this is a song about somebody else
: sob maja 09, 2026 7:12 pm
and i could be wrong about anybody else,
so don't kid yourself
Wir treningów, spotkań, walk na lodzie i potu przechwytywał codzienność Dallasa do takiego stopnia, że ledwo miał czas, żeby wyjść i spotkać się z kumplami. Nie tylko tymi z zespołu, ale też tymi, z którymi trzymał się od lat poza treningami, w prywatnym życiu. Miał wrażenie, że do teraz leczył się z tego cholernego kaca po wieczorze, podczas którego z ziomkami pili cholera wie jak starą whisky i gadali o kobietach, z którymi się spotykali. Jensen nie miał szczęścia do kobiet ostatnimi czasy. Nie angażował się emocjonalnie, bo żadna z kobiet, które stanęły na ścieżce jego życia, nie była gotowa zrozumieć, jak ważny był dla niego hokej. Wydoroślał. Zmienił się. Zmienił też perspektywę, z jaką patrzył na życie, ale wiedział jedno - nie mógłby skończyć z własną pasją na rzecz innej osoby. Takiego ultimatum nie potrafiłby zaakceptować. Aczkolwiek wiedział też, że gdyby na swojej drodze poznał kogoś naprawdę i otworzył swoje serce na bliższą relację, postarałby się bardziej. Tym razem pamiętałby o potrzebach drugiej osoby. O tym, żeby była równie mocno celebrowana, co jego zwycięstwa na lodzie.
Wychodząc z treningu, skierował się w stronę Parkdale. Pogoda była zajebiście przyjemna. Delikatny wiatr muskał jego twarz, a Dallas podążał spokojnym spacerem do swojej ulubionej knajpki, żeby usiąść, odetchnąć i po prostu reset himself. Po drodze zatrzymało go paru młodszych chłopaków. Chcieli chwilę pogadać, poprosili o autograf i zdjęcie. Zawsze lubił, kiedy rozpoznawali go fani, a przy wielu tatuażach zdobiących jego ciało bycie incognito nie należało do najprostszych rzeczy. Nie przeszkadzało mu to. Wręcz przeciwnie. Po jakichś dziesięciu minutach pogawędki ruszył dalej, z przewieszoną przez ramię torbą treningową, przecinając kolejne uliczki, gdy nagle usłyszał głośny pisk. Kobiecy? Dobiegający z alejki... Serce od razu podskoczyło mu do gardła, bo przez ułamek sekundy pomyślał, że może ktoś jest atakowany. W tej okolicy kręciło się wystarczająco dużo bezdomnych, typów naćpanych crackiem albo chuj wie czym jeszcze, żeby wcale nie zdziwił się, gdyby ktoś faktycznie znalazł się w opałach. Zerknął w alejkę i dość szybko zorientował się, że ta dziewczyna nie była atakowana przez nikogo. A przynajmniej nie przez żadnego żula. Uniosł brew, przyglądając się jej, jak krzyczała i wymachiwała rękami w powietrzu. No nic. Może ona też coś wzięła? Jakieś magiczne grzybki albo cholera wie co?
Przez moment naprawdę rozważał, czy powinien się w to mieszać, ale ciekawość zaczęła go zżerać wystarczająco mocno, żeby podszedł bliżej. I wtedy, chwiejąc się lekko z jednej nogi na drugą, mógłby przysiąc, że dostrzegł cholernie ogromnego pająka zwisającego z jej przepięknych blond włosów. - Shit - rzucił pod nosem, bo sam też nie przepadał za tym robactwem. Ale w końcu trzeba było się przemóc i pomóc komuś w potrzebie, no nie? Rycerz na białym koniu od siedmiu boleści. A może coś bardziej na bazie Flynna i Roszpunki. Czemu do cholery myślisz o bajkach Disneya, Jenny? - pomyślał, przewracając oczami. - Whoa, whoa, czekaj! - rzucił szybko, podchodząc do niej i łapiąc ją za ramiona. Zacisnął palce mocniej, żeby przestała się szarpać. - Nic ci nie zrobię, czekaj. - Spojrzał na jej przerażoną twarz i na krótką sekundę naprawdę zrobiło mu się jej szkoda. Puścił jedno ramię, wysunął dłoń w kierunku jej włosów i zgarnął pająka, który zwisał na cienkiej pajęczynie tuż przy jasnych kosmykach. Szybko zrzucił go gdzieś na bok, a potem zmiażdżył butem. Nie wiedział, czy nie był deadly, okay?! - Dobra, jak zaraz zacznie padać, to będzie na ciebie - rzucił, uśmiechając się pod nosem, po czym odsunął się dwa kroki do tyłu i uniósł dłonie w geście niewinności. - Jesteś okej?
rapunzel
so don't kid yourself
Wir treningów, spotkań, walk na lodzie i potu przechwytywał codzienność Dallasa do takiego stopnia, że ledwo miał czas, żeby wyjść i spotkać się z kumplami. Nie tylko tymi z zespołu, ale też tymi, z którymi trzymał się od lat poza treningami, w prywatnym życiu. Miał wrażenie, że do teraz leczył się z tego cholernego kaca po wieczorze, podczas którego z ziomkami pili cholera wie jak starą whisky i gadali o kobietach, z którymi się spotykali. Jensen nie miał szczęścia do kobiet ostatnimi czasy. Nie angażował się emocjonalnie, bo żadna z kobiet, które stanęły na ścieżce jego życia, nie była gotowa zrozumieć, jak ważny był dla niego hokej. Wydoroślał. Zmienił się. Zmienił też perspektywę, z jaką patrzył na życie, ale wiedział jedno - nie mógłby skończyć z własną pasją na rzecz innej osoby. Takiego ultimatum nie potrafiłby zaakceptować. Aczkolwiek wiedział też, że gdyby na swojej drodze poznał kogoś naprawdę i otworzył swoje serce na bliższą relację, postarałby się bardziej. Tym razem pamiętałby o potrzebach drugiej osoby. O tym, żeby była równie mocno celebrowana, co jego zwycięstwa na lodzie.
Wychodząc z treningu, skierował się w stronę Parkdale. Pogoda była zajebiście przyjemna. Delikatny wiatr muskał jego twarz, a Dallas podążał spokojnym spacerem do swojej ulubionej knajpki, żeby usiąść, odetchnąć i po prostu reset himself. Po drodze zatrzymało go paru młodszych chłopaków. Chcieli chwilę pogadać, poprosili o autograf i zdjęcie. Zawsze lubił, kiedy rozpoznawali go fani, a przy wielu tatuażach zdobiących jego ciało bycie incognito nie należało do najprostszych rzeczy. Nie przeszkadzało mu to. Wręcz przeciwnie. Po jakichś dziesięciu minutach pogawędki ruszył dalej, z przewieszoną przez ramię torbą treningową, przecinając kolejne uliczki, gdy nagle usłyszał głośny pisk. Kobiecy? Dobiegający z alejki... Serce od razu podskoczyło mu do gardła, bo przez ułamek sekundy pomyślał, że może ktoś jest atakowany. W tej okolicy kręciło się wystarczająco dużo bezdomnych, typów naćpanych crackiem albo chuj wie czym jeszcze, żeby wcale nie zdziwił się, gdyby ktoś faktycznie znalazł się w opałach. Zerknął w alejkę i dość szybko zorientował się, że ta dziewczyna nie była atakowana przez nikogo. A przynajmniej nie przez żadnego żula. Uniosł brew, przyglądając się jej, jak krzyczała i wymachiwała rękami w powietrzu. No nic. Może ona też coś wzięła? Jakieś magiczne grzybki albo cholera wie co?
Przez moment naprawdę rozważał, czy powinien się w to mieszać, ale ciekawość zaczęła go zżerać wystarczająco mocno, żeby podszedł bliżej. I wtedy, chwiejąc się lekko z jednej nogi na drugą, mógłby przysiąc, że dostrzegł cholernie ogromnego pająka zwisającego z jej przepięknych blond włosów. - Shit - rzucił pod nosem, bo sam też nie przepadał za tym robactwem. Ale w końcu trzeba było się przemóc i pomóc komuś w potrzebie, no nie? Rycerz na białym koniu od siedmiu boleści. A może coś bardziej na bazie Flynna i Roszpunki. Czemu do cholery myślisz o bajkach Disneya, Jenny? - pomyślał, przewracając oczami. - Whoa, whoa, czekaj! - rzucił szybko, podchodząc do niej i łapiąc ją za ramiona. Zacisnął palce mocniej, żeby przestała się szarpać. - Nic ci nie zrobię, czekaj. - Spojrzał na jej przerażoną twarz i na krótką sekundę naprawdę zrobiło mu się jej szkoda. Puścił jedno ramię, wysunął dłoń w kierunku jej włosów i zgarnął pająka, który zwisał na cienkiej pajęczynie tuż przy jasnych kosmykach. Szybko zrzucił go gdzieś na bok, a potem zmiażdżył butem. Nie wiedział, czy nie był deadly, okay?! - Dobra, jak zaraz zacznie padać, to będzie na ciebie - rzucił, uśmiechając się pod nosem, po czym odsunął się dwa kroki do tyłu i uniósł dłonie w geście niewinności. - Jesteś okej?
rapunzel