it's time to meet again
: czw maja 07, 2026 11:48 pm
#3
Stała przed drzwiami z numerem osiemnaście i nie wchodziła.
Miała w dłoniach białe tulipany. Ojciec zawsze kupował je matce na przeprosiny - po kłótniach, po tych dniach, kiedy napięcie w domu osiągało punkt, w którym wszyscy udawali, że go nie ma. Biały tulipan jako gest zamiatania pod dywan. Nie wiedziała, dlaczego po nie sięgnęła w kwiaciarni. Może właśnie dlatego.
Przeszła palcem po jednym łodydze, odliczając w głowie czas. Trzydzieści siedem sekund od kiedy tu stała. Może czterdzieści. Korytarz był długi, spokojny, w oddali ktoś rozmawiał przyciszonym głosem. Eve słyszała to wszystko równolegle - odgłosy, zapachy, fakturę łodyg pod palcami - jakby zmysły pracowały osobno, niezależnie od reszty.
Matka zadzwoniła tydzień temu. Sam fakt, że zadzwoniła, wystarczyłby, żeby Eve się zatrzymała. Przez sześć lat - nic. Potem powrót do Toronto i znowu nic, przez kolejnych pół roku, bo żadna ze stron nie miała pomysłu, jak zacząć. A potem telefon, i głos, który Eve pamiętała z dzieciństwa jako głos kogoś nieobecnego emocjonalnie, nawet kiedy był w tym samym pokoju.
Twój ojciec jest w Lakeshore Lodge. Pomyślałam, że powinnaś wiedzieć.
Tyle.
Eve nie zapytała, dlaczego dopiero teraz. Nie zapytała, od kiedy. Zapisała adres i rozłączyła się, a potem stała przez chwilę z telefonem w dłoni i patrzyła na blat kuchenny, licząc w myślach desenie na kamieniu. Czternaście powtórzeń żyłki na przestrzeni metra.
Przyszła tydzień później. W swój wolny dzień, w zwykłych ubraniach - dżinsy, ciemny sweter, buty na płaskiej podeszwie. Żadnego fartucha, żadnej restauracji za plecami. Miała wrażenie, że wychodzi z roli, której używała jako pancerza, i nie bardzo wiedziała, co zostaje bez niej.
Wiedział, że wróciła do miasta. To znaczyło, że mógł zadzwonić. Że mogło to pójść inaczej. Eve obrała ten fakt w głowie na czynniki pierwsze podczas przejazdu metrem i nie znalazła żadnej wersji, która sprawiałaby, że czułaby się z tym lepiej.
Tulipany w jej dłoni były zimne. Miała ich siedem - parzysta liczba by ją drażniła, więc odruchowo wzięła siedem, chociaż dopiero teraz sobie to uświadomiła.
Za drzwiami numer osiemnaście był jej ojciec. Gerald Fitzgerald, który nigdy nie był głośny, ale zawsze jakoś obecny - w kuchni wieczorami, z kubkiem herbaty, który trzymał obiema dłońmi. To ona zapamietała z niego najwyraźniej. Dłonie na kubku i herbatę, która zawsze była za słaba.
Nie wiedziała, jak go teraz zastanie.
I właśnie to ją zatrzymywało. Nie żal, nie wina - przynajmniej nie tylko. Raczej brak schematu. Nie miała gotowej wersji tej rozmowy. Żadnej kolejności kroków, żadnego przepisu, który dałby się wykonać precyzyjnie i wyjść z tego po drugiej stronie z czymś zjadliwym.
Przesunęła wzrok po drzwiach - numer, uchwyt, wąski pasek światła w szparze na dole.
Jeszcze nie weszła.