danym miesiącu ani martwić się tym, że na coś równie ważnego już nie wystarczy. Widziała to niekiedy u swoich klientów, choć oni pewnie nawet nie dorastali do pięt tym, którzy byli stałymi bywalcami tej restauracji. Lina przecież doskonale wiedziała, ile potrafili zostawić w niej na barze, zapijając smutki w trunkach. Przepijali dolary, jakby te nie były niczym cennym w ich życiu. A jednocześnie nie potrafiła sobie wyobrazić, że miałaby spędzać czas wśród tych wszystkich bufonów, którym wydawało się, że ich rzeczywistość jest lepsza tylko dlatego, że ubrali ją w luksus. Że mogłaby być tego częścią.
Ktokolwiek tak twierdzi, nie jadł rosołu na potężnym kacu po całej nocy raczenia się niekoniecznie dobrymi do mieszania alkoholami. Kiedy to jedyne, co twój żołądek jest w stanie przyjąć, rosół smakuje jak najbardziej wykwintne danie na świecie – skwitowała, uśmiechając się w ten charakterystyczny sposób, jak zawsze, kiedy używała żartu do przekazania czegoś, w co święcie wierzyła.
Co więc tu robiła? Nie dało się ukryć, że pasowała tu jak pięść do nosa, z tą swoją sukienką, która – co z tego, że nowa – wciąż była kupiona na wyprzedaży, pewnie za równowartość chusteczek higienicznych, których mogli używać nadęci bogacze do swoich delikatnych nosków. A jednak siedziała tu uparcie, czekając na kaczkę i ravioli, popijając wino, na które normalnie nie byłoby jej stać. Czy naprawdę wszystko dlatego, że chciała lepiej poznać mężczyznę siedzącego naprzeciwko? Jeśli to było częścią jego rzeczywistości, w jakiś sposób była tego ciekawa. Dziwna myśl.
Lina od razu poczuła zmianę nastroju. Jeszcze zanim Horacy się odezwał, wyłapała jego poważne, zamyślone spojrzenie i jakaś jej część pożałowała, że zadała to pytanie.
Miłość.
No tak. Jeśli nie wiesz, o co chodzi, to pewnie chodzi o pieniądze albo o miłość. Coś w sposobie, w jaki to powiedział, zwróciło jej uwagę. Brakowało tej zwyczajowej lekkości, delikatnego przekomarzania się czy balansowania na granicy sarkazmu. Brzmiało poważnie, jakby kryło się za tym znacznie więcej. Coś niekoniecznie dobrego. Dlatego Lina odpuściła. Nie dlatego, że nie była ciekawa tej historii czy nie chciałaby jej usłyszeć. Ale nie była pewna, czy Horacy chciałby ją opowiadać właśnie jej. Upiła trochę wina.
Kącik jej ust drgnął subtelnie, kiedy odstawiła kieliszek.
Dobrze, bo naprawdę bałam się, że jedyną drogą ucieczki z tego świata jest publiczne wypicie taniego wina z kartonu na firmowym bankiecie – rzuciła w końcu lekko, z cieniem rozbawienia. Opuszkiem palca wytarła dolną wargę, na której została jej kropla wina. – Teraz mam do ciebie szalenie ważne pytanie. Otóż – zrobiła przerwę, jakby naprawdę szykowała się do zrzucenia bomby – jakie filmy najbardziej lubisz oglądać? Bo ta cała snobistyczna otoczka pasuje mi do wielkiego fana musicali. Jeśli twoim ulubionym filmem jest „Mamma Mia”, będę trochę oceniająca, ale obiecuję się nie śmiać – zapewniła teatralnie, układając dłoń nad klatką piersiową w celu potwierdzenia swoich intencji. Jasne, że była tego ciekawa. Ale przede wszystkim chciała rozproszyć ten smutek, który bez trudu dostrzegała na jego twarzy.

Horacy Bell

st jude, we were lost before we started

: czw maja 28, 2026 12:01 am
autor: Horacy Bell
Parsknął cicho pod nosem, opuszczając na moment wzrok na kieliszek wina. Nawet samo wyobrażenie siebie pijącego tanie wino z kartonu pośród ludzi w drogich garniturach było jednocześnie absurdalne i dziwnie kuszące.
Myślę, że w niektórych kręgach to mogłoby zostać uznane za akt terroryzmu.— mruknął z rozbawieniem. Uniósł spojrzenie z powrotem na nią i przez chwilę po prostu ją obserwował. Coraz częściej łapał się na tym, że zwracał uwagę na pewne drobiazgi. Na sposób w jaki się uśmiechała — jakby nawet własne rozbawienie chciała podawać światu w bardziej ironicznej wersji. Na to, jak często przykrywała czymś lekkim sprawy, które wcale lekkie nie były. I na spojrzenie, które momentami stawało się zaskakująco uważne, niemal ostrożne, ilekroć wyczuwała u niego coś więcej niż zwykły żart. Tak jak teraz. Większość ludzi zaczęłaby drążyć temat albo przeciwnie, spanikowałaby i zmieniła go gwałtownie, zostawiając po sobie niezręczną ciszę. Lina zrobiła coś zupełnie innego. Dała mu możliwość wycofania się. Nie chciał zamieniać tego wieczoru w opowieść o duchach własnej przeszłości. Może dlatego tak chętnie podjął jej nowy temat.
-Mamma Mia? — powtórzył z udawanym niedowierzaniem, unosząc brew. — To naprawdę poziom oskarżenia, po którym człowiek powinien dostać możliwość kontaktu z prawnikiem. Ale spokojnie, nie jest ze mną aż tak źle. Nie chodzę na musicale ani nie śpiewam w grupie acapella. Lubię za to stare thrillery. Najlepiej takie z wybuchami. I mam słabość do głupich komedii po dyżurach. - To akurat była szczera prawda. Po kilkunastu godzinach w szpitalu jego mózg odmawiał przyjmowania ambitnych historii o sensie istnienia. W takich momentach chciał tylko usiąść na kanapie, zamówić jedzenie i oglądać coś tak absurdalnie prostego, żeby przez chwilę nie musieć myśleć o niczym. Była to jedna z tych niewielu rzeczy, których nigdy specjalnie nie próbował ukrywać, nawet jeśli kompletnie nie pasowały do wizerunku człowieka z jego świata. Bo ludzie zakładali od razu, że powinien po pracy pić drogie whisky, słuchać jazzu i oglądać ambitne kino europejskie z napisami, najlepiej czarno-białe i wyniszczające. Rzeczywistość wyglądała znacznie mniej elegancko. Często wracał do mieszkania po dyżurze tak zmęczony, że ledwo pamiętał drogę z parkingu. Zrzucał marynarkę gdzieś na fotel, zamawiał jedzenie i siadał na kanapie z filmem, przy którym nie musiał niczego analizować. Żadnych dramatów psychologicznych. Żadnych historii o sensie życia i ludzkim cierpieniu.
Miał tego wystarczająco dużo na co dzień.
Nie potrzebował oglądać go dodatkowo dla rozrywki.
- Więc jeśli liczysz na to, że wieczorami siedzę przy fortepianie i analizuję Bergmana, to niestety cię rozczaruję. Maksimum mojego snobizmu kończy się na winie i pretensjonalnym jedzeniu. Reszta jest zaskakująco normalna. - no dobrze, za tym może kryło się małe kłamstwo, ale nie mógł od razu odkryć przed nią swoich wszystkich snobistycznych zainteresowań.
A ty? — zapytał spokojniej. — Co robisz, kiedy akurat nie ratujesz ludzi przed tragicznymi decyzjami alkoholowymi i nie oceniasz bogatych facetów za zamawianie dekonstruowanego rosołu? - W jego głosie pobrzmiewało rozbawienie, ale pod nim kryło się coś bardziej szczerego. Ciekawość. Nie ta powierzchowna, którą ludzie okazywali sobie na początku znajomości z obowiązku. Nie pytanie zadane tylko po to, żeby podtrzymać rozmowę. Naprawdę chciał wiedzieć.

Liyana Sinclair

st jude, we were lost before we started

: czw maja 28, 2026 6:00 pm
autor: Liyana Sinclair
Nie wiedziała, czy miała w ogóle jakieś wyobrażenia na jego temat, związane z tym, za kogo mogłaby go uważać. Dość szybko pokazał jej, że nie jest stereotypowym przedstawicielem swojego środowiska, więc teraz była ostrożniejsza w swoich osądach. Wiedziała już, że nie jest aż takim snobem, za jakiego mogłaby go wziąć, bazując na zawodzie, który wykonywał.
Zazwyczaj ludzie ją rozczarowywali. Nawet jeśli na początku dobrze rokowali, prędzej czy później działo się coś, co sprawiało, że się wycofywała, zbierała manatki i traciła zainteresowanie. Czasem to były drobiazgi – żart, który nie trafił na podatny grunt, pytanie o ulubiony kolor, zadane po raz piąty, albo wręcz przeciwnie, zbyt duże zainteresowanie tą częścią niej, której nie zamierzała odsłaniać. Z czasem przywykła do tego, że nie umie budować relacji i odpuściła próbowanie. Nauczyła się polegać wyłącznie na sobie i, nawet jeśli czasem było trudno, było też bezpiecznie.
To trochę rozczarowujące, przyznaję – powiedziała wbrew temu, co rzeczywiście na ten temat myślała. – Pomijając to, że najwyraźniej się pomyliłam, nie potrafię znaleźć nic snobistycznego w oglądaniu głupich komedii, zamiast analizowania, jak genialna jest scena gry w szachy ze Śmiercią, co akurat pasowałoby do kogoś takiego jak ty, kto ratuje ludzkie życie – wytknęła mu, sięgając po kieliszek z winem. – Uważaj, bo jeszcze pomyślę, że nie jesteś aż takim snobem, za jakiego cię miałam – dodała, uśmiechając się, zanim upiła trochę trunku. Oczywiście, że nie był; zresztą nie miała go wcale za snoba, niemniej jednak podobała jej się ta gra i póki co nie zamierzała z niej rezygnować.
Mam nadzieję, że chociaż przy tych komediach popijasz absurdalnie drogie whisky, które jest pewnie starsze od nas obojga – dodała z wyraźnym rozbawieniem, odstawiając wino. Było to oczywistym żartem, na który jednak czuła, że może sobie pozwolić w jego towarzystwie.
A ty?
Coś ścisnęło ją w żołądku, choć było to przecież zupełnie normalne pytanie, jakie zwykle zadajesz, kiedy chcesz kogoś poznać. Tylko że Lina odzwyczaiła się już od tego uczucia, które ci towarzyszy, kiedy ktoś jest zainteresowany tym, co masz do powiedzenia. W ciągu ostatnich lat jej jakiekolwiek relacje były tak płytkie, że brunetka nie pamiętała już, kiedy ktoś zapytał ją o tak prozaiczną rzecz jak to, co robi w wolnym czasie.
Z tego mogłabym spokojnie wyrobić drugi etat – zaśmiała się, puszczając mu oczko. Nawet jeśli wyglądała na rozluźnioną, w środku mimowolnie się spięła. Jakby nie wiedziała, co dalej.
Mogła powiedzieć coś prostego. Jak to, że ogląda filmy. Czyta. Chodzi na spacery, kiedy nie może spać. Wszystko to byłoby prawdą, przynajmniej w jakiejś części. Bezpieczną, nieszkodliwą prawdą, która nie ciągnęła za sobą żadnych pytań. Tylko że nagle wydało jej się to dziwnie nieuczciwe. Trochę wobec niego. A może nawet bardziej wobec samej siebie.
Lubię poznawać Toronto od tej mniej popularnej strony, więc jak mam trochę czasu, to robię sobie wycieczki po mieście. A oprócz tego – delikatne zawahanie – lubię rzeczy, które da się naprawić – powiedziała w końcu. Uniosła spojrzenie, ale nie od razu na niego. Najpierw gdzieś obok, na światło odbijające się w szkle, na kelnera pomiędzy stolikami, na czyjąś dłoń poprawiającą serwetkę. Dopiero po chwili wróciła wzrokiem do Horacego. – Czasem grzebię przy różnych rzeczach. Samochód, stara lampka, jakiś sprzęt, który ktoś normalny dawno by wyrzucił. Rozkręcam, sprawdzam, co nie działa. Czasem udaje mi się coś przywrócić do życia. A czasem zostaje mi tylko świadomość, że jednak nie jestem tak genialna, jak przez chwilę zakładałam – powiedziała lekko, unosząc kąciki ust w delikatnym uśmiechu. Sama nie wiedziała, czemu czuła się, jakby przyznawała się do jakiegoś sekretu. To było przecież głupie. Odszukała jego spojrzenie. – Więc gdybyś potrzebował kiedyś złotej rączki, polecam się – dodała z uśmiechem, choć wcale nie żartowała.

Horacy Bell

st jude, we were lost before we started

: czw maja 28, 2026 10:44 pm
autor: Horacy Bell
Rozczaruję cię po raz kolejny tego wieczoru — Kiedy to mówił, mimowolnie potarł dłonią oczy, przesuwając palcami po skroni i nasadzie nosa w geście irytacji, a jednocześnie rozbawienia własnym przyznaniem się do czegoś tak kompromitująco pretensjonalnego. — Bo akurat whisky jest tą absurdalnie snobistyczną rzeczą, którą rzeczywiście lubię. I na dodatek mam w domu butelkę starszą od siebie. - ostatnie zdanie wypowiadał już ze śmiechem, unosząc dłonie w geście kapitulacji.
-Na swoją obronę dodam, że najczęściej zagryzam ją frytkami z maka po ciężkim dyżurze. - Całe jego życie było czasem absurdalne. Ratował ludzi przez kilkanaście godzin, zszywał rozprute ciała, rozmawiał z rodzinami o śmierci takim tonem, jakby śmierć była czymś uporządkowanym i logicznym, a potem wracał do pustego mieszkania, siadał przy kuchennym blacie i jadł zimne frytki. Samotność czasem wyglądała jak cisza mieszkania, które jest zbyt schludne, bo nikt poza tobą w nim nie mieszka.
Horacy w świetle restauracyjnych lamp wyglądał przez chwilę inaczej niż wcześniej. Mniej jak człowiek przyzwyczajony do kontrolowania sytuacji, a bardziej jak ktoś, kto właśnie pozwolił sobie na odrobinę szczerości i teraz sam nie był pewien, czy powinien się z niej śmiać, czy jednak spróbować ją cofnąć.
-Toronto od mniej popularnej strony - powtórzył z zainteresowaniem.
I co ciekawego znalazłaś? - naprawdę chciał zobaczyć miasto jej oczami. Nie pamiętał już, kiedy ostatni raz autentycznie interesowało go, co ktoś ma do powiedzenia o świecie. Ludzie zazwyczaj opowiadali o sobie w sposób przewidywalny. Wygładzony. Bezpieczny. A Lina mówiła tak, jakby każda prawda kosztowała ją odrobinę wysiłku.
Nagle wyobrażenie jej siedzącej gdzieś na podłodze warsztatu albo kuchni, z rozkręconym radiem pomiędzy kolanami, z dłoniami ubrudzonymi smarem i skupieniem marszczącym lekko brwi, wydało mu się bardzo... prywatne. Horacy patrzył na nią chwilę dłużej, niż prawdopodobnie powinien. Nie ostentacyjnie i nie w sposób, który miałby ją speszyć. Raczej tak, jak człowiek przygląda się czemuś, czego się nie spodziewał — drobnemu pęknięciu w starannie zbudowanej konstrukcji. Lina mówiła lekko, prawie żartem, z tym swoim uśmiechem balansującym gdzieś pomiędzy ironią a ostrożnością, jakby każda szczerość musiała zostać natychmiast zamaskowana czymś lżejszym. A jednak Horacy słyszał wszystko to, czego nie wypowiedziała.
-To Ci pasuje. Ta potrzeba rozbierania rzeczy na części pierwsze. Szukania tego jednego elementu, przez który wszystko przestało działać. - Dalej nie odsunął od niej wzroku nawet na moment, jakby bał się, że jeśli spojrzy gdziekolwiek indziej, ten dziwny rodzaj bliskości rozwieje się równie szybko, jak się pojawił. Nawet nie zauważył momentu, w którym przestał zwracać uwagę na smak wina czy dźwięk rozmów przy sąsiednich stolikach. Za to kiedy mówił, zdał sobie sprawę, że tak naprawdę mówi również o sobie. O chirurgii i o własnym życiu. Cała jego praca polegała przecież właśnie na tym — szukaniu jednego uszkodzonego fragmentu wśród całego chaosu ludzkiego ciała. Istniała w tym jakaś cicha nadzieja. Jeśli znajdziesz źródło problemu, może wszystko znowu zacznie działać. Jeśli będziesz wystarczająco cierpliwy, wystarczająco dokładny, wystarczająco ostrożny — może uda się uratować coś, co inni już skazali na wyrzucenie.
Horacy znał to uczucie aż za dobrze.
To uzależniające przekonanie, że jeszcze można coś ocalić. Po chwili ciszy odezwał się znowu, tym razem nadając rozmowie lżejszy ton.
-Kompletnie się na tym nie znam. W moim domu niczego się nie naprawiało. Rzeczy po prostu znikały i następnego magicznie pojawiały się nowe. - urwał na sekundę, jakby sam oceniał, czy chce mówić dalej.
Ja umiem naprawiać tylko ludzi. - Powiedział to lekko, prawie żartobliwie, ale ostatnie słowa i tak opadły między nimi ciężej, niż planował.


Liyana Sinclair