Ten, w którym Jamie przeżywa podróż życia - part II
: pn maja 11, 2026 3:59 pm
Tell me that you'll wait for me
Hold me like you'll never let me go
'Cause I'm leaving on a jet plane
Don't know when I'll be back again
Oh babe, I hate to go
Ji - po koreańsku znaczy mądrość albo determinacja... Pytanie, jakiego zapisu użyła jej mama, kiedy nadawała jej imię. Lin - znaczy tyle, co coś pięknego albo połysk fal. Jamie chyba najbardziej lubiła interpretację swojego imienia mówiącą: "łagodny blask". Takim starała się obdarowywać Hugo przez te dwa tygodnie. Zmienił pierwszy wyjazd w coś, czego pewnie nie zapomni nigdy. Uratował ją, potem się nią zaopiekował i sprawił, że przez całe dwa tygodnie w ogóle nie musiała być tą silną Jamie, która ma własny biznes - tak, wiem, że to zabawnie brzmi w perspektywie biznesów Tremblayów...
Przez kilkanaście dni żyła we własnej bajce, której wcześniej nawet nie mogła sobie wyobrazić. A teraz siadała w prywatnym, wyczarterowanym odrzutowcu, czując się trochę, jakby tańcząc i śpiewając, wparowała do katedry, w której właśnie był koncert gregoriańskich chórów. Ale przytłaczało ją coś innego niż sytuacja niebycia na swoim miejscu.
- Dziękuję... - powiedziała do stewardessy, która przejęła od niej podręczną walizkę i zabrała ją na tył samolotu.
Zaskoczona spojrzała nad swoją głowę, ale tam nie znalazła żadnego schowka na bagaże.
- Wow... Latasz tak na co dzień? - zapytała, obracając nieco swój fotel tak, by być przodem do niego.
Dzisiaj Hugo był trochę inny. Nie to, że był chłodny albo nie zwracał na nią uwagi, ale myślami już był pochłonięty pracą i tym, co działo się w Toronto. Uśmiechnęła się smutno pod nosem, kiedy milczenie z jego strony przedłużało się, bo akurat przeglądał maile w telefonie.
Na szczęście jej uwagę rozproszył kapitan, który właśnie wyjrzał z kabiny.
- Dzień dobry Państwu... Mam nadzieję, że siedzicie wygodnie. Dostaliśmy zgodę na kołowanie, więc jak tylko skończymy tutaj procedury, to będziemy startowali.
Pokiwała głową w odpowiedzi, siadając jak grzeczna dziewczynka w swoim fotelu. Ale tutaj koło jej twarzy pojawił się kieliszek szampana, przyniesiony przez stewardessę, który przyjęła z zaskoczeniem, ale też wdzięcznością. Może nie bała się latania, ale i tak przeżywała ten lot intensywnie.
Upijając łyk, rzuciła okiem na swojego... chłopaka... przynajmniej na Bahamach.
- Proszę zapiąć pasy. - dziewczyna w zgrabnym mundurku poprosiła oboje pasażerów i chwilę potem całą maszyną szarpnął pierwszy ruch, a kapitan schował się z powrotem za sterami.
Jamie ciekawie zaglądała przez otwarte przejście, totalnie nie rozumiejąc potrzeby tych wszystkich zegarów. Ale z drugiej strony ona nawet nie potrafiła prowadzić samochodu... Ciche stukanie jakiegoś urządzenia zaczęło ją kołysać.
outfit
Głośne stukanie młoteczka do otwierania skorup krabów i innych owoców morza prawie całkowicie niknęło w głośnej muzyce, którą DJ puszczał właściwie na plażę. Zadziwiająca była ilość agresji, jaką rozbawieni ludzie wkładali w otwarcie szczypiec kraba... Jamie podniosła fragment skorupy i zbliżyła go do ust Hugo, żeby ten mógł spróbować, jak inaczej smakują takie rzeczy tutaj w porównaniu do eleganckiej restauracji, do jakiej zabrał ją wczoraj. Oblizała wargi z rozbawieniem i błyskiem w oczach, patrząc jak on wysysa mięso. A potem odrzuciła pusty pancerz i sięgnęła dłonią do jego ust, by wytrzeć sos z jego policzka i oblizać swój palec.
- Mam nadzieję, że dzisiaj ze mną zatańczysz? - poprosiła, przywołując na twarz tę minę, której on nie bardzo potrafił odmówić.
Całkiem szybko się tego nauczyła. Tak jak i tego, jaką kawę lubił wypić rano albo kiedy dać mu przestrzeń, żeby mógł popracować. Claudette nawet zaczęła uczyć jej jakichś podstawowych zwrotów po francusku, bo przecież nie wypada, żeby Kanadyjka nie znała drugiego oficjalnego języka swojego kraju!
Obok stuknęły szklanki pewnej pary, która świętowała tutaj swoją podróż poślubną. Dźwięk szkła przyjemnie zagrał w uszach, kiedy...
outfit
...naczynia wylądowały na stole naprędce przygotowywanym dla tak ważnych gości, jak pan Tremblay i jego urocza towarzyszka. Szef sali uprzejmie zagadywał na tematy, których Jamie w ogóle nie ogarniała, prócz tego, że dawno Hugo tutaj nie było i bardzo jest im miło, że przyprowadził tutaj swoją NOWĄ znajomą. Z jakiegoś powodu to słowo zabrzmiało w jej uszach troszkę dziwnie i kłująco. Bo jak to nową? To ktoś był przede mną?
Już chciała usiąść na swoim miejscu, ale Hugo ją powstrzymał gestem, po czym sam odsunął jej krzesło i pomógł zająć miejsce przy stole.
- No ładnie... - mruknęła pod nosem, nie mogąc przestać podążać za nim wzrokiem, kiedy z tym swoim królewskim spokojem siadał naprzeciwko niej. - Jeśli jeszcze dajesz kwiaty bez okazji, to jestem gotowa za Ciebie wyjść za mąż!
Dodała, na co kelner, który właśnie podawał im karty, uśmiechnął się delikatnie pod nosem, wychodząc ze swojej roli profesjonalnej elegancji. Sama Jamie lekko zachichotała, kiedy kelner odsunął się od niej, żeby odczekać na jakieś pytania i wybór wina na dzisiejszy wieczór.
- Fancy that! - dodała z uznaniem, kiedy Hugo przeszedł przez cały rytuał wyboru wina, nalania tej odrobiny, by mógł je ocenić, i wreszcie jego zgody na to, by to jej kieliszek mógł zostać napełniony jako pierwszy.
- A co się stanie, jak poplamię obrus? - zapytała żartobliwym tonem.
outfit
Hugo Tremblay