terapia na wychodnym
: sob maja 09, 2026 8:46 pm
003. | outfit
Minęło trochę czasu, odkąd nocowała w jego domu. Trochę też już mieli okazji się spotkać. Trochę rozmawiali. Ale nic w związku ze wspólnym spaniem na łóżku - budząc się z dalej złączoną jego ręką, zbyt późno otwierając oczy i spóźniając się na zbyt wiele spraw, jakie miała załatwić. Miała wtedy pomóc mamie, spotkać dwóch pacjentów, pojechać do Sistering. Ostatecznie odwołała spotkania, a jedynie pojechała do rodzicielki, która zapytała co się w ogóle stało, że zburzyła swój harmonogram dnia. Nie przyznała się, z obawy iż matula ją ochrzani, że przekracza granice zawodowe z prywatnym z jednym z pacjentów. Była z niej bardzo dumna i nie chciała, aby córka popełniła jakikolwiek błąd - żeby nie musiała tyrać na dwa etaty, aby musieć wiązać koniec z końcem, jak to ona musiała swojego czasu robić, by zapewnić sobie oraz dziecku dobry byt.
Na szczęście - jakkolwiek to nie zabrzmi - Prudence nie miała dziecka na wychowaniu i się na oto nie zapowiadało, bowiem - mimo odpuszczenia sobie w tamtym dniu paru godzin związanych z pracą - jest zapracowana i nie ma czasu na kogokolwiek, a już tym bardziej na facetów, randkowanie i szukanie tej drugiej, idealnej połówki.
Dziś jednak miało być któreś z kolei spotkanie, z każdym coraz luźniej się przy nim czując. Chociaż przez to przyglądanie się mu wtedy, odnawiała spojrzeniem szlaki po jego twarzy, które zapamiętała w trakcie leżenia praktycznie twarzą w twarz. Czasem łapała się na tym, że intensywnie przypatrywała się jego dłoniom. Ale ostatecznie nie dała po sobie czegokolwiek poznać - tego, iż czuła się źle jako psycholog i jego terapeuta, bowiem doprowadziła do czegoś, czego jako lekarz, specjalista, osoba ofiarowująca pomoc nie powinna zrobić. Teraz to już nie było tak istotne, bo ostatecznie wszystko się jakoś rozeszło, skoro o tym nie gadali, a całkowicie skupili się tylko i wyłącznie na rozwiązaniu jego problemu - na koszmarach, które dotykały go bardziej niż powinny z każdą kolejną nocą, kiedy próbuje usnąć.
Dotychczas jednak nie spóźniał się. A dziś dochodziło do tego, co zaczęło ją martwić. Czy coś się wydarzyło? Czy nic mu się nie stało? A może jednak uznał, że to wszystko nie przynosi skutku i on podziękuje, a ona sama okazuje się oszustką, bo obiecała mu pomóc, a nic takiego się nie dzieje?
Trochę zaczęła galopować w głowie, pozwalając myślom wyolbrzymiać skalę problemu.
A może powinna zadzwonić?
Gdy sięgnęła po prawie dwudziestu minutach opóźnienia od umówionego spotkania - które jak na huntera było i tak dosyć wcześnie ustalone - po telefon, usłyszała dzwonek do drzwi. Zerwała się na równe nogi z krzesła na którym siedziała przy biurku, przechodząc do wejścia wynajmowanego mieszkania stanowiącego jej główne centrum dowodzenia. Nawet nie zerkała przez wizjer, doskonale - prawdopodobnie - wiedząc, kto znajduje się po ich stronie. Gdy zamiast przywitać go, postanowiła ochrzanić za swoje karygodne zachowanie, zauważyła że nie jest sam, a w dłoniach trzyma… yyy… — Em, cześć..? — zerknęła to na Huntera, to na młodzieńca, który stał przy nim wiernie, nie rozumiejąc co się właśnie działo.
Hunter Wright
Minęło trochę czasu, odkąd nocowała w jego domu. Trochę też już mieli okazji się spotkać. Trochę rozmawiali. Ale nic w związku ze wspólnym spaniem na łóżku - budząc się z dalej złączoną jego ręką, zbyt późno otwierając oczy i spóźniając się na zbyt wiele spraw, jakie miała załatwić. Miała wtedy pomóc mamie, spotkać dwóch pacjentów, pojechać do Sistering. Ostatecznie odwołała spotkania, a jedynie pojechała do rodzicielki, która zapytała co się w ogóle stało, że zburzyła swój harmonogram dnia. Nie przyznała się, z obawy iż matula ją ochrzani, że przekracza granice zawodowe z prywatnym z jednym z pacjentów. Była z niej bardzo dumna i nie chciała, aby córka popełniła jakikolwiek błąd - żeby nie musiała tyrać na dwa etaty, aby musieć wiązać koniec z końcem, jak to ona musiała swojego czasu robić, by zapewnić sobie oraz dziecku dobry byt.
Na szczęście - jakkolwiek to nie zabrzmi - Prudence nie miała dziecka na wychowaniu i się na oto nie zapowiadało, bowiem - mimo odpuszczenia sobie w tamtym dniu paru godzin związanych z pracą - jest zapracowana i nie ma czasu na kogokolwiek, a już tym bardziej na facetów, randkowanie i szukanie tej drugiej, idealnej połówki.
Dziś jednak miało być któreś z kolei spotkanie, z każdym coraz luźniej się przy nim czując. Chociaż przez to przyglądanie się mu wtedy, odnawiała spojrzeniem szlaki po jego twarzy, które zapamiętała w trakcie leżenia praktycznie twarzą w twarz. Czasem łapała się na tym, że intensywnie przypatrywała się jego dłoniom. Ale ostatecznie nie dała po sobie czegokolwiek poznać - tego, iż czuła się źle jako psycholog i jego terapeuta, bowiem doprowadziła do czegoś, czego jako lekarz, specjalista, osoba ofiarowująca pomoc nie powinna zrobić. Teraz to już nie było tak istotne, bo ostatecznie wszystko się jakoś rozeszło, skoro o tym nie gadali, a całkowicie skupili się tylko i wyłącznie na rozwiązaniu jego problemu - na koszmarach, które dotykały go bardziej niż powinny z każdą kolejną nocą, kiedy próbuje usnąć.
Dotychczas jednak nie spóźniał się. A dziś dochodziło do tego, co zaczęło ją martwić. Czy coś się wydarzyło? Czy nic mu się nie stało? A może jednak uznał, że to wszystko nie przynosi skutku i on podziękuje, a ona sama okazuje się oszustką, bo obiecała mu pomóc, a nic takiego się nie dzieje?
Trochę zaczęła galopować w głowie, pozwalając myślom wyolbrzymiać skalę problemu.
A może powinna zadzwonić?
Gdy sięgnęła po prawie dwudziestu minutach opóźnienia od umówionego spotkania - które jak na huntera było i tak dosyć wcześnie ustalone - po telefon, usłyszała dzwonek do drzwi. Zerwała się na równe nogi z krzesła na którym siedziała przy biurku, przechodząc do wejścia wynajmowanego mieszkania stanowiącego jej główne centrum dowodzenia. Nawet nie zerkała przez wizjer, doskonale - prawdopodobnie - wiedząc, kto znajduje się po ich stronie. Gdy zamiast przywitać go, postanowiła ochrzanić za swoje karygodne zachowanie, zauważyła że nie jest sam, a w dłoniach trzyma… yyy… — Em, cześć..? — zerknęła to na Huntera, to na młodzieńca, który stał przy nim wiernie, nie rozumiejąc co się właśnie działo.
Hunter Wright