and if we are doomed, let us be beautifully doomed
: pt maja 08, 2026 1:40 pm
Gdyby Ashish Kapoori był przesądny, uznałby zapewne, że dzień zaczął się niepomyślnie już w chwili, w której jeden z małych pacjentów rozpłakał się na sam widok sali rezonansu magnetycznego, i odmówił wejścia do środka, kurczowo zaciskając palce na rękawie medycznego fartucha bruneta. Potem było już tylko gorzej — opóźniona konsultacja, którą rodzice innego podopiecznego Asha i tak przekładali już poprzednio trzy razy; przerywany zakłóceniami telefon od rezydenta z oddziału neuropsychiatrii, zatroskanego pogorszeniem się stanu stałego bywalca szpitala, a na koniec jeszcze sposób, w jaki matka chłopca dochodzącego do siebie po operacji guza pnia mózgu, zatrzymała Ashisha przy windach na dodatkowe dwadzieścia minut, zadając pytania, na które lekarz zwyczajnie nie mógł odpowiedzieć z absolutną pewnością.
Ostatecznie, Ash wychodził z pokaźnego gmachu kliniki znacznie później niż planował, ze zmęczeniem zagnieżdżonym głęboko pod skórą i tępym bólem pulsującym w skroniach. Tylko z racji typowej sobie tendencji do minimalizowania własnych bolączek, Ashish powstrzymywał się póki co, od nazwania go pełnoprawną migreną.
Kiedy jego taksówka zatrzymała się wreszcie przed imponującą bramą wjazdową posiadłości Państwa Pepper, rysy majaczącego w bocznym lusterku Toronto tonęły już w wczesno-wieczornym świetle. Ash wiedział, że jest spóźniony - i że zważywszy na charakter jego dzisiejszej wizyty, fakt, że na jego drodze na spotkanie z potencjalną przyszłą małżonką może nie wystarczyć jako satysfakcjonujące wytłumaczenie. Czy nie wymagano od niego przecież - i to ze wszystkich możliwych stron, gdzie tylko się nie obejrzał, natrafiając na wysokie oczekiwania ze strony obydwu familii, że pierwsza interakcja z Peach będzie jego najwyższym priorytetem? I że, co za tym idzie, Ashish jakimś cudem dosłownie zwali dziś dziewczynę z nóg swoim niezaprzeczalnym urokiem, porywając też zaraz prosto w swoje ramiona?
Ale... jakim urokiem!? I w jakie ramiona!? Przecież po wielu godzinach spędzonych w stresującym, klinicznym otoczeniu, napędzany wyłącznie kofeiną i cukrem, i zdecydowane zbyt małą ilością snu, Ash w niczym nie przypominał tego amanta, którym zapewne został uczyniony w opowieściach jego rodziców. Wyobrażał sobie, że matka odmalowała jego personę jako spełnienie wszelkich dziewczęcych marzeń, podczas gdy on sam czuł się teraz, jakby coś przeżuło go i wypluło z powrotem. I zapewne tak też właśnie wyglądał.
Jakby miało mu to jakkolwiek pomóc, przed wyjściem z taksówki poprawił mankiety koszuli, wygładził materiał ciemnego płaszcza i przeczesał włosy, wtykając niesforny kosmyk za lewe ucho (ze świadomością, że pasmo włosów i tak zaraz się zza niego wyswobodzi, opadając mu na czoło nie jak mężczyźnie, a raczej jak chłopcu). Zdawał sobie przy tym sprawę, że najpewniej nadal pachnie szpitalem - aromatem mydła antybakteryjnego i taniej kawy z automatu, wybijającego się spod mgiełki wody kolońskiej, którą popsikał się pewnie nieco zbyt obficie na moment przed wyjściem ze swojego gabinetu.
Do tej mieszanki zapachów dochodziła teraz jeszcze woń jaśminu i białych róż bijących z kupionego po drodze bukietu. Po który Ash musiał się wrócić dopiero upomniany przed taksówkarza, zostawiwszy najpierw w roztargnieniu zostawiwszy kwiaty na siedzeniu pasażera.
Dom Peach był dokładnie taki, jak Ash go sobie wyobrażał wnioskując po tym, co słyszał o rodzinie dziewczyny. Obszerny podjazd, jasne światła rozlewające się szeroko po ogromnych oknach, i aż nazbyt starannie przystrzyżone krzewy komunikowały bogactwo w sposób typowy zamożnym, hinduskim rodzinom. Ash znał podobne miejsca. Dorastał wśród nich; pośród ambasadorskich przyjęć, porcelany wyciąganej wyłącznie dla specjalnych gości i rozmów prowadzonych półgłosem przy przekąskach importowanych z Europy. Nawigowanie w takich środowiskach przychodziło mu instynktownie (wiedział, kiedy się uśmiechnąć, jak przywitać starszych od siebie i w którym momencie należy odmówić dokładki jedzenia tylko po to, by gospodarz nalegał po raz drugi), co nie znaczyło, że nie było dla niego wycieńczające. Dlatego też szykował się dziś, nawet jeśli wyłącznie podświadomie, na zupełnie nowy wymiar zmęczenia, o ile w ogóle miało mu się udać wyjść z
Stanął pod zdobionymi bogato drzwiami i zdołał zapukać tylko raz, nim w progu stanęła - a jakże by inaczej! - gosposia, otoczona bijącym z wnętrza domu zapachem kardamonu, aromatyzowanych kwiatami świec i masła ghee.
— Dobry wieczór — powiedział, świadom, że jednocześnie pasuje tu, ale też kompletnie odstaje od otaczających go przestrzeni: za wysoki, za mało elegancki, ale przynajmniej z odpowiednim odcieniem skóry - Ash Kapoori. Ja... Byłem umówiony. Zaproszony - Wyjaśnił uprzejmie, mimo przekonania, że drobna kobieta mierząca go teraz uważnym spojrzeniem ciemnych oczu doskonale wie na kogo właśnie patrzy. W takich okolicznościach nie było miejsca na sekrety i dyskrecję. - Państwo Pepper muszą się niecierpliwić... Miałem być trochę wcześniej - Dodał, jakby to gosposi, a nie gospodarzom, winien był przeprosiny i wymówki - Uh. W szpitalu pojawiły się komplikacje pooperacyjne... - Zająknął się, przypominając sobie zaraz o obecności kwiatów, które to natychmiast wyciągnął przed siebie jak tarczę - To dla P... Córki państwa Pepper. Jeśli ją zastałem.
Jakby możliwym było, że Peach zdążyła w między czasie zwiać przez tylne okno, i dać nogę w miejsce, w którym wolała być o wiele bardziej niż tutaj. Chociażby na Bali...
Peach J. Pepper