Strona 1 z 1

meeting mom… what could go wrong?

: wt maja 12, 2026 7:10 pm
autor: Donnie A. Bowen
008.
Some people bring flowers when meeting the parents.
Donnie brought chaos and suspicious confidence.


Donnie nie był zachwycony, kiedy Aurelia zaprosiła go do siebie, żeby poznał jej rodziców. Dla niego to nie było aż na tyle poważne. W ogóle właściwie. Spotykali się już jakiś czas, chodzili razem na imprezy, albo do wspólnych znajomych, a czasem Aurelia pozowała mu do zdjęć, ale...
Chociaż Lia była śliczna, te jej ciemne oczy i burza czarnych loków, to jednak czegoś w tych zdjęciach brakowało.
Było w nich dużo radości, jakiegoś szaleństwa, które sobie przekazywali w tych szybkich, niedbałych pocałunkach. W spojrzeniach w oczy, takich, które łaskotały tylko delikatnie. Bo taka była ich relacja, szybka, żywa, łaskotała pod skórą.
A Bowen i tak przecież myślami był gdzieś zupełnie indziej.
Przy innej kobiecie nawet i gdyby Lia wiedziała, że takiej, która wiekowo mogłaby być jej matką, to może by się obraziła?
O ironio...
Mogłaby być jej matką.
- Lia, ale myślisz, że kwiaty dla twojej mamy to odpowiedni prezent? A dla ojca kawa? Serio? - zapytał przytrzymując ramieniem telefon przy uchu - dobra, nie chcę się narażać twojej matce, skoro kawa będzie w porządku, to coś kupię. A dla ciebie? - stał już przy regale z kawami ze wszystkich stron świata, ale Donnie za bardzo się na tym nie znał - przestań, jestem w spożywczaku - parsknął do telefonu - zresztą, to nie jest tego rodzaju telefon... - dodał czytając jakąś etykietę - co? No taki się zaczyna od wiesz... co masz na sobie? - te słowa wypowiedział stając akurat na przeciwko jakiejś staruszki, która zmierzyła go spojrzeniem, więc złapał pierwszą lepszą kawę i ruszył do samoobsługowej kasy - weź, jakaś babcia się napaliła, bo myślała, że to do niej - zapłacił telefonem odsuwając go od ucha. A zaraz już wyszedł przed sklep, przełożył smartfon do drugiego ucha - dobra, idę jeszcze po kwiatki i zaraz będę, wyślij mi adres...

Donnie nie miał problemu z trafieniem pod podany adres, bo dom, w którym mieszkała Lia, znajdował się w tej samej dzielnicy co jego chata. Dziwne, że wcześniej na siebie na trafili, chociaż z drugiej strony Bowen urzędował tu od niedawna. Biorąc pod uwagę, że to impreza na powietrzu, to zarzucił na siebie koszulkę z jakimś zespołem, ciemne, porwane jeansy i trampki. Dla Pana domu miał kawę, bo nie chciał się narażać Pani domu czymś mocniejszym. Dla niej miał bukiet słoneczników.
Sam tak strzelił. Chociaż Lia mówiła mu o różach. Ale przecież one były oklepane, a zresztą kto daje róże mamie swojej dziewczyny?
Bowen postawił na coś radośniejszego, bardziej luźnego.
Nie miał też dzisiaj ze sobą aparatu, to miał być dzień bez zdjęć, sam odpoczynek. Chillout na świeżym powietrzu.
Stanął na progu domku z numerem trzynaście i w pierwszej kolejności on pomyślał o zupełnie innej trzynastce... Takiej złotej, na drzwiach pewnego pokoju hotelowego.
Ale kiedy zadzwonił dzwonkiem, to zaraz otworzyła mu Aurelia, wciągnęła go do środka zaciskając palce na jego koszulce, ale po chwili wpiła się w jego usta na powitanie. Dziko.
I to Donnie się pierwszy od niej odsunął.
- Ej, jak twoi rodzice to zobaczą, to mnie wyproszą zanim się przedstawię - rzucił łapiąc dystans od dziewczyny, ale zielone tęczówki zawiesił na jej ciemnych oczach.
- Nie ma ich - odpowiedziała Aurelia patrząc na zegarek na nadgarstku, delikatny, złoty - mamy jakieś pół godziny zanim mama wróci z bratem, a ojciec to na pewno jeszcze później - wyjaśniła z zadziornym uśmiechem.
- Pół godziny to trochę mało - rzucił Donnie, ale Aurelia już szarpała go na górę, żeby pokazać mu swój pokój. Zostawił słoneczniki i kawę na kuchennym blacie, między jedzeniem, które Lia naszykowała na dzisiejszą imprezę. A może to jej mama?
I kiedy wchodzili po schodach, mignęło mu zdjęcie jej rodziców...
Ale się nie przyjrzał, bo Aurelia znowu pociągnęła go za sobą. A zresztą i tak miał... ich dzisiaj poznać. Osobiście.


poznaj moją mamę Donnie °❀⋆.ೃ࿔*:・

meeting mom… what could go wrong?

: śr maja 13, 2026 8:18 pm
autor: Maria A. Perez
Obrazek
Jeśli ktoś zastanawiał się jak wyglądała jej podróż powrotna z kina, to właśnie tak wyglądała… a raczej przy akompaniamencie takich dźwięków upływała jej jazda, ponieważ Mateo upodobał sobie szczególnie ten fragment bajki. — AYEYAEYAEYAEYAE — zabawne to było — fakt, ale ten jeden raz na ekranie. Z każdym kolejnym powtórzeniem przestawało być zabawne, a stawało się i-ry-tu-ją-ce. Już oczami wyobraźni widziała minę Rafaela, gdyby to na niego wypadła podróż do kina. W zasadzie to wypadła, ale oczywiście — jak zwykle — miał coś ważnego do zrobienia. Na tyle ważnego, że nawet na ustalone z Aurelią spotkanie się spóźni, o czym świadczyła jego głosówka na rodzinnym czacie. Maria miała o wiele więcej cierpliwości do dzieci i energii jaka je rozpierała. Może poniekąd dlatego, że kiedyś sama była takim dzieckiem. Inna sprawa, że jeszcze odpokutuje całą podróż wieczornym bólem głowy, teraz jednak zadowolona z wyprawy wypuściła dziesięcioletniego krzykacza z samochodu, który pod pachą niósł wielkiego pluszowego Toma Lizarda, a w drugiej ręce kubek z motywem bobra i w swojej kolorowej czapce ze śmigiełkiem wkroczył właśnie do domu. Mateo był pogodnym dzieckiem, a przekraczając próg domu łaskawie postanowił zmienić płytę i cytować inny fragment bajki. Chodził więc w kółko i powtarzał: Bóbr, bóbr, jaszczurka, jaszczurka, czerwone serce, różowe serce, cięte drewno, cięte drewno. Kartofel.
Wchodząc do kuchni w oczy rzuciły się jej żółte słoneczniki pozostawione na blacie, a ona szybko domyśliła się co tu jest grane. — Aurelia! Wróciliśmy. Mateo idzie na górę, więc jeśli masz otwarte drzwi albo coś innego to z łaski swojej zamknij! — zawołała, ale tak naprawdę nie musiała jej wcale tego uświadamiać, bo Mateo głośno stąpał po schodach, w kółko cytując bajkę. — Bóbr, bóbr, jaszczurka, jaszczurka, czerwone serce, różowe serce, cięte drewno, cięte drewno — i ktoś teraz mógłby jej zarzucić zbyt luźne podejście do tematu, ale co ona tak naprawdę mogła? Aurelia była dorosła, jakby nie było. Mieszkała z nimi pod jednym dachem i była jej córką, ale wciąż… była już dorosła. Poza tym nie Marii oceniać takie wybryki, bo przecież sama urodziła dziecko w wieku osiemnastu lat i wiedziała jakimi prawami rządzi się młodość. Pewnie zareagowałaby zupełnie inaczej, gdyby odkryła z kim tak tą młodość celebruje, ale nie wiedziała. — Kartoffff……FUUUUUJ — dziesięciolatek nie szanował zbytnio prywatności rodzeństwa, więc Maria była przekonana, że właśnie wbił do jej pokoju, kiedy usłyszała zniesmaczone fuj, ale z drugiej strony Mateo reagował tak nawet na przytulasy, więc nie wnikając zawołała tylko. — Mateo! Zmykaj do ogródka i NIE, nie wolno ci nintendo. Piłka i proszę kopać, byle nie w kwiatki — a gdy zbiegł oznajmił jej ze skwaszoną miną. — Widziałem siusiaka ś w i e t n i e, pomyślała — Xavieradzięki bogu, odetchnęła. — Kto się myje w ciągu dnia?! — zajęczał jeszcze, ale ona poklepała go tylko po ramionach i pogoniła do ogrodu. — Wiesz ile razy on widział twojego? Jesteście kwita — stwierdziła zazdroszcząc swojemu nastolatkowi. Sama teraz najchętniej zaszyłaby się w łazience i odpłynęła w wannie gorącej wody. Zamiast tego nalewała chłodnej wody serwując kąpiel pięknym słonecznikom, które zostały porzucone na kuchennym blacie. Ułożyła je ładnie i wyniosła na stolik w ogrodzie rozglądając się wokół. Czy zdziwił ją fakt, że Xavier nie przygotował paleniska, choć prosiła go kilkukrotnie? Nieszczególnie. Sama się za to zabrała krzątając gdzieś pomiędzy niewielką przydomową drewutnią, a paleniskiem, by koniec końców zacząć wzniecać… ogień. Wzniecała jeden, ale myślała o zupełnie innym... i nagle zrobiło się jej za gorąco... Płomień w końcu chwycił się suchego drewna, a ona wyprostowała się ocierając wierzchem dłoni swoje czoło. Czuła na skórze popołudniowe słońce oraz zapach dymu i przez chwilę napawała się ciszą; Mateo w końcu zajął się piłką, Xavier jeszcze nie zdążył nawet zejść na dół, a Rafael… pewnie udowadniał światu jak bardzo jest niezastąpiony albo robił coś, o czym wolała nie myśleć. — Mamo! — głos Aureli dobiegł z tarasu wyrywając ją z zamyślenia. Zaczyna się, pomyślała poprawiając swoją koszulę i czując lekki niepokój na myśl o nowym wybranku córki. Miała nadzieję, że tym razem to ktoś bardziej poukładany niż ten ostatni perkusista, który nie potrafił złożyć pełnego zdania.

Miło poznać...? Donnie, tak? (·•᷄‎ࡇ•᷅ )