Strona 1 z 1
I solemnly swear I am forever in your debt
: pn maja 11, 2026 7:04 pm
autor: Olivia Calvert
Życie nie było sprawiedliwe. Każdy powinien mieć tego świadomość zanim całkiem zatraci się w marzeniach i planach na przyszłość zwieńczonych szczęśliwym zakończeniem. Można je mieć, to nic złego, jednak trzeba było się liczyć, że po drodze do osiągnięcia wiecznego spełnienia płynącego z małych czy większych rzeczy, coś może pójść nie tak. Najczęściej bardzo.
Olivia przekonała się o tym w chwili, w której serce jej najlepszego przyjaciela przestało bić, niewspomagane już aparaturą. Marzenia zgasły w chwili, w której zgasło i życie Alexa. Pamiętała ten dzień, tę godzinę. Pamiętała ból, którego nie można było opisać, a który w jednej sekundzie ją sparaliżował. Brzmiało to melodramatycznie, ale nie mógł oceniać nikt, kto nigdy nie stracił osoby, na której mu bardzo zależało.
Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Minęły dni, tygodnie, miesiące, ale nie minęła dziwna pustka, która w dużej mierze przyczyniła się do destrukcyjnego zachowania w wykonaniu Calvert. Traciła kontrolę nad racjonalnymi decyzjami, pchając się w objęcia kłopotów niczym kochanka spragniona pieszczotliwego dotyku.
Weźmy chociażby dzisiejszy dzień. Zapowiadał się całkiem normalnie. Poszła na zajęcia, przebrnęła przez wszystkie wykłady, starając się włożyć w swoją obecność jak najwięcej zaangażowania. Zależało jej wszak by kontynuować naukę i spełnianie marzeń. Obiecała i tej obietnicy miała dotrzymać.
Po kolejnych godzinach spotkała się w Victorem. To właśnie wtedy zaczął się początek spirali, która doprowadziła ją do klubu, w którym wylądowała.
Pokłócili się, dość ostro. Ach, jaki z niego był dupek. Czy nie rozumiał, jak bardzo było jej źle z myślą, że już więcej nie zobaczy swojego przyjaciela? Ha, jasne, że nie. Nie lubił Alexa i była pewna, że w głębi cieszy się, że już go nie ma i nie będzie się pchał pomiędzy nimi.
Patrząc w ciemnoczerwony płyn znajdujący się w kieliszku przypomniała sobie wszystkie ostre słowa, które padły pomiędzy nimi. Nie żałowała, zasłużył sobie.
Czemu jeszcze w ogóle z nim była?
Upiła spory łyk, nie kontrolując ubytków w naczyniu. Przyszła tu na chwilę zapomnieć i się rozluźnić, konsekwencjami zajmie się później.
Dała się porwać do tańca, nawet nie wiedziała komu. Była coraz bardziej odurzona alkoholem, czerpiąc z tego wyjścia jak najwięcej. Stłumiła nieprzyjemne uczucia, których nie chciała.
Usiadła, zamawiając więcej alkoholu. Uśmiechnęła się, kiedy podsunięto jej szklankę. Nie było to coś, o co prosiła, ale skoro zaspokajało pragnienie, czemu nie?
Obróciła głowę do mężczyzny, który z całą pewnością czegoś od niej chciał. Chwila rozmowy i Liv wiedziała, że błędem było przyjęcie od niego drinka. Irytował ją, był zbyt nachalny. Nie takiego towarzystwa oczekiwała.
Trzy kwadranse później, kiedy natręt nie chciał zostawić jej w spokoju, chwiejnym krokiem wyszła z lokalu. A zapowiadało się tak dobrze.
Ściągnęła buty na obcasie, które zaczęły jej ciążyć. Racjonalnie (wcale nie) podjęła decyzję o spacerze, który miał ją otrzeźwić i odpędzić zawroty głowy. Jeszcze tego brakowało, żeby zwymiotowała w taksówce. Wolała zarzygać chodnik, niż tapicerkę.
Westchnęła udając, że chodzenie nie sprawia jej problemu.
Właśnie wtedy podjęła decyzję o skróceniu sobie drogi, nieświadoma, że ktoś postanowił jej towarzyszyć, podążając kilka metrów za nią. Miała większe problemy, jak chociażby nieprzyjemne bulgotanie w żołądku. Tak, zdecydowanie potrzebowała skrótu.
Weszła w ciemniejszą uliczkę, która nawet za dnia nie urzekała swoim pięknem. Teraz nie miało to znaczenia.
Zignorowała odgłos kroków, który nie mógł należeć do niej; wszak nie miała butów na stopach. Błąd, który mógł ją wiele kosztować. A kiedy ostatecznie czerwona lampka rozbłysła w jej głowie, przebijając się przez zamglony umysł, było za późno. Poczuła, jak ktoś łapie ją za ramię, chwilę później lądując na brudnej, wilgotnej ścianie. Straciła równowagę, upadając.
Konsekwencje sporej ilości wypitego alkoholu przyszły prędzej, niż chciała i w formie, której nie życzyłaby nikomu.
Paloma Cortés
I solemnly swear I am forever in your debt
: sob maja 16, 2026 9:56 pm
autor: Paloma Cortés
there's no button to push for third base
I'm not trying to seduce you, fuckface
Obserwowała ich już od dłuższego czasu.
Początkowo jej uwagę przykuła po prostu niewinna, prawie przesłodzona uroda siedzącej przy barze dziewczyny. Tylko chwilę zajęło Palomie zlustrowanie jej wzrokiem i prędki wniosek, że takie jak ona wcale nie muszą prosić o uwagę. Niebezpieczne połączenie młodzieńczego uroku i strumieni alkoholu przyciągały mężczyzn w taki sposób, w jaki nektar kusi pszczoły, ale... ostatecznie nic jej do tego. Zajęła się sobą, swoim standardowym ginem z tonikiem i niewesołymi rozmyślaniami.
Kwadrans za kwadransem, drink za drinkiem, a jej wzrok mimowolnie uciekał w stronę nieznajomego dziewczęcia. Bystremu mimo wypitego alkoholu spojrzeniu nie umykał coraz bardziej błogi — a może po prostu coraz bardziej zobojętniały — wyraz twarzy. Znała go dobrze, widywała go często, ale niestety jeszcze częściej widywała twarze mężczyzn podobnych do zagadującego dziewczynę natręta. Przyklejony do gęby wilczy uśmiech i chłodne, kalkulujące spojrzenie. W każdej sekundzie oceniał, jak bardzo jest bezbronna i czy to już wystarczająco, by nacisnąć mocniej.
— Przyszła tu bez niego — rozległo się gdzieś po prawej stronie Palomy. Uniosła wzrok; obok stolika stała jedna z barmanek, zbierająca puste szkło z sali.
Sánchez skinęła głową.
— Wiem.
Tyle wystarczyło. Ta krótka wymiana spostrzeżeń i równie przelotne spojrzenie między dwiema kobietami, wyczulonymi na los trzeciej. Przez ostatni kwadrans wzrok Palomy ani na chwilę nie zgubił szerokiej twarzy pokrytej kilkudniowym zarostem.
Czekała.
Jej ciało napięło się; może nie jak struna, ale gdyby zaszła potrzeba, gotowa była po prostu wystrzelić i zadziałać. I miało się to zdarzyć szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał. Dziewczyna wstała. Stawiała kroki bardzo pewnie jak na kogoś w tak chwiejnym stanie.
Paloma przymknęła na moment powieki. Kobieca twarz zastygła w wyrazie najbardziej przypominającym rezygnację; tak jakby naprawdę bardzo nie chciała podejmować żadnej interwencji. Nie wychodź za nią — zaklinała w myślach faceta, który od blisko godziny ślinił się do coraz mocniej napitej nieznajomej. Kurwa, po prostu nie wychodź — brzmiało to w głowie Palomy jak dobra rada, jak prośba, co do której od początku była pewna, że nie zostanie spełniona. Otworzyła oczy.
Akurat w momencie, gdy drzwi zamykały się za obserwowanym mężczyzną.
Westchnęła ciężko, jednym haustem dopijając drinka. Mogła to po prostu zignorować i nie mieszać się w nieswoje sprawy, ale nie mogła pozbyć się posmaku goryczy z podniebienia i nieprzyjemnego uczucia spiętego karku, gdy tylko próbowała — metaforycznie i dosłownie — odwrócić wzrok.
Wychodząc, Paloma zostawiła kilka banknotów na barze.
Gdy drzwi baru zamknęły się za nią głucho, pochwaliła się w myślach za dobór obuwia. Szerokie obcasy nie stukały tak głośno, pozwalając jej ruszyć kilkanaście metrów za interesującym ją osobnikiem. Poły jej zarzuconego byle jak płaszcza powiewały w nocnym powietrzu, ale nie przeszkadzały. Łatwiej było sięgnąć do wewnętrznej kieszeni, gdyby zaszła taka potrzeba, a sądząc po całej otoczce — było takie prawdopodobieństwo.
Spacer trwał, a Paloma zaczęła się łudzić, że może jednak się pomyliła, że wszystko było tylko zbiegiem okoliczności, a facet z zarostem wcale nie miał złych zamiarów, ale… kiedy spędziło się tyle lat na odczytywaniu najdrobniejszych sygnałów tylko po to, by przetrwać, to zbiegi okoliczności po prostu przestawały istnieć.
Krótki, jakby zaskoczony krzyk z bocznej uliczki wystarczył, by gwałtownie przyspieszyła kroku.
— …że nieładnie tak wychodzić bez pożegnania? Postawiłem ci drinka, suko. Żeby to jednego...
Ciężka łapa zaciskała się na wątłym ramieniu dziewczyny. Bez obcasów wydawała się jeszcze drobniejsza, zwłaszcza przy barczystym facecie, nachylającym się ku niej z niebezpiecznym błyskiem w oku.
— Ta pani chyba nie jest zainteresowana.
Głos Sánchez rozbrzmiał stanowczo i na tyle głośno, że napastnik momentalnie się wzdrygnął.
— A ty c h y b a powinnaś spierdalać, no chyba że też chcesz się z nami pobawić. Nawet lepiej… dwóch na raz jeszcze nie miałem.
Już nie miał przymilnego uśmieszku wilka w owczej skórze. Obnażył górne zęby w obleśnej parodii uśmiechu, a lekko rozbiegane spojrzenie wodziło od przerażonej dziewczyny, którą wciskał w ceglany mur, do stojącej z rękami skrzyżowanymi na piersi Palomy.
— Nie radzę — odezwała się raz jeszcze ze spokojem zupełnie niepasującym do sytuacji, ale gdzieś w pogłosie tych słów dało się wyczuć subtelne ostrzeżenie. Nie żeby zależało jej na tej chodzącej kupie gówna, ale jeśli mogła oszczędzić swoim ubraniom plam z krwi…
Olivia Calvert
I solemnly swear I am forever in your debt
: ndz maja 17, 2026 4:09 pm
autor: Olivia Calvert
Nie prosiła się o uwagę. Nigdy nie należała do typu osób, które usilnie łaknęły towarzystwa i atencji płci przeciwnej. Dodatkowo miała chłopaka. Jasne, był koszmarnym dupkiem, który przez większość czasu nie wiedział, jak ma się zachowywać, co tym bardziej potęgowało irytację Olivii, ale kochała go.
Tak jej się przynajmniej wydawało.
Nie prosiła również o uwagę mężczyzny, który się do niej przyczepił. Typowy samiec, który sądził, że po kupionym jej alkoholu będzie jego. Calvert nie należała do takich.
Prosiła się jednak o kłopoty. Powinna przywyknąć, że ostatnimi czasy była na nie niczym magnes, działając destrukcyjnie na swoje życie. Wystarczyło wziąć taksówkę i bezpiecznie przemieścić się z punktu A do punktu B.
Wybrała drogę, która zdaniem jej przesączonego alkoholem umysłu, była znacznie korzystniejsza. Wszak zakładała, że zanim dotrze do domu zupełnie wytrzeźwieje, pozbędzie się uczucia zwiastującego przyszłe wymioty i być może będzie mogła skupić się na czymś bardziej konstruktywnym.
Albo wróci do picia za zdrowie Alexa. Brzmiało jak plan, który zaczął dominować w jej głowie.
Wszystko przestało mieć znaczenie, gdy jej kolana uderzyły o brudny beton. Nie miała czasu zastanawiać się ile ohydnych rzeczy się na nim znajdowało. W innych okolicznościach byłaby niepocieszona; teraz wypełnił ją strach. Lampka w głowie migała ostro, dając jej znak, że jest w poważnym niebezpieczeństwie.
Spojrzała na mężczyznę, od którego próbowała się uwolnić w barze. Widziała wściekłość na jego twarzy, spojrzenie wyrażające brutalność, która nim kierowała.
Nie było dobrze, czuła to.
Chciała się podnieść, spróbować zareagować w jakikolwiek sposób. Niestety, jej ciało nie reagowało tak, jakby chciała. Alkohol, stłuczone kolana, paraliżujący strach - mieszanka, która w tej chwili była najmniej pożądana. Ale przecież nie mogła tak bezczynnie czekać, aż zrobi jej krzywdę, wykorzystując. Ach, wiedziała, że właśnie po to za nią przyszedł.
Myśli tłukły się w jej głowie, a rozum usilnie próbował zmusić mięśnie do jakiegokolwiek ruchu.
I wtedy przyszło zbawienie. Pojawił się Anioł w ludzkiej skórze, który sprawił, że obleśne łapy zniknęły, chociaż na chwilę, z ciała Olivii. Przysunęła się bliżej muru, spoglądając na kobietę z nadzieją, niemo błagając o pomoc.
Z dwoma przecież sobie nie poradzi, prawda? Musiał odejść, musiał je zostawić, pozwalając się pozbierać.
Rzeczywistość w męskim świecie okazała się inna.
Najpierw ruszył na nieznajomą, która wydawała się taka nim niewzruszona. Calvert zazdrościła jej takiego spokoju. Czy gdyby nie była pijana też potrafiłaby tak zareagować.
Widziała, jak napastnik do niej podchodzi, jak łapie ją za rękę zadowolony, jakby wygrał na loterii.
A co, jeśli uda mu się wygrać z jej wybawczynią? Co jeśli koniec końców dostanie to, po co przyszedł?
Ciarki przeszły jej po ciele na samą myśl. Nie chciała być ofiarą. I nie będzie.
Wzrokiem poszukała torebki z telefonem. Zadzwonienie po policję wydawało się odpowiednim do okoliczności pomysłem.
Już miała wybrać numer, kiedy przelotnie spojrzała na nieznajomą. Coś w jej wzroku kazało jej odwlec w czasie naciśnięcie przycisku wykonania połączenia. Nie umiała tego jednoznacznie zidentyfikować, ale zawahała się, niczym pod wpływem zaklęcia Imperius.
Ewidentnie jej wybawczyni nie chciała, by w tym miejscu pojawili się przedstawiciele prawa.
Paloma Cortés
I solemnly swear I am forever in your debt
: pn maja 18, 2026 11:00 pm
autor: Paloma Cortés
Po prostu, kurwa, odpuść — myślała Paloma, obserwując niczym w zwolnionym tempie, jak napastnik porzuca przerażoną dziewczynę i kieruje się w jej stronę. Zdążyła nawet z rezygnacją przymknąć powieki, zanim sama poczuła ciężką łapę, zaciskającą się na jej przedramieniu. Nie potrafiła powstrzymać pełnego obrzydzenia wzdrygnięcia, które zdawało się jednak tylko nakręcać mężczyznę.
— No proszę, czyli będziesz się opierać…? — wydyszał, a do rozszerzonych nozdrzy kobiety dotarł zapach przetrawionego alkoholu. — Waleczna kocica…
Boże, co za obleśny typ…
Zostawiona sama sobie pierwotna ofiara chyba trochę otrzeźwiała; widocznie starała się coś znaleźć wokół siebie, wodząc wzrokiem po ciemnej uliczce, a zguba szybko przykuła jej uwagę. Rozszerzone ze strachu oczy rozbłysły od światła z ekranu telefonu, ale Paloma — wbijająca w nią spojrzenie ponad ramieniem rozochoconego oblecha — ledwo dostrzegalnie pokręciła głową.
Tylko policji jej tu brakowało.
— Posłuchaj… jak w sumie masz na imię?
Pytanie wydawało się zupełnie nie na miejscu, Sánchez widziała to w grymasie niedowierzania, jaki pojawił się na twarzy dziewczyny, wciąż wtuloną w zimny mur, jak gdyby rozpaczliwie szukała oparcia. Spokojnie, mała — starała się przekazać jej Paloma. — Wiem, co robię.
— Możesz mnie nazywać jak tylko chcesz, maleńka. Nawet tatuśkiem…
Ledwo powstrzymała się od przewrócenia oczami. Nie dość, że chłop musiał uciekać się do przemocy, żeby w ogóle mieć szansę na jakikolwiek kontakt z kobietą, to jeszcze rzucał takimi tanimi tekstami, że pożal się Boże. Nie żeby to było największym problemem w sytuacji — ostatecznie gdyby nie jej interwencja, to to małe rendez-vous w uliczce nie skończyłoby się zbyt kolorowo — ale Paloma nie myślała w tych samych kategoriach, co zwyczajna osoba.
— No dobrze, tatusiek to strasznie przeruchane określenie, więc co powiesz na… — Zawiesiła głos, jakby się wahała, ale jej umysł działał teraz wyjątkowo sprawnie. Wiedziała, że ma tylko chwilę, zanim sens tych słów dotrze do napastnika i wywoła atak szału. To był jej moment. — …Gary?
— Czy tobie, kurwa, życie niemiłe? — Wydawał się naprawdę niedowierzać. Szok był na tyle duży, że Gary był w stanie tylko zrobić głupawą minę i w zasadzie nic więcej.
— Nie, G a r y — odparła Paloma, mierząc go chłodnym wzrokiem z odległości tych kilku centymetrów, które dzieliły ich twarze. — Po prostu chciałam dać ci dobrą radę. Idź stąd, a o wszystkim zapomnimy. Jeszcze nie jest za późno, żeby się wycofać.
Jej głos brzmiał mocno w ciasnym zaułku; mocno, ale jednocześnie bardzo spokojnie. Doskonale wiedziała, że już mu nie odpuści, nieważne czy mężczyzna postanowi odejść, czy dalej będzie próbował swoich sił. Nie nawykła do takich dyskusji, z reguły po prostu działała, ale tym razem… miała świadka. Niedoszłą ofiarę, słaniającą się na nogach już bardziej z powodu przerażenia i niepewności kolejnych chwil niż przez alkohol. Nie chciała za szybko odkrywać kart, gdy podobne do sarnich wielkie oczy patrzyły prosto na nią z nadzieją, że jest w stanie wydobyć je obie z tej kabały.
Będzie dobrze.
To chciała przekazać dziewczynie, na którą znowu uspokajająco zerknęła.
— Za dużo, kurwa, gadasz.
Poczuła, jak uścisk na jej przedramieniu się zwiększa, jak lewa ręka napastnika dołącza do prawej, łapiąc ją za połę płaszcza. Usłyszała nieprzyjemny, suchy dźwięk; pękł materiał. Tego było już, kurwa, za wiele.
— Ostrzegałam cię, Gary.
To wydarzyło się w ciągu ułamków sekund. Dobrze wycelowane uderzenie, odbierające dech w piersi, i nagle to Paloma była górą. Nie była w stanie przeważyć napastnika, była od niego drobniejsza i słabsza, ale zdecydowanie sprytniejsza. Nie polegała jedynie na swoich gabarytach, a na morderczej technice i zimnej kalkulacji, w której spożyty wcześniej alkohol wcale jej nie przeszkadzał.
— Trzeba było mnie posłuchać od razu, Gary. — Wypowiedzeniu zmyślonego imienia na głos towarzyszyły dwa dźwięki. Głuchy pogłos kopniaka, jaki wymierzyła mu kolanem prosto w krocze, oraz cienki, wysoki pisk, który wydał z siebie napastnik. Nagle nie wydawał się już taki groźny, nie można było jednak tego powiedzieć o Palomie.
— Głupia kurwo, zabiję cię!
— Nie sądzę.
Jej oczy płonęły w ciemności, twarz wykrzywiła się z pogardą, a wściekłość (i być może odrobina strachu, kryjącego się gdzieś bardzo głęboko pod maską niezłomności) wzięła górę nad rozsądkiem.
W ledwo rozpraszanym przez światło pojedynczej latarni mroku błysnęło ostrze.
— Chwila, chwila, kurwa, chwila!
— Dałam ci przecież szansę. Przestań skomleć.
Olivia Calvert