the space between
: pn maja 11, 2026 12:21 pm
#5
Nie to elektryczne, napięte ciepło z poprzedniego wieczoru. To było inne, głębsze, spokojniejsze. Takie, które sączyło się powoli przez skórę i docierało gdzieś pod żebra, zanim jeszcze zdążyła do końca się obudzić.
Victoria otworzyła oczy powoli, bez pośpiechu, jakby obawiała się, że za szybki ruch rozbije coś kruchego. Sufit był obcy. Światło padało inaczej niż w jej mieszkaniu, z innej strony, cieplejsze, bardziej miodowe. Przez chwilę leżała nieruchomo, pozwalając sobie na ten jeden, krótki moment, zanim wszystko wskoczy na swoje miejsca.
Poczuła ciężar jego ramienia na swoich plecach. Równomierny oddech przy karku. Ciepło całego jego ciała wtulone od tyłu w jej, jakby tak miało być od zawsze i jakby nikt nikomu o tym po prostu nie powiedział wcześniej.
Przez sekundę, tylko sekundę, jej mięśnie odruchowo się napięły. Stary nawyk. Ciało zapamiętywało rzeczy dłużej niż głowa i przez chwilę reagowało zanim ona sama zdążyła zdecydować. Ale potem przyszło powietrze. I rozpoznanie. I coś, czego nie umiała nazwać inaczej niż - bezpiecznie.
Tori wypuściła cicho oddech przez nos i rozluźniła ramiona.
Za oknem Toronto budziło się powoli, daleki szum ulic, gdzieś w dole klakson, ciche ptaki na granicy słyszalności. Ona tymczasem leżała zupełnie nieruchomo i zastanawiała się, kiedy ostatnio obudziła się przy kimś i nie chciała natychmiast uciekać.
Nie pamiętała.
Ostrożnie, żeby go nie obudzić, przekręciła się na drugi bok.
Karrion spał. Jego twarz w tym świetle była zupełnie inna niż za dnia, o wiele spokojniejsza, pozbawiona tej wiecznie obecnej, czujnej kontroli. Zmarszczki przy oczach wygładzone. Szczęka luźna. Oddychał wolno i równo, a ona przez dłuższą chwilę po prostu mu się przyglądała, bez pośpiechu, bez potrzeby czegokolwiek.
Był duży. Nawet tutaj, nieruchomy, śpiący, bez ringu i worka treningowego. Szerokość jego barków zajmowała pół łóżka, a ramię, które jeszcze przed chwilą leżało na jej plecach, teraz spoczywało między nimi jak jakiś porzucony kontynent.
Kącik jej ust drgnął.
Pomyślała o tym, jak poprawiał jej biodra przy worku, z tą swoją precyzją i cierpliwością, i mimowolnie cicho parsknęła przez nos, zaraz potem zaciskając usta, żeby dźwięk nie był głośniejszy. Miała wrażenie, że dopiero teraz, w tym porannym świetle, wszystko poprzedniego wieczoru jest prawdziwe. Nie sen. Nie coś, co wymyśliła pisząc jedną ze swoich powieści.
Prawdziwe.
Przez chwilę jeszcze mu się przyglądała, linii żuchwy, rzęsom, sposobowi, w jaki oddychał, a potem powoli, bardzo powoli, przesunęła się bliżej. Oparła dłoń lekko na jego klatce piersiowej, czując pod opuszkami palców miarowe uderzenie serca.
I pochyliła się.
Musnęła ustami kącik jego ust, ledwo, subtelnie. Zatrzymała się tam przez sekundę, wstrzymując oddech, jakby chciała zapamiętać dokładnie to uczucie, jego ciepłą skórę, zapach, który znała już od kilku tygodni z sali treningowej, a teraz był zupełnie inny. Bliższy.
Potem się odsunęła. Tylko o kilka centymetrów.
I patrzyła na niego dalej, spokojnie, z tym ledwie zauważalnym uśmiechem, który zostawał czasem na jej twarzy wtedy, kiedy nikt nie patrzył i na który sama nie miała wpływu.
Karrion Stifler