the world ends slower beside you
: ndz maja 10, 2026 6:22 pm
Ich życie w ciągu ostatnich dni stało się niebezpiecznie bliskie normalności.
Nie tej nudnej, duszącej rutyny, przed którą ludzie uciekali po kilku latach związku, szukając wrażeń gdziekolwiek indziej, ale tej spokojnej codzienności, o którą oboje walczyli od samego początku, nawet jeśli żadne nigdy nie powiedziało tego na głos. Wracali do niej powoli, ostrożnie, z pewną zachłannością, jak dwoje ludzi którzy wcześniej niemal ją utracili.
Spędzali noce na zmianę w jego mieszkaniu i u niej, choć prędzej czy później kończyło się to dokładnie tak samo - zaplątani w pościeli, śpiący zdecydowanie za krótko, zasypiający bardziej zmęczeni sobą nawzajem niż pracą. Przyjeżdżali razem na komisariat, zatrzymując samochód przecznicę dalej, tylko po to, by wejść do budynku osobno z kilkuminutowym odstępem, wyłącznie dla zachowania pozorów.
Wszyscy i tak wiedzieli.
Nie dlatego, że się z tym kryli szczególnie źle, ale dlatego, że nie potrafili przestać patrzeć na siebie w t e n sposób. Nawet podczas kłótni, zwłaszcza podczas nich. Sprzeczali się przy innych o prowadzone śledztwa, o raporty, o decyzje podejmowane w terenie, rzucali sobie zaczepne uwagi przy biurkach i wywracali oczami, gdy któreś nie chciało ustąpić. A później zostawali sami - w windzie, archiwum, pustym korytarzu przy pokojach przesłuchań i godzili się pocałunkami, gwałtownymi, urywanymi, a ich dłonie błądziły po ciałach ukrytych pod zbyt oficjalnymi ubraniami.
To chyba nigdy nie miało im się znudzić.
K a ż d a sekunda spędzona przy nim nadal wywoływała w jej wnętrzu ten sam dreszcz emocji, ten sam irracjonalny zachwyt człowiekiem, którego znała przecież niemal na pamięć. Wystarczyło, że podnosił na nią wzrok znad papierów albo niedbale opierał się biodrem o jej biurko, by na moment zapominała o wszystkim innym.
Może właśnie dlatego zaczęła grzebać w sprawie Sophie.
Nie miała na to wiele czasu. Większość jej dni wypełniał Rhys i wcale nie uważała tego za problem. Wyrywała więc pojedyncze godziny późnymi wieczorami albo nad ranem, siedząc samotnie nad raportami, zdjęciami i zeznaniami, które znała niemal na pamięć. Czytała jego słowa zapisane w protokołach i za każdym razem czuła ten sam ciężar osiadający na klatce piersiowej. Widziała go pomiędzy zdaniami; w krótkich odpowiedziach, w urywanych stwierdzeniach, w chłodzie oficjalnych dokumentów niepotrafiących oddać tego, co musiał wtedy czuć.
Chciała poznać prawdę. C a ł ą.
Jedna rzecz nie dawała jej spokoju bardziej od wszystkich pozostałych. Sergio Carbone odnalazł tamtego człowieka z absurdalną łatwością. Wiedział, gdzie przebywał. Wiedział, kiedy będzie sam. Wiedział wystarczająco d u ż o, by podsunąć Rhysowi gotowe rozwiązanie.
Skąd? Nawet przy swoich kontaktach nie powinien działać aż tak szybko. Intuicja, która prowadziła ją przez większość śledztw i niemal nigdy jej nie zawodziła, uparcie wracała właśnie do tego punktu. Do Carbone'a i do tego, że w całej tej historii musiało istnieć coś jeszcze.
Dlatego znalazła żonę tamtego mężczyzny i m u s i a ł a z nią porozmawiać.
Normalnie nie stanowiłoby to żadnego problemu. Nigdy nie tłumaczyła nikomu dokąd jedzie, z kim się spotyka i kiedy wróci. Funkcjonowała sama przez tyle lat, że przywykła do całkowitej niezależności. Tylko że teraz był on, a ona nie chciała mówić mu o swoich podejrzeniach, dopóki nie będzie mieć pewności. Nie chciała otwierać tej rany bez powodu, prowokować kolejnych emocji, które ledwie zaczęły się w nim uspokajać.
Dlatego kiedy zatrzymał ją po osiemnastej na schodach prowadzących do wyjścia z komisariatu, upewniwszy się wcześniej, że korytarz pozostaje pusty, poczuła nieprzyjemne ukłucie poczucia winy.
Przyciągnął ją do siebie bez pośpiechu, dłonią obejmując jej talię pod cienkim materiałem koszuli. Instynktownie wsunęła palce pod poły jego kurtki, zatrzymując je na ciepłej skórze. Gdy zaś zapytał, jakie mają plany na dziś, zrozumiała, że nie potrafi go okłamać. Nie patrząc mu prosto w oczy.
- Nic - odpowiedziała więc zgodnie z prawdą, unosząc lekko kącik ust. - Dzisiaj będziemy tylko siedzieć w samochodzie. Ty będziesz skupiał się na drodze, a ja zrobię wszystko, żeby cię rozproszyć - przesunęła dłonią po jego karku powoli, z rozmysłem, obserwując błysk pojawiający się w jego spojrzeniu. - Będę cię prowokować przez całą trasę, aż przestaniesz myśleć o czymkolwiek poza mną, bo wymyśliłam sobie, że pojedziemy do Ottawy. Jest tam hotel nad rzeką z wanną większą od mojego łóżka, tarasem i absurdalnie drogim winem, którego nawet nie lubię - uśmiechnęła się, żyjąc szalenie wielką nadzieją, że znajdzie tam wolny pokój. Jakikolwiek. - Mam zamiar zmusić cię, żebyś spędził ze mną cały weekend bez telefonu, bez pracy i bez uciekania na papierosa co dwadzieścia minut - pochyliła się odrobinę bliżej, prawie dotykając ustami jego szczęki.
- Właściwie nie masz już czasu, żeby odmówić. W przeciwnym razie wezmę Evansa. Jestem pewna, że wciąż zrobiłby dla mnie wszystko, o co poproszę - rzuciła zaczepnie, tylko po to, by ukryć cienką warstwę wyrzutów sumienia.
Działa bez planu, instynktownie, ignorując na razie ten problem, że kiedy znajdą się na miejscu, będzie musiała znaleźć godzin, może dwie, by spotkać się z kobietą, która mogła posiadać odpowiedzi.
Rhys Madden
Nie tej nudnej, duszącej rutyny, przed którą ludzie uciekali po kilku latach związku, szukając wrażeń gdziekolwiek indziej, ale tej spokojnej codzienności, o którą oboje walczyli od samego początku, nawet jeśli żadne nigdy nie powiedziało tego na głos. Wracali do niej powoli, ostrożnie, z pewną zachłannością, jak dwoje ludzi którzy wcześniej niemal ją utracili.
Spędzali noce na zmianę w jego mieszkaniu i u niej, choć prędzej czy później kończyło się to dokładnie tak samo - zaplątani w pościeli, śpiący zdecydowanie za krótko, zasypiający bardziej zmęczeni sobą nawzajem niż pracą. Przyjeżdżali razem na komisariat, zatrzymując samochód przecznicę dalej, tylko po to, by wejść do budynku osobno z kilkuminutowym odstępem, wyłącznie dla zachowania pozorów.
Wszyscy i tak wiedzieli.
Nie dlatego, że się z tym kryli szczególnie źle, ale dlatego, że nie potrafili przestać patrzeć na siebie w t e n sposób. Nawet podczas kłótni, zwłaszcza podczas nich. Sprzeczali się przy innych o prowadzone śledztwa, o raporty, o decyzje podejmowane w terenie, rzucali sobie zaczepne uwagi przy biurkach i wywracali oczami, gdy któreś nie chciało ustąpić. A później zostawali sami - w windzie, archiwum, pustym korytarzu przy pokojach przesłuchań i godzili się pocałunkami, gwałtownymi, urywanymi, a ich dłonie błądziły po ciałach ukrytych pod zbyt oficjalnymi ubraniami.
To chyba nigdy nie miało im się znudzić.
K a ż d a sekunda spędzona przy nim nadal wywoływała w jej wnętrzu ten sam dreszcz emocji, ten sam irracjonalny zachwyt człowiekiem, którego znała przecież niemal na pamięć. Wystarczyło, że podnosił na nią wzrok znad papierów albo niedbale opierał się biodrem o jej biurko, by na moment zapominała o wszystkim innym.
Może właśnie dlatego zaczęła grzebać w sprawie Sophie.
Nie miała na to wiele czasu. Większość jej dni wypełniał Rhys i wcale nie uważała tego za problem. Wyrywała więc pojedyncze godziny późnymi wieczorami albo nad ranem, siedząc samotnie nad raportami, zdjęciami i zeznaniami, które znała niemal na pamięć. Czytała jego słowa zapisane w protokołach i za każdym razem czuła ten sam ciężar osiadający na klatce piersiowej. Widziała go pomiędzy zdaniami; w krótkich odpowiedziach, w urywanych stwierdzeniach, w chłodzie oficjalnych dokumentów niepotrafiących oddać tego, co musiał wtedy czuć.
Chciała poznać prawdę. C a ł ą.
Jedna rzecz nie dawała jej spokoju bardziej od wszystkich pozostałych. Sergio Carbone odnalazł tamtego człowieka z absurdalną łatwością. Wiedział, gdzie przebywał. Wiedział, kiedy będzie sam. Wiedział wystarczająco d u ż o, by podsunąć Rhysowi gotowe rozwiązanie.
Skąd? Nawet przy swoich kontaktach nie powinien działać aż tak szybko. Intuicja, która prowadziła ją przez większość śledztw i niemal nigdy jej nie zawodziła, uparcie wracała właśnie do tego punktu. Do Carbone'a i do tego, że w całej tej historii musiało istnieć coś jeszcze.
Dlatego znalazła żonę tamtego mężczyzny i m u s i a ł a z nią porozmawiać.
Normalnie nie stanowiłoby to żadnego problemu. Nigdy nie tłumaczyła nikomu dokąd jedzie, z kim się spotyka i kiedy wróci. Funkcjonowała sama przez tyle lat, że przywykła do całkowitej niezależności. Tylko że teraz był on, a ona nie chciała mówić mu o swoich podejrzeniach, dopóki nie będzie mieć pewności. Nie chciała otwierać tej rany bez powodu, prowokować kolejnych emocji, które ledwie zaczęły się w nim uspokajać.
Dlatego kiedy zatrzymał ją po osiemnastej na schodach prowadzących do wyjścia z komisariatu, upewniwszy się wcześniej, że korytarz pozostaje pusty, poczuła nieprzyjemne ukłucie poczucia winy.
Przyciągnął ją do siebie bez pośpiechu, dłonią obejmując jej talię pod cienkim materiałem koszuli. Instynktownie wsunęła palce pod poły jego kurtki, zatrzymując je na ciepłej skórze. Gdy zaś zapytał, jakie mają plany na dziś, zrozumiała, że nie potrafi go okłamać. Nie patrząc mu prosto w oczy.
- Nic - odpowiedziała więc zgodnie z prawdą, unosząc lekko kącik ust. - Dzisiaj będziemy tylko siedzieć w samochodzie. Ty będziesz skupiał się na drodze, a ja zrobię wszystko, żeby cię rozproszyć - przesunęła dłonią po jego karku powoli, z rozmysłem, obserwując błysk pojawiający się w jego spojrzeniu. - Będę cię prowokować przez całą trasę, aż przestaniesz myśleć o czymkolwiek poza mną, bo wymyśliłam sobie, że pojedziemy do Ottawy. Jest tam hotel nad rzeką z wanną większą od mojego łóżka, tarasem i absurdalnie drogim winem, którego nawet nie lubię - uśmiechnęła się, żyjąc szalenie wielką nadzieją, że znajdzie tam wolny pokój. Jakikolwiek. - Mam zamiar zmusić cię, żebyś spędził ze mną cały weekend bez telefonu, bez pracy i bez uciekania na papierosa co dwadzieścia minut - pochyliła się odrobinę bliżej, prawie dotykając ustami jego szczęki.
- Właściwie nie masz już czasu, żeby odmówić. W przeciwnym razie wezmę Evansa. Jestem pewna, że wciąż zrobiłby dla mnie wszystko, o co poproszę - rzuciła zaczepnie, tylko po to, by ukryć cienką warstwę wyrzutów sumienia.
Działa bez planu, instynktownie, ignorując na razie ten problem, że kiedy znajdą się na miejscu, będzie musiała znaleźć godzin, może dwie, by spotkać się z kobietą, która mogła posiadać odpowiedzi.
Rhys Madden