Strona 1 z 3

happy birthday to me

: wt maja 12, 2026 9:23 pm
autor: Eric Stones
#najświeższe
Każdemu przypisywany jest dzień, w którym przyszło się na świat. Było to coś nieodłącznego. Coś, czego nie można było się pozbyć, jak plastra czy zużytej rzeczy. Ten dzień zostawał z człowiekiem już na zawsze, tak samo jak kanadyjski SIN (Social Insurance Number) czy polski PESEL – a Stonesowi, ponieważ urodził się na Litwie, nadano tamtejszy kod osobisty (asmens kodas), lecz po przeprowadzce jego ojciec zadbał o to, by każdy z rodziny otrzymał kanadyjski odpowiednik, bo bez tego nie mogli funkcjonować jako obywatele.
Eric kiedyś nie mógł się doczekać swoich urodzin ze względu na prezent, jaki miał otrzymać od rodziców. Gdy mieszkał jeszcze na Litwie, bardzo często zjeżdżała się rodzina od strony ojca, łącznie z dziadkami - było to nawet udokumentowane na fotografiach znajdujących się w albumie ze zdjęciami z różnych etapów życia Erica.
Po przeprowadzce do Kanady, rodzina już raczej nie przylatywała, a dzwoniła - chociaż dziadkom ze dwa razy udało się przylecieć, by osobiście złożyć wnukowi życzenia oraz spędzić czas z synem, synową i wnukami. Eric pamiętał, jak wszyscy razem spacerowali po centrum miasta, gdyż pan Stones chciał pokazać swoim rodzicom trochę miasta - bez sensu byłoby siedzieć w domu, kiedy seniorzy pofatygowali się i przylecieli, co także musiało być kosztowne, choć możliwe, że syn im trochę dopłacił do podróży. Wędrowali, podziwiając wysokie bloki - marzeniem Erica było wjechać windą na najwyższe piętro jednego z drapaczy chmur, aby podziwiać panoramę (najlepiej o wschodzie lub zachodzie słońca) - kawałki zieleni, street artystów, a na obiad poszli do restauracji - Eric jadł w niej frytki z nuggetsami i ketchupem i smakowały mu (miał 10 lat).
Wtedy nie przypuszczał, że wpadnie jak śliwka w kompot i zakocha się po uszy w tej, którą poznał jako jedną z pierwszych, gdy dzień czy dwa po przeprowadzce razem z mamą i rodzeństwem poszli na plac zabaw, z którą potem chodził do jednej szkoły, która zawsze była wtedy, gdy jej potrzebował, dopóki nie wyjechała…
W sumie jak tak na to popatrzeć, Eric uważał za całkiem urocze, że jego starsza siostra szybko złapała kontakt z synem sąsiadów (niedawno nawet oficjalnie ogłosili, że są razem i Eric bardzo im kibicował, bo chciał, żeby jego rodzeństwo było szczęśliwe, a widząc, jak zarówno Camellia jak i Connor na siebie patrzyli, był w stanie uwierzyć, iż łączyło ich coś prawdziwego), a on także w niewielkim odstępie czasu, znalazł prawdziwą przyjaciółkę, do której zaczął żywić prawdziwe, a zarazem głębsze uczucia, co zresztą udowodnił podczas wspólnie spędzonej nocy bo seks seksem, ale sposób w jaki patrzył na Shereen, jak do niej mowil, dotykał i całował… uważał za wystarczająco twarde dowody, których nie wyssał sobie z palca.

Tego dnia po pracy wpadła do niego mama, aby złożyć mu osobiście życzenia i wręczyć zrobione przez siebie ciasto. Porozmawiali albo raczej Eric wysłuchał, co jego rodzicielka kupiła do ogrodu, że pojutrze przychodzą do niej koleżanki z którymi uczęszcza na nordic walking (Eric był pod wrażeniem, że mimo swoich lat - a miała 50 - potrafiła spędzać go aktywnie), że syn sąsiadki oświadczył się swojej dziewczynie - mówiąc o tym, zrobiła piękny side eye w kierunku Erica jakoby wybadać JEGO sprawy sercowe, bo ona BARDZO CHĘTNIE poszłaby na wesele i równie chętnie już mogłaby się wnukami zajmować, co nieraz podkreślała, a Eric tylko wzruszał ramionami - teraz natomiast tylko się uśmiechnął i zapewnił, że wszystko jest w porządku, ba! Nawet jak najlepszym - nie omieszkał wspomnieć o powrocie Shereen - z którą, notabene, jednocześnie wymieniał wiadomości tekstowe - i o tym, że się spotkali (szczegóły zostawił dla siebie, lecz Pani Stones doskonale widziała uniesione kąciki ust syna). Kazała pozdrowić Sher oraz przekazać zaproszenie na obiad - Eric podziękował i powiedział, że oczywiście wszystko przekaże. Potem porozmawiali jeszcze chwilę m.in. o pracy Erica. Podczas rozmowy konsumowali przyniesione ciasto truskawkowe, tj. zjedli po jednym kawałku, i po zjedzeniu pani Stones wyszła. Wyszła we wręcz IDEALNYM momencie, bo dostał taką wiadomość, że aż zrobiło mu się BARDZO gorąco, dlatego też postanowił otworzyć najbliższe okno, choć szczerze? Ani trochę NIE pomogło.
Mimo wszystko, naprawdę był przeogromnie rad z faktu, iż Winifield planowała do niego przyjść - traktował to jako prezent urodzinowy. Nie potrzebował niczego materialnego.
Dwie minuty. pomyślał, patrząc na godzinę wyświetlaną na ekranie telefonu, i czym prędzej podniósł swoje cztery litery z kanapy, aby otworzyć drzwi.
Miała rację.
Znalazła go
.
- Cześć, piękna. Ten, do kogo przyszłaś, musi być cholernym szczęściarzem… a czekaj. - powiedział radośnie, lustrując Sher od stóp do głów, by dłużej zatrzymać się na jej ustach, a potem na zielonych oczach. Oczywiście nachylił się, żeby złączyć swoje usta z ustami Sher w lekkim, powitalnym pocałunku, a następnie odczekał, aż przekroczy próg. Gdy to zrobiła, zamknął za nią drzwi, przekręcił zamek i oparł ręce tak, że głowa Sher była między nimi, jakby nie pozwolił jej nigdzie dalej iść.
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

- Ciągle mi to siedzi w głowie. Tak samo jak Ty. - dodał nagle nieco ciszej, a następnie wpił się w usta Sher, lecz tym razem całował ją z większą pasją i namiętnością, niczym spragniony kochanek, w taki sposób, jakby chciał pokazać, co poczuł po przeczytaniu tamtej wiadomości, a po kilkudziesięciu sekundach przygryzł jej dolną wargę.

you are the best gift

happy birthday to me

: śr maja 13, 2026 12:46 pm
autor: Shereen Winfield
07
happy birthday to you



Cieszyła się na każde swoje urodziny, niezależnie od tego, ile żegnała lat na torcie. Swoje miała czternastego maja, więc brakowało jej jeszcze kilku dni, ale powoli zaczynała nimi żyć. Planowała, dokąd zabierze przyjaciół, co będą robić i jakie akurat tego dnia zje ciasto. Maj, pod względem urodzin, był dość intensywnym miesiącem. Rozpoczynał go Eric — 10 maj. Doskonale pamiętała tę datę. Później była Audrey, której dzień narodzin, przypadał na 13 maja następnego dnia ona — czyli Shereen — i Jamie, 24. Imprezy organizowane przez każdą z tych osób zawsze wspominała bardzo dobrze. Najwięcej wspomnień wiązało się z dwudziestymi pierwszymi urodzinami, ze względu na pełnoletność. Jako osoba pijąca na ogół z umiarem, pamiętała najwięcej i często opowiadała znajomym, co się działo, gdy oni leczyli porannego kaca. Najbardziej lubiła te po imprezowe poranki i rozmowy w kuchni, przy tak zwanym papierosie. Wspomnienia z nocy zdawały się jakby ożywać. Dostawały wtedy drugie życie. Najzabawniejsze było przeglądanie przypałowych zdjęć i filmików. Zdecydowanie nie mogła doczekać się spotkania urodzinowego — bo skoro wróciła do Toronto, chciała spędzić miło ten dzień. W gronie naprawdę bliskich osób. Pomysł miała ambitny, musiała go tylko zrealizować — jeszcze wcześniej musiała spotkać się z Erikiem, bo dzisiaj to on miał urodziny i chciała złożyć mu osobiście życzenia.
Wymieniając z nim wiadomości, była w trakcie wybierania ubrań i mycia głowy. Z włosami miała najwięcej problemu, bo to one pochłaniały mnóstwo czasu w łazience, ale nie chciała ich ścinać. Szczerze je lubiła. Zapuszczała przez tyle lat, że na samą myśl o skróceniu ich, robiło jej się przykro. Między jedną a drugą wiadomością, miała kilka minut przerwy. Nakładała odżywkę, rozczesywała włosy, a później wmasowywała w policzki jeden z tych kremów, który zawierał naturalne olejki i witaminy. Największy problem miała z wybraniem odpowiednich ubrań. Pogoda za oknem nie rozpieszczała, wiał wiatr i znów kropił deszcz. Mieszkała nieopodal Erica, więc przejście całej drogi mogło jej zająć co najwyżej dziesięć minut. Po przeszukaniu szafy, wzrok dziewczyny zatrzymał się na czerwonej spódnicy i jasnej bluzce. Pamiętała, że Eric wspominał ostatnio o czerwonej spódnicy — mimowolnie wróciła myślami do tamtego dnia i poczuła wypieki na policzkach.
Przygryzła dolną wargę, gdy klęcząc, siedziała na jasnym dywanie i zastanawiała się, co tak naprawdę zmieniło się w ich relacji i dlaczego stało się to dopiero teraz. Zauważyła u siebie znaczną poprawę nastroju. Była dużo chętniejsza do pracy, rozmów z ojcem i wykonywania nielubianych obowiązków — rozkwitała. Zmiana zachowania Shereen zwróciła uwagę jej matki, z którą ostatnio spędzała więcej czasu. Eve powiedziała jej wtedy, że zachowuje się, jakby była zakochana. Chyba faktycznie miała rację. Winfield zawsze lubiła dobrze wyglądać. Na ogół kierowała się swoim gustem, ale tym razem, najpierw pomyślała o Ericu i o tym, co mogłoby mu się spodobać.
Owładnęło nią zażenowanie. Zacisnęła palce na udach. Zaczynała rozumieć sztukę abstrakcyjną.
Chciała spędzić z przyjacielem jego urodziny i sprawić mu przyjemność swoją obecnością, ale poza tym planowała porozmawiać. O nich i o tym, co między nimi zaszło. Potrzebowała czasu na przygotowanie do tej rozmowy. Temat był trudny, choć wydawał się prosty. Problem nie leżał w uczuciach, które uznawała za szczere. Tkwił w tym, że nie była pewna, czy w ogóle powinni wracać do tematu. Wydawało jej się, że mieli swoją szansę i ich czas po prostu przeminął. A może w tym momencie dostali drugą szansę od losu? Skoro ona rozstała się z Oliverem... A Ericowi wciąż na niej zależało, to czy nie powinni tego odpowiednio wykorzystać? Miała głowę pełną pytań. Zastanawiała się nad ich przyjaźnią i tą nową, nienazwaną przez nikogo relacją, która już nie była przyjaźnią.
Wsuwając kosmyk włosów za ucho, zerknęła na swoje odbicie w lustrze — była szczerze zmartwiona.
Nie chciała być dziewczyną na jedną noc, ani przyjaciółką z benefitami.
Chciała mieć Erica tylko dla s i e b i e.
Spojrzała na zegarek w telefonie i wiadomość od Erica — jedenaście minut. Najwyższa pora wyjść z domu i zamknąć drzwi.


Idąc ulicą i czytając ostatnie wiadomości, uśmiechnęła się do siebie z zadowoleniem. Najwidoczniej nawiązanie do ich poprzedniego spotkania było dobrym zagraniem. Stones podłapał temat, a jego odpowiedź naprawdę ją ucieszyła. Droga minęła jej miło i dość szybko. Deszcz przestał padać, więc Shereen nie została narażona na kapryśne zjawisko pogodowe. Deszcz nie zmoczył jej włosów, tylko wiatr lekko je potargał — zignorowała to.

Dwie minuty — otwierał drzwi.

Jedna... Koniec gry. Znalazła go.


Ostatnią wiadomość wysłała wraz z momentem otwarcia drzwi.

Stanęła przed nim, z telefonem ściśniętym w dłoniach i spojrzała z uśmiechem na Erica. Telefon wsunęła za pasek od spódnicy, zdający egzamin jako zapasowa kieszeń.
— Wszystkiego najlepszego, Eric. Jesteś tym szczęściarzem — powiedziała, przesuwając dłońmi wzdłuż swojej talii, jakby chciała podkreślić tym gestem wartość swojej osoby i prezentu urodzinowego. Miała coś dla niego. Drobny upominek, który zamierzała mu go wręczyć, ale najpierw... Odpowiedziała na to ciepłe powitanie. Krótki, łaskoczący pocałunek. Weszła do jego mieszkania, zamykając za sobą drzwi, do których została przyszpilona przez Erica.
Zerknęła kątem oka w stronę przekręconego zamka i wróciła — zadowolonym — spojrzeniem do Azjaty.
Jego bliskość działała na nią z podwójną siłą. Czuła, że całe stado motyli śpiących gdzieś wewnątrz jej ciała, nagle wzbiło się do lotu. Odetchnęła jego zapachem, przesuwając wzrokiem po marynarce i koszuli. Po powrocie z pracy musiał mieć od razu gości, skoro nie zdążył się przebrać — a jej to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie.

trigger warning
Trochę hot.

— Mówisz, że chciałbyś to powtórzyć, huh? — zapytała prowokacyjnie, przygryzając usta i ułożyła dłonie na kołnierzyku od białej koszuli. Zbliżyła swoje usta do jego ucha, przyciągając go jeszcze bliżej siebie. — Śmiało. Męża zostawiłam w Ottawie i nie dowie się, że dotykał mnie ktoś inny... — dodała półszeptem muskającym skórę w sposób niemal fizyczny.
Zamierzała udzielić odpowiedzi na wypowiedziane słowa. Wskazać mu kilka powodów, dla których zostałaby w jego myślach na dłużej, ale... Eric jej na to nie pozwolił. Zamknął jej usta pocałunkiem. A ona przymknęła oczy, zaciskając mocniej palce na materiale koszuli i mu się poddała; przylgnęła bardziej do drzwi, błądząc dłońmi po jego klatce piersiowej. Pomruk, który wyrwał się z jej ust, gdy poczuła na dolnej wardze pieczenie, zdradzał jej zadowolenie. Zsunęła dłońmi marynarkę z ramion Erica, wymieniając kolejny pocałunek, smakujący jak grzech rozpuszczający się na języku. Shereen była zafascynowana Erikiem, jego śmiałością i potrzebą fizycznej bliskości. Napierał na nią swoim ciałem, a ona rozpływając się pod tym naciskiem, delektowała się nim. Lubiła czuć każdą wypukłość męskiego ciała na swoim; a największą przyjemność sprawiało jej ciepło i napięcie bijące od niego dokładnie tam, gdzie ich ciała przylegały do siebie najmocniej.
— Zaczynamy nową grę? — mruknęła, przerywając na chwilę pocałunek, by swobodnie na niego spojrzeć. Zbliżyła usta do jego szczęki, niemal leniwie sunąc nimi w dół. Dotarła do wgłębienia między obojczykiem a szyją, uprzednio odsuwając palcami materiał koszuli. Zacisnęła zęby na skórze bruneta, w krótkim, prowokującym ugryzieniu, jakby próbowała sprawdzić, ile czasu potrzebowała do wyprowadzenia Erica z równowagi.

birthday boy

happy birthday to me

: pt maja 15, 2026 8:17 pm
autor: Eric Stones
Szczerze powiedziawszy, od spotkania i wspólnie spędzonej nocy z Sher, on także jakby był bardziej weselszy. Uśmiechał się, śpiewał lub nucił piosenki o miłości m.in. w pracy, za co kilka razy był uciszany, lecz on się tym ABSOLUTNIE nie przejmował, bo wiedział, że miał do kogo zadzwonić, do kogo przyjść, napisać wiadomość i, co najważniejsze, z którą spędzało mu się świetnie czas i za każdym razem miał wrażenie gdy się widzieli, czas leciał zdecydowanie zbyt szybko. Żałował, że nie istniały ani maszyna do zatrzymywania czasu ani okulary z rejestratorem otoczenia, co umożliwiałoby odtwarzanie zapisanych momentów. Coś Eric kojarzył, że istniały fancy okulary z wbudowaną sztuczną inteligencją oraz wbudowaną kamerką (META Ray Ban) więc czysto teoretycznie, mógłby się zaopatrzeć w taki sprzęt, choć zastanawiało go, czy były wytrzymałe, jak długo potrafiła wytrzymać bateria, bo jakoś nie wierzył, by były niczym zwykłe okulary, bez potrzeby podpięcia do zasilania po całym dniu noszenia. Ciekawe jak wygląda sprawa z jakością. szczerze? Z wielką chęcią zapisałby się na testy takiego sprzętu lub wypożyczyłby - również, by zaspokoić swoją ciekawość; bo za taką cenę nie było opcji, by je kupił. Wolał je wydać na inne rzeczy typu podróż z Sher gdzieś za granicę - a bilety lotnicze oraz hotel trochę mimo wszystko kosztowały.
Jasne, wiedział, że nie był już nastolatkiem i mógłby nie emanować ani nie eksponować aż tak swojego szczęścia, ale po pierwsze, bardzo cieszył go taki obrót zdarzeń. Cieszyło go, że Sher wróciła do Toronto, że spotkali się i że doszło do czegoś, czego by nie przypuszczał, a co otworzyło mu nieco szerzej oczy oraz uświadomiło, iż ta, do której żywił szczere uczucia, je… odwzajemniała. Bo gdyby było inaczej, pocałowałaby mnie? Patrzyła w taki sposób, w jaki nie patrzyła wcześniej? Bo gdyby patrzyła, zauważyłbym. Na pewno bym zauważył… powiedział do samego siebie któregoś razu, gdy kasjerka kasowała zakupy w sklepie spożywczym.
Drugim powodem był fakt, że naprawdę bardzo długo (bo aż 4 lata!) trzymał w sobie uczucia, którymi darzył Shereen, a nawet próbował je jakoś stłumić, bo jak mógł pragnąć kogoś, kto był…zajęty. Jasne, Oliver nie był jej mężem, ale nie chciał być powodem rozpadu związku. Nie chciał być… problemem, kolcem, który spowoduje, że jego przyjaciółka zacznie krwawić. Nieważne, czy rana byłaby duża, czy wręcz przeciwnie. On już prędzej sam wolałby się ukłuć…


- Dziękuję bardzo, Sher. Masz rację. Jestem nim. - odparł z łobuzerskim uśmieszkiem, podążając wzrokiem za ruchem przejeżdżających wzdłuż talii dłoni Sher. Oczywiście, wyglądała pięknie, lecz widząc, CO założyła jako dolną część garderoby, mało co nie pisnął, dlatego chrząknął. Nie mógł uwierzyć własnym oczom.

To była TA spódnica.


O której wspominał miesiąc czy półtora temu…
Przełknął ślinę, choć jego spojrzenie jasno zdradzało zarówno jego myśli, jak i intencje. Więc to była ta “lepsza” pogoda? Nim zamknął drzwi, spojrzał jeszcze w górę, by sprawdzić pogodę - było pochmurno. Uniósł kącik ust, a następnie…
Nie pozwolił Sher ruszyć gdzieś dalej, bo chciał znów jej skosztować. Chciał, żeby wiedziała, jak bardzo się zdążył za nią stęsknić, choć widzieli się przecież całkiem niedawno…
trigger warning
coś tam sie pomału rozkręca
Słysząc pytanie i widząc to przygryzienie ust, zaczęło mu się robić gorąco. Nie odpowiedział, a jedynie skinął lekko głową, choć doskonale wiedział, że było to absolutnie niepotrzebne, skoro jego spojrzenie wręcz krzyczało. Odsłaniało go.
- Zostaw tego frajera… on Cię nie uszczęśliwia tak jak ja. Nie kocha Cię tak, jak ja, znaczy….. - przerwał na chwilę, bo właśnie niby przypadkiem, ale jednak powiedział coś, co było chyba dość oczywistą kartą z talii. Ruchem na szachownicy, który stał tuż obok pionka królowej Sher, będący bardzo blisko bicia.
Tak, zgadza się.
On, Eric Stones, kochał Shereen Winfield i był tego pewien tak, jak pewne było, że po nocy nastaje dzień, że żadna burza nie trwa wiecznie, a Ziemia krąży wokół Słońca.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że żadnego męża w Ottawie nie miała i że były to zwykłe żarty, lecz no… serducho postanowiło się odezwać, a on… po prostu się poddał i palnął, co palnął.
- Rozwiedź się z nim, jak wrócisz. Chcę…. chcę być Twoim jedynym, rozumiesz? - spytał cicho, ocierając policzki Sher swoimi kciukami, by zaraz potem całować ją tak, jakby jutra miało nie być. Jakby liczyło się tylko tu i teraz. Jakby liczyła się tylko ona.
Nie protestował, gdy zsuwała marynarkę z jego ramion - dobrze, że to zrobiła. Przylegał do niej najbardziej, jak tylko mógł, chłonąc zapach jej pięknych perfum, które chętnie wdychałby codziennie i rozkoszując się dotykiem, wraz z odwzajemniającymi pocałunkami.
Nie podobało mu się, kiedy przerwała pocałunek i szczerze? Nie był w stanie zbyt szybko udzielić odpowiedzi, ponieważ czuł wędrujące usta Sher, a potem przygryzienie. Zamknął oczy. Jego klatka piersiowa bardzo szybko unosiła się, by po krótkiej chwili opaść.
- A ona już się nie zaczęła wraz z momentem przekroczenia przez Ciebie progu mojego mieszkania? - spytał, uważając wspomnianą czynność za rozpoczęcie nowej gry.
Oczywiście ulokował dłonie na brzuchu Sher i zaczął nimi jeździć w górę i w dół, aż wreszcie po którymś zjechaniu na wysokość nieco nad linią bioder, złapał za dolny materiał jej koszulki, by ją po prostu zdjąć. Zaczął całować jej szyję wraz z brodą i żuchwą, a potem zaczął zjeżdżać niżej, aż dotarł trochę niżej niż pempek.
- Skoro…. to nowa gra… to może powinniśmy ustalić pewne zasady, hm? - spytał nagle, podnosząc się i w międzyczasie powoli wsuwając dłoń pod rajstopy Sher, umieszczając ją na bieliźnie i rozpoczynając mizianie. Tak, robił to specjalnie.

you are my world

happy birthday to me

: sob maja 16, 2026 12:29 am
autor: Shereen Winfield
Starała się nie rozpamiętywać relacji z Oliverem i nie wracać myślami do tego związku. Straciła trzy lata z życia. Poznała go na początku swojego pobytu w Ottawie i spędziła z nim na tyle dużo czasu, by szczerze nazwać go straconym. Z początku wierzyła, jak każda inna — równie naiwna i zafascynowana chłodnym spojrzeniem i zbyt luźnymi, choć idealnie dobranymi ubraniami — kobieta, że jeśli pojawi się w życiu takiego mężczyzny, to będzie na tyle wyjątkowa, że uda jej się go naprawić. Oczywiście próbowała. Shereen miała w sobie tę dziwną potrzebę sprawowania opieki nad tymi, których uważała za pokrzywdzonych i nie potrafiła się tej potrzeby pozbyć. Próbowała być dla drugiej osoby wsparciem, kimś ważnym, kto przede wszystkim zaufa, przytuli i zrozumie. Szukała bliskości w osobach, które powinny wzbudzać przede wszystkim niechęć. Po rozstaniu nie mogła tłumaczyć się niewiedzą. Wchodząc w związek z Oliverem, była świadoma tego, że za tymi zielonymi oczami kryło się coś więcej niż magnetyzm. Był manipulantem ze skłonnościami do obsesyjnej kontroli. Toksykiem, którego powinna uniknąć. I kimś, kogo nie dało się naprawić. Teraz wiedziała, że za błędy się płaci. Było jej tylko trochę głupio z tym, że potrzebowała czterech lat, nieudanego związku, traum i prześladowania, żeby zrozumieć, że potrzebowała przede wszystkim bliskości swojego przyjaciela. Próbowała odciąć się od przeszłości i tego, co zostawiła w Ottawie, lecz nie potrafiła pozbyć się uczucia niepokoju kroczącego za nią niczym cień — zwłaszcza wieczorami — i obawy przed czyjąś złością. Przez chwilę zastanawiała się nawet, czy powinna czuć coś do Erica — bała się, że nie była wystarczająco dobra. Mierzyła się z przytłaczającymi wyrzutami sumienia, bo nie chciała działać znów samolubnie. Obawiała się również o to, że jeśli Oliver krążący gdzieś po okolicy dowie się o Ericu, zacznie nachodzić również jego. Nie chciała obawiać się o bezpieczeństwo Erica, ani wciągać go w konflikt ze swoim pierdolniętym byłym chłopakiem. O tym również będzie musiała porozmawiać z Erikiem — i nie bardzo wiedziała, kiedy powinna to zrobić. Dzisiaj nie chciała. Wszak były jego urodziny i nie zamierzała mu ich psuć. Ta trudniejsza część rozmowy mogła poczekać.

Wystarczająco dużo razy w przeciągu ostatnich tygodni zdążyła się pokłuć, żeby zrobić to ponownie.


Wolała poczuć się chcianą i mile widzianą, nie niechcianą, jak zadra wbijająca się w skórę.


I wiedziała, że przy Ericu mogła spełnić swoje życzenie.


Świadomie sunęła dłońmi po swoim ciele, podkreślając figurę. Chciała czuć na sobie jego spojrzenie i widzieć częściej ten łobuzerski uśmiech, którym ją obdarzył. Spojrzała na niego w sposób iście szatański, gdy zatrzymał wzrok na wysokości czerwonej spódnicy. Tej samej, o której wspominał. Tej samej, którą skomplementował podczas jednej z poprzednich rozmów. Wiedziała, że miała go w garści już wcześniej. Schwytała go w swoje sidła podczas wymiany wiadomości. Wystarczyła, że wspomniała o mężu, orgazmie, o nim, by rozbudzić jego wyobraźnię. Spódnica, którą celowo wybrała, była tylko rzeczą, lecz jemu kojarzyła się w sposób bardziej seksualny. Słuchała go. I wykorzystała tę wiedzę, by sprowokować go do działania. Uległ impulsom, podobnie jak ona i była z tego cholernie dumna, bo potrzebowała tej bliskości. Potrzebowała również słownego potwierdzenia, że była dla niego wyjątkowa.
Dostała je, wraz z chwilą jego słabości powstałej na skutek całodniowych wrażeń; świadomości, że miał urodziny, czteroletniej tęsknoty za Shereen, satysfakcją, że mógł ponownie ją mieć dla siebie. Odsłonił przed nią swoje uczucia, a ona przez chwilę zaniemówiła. Nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć na tak deklaracyjne wyznanie — a przecież słownych deklaracji chciała za wszelką cenę uniknąć. To wyznanie sprawiło, że na moment ziemia pod nogami Shereen zadrżała, a przez jej ciało przeszedł dreszcz. Serce zatrzymało się o jedną sekundę za długo, a świat wstrzymał oddech. Patrzyła na niego z niedowierzaniem, jakby próbowała odnaleźć cień żartu, cień drwiny... Cień... Czegokolwiek. Znalazła tylko szczerość. Od pewnego czasu nie patrzyła na Erica jak na swojego przyjaciela. Traktowała go jak osobę bliższą sercu. Czuła na sobie ciężar uczuć, których nie potrafiła jeszcze do końca nazwać, choć doskonale je rozumiała. Zsunęła spojrzenie na podłogę, trawiąc słowa, które usłyszała. Chwilę temu intensywnie się całowali, ale teraz... Teraz szukała słów, którymi mogłaby określić swoje odczucia. Zaskoczyła ją odsłaniająca szczerość, choć wewnątrz odczuwała radość. W końcu zdjął jedną ze swoich masek. Odkrył swoje słabości...
Kochanie kogoś to bezgraniczne oddanie się drugiej osobie... — słowa Shereen nie rozbrzmiały zbyt głośno. Mówiła cicho, patrząc z zaufaniem i ciepłem prosto w oczy Erica, jakby samym spojrzeniem próbowała wyznać mu swoje uczucia. Wypowiedzianych słów nie dało się cofnąć, ani odesłać z letnim wiatrem. Słowa miały znaczenie, lecz sens nadawały im intencje. Potrafiły boleśnie zranić, albo wesprzeć. Dlatego bała się deklaracji. — Zanim powiesz mi to następnym razem, zastanów się, czy jesteś na to gotowy — to była prośba; nie odmowa. Nie odrzucała jego uczuć, nie chciała tego robić. Zależało jej na świadomości. Prawdziwa miłość była ślepym oddaniem, bezgranicznym poniżeniem, całkowitym poddaniem się, zaufaniem drugiej osobie i ofiarowaniem swojej duszy komuś, który mógł ją zniszczyć.


trigger warning
Treści erotyczne; robi się coraz cieplej.


Chcę być twoim jedynym — nie miała męża, wiedzieli o tym obydwoje. Nie oddała swojej duszy żadnemu oprawcy. Spodobało jej się to, co usłyszała. Nazwałaby to zaborczością, która podziałała na nią jak zapalnik. Dłonie Erica, ocierające się o jej skórę, zostawiały ciepłe ślady na jej policzkach. Nie musiała nic mówić. Sposób, w jaki wypowiedział te słowa, rozbrzmiewały przyjemnie w jej myślach, przyprawiając ją o przyspieszony oddech. Zadarła butnie podbródek, patrząc mu jeszcze przez chwilę prosto w oczy, zanim jej nie pocałował. Chciała przeciągnąć to napięcie drapiące pod skórą jeszcze przez kilka kolejnych sekund — jakby cholernie świadomie próbowała powstrzymać ten żarliwy płomień przed całkowitym rozprzestrzenieniem się wewnątrz ciała. Później były jego usta. Zetknęły się z tymi jej, odcinając ją od rzeczywistości, poprzez głęboki pocałunek, który stał się centrum jej świata. Ich usta zetknęły się ze sobą; wargi przy wargach, oddech przy oddechu, język przy języku, ciało przy ciele, wprawiając w ruch już i tak obciążone elektrycznością powietrze. Przerabiała różne pocałunki. Różny dotyk. Walczyła z dziwnym, nieokiełznanym pragnieniem. Brutalnością i niemal zwierzęcą potrzebą zaspokojenia cielesnych zachcianek, ale Eric podarował jej coś innego. Uczucia. Chęć bycia blisko, wyrażaną nie poprzez brutalne zderzenia ciał, lecz bliskość emocjonalną podsycającą tą cielesną. Chciała go dotykać. Smakować. Cieszyć się jego dłońmi błądzącymi po każdym odsłoniętym skrawku skóry w sposób intensywny, acz przepełniony huraganem uczuć, któremu w pełni dałaby się pochłonąć. Zadziałała instynktownie. Marynarka odgradzała ją od jego ciała, podobnie jak reszta ubrań. Podniecało ją to, z jaką śmiałością ją traktował, a jeszcze większą satysfakcję odczuła, czując pod wargami przyciśniętymi do jego szyi, przyspieszony puls. Wykorzystując tę chwilę, sięgnęła palcami do jego koszuli, rozpinając powoli i subtelnie kilka pierwszych guzików. Ustami wciąż wędrowała wzdłuż jego szyi, szukając kolejnych czułych punktów, których muśnięcia i przygryzienia sprawiały, że przez jego ciało przechodził prąd podniecenia.
— Nie... To było tylko ostrzeżenie. Prawdziwa gra zaczęła się wtedy, gdy docisnąłeś mnie do drzwi i przestałeś udawać grzecznego... — wyszeptała między przerwami wyrwanymi pieszczotliwym chwilom, w których z namiętnością godną spragnionej krwi wampirzycy, muskała naprzemiennie zębami i językiem jego skórę. Mógł poczuć, jak jej usta znajdujące się niebezpiecznie blisko jego ucha uniosły się w delikatnym uśmiechu, gdy poczuła jego dłoń na swoim brzuchu i biodrach.
Odsunęła się od niego na te kilka milimetrów, udzielając mu w ten sposób pozwolenia na zdjęcie jasnej bluzki. Poruszyła lekko głową, wprawiając w ruch długie włosy przewiązane kokardą w równie intensywnym, co spódnica, czerwonym kolorze. Wypieki na policzkach Shereen, wyraźnie rozszerzone źrenice i sposób, w jaki poruszała się jej klatka piersiowa — nierówny, niespokojny — świadczyły o narastającym podnieceniu, które owijało się wokół jej ciała niczym wąż. Odchyliła głowę, opierając ją o drzwi i wplotła palce w ciemne włosy Erica, delektując się pocałunkami opadającymi na nią z delikatnością drobnego deszczu. Przymknęła oczy, poddając się tej słodkiej przyjemności z oddaniem niemal brutalnym w swojej intensywności. Rozchyliła delikatnie usta, poruszając się nieznacznie, gdy on, przejmując inicjatywę, znaczył swoimi ustami drogę biegnącą przez najwrażliwsze punkty jej ciała; szyja, obojczyki, wgłębienie między piersiami, linia żeber, brzuch, podbrzusze...
Rozgrzewał ją w ten śmiały sposób, wymuszając na niej kolejne gesty — delikatniejsze od ugryzienia, choć równie intensywne. Zaciskała dłonie na jego włosach, muskając je i obracając w palcach, gdy pieścił wrażliwe miejsca. Dłonie Sher towarzyszyły mu w tej cielesnej podróży, zaciskając się najmocniej w chwili, w której jego usta zaczęły niebezpiecznie zbliżać się do tego symbolicznego punktu, w którym górna część spódnicy, stykała się z jej ciałem. Była pewna, że zsunie ją niżej i...

Proszę cię, jeszcze niżej... Pozwól mi się zatracić.


Poczuła się rozczarowana. Zagryzła usta, gdy chłodne powietrze musnęło wilgotne ślady na jej ciele. Niemalże jęknęła z niezadowoleniem wywołanym niedopieszczeniem i odrobiną frustracji. Nie zdążyła.
Jego dłoń szybko odnalazła spragnione uwagi miejsce.
— Zasady... — próbowała skupić się na myślach, rozsądku, nie na jego palcach poruszających się tak niebezpiecznie blisko krawędzi jej bielizny. — Pierwsza zasada... Od teraz możesz dotykać w ten sposób tylko mnie —
wyszeptała enigmatycznie, poruszając się w taki sposób, by wewnętrzną stroną ud otrzeć się o jego dłoń.
Wysunęła dłonie spomiędzy jego włosów i sięgnęła do spodni Erica, zahaczając opuszkami palców o materiał. Wsunęła palce za ich brzeg, przyciągając go do siebie w taki sposób, by mógł poczuć przez materiał spodni ciepło bijące od dolnych partii jej brzucha — ona natomiast wypukłość wprawiającą go prawdopodobnie w coraz większy dyskomfort. Wyobraźnia Shereen podsuwała jej coraz bardziej nieprzyzwoite obrazy. Sunęła palcami wzdłuż jego spodni, wsuwając je nieco głębiej niż wcześniej — Eric drażnił się z nią poprzez dotyk, a Winfield nie planowała pozostać mu dłużna. Patrząc bezczelnie w ciemne oczy bruneta, zmniejszyła dystans dzielący jej palce od napierającej na materiał męskości.

Zamilkła na krótką chwilę.

— Jaka jest druga?


my personal hell

happy birthday to me

: ndz maja 17, 2026 2:08 am
autor: Eric Stones
OczywiścieEric nie zapomniał o byłym Sher i czuł niepokój, wiedząc, że gość tak po prostu odwiedzał różne miejsca - tak, Ericowi zdarzyło się go jeszcze kilka razy pośledzić, by mieć pewność, że nie zbliża się do mieszkania ani do miejsca pracy Winfield. Może i wysyłał tylko wiadomości ale nigdy nie było wiadomo, gdy lub czy nie będzie chciał dziewczyny skrzywdzić. Tacy ludzie byli niebezpieczni. Stanowili zagrożenie i Eric uważał, że gość powinien trafić albo do szpitala psychiatrycznego albo gdzieś, gdzie byłby monitorowany 24/7. Ciekawe, czy kogoś jeszcze dręczył. Żeby się o tym przekonać, musiałby dostać telefon Olivera, a żeby dostać telefon Olivera, musiałby albo go upić do nieprzytomności, by stracił czujność, albo pobić tak, że ten odleciałby na jakiś czas. Ciekawiła Erica też jeszcze jedna kwestia - czy rodzice psychola po pierwsze, wiedzieli, jaki jest ich syn, a po drugie, czy jedno z nich również miało jakiś problem. No ale w dniu swoich urodzin, ani nie planował sprawdzać lokalizacji typa, ani nim zaprzątać sobie głowę.Skupiał się na miłych słowach i życzeniach od współpracowników oraz bliskich, na pracy, później na rozmowie z mamą, lecz najwięcej miejsca w jego myślach zajmowała Shereen. Zresztą od dawna krążyły one właśnie wokół niej, niczym planety wokół słońca lub niczym pszczoły wokół pięknego, wonnego kwiatu.
Tak, Shereen była dla niego jak delikatny, piękny kwiat, o który chciał dbać z największą troską - podlewać go, chronić i pilnować, by zawsze miał dostęp do światła. Chciał być tym, kto wywołuje jej śmiech i sprawia, że się uśmiecha.

Naprawdę nie mógł uwierzyć, że Sher zapamiętała to, co mówił o niej i spódnicy, którą teraz zdecydowała założyć. Był pewien, że przyjdzie w sukience lub eleganckim garniturze, a tu proszę… taka N I E S P O D Z I A N K A. Czy dalej wyglądała obłędnie? Owszem. I działała na niego dokładnie tak samo, jak wtedy, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy. Dla niego, mogłaby codziennie ją zakładać gdy byli sami - aczkolwiek miała jeszcze kilka rzeczy, które również pobudzały jego zmysły… wystarczyła chociażby bluzka ze zbyt dużym dekoltem.


Skoro Sher była jego prezentem, to choć jako dzieciak rzucał się na nie, by je szybko rozpakować, tak tym razem chciał pomału rozwiązywać i zdejmować wstążkę, a potem otwierać pudełko, choć jego drugi wilk wręcz domagał się, by natychmiast pozbawić ją wszystkiego, co miała na sobie, i zatracić się w bliskości ich ciał. Walczył jednak ze sobą i, ku własnemu zaskoczeniu, chyba nawet całkiem nieźle mu to wychodziło. Wciąż też uważał za coś niesamowitego to, jak Shereen na niego działała. Jak potrafiła go pobudzać i rozpalać samą swoją obecnością, spojrzeniem, gestem…
Wszystko - zdaniem Erica - było wspaniale, dopóki nie odkrył swoich uczuć, bo wtedy… tysiące myśli zaczęło krążyć mu po głowie, a oczekiwanie na odpowiedź wydawało mu się trwać w nieskończoność - jakby czas na chwilę spowolnił. Może za szybko to powiedziałem? Może powinienem zostawić to dla siebie? A co jeśli jednak…. nie bierze mnie na aż tak poważnie? Ech… myślał, że zwariuje, do momentu, gdy dotarły do niego słowa, które wpierw zinterpretował jako odrzucenie, lecz gdy powtórzył je sobie w głowie, rozumiał, o co jej chodzi, dlatego skinął lekko głową. Miała rację. Gdy się kogoś prawdziwie kochało, nie dało się tego zmazać jak napis ołówkiem gumką ani wytrzeć ścierką tak, jakby wycierany był kurz lub plama. Taka deklaracja niosła ze sobą ciężar uczuć, których nie sposób było po prostu wyrzucić z serca, jak jakichś śmieci. On znał swoje uczucia, ale chyba wolał powiedzieć o nich głośno w innych okolicznościach - a że wkrótce miały nastąpić urodziny Sher, to kto wie?

Absolutnie nie protestował, kiedy zaraz po zdjęciu marynarki Sher zaczęła rozpinać guziki jego koszuli. Prawdę mówiąc, od chwili, gdy położyła na nim dłonie, tylko czekał, aż zdejmie ją z niego do końca. Jej słowa sprawiły zaś, że ponownie ogarnęło go przyjemne ciepło. Czuł się tak, jakby zdradziła mu sekret, od którego momentalnie przyspieszył mu puls, a oczy zaświeciły bardziej. Nachylił się, aby złożyć pocałunek na szyi Sher, a po krótkiej chwili przygryźć miejsce, na którym się zatrzymał, jakby chciał tym pokazać, jak go właśnie podnieciła i podjarała.
- I pamiętaj… rozpoczętej gry nie można zatrzymać. Ani pauza, ani stop nie funkcjonują. - powiedział, nachylając się nad uchem Sher, by je także pocałować i przygryźć płatek ucha. A potem zaczął wędrówkę ustami w dół ciała Winfield - oczywiście nie omieszkał zostawić śladu gdzieś nad pępkiem, bo co się będzie powstrzymywał? Stemplował ją i smakował, całując, podgryzając i dotykając językiem. Chciał, aby doświadczyła różnych bodźców. Korciło go zjechanie jeszcze niżej, lecz uważał, że to by było za szybko - ale ogólnie miał to w swoich planach.
- Tylko… i wyłącznie…. CIEBIE. - powtórzył za Sher, jakby chcąc lepiej zapamiętać pierwszą zasadę, obowiązującą podczas trwania gry. ICH gry. W krótkich przerwach między wypowiadanymi słowami, muskał ustami usta tej, która nie pozostawała mu dłużna jeżeli chodziło o rękę w bardzo czułym miejscu. Przełknął ślinę i poruszył biodrami tak, jakby chciał dać znać, że chce, by jej dłoń spoczęła na jego wyprostowanej męskości.
- Szczerzy… jesteśmy ze sobą szczerzy bez względu na wszystko. - zaproponował, choć zapewne było to dość oczywiste, bo bez szczerości raczej nie nazywaliby siebie najlepszymi przyjaciółmi. Po wypowiedzeniu drugiej zasady postanowił zniszczyć szlaban
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


my beautiful flower

happy birthday to me

: ndz maja 17, 2026 6:58 pm
autor: Shereen Winfield
Zdarzało jej się podczas popołudniowych spacerów po parku zerkać na mijanych ludzi i zastanawiać się, ilu z nich było naprawdę zdrowych, a ilu mierzyło się z problemami, zaburzeniami i traumami, o których nie mówiło się głośno — ze wstydu albo z potrzeby wmówienia sobie, że wszystko jest w porządku. Współczuła takim osobom. Nie była w stanie zbawić całego świata, ale czasami myślała, że gdyby ich życie potoczyło się inaczej, mogliby zasypiać bez lęku przed własnymi myślami i cieniami czającymi się gdzieś pod skórą. Wybrała studia artystyczne, by zrobić matce na złość — i po części była to prawda — ale zrobiła to również dla siebie. Sztuka wydawała jej się jedynym miejscem, w którym emocje nie musiały być uporządkowane ani wygodne. Nie trzeba było tłumaczyć smutku, gniewu czy lęku; wystarczało nadać im kształt, światło, kolor albo przestrzeń. Utożsamiała się z tym, bo sama nie do końca potrafiła opanować wewnętrznego chaosu, który powoli przestawał być destrukcyjny i stawał się częścią jej osobowości. Scenografia fascynowała ją właśnie dlatego, że potrafiła wpływać na człowieka niemal niezauważalnie — jak doświadczenia, przeżycia i nieudane relacje. Odpowiednio ustawione światło mogło wydobyć z czyjejś twarzy samotność, chłodne barwy budziły niepokój, a ciasne przestrzenie sprawiały, że oddech stawał się płytszy. Estetyka nigdy nie była dla niej wyłącznie czymś ładnym. Była emocją, sposobem przedstawiania świata w taki sposób, jakby był historią. Kim był Oliver chowający się za kurtyną chłodu i nadmiernej kontroli? Potworem, czy dzieckiem skrzywdzonym przez dorosłych, którzy pokazali mu życie odbite w krzywym zwierciadle? Może po części jednym i drugim. Może poprzez kontrolę i zazdrość wyrażał swój lęk o utratę kogoś, kto był mu bliski. Niezależnie od tego, co kryło się pod tą maską, ten problem dotyczył Shereen tylko po części. Teraz nie zadawała sobie pytania, czy ją kocha. Pytała dlaczego ją krzywdził. Odczuła ulgę, gdy zrzuciła ze swoich barków ciężar tej relacji, dzieląc się nim z Erikiem. Dzięki jego umiejętnościom i analitycznemu umysłowi czuła się bezpieczniej. To już nie było przytłaczające uczucie samotności, nawet jeśli nie było go obok. Stones miał własne zajęcia, pracę i życie; pilnowanie bezpieczeństwa Shereen nigdy nie należało do jego obowiązków. Wiedziała o tym. Mimo wszystko sama świadomość, że w razie potrzeby mógłby sprawdzić, gdzie znajduje się Oliver, działała na nią uspokajająco. Dzięki temu łatwiej było jej wychodzić z domu bez ciągłego napięcia i irracjonalnego wrażenia, że zaraz zobaczy go gdzieś pomiędzy przypadkowymi ludźmi.

Cień Olivera najwidoczniej nie zamierzał odpuścić.

Próbowała cieszyć się życiem, gdy w końcu udało jej się od niego uwolnić, ale odnosiła wrażenie, że choć nie było go obok fizycznie, to jego obecność była niemal namacalna; w lęku i obawach. Wyznanie Erica było... Zaskakujące. W jednym momencie poczuła, jak świat się zatrzymuje i miała ochotę rozpłakać się ze szczęścia, bo... to był jej Eric. W drugim również czuła, że świat się zatrzymuje, ale zamiast wprawić ją w radość, zadrżał w posadach, jakby chciał zniszczyć cały fundament, na którym po rozstaniu z Oliverem próbowała na nowo zbudować swoje życie. Reakcja Winfield mogła nie być oczywista. Gdyby na jej miejscu była jedna z tych kobiet, które po usłyszeniu takiego wyznania od mężczyzny, w którym była zakochana, prawdopodobnie rzuciłaby mu się na szyję i odpowiedziała równie słodko, że ona również go kocha. Winfield się bała. Deklaracji. Słów. A najbardziej chyba tego, że Stones wyznał jej to pod wpływem skumulowanych emocji, poprzez impuls. I nie wątpiła w szczerość jego słów; wolała usłyszeć je innego dnia. Następnego. Za tydzień. Za miesiąc. Chciała, by był świadomy tego, że dla niej słowa kocham cię nie były tylko słowami, lecz obietnicą i oddaniem. Była ostrożniejsza niż cztery lata temu, zmieniła się i wiedziała, kto stał za tą zmianą. Jeśli miała planować przyszłość z Erikiem, musiała czuć się bezpiecznie w tej relacji — obydwoje musieli. Dlatego nie wyznała mu swoich uczuć poprzez słowa. Przekazała je za pomocą spojrzeń. Tonu. Obecności.

O b e c n o ś c i — niemal bolesnej, emocjonalnej i fizycznej.

W y c z u w a l n ej — w każdym geście.


Z pomrukiem zadowolenia chłonęła jego słowa, szczycąc się widokiem śladów pozostawionych na skórze. Koszulę zsuwała z niego powoli, delektując się widokiem odsłanianego ciała Erica. Była świadoma tego, że jej spojrzenie miało to do siebie, że potrafiło pozostawać na ciele dłużej, niż dotyk dłoni innych kobiet. W wykonaniu Shereen każdy gest był dokładniejszy, wyraźniejszy, bardziej odczuwalny. Zmysłowość traktowała jak sztukę, erotyzm był dodatkiem wyczulającym zmysły. Każdemu oddzielnego guzikowi poświęcała dużo czasu, nie oddalając zbytnio rąk od skóry bruneta. Przestała dbać o to, że każdy taki gest niósł za sobą echo dotyku wnikającego pod powierzchnię rozgrzanego naskórka; ani o to, że każde muśnięcie ust — zarówno delikatne, jak i mocniejsze — zostawiały po sobie nie tylko wilgotny, mrowiący ślad, ale i posmak wiśniowej pomadki, który miał towarzyszyć Ericowi przez kilka następnych minut. Zupełnie jak dźwięk urywanego oddechu wyczuwalnego na ustach. Świadomie doprowadzała do tego, by Stones poczuł na swoich wargach k a ż d ą cząsteczkę wydychanego przez nią, ciepłego powietrza. Wnikało pod powierzchnię, docierając wszędzie tam, gdzie żadna ze znanych im rzeczy nie miała dostępu. Podobnie jak jego pocałunki przenikały przez jej skórę, czyniąc ją wrażliwszą niż zwykle. Przygryzienia. Muśnięcia językiem zakotwiczały ją w akcie przyjemności. Zadrżała, gdy wilgotne pocałunki ustąpiły miejsca przyjemnemu bólowi rozgaszczającemu się w jej ciele; to przyjemne pieczenie, uszczypnięcie, kumulowało się w jej podbrzuszu. Ciało Shereen chłonęło ten akt brutalności, zaspokajając swoją masochistyczną potrzebę odczuwania czegoś ponadto, co już znało. Wstrzymała oddech. Mocniejsze ugryzienie odebrało jej przez chwilę zdolność oddychania. Nie była w stanie opanować tego cholernego podniecenia. Nawet nie próbowała.
Nieprzyzwoicie powolnym ruchem przeciągnęła paznokciami po jego nagiej skórze, począwszy od obojczyka, przez tors, nie pomijając żadnego idealnie zarysowanego mięśnia brzucha. Przesunęła dłonie nieco dalej; z początku ułożyła je na jego biodrach, by następnie przesunąć na plecy. Dotykała odsłoniętych łopatek, barków, dolnej części jego pleców — dopóki nie ułożyła dłoni na jego pośladkach i nie zacisnęła na nich palców. Sunąc opuszkami po materiale spodni, wyczuła drobny przedmiot.
Domyśliła się, co trzymał w kieszeni.
Wiedziała, że Eric chodził na siłownię. Jego ciała przez ostatnie lata znacznie się zmieniło; zmężniało. Te zmiany na jego ciele były odczuwalne. Pamiętała sposób, w jaki przytulał ją przed wyjazdem i choć wcześniej obejmował ją bez problemu, tak w tym momencie odnosiła wrażenie, że całkowicie niknęła w jego ramionach, gdy to robił. Mogła zniknąć tak na zawsze.

Rozpoczętej gry nie można zatrzymać.


Kurewsko jej to odpowiadało — nie zamierzała niczego zatrzymywać
zwłaszcza w t a k i m momencie.

Ruch bioder Erica był wyraźnym sygnałem dla Shereen, że powinna poświęcić mu więcej uwagi. Dostosowywała się do niego, podobnie jak on do niej — jakby oddawanie sobie wzajemnie cząstek siebie, przychodziło im z naturalną łatwością. Znała go tyle czasu, że nawet nie próbowała opierać się tej bliskości. Nie było między nimi tej dziwnej, specyficznej niezręczności, którą z reguły niosły za sobą pierwsze razy. Zamiast niezręczności, było pożądanie, huragan uczuć; śmiałe zachowania, dynamiczne gesty. Bliskość tak nieprzyzwoita, że mogła być grzechem, a jej brak jeszcze większym. Mimowolnie przygryzała dolną wargę, gdy powtarzał za nią wypowiedziane chwilę temu słowa.
— Zaufanie. Nie możemy dopuścić do tego, żeby zniknęło — zaufanie było ważne. Jego brak komplikował uczucia i niszczył związki. Nie chciała uważać Erica za fatalny błąd i nie chciała być tym samym dla niego. Gdyby stracili do siebie zaufanie, przestaliby się znać, a Shereen nie chciała poznawać go na nowo.

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

happy birthday to me

: pt maja 22, 2026 11:23 am
autor: Eric Stones
Sztuka.

Eric był z nią zaznajomiony od najmłodszych lat, ponieważ jego mama, gdy była młodsza, marzyła o tym, by tworzyć ilustracje do książek dla dzieci, lecz z czasem zamieniła książki na galerie sztuki. Pragnęła, by któregoś dnia jej dzieła zostały umieszczone w galeriach i podziwiane przez tłumy ludzi. Wyobrażała sobie siebie, jak przechadza się pośród swoich obrazów, wsłuchując się w zachwyty i obserwując ludzi zatrzymujących się przed każdym płótnem, choćby na krótką chwilę. Eric wiedział o tym, ponieważ kiedyś długo o tym rozmawiali - o marzeniach ogólnie - a oprócz tego doskonale pamiętał, jak pięknie rysowała, gdy tylko miała wolniejszą chwilę. W dodatku przepięknie śpiewała. Eric często podejrzewał, że gdyby nie zakochała się w mężczyźnie z Litwy, dziś mogłaby być światowej sławy malarką, ilustratorką albo piosenkarką. Los potoczył się jednak inaczej - zamiast galerii miała dom pełen codziennych obowiązków i dzieci, które pochłaniały niemal cały jej czas. Mimo to nigdy nie sprawiała wrażenia nieszczęśliwej. Czasami tylko, późnymi wieczorami, siadała przy kuchennym stole z ołówkiem w dłoni i rysowała w ciszy, jakby próbowała na kilka krótkich chwil wrócić do marzeń, które kiedyś należały wyłącznie do niej. W dodatku dostała pracę w muzeum impresjonizmu, gdzie oprowadzała ludzi i opowiadała o obrazach, lecz żaden nie należał do niej. Eric natomiast nie potrafił tak ładnie rysować jak ona, ale śpiewał całkiem nieźle. Niejednokrotnie słyszał pytanie, czy myślał o tym, by nie wystąpić podczas wieczorków z muzyką na żywo w pubach, ale jemu całkowicie wystarczały wypady na karaoke od czasu do czasu lub śpiewanie pod prysznicem. Nie był pewien, czy faktycznie dałby radę być artystą - chociaż gdy nad tym rozmyślał, jedno, co mu się spodobało, to jeżdżenie po świecie podczas trasy Ciekawe czy wtedy ojciec byłby dumny. Bardzo możliwe, bo ich nazwisko byłoby znane wielu osobom, no ale cóż, ani Eric ani jego mama nie wpadli na pomysł, aby Eric śpiewał covery, które można byłoby wrzucić do sieci - bo przecież niektórzy właśnie od coverów zaczynali. Może wystarczyłoby jedno nagranie, jeden przypadkowy film, który ktoś udostępni dalej i nagle wszystko potoczyłoby się inaczej. A teraz raczej było za późno, poza tym, Eric jeszcze dawał radę w korpo. Wiadomo, były lepsze i gorsze dni, ale jeszcze nie szukał alternatyw - jakoś dawał radę ciągnąć wagony z pracowniczymi obowiązkami, dramami oraz zmęczeniem.


Dla niego sama Shereen była sztuką, którą podziwiał z zachwytem, fascynacją i… pożądaniem.
I każdego dnia chciał malować ją na nowo.
Nieważne, że znali się już długo.

Dla niego była niczym najpiękniejszy obraz, najlepsza piosenka, najznakomitsza rzeźba.
I nie chodziło wyłącznie o wygląd, ale o całokształt.


Gdyby ostatecznie Sher się nie odezwała, Eric machnąłby rąką i powiedziałby o tym zwyczajnie zapomniała, że to wcale nie tak, że po prostu tak mu się tylko rzuciło, ale żeby nie brała tego do siebie - zapewne byłoby mu strasznie głupio, ponieważ milczenie uznałby za odrzucenie jego uczuć, niczym przeczytanie liściku w szkole, zmiętolenie i wyrzucenie go do kosza na oczach tej osoby, od której się go dostało. Albo niczym wzięcie kwiatka, a następnie rzucenie go przed siebie i zdeptanie. No, ale rozumiał - znaczy, tak mu się wydawało. Dobrze, że nie był pod wpływem alkoholu, bo wtedy istniało prawdopodobieństwo zareagowania zbyt… impulsywnie i emocjonalnie. Mógłby np. powiedzieć “aha”, a następnie udawać niewzruszonego, pójść po piwo, jakie miał w lodówce (albo coś mocniejszego), i kontemplować na kanapie, albo zacząłby podnosić głos, albo - ostatnią opcją - byłoby wyjście z domu (mimo iż był u siebie), trzaskając drzwiami. Byłby zły na siebie za zbyt szybkie odsłonięcie siebie, wyrzucenie karty z sercem na stół, zanim zdążył upewnić się, czy po drugiej stronie ktoś w ogóle chciał grać w tę samą grę. Czułby się naiwnie - jakby na moment zapomniał, że uczucia nie zawsze spotykają się z odpowiedzią, nawet jeśli wydają się oczywiste - jakby lekcja z przeszłości niczego go nie nauczyła.
Mimo wszystko odpowiedziała, dając mu do zrozumienia, by dobrze przemyślał, w co się pakuje, jeśli wypowie te dwa słowa.

Czy był gotowy skoczyć dla niej, nie wiedząc, w jakiej odległości jest dno?
Czy był gotów pójść za nią gdzieś z opaską na oczach, nie wiedząc, dokąd go zaprowadzi?
Tak.
Jednakże wolał powtórzyć to, co powiedział w innych okolicznościach. Kiedy nie będą żartować. Kiedy… poczuje, że to właśnie TEN moment.

Zaskakiwała go. Naprawdę go zaskakiwała tym, że tak powoli rozpinała guziki od koszuli, którą miał na sobie, jakby robiła to nieśpiesznie, z pełną świadomością chwili, a nie w pośpiechu czy z automatu. Pragnął czuć na swojej skórze jej dotyk, prosty i jednocześnie elektryzujący, taki, który zostaje w pamięci dłużej niż sama chwila. Wydychane przez Sher powietrze, które czuł na swoich wargach, również go nakręcało. Napiął mięśnie, kiedy poczuł, jak przejeżdża paznokciami po jego klatce piersiowej - wydał z siebie nawet cichy pomruk zadowolenia, jakby chciał nim dać znać, by powtórzyła ten czyn - oraz innych częściach ciała. Nie spodziewał się takiej wędrówki, ani że nagle poczuje je na swoich pośladkach. Uśmiechnął się łobuzersko, bo tak, tym razem wolał być lepiej przygotowanym niż ostatnio. Nie chciał ani aby się od siebie odrywali, ani aby musieli się przemieścić gdzieś dalej. Chciał skupić swoją uwagę wyłącznie na Sher, pokazywaniu, jak bardzo mu na niej zależało, oraz sprawieniu, by… była szczęśliwa i usatysfakcjonowana; chciał doprowadzić ją do szaleństwa, kiedy on sam już zaczynał wariować, co zresztą pokazywał, błądząc dłońmi po ciele dziewczyny, całując jej skórę tam, gdzie tylko mógł, zostawiając po sobie kilka wilgotnych śladów, a czasami wracając do miękkich ust - tak, czuł na sobie wiśniową pomadkę. Lubił wiśnie, tak samo jak truskawki i maliny - może też dlatego lubił na Sher zostawiać malinki, chcąc, by każdy, kto na nią spojrzy, wiedział, iż była zajęta.

Pociąg który właśnie odjechał, a do którego obydwoje wsiedli, nie miał hamulców. Jechał… po prostu przed siebie.


Istniał wyłącznie przycisk awaryjny, chroniony szkłem, lecz Eric nie zamierzał go wciskać.
Poza tym, lubił gry, a szczególnie gry przygodowe choć ta w którą grali, nie była taką typową przygodówką. Była czymś więcej. I doskonale wiedział, że miał w tej grze tylko jedno życie, a kody wspomagające nie istniały. I szczerze? Cholernie zaczęła mu się poodbać.
- To prawda. Absolutnie nie możemy do tego dopuścić, Sher. Nie może też być tak, że znikamy… oddalamy się od siebie bez słowa. - choć zapewne, dało się to podpiąć pod szczerość i zaufanie, ale Eric po prostu… chciał to wypowiedzieć. Chciał być także w tych trudnych dla Sher momentach i liczył, że ona także będzie przy nim, kiedy on będzie miał dość wszystkiego. Doskonale pamiętał, jak po jednej kłótni, jego ojciec wyszedł z domu, trzaskając drzwiami i odjechał gdzieś z piskiem opon. Wrócił po kilku godzinach, ale widział, jak mama, tj. pani Stones, na niego czekała. Jeżeli taka sytuacja miałaby powtórzyć się także i u niego, to chciał, by Sher go… po prostu zatrzymała. Albo pojechała z nim lub za nim.

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


birthday gift

happy birthday to me

: ndz maja 24, 2026 9:16 pm
autor: Shereen Winfield
Sztuka miała różne oblicza; sceniczna, malarska, muzyczna… reżyserska. Pisarska. Najważniejszy był płynący z niej przekaz. Twórcy podczas wykonywania nowego dzieła wkładali w nie nie tylko cząstkę siebie, ale i całe swoje serce. Zależało im na tym, by poprzez swój talent oddać jak najwięcej, wzbudzić zachwyt i nakłonić do przemyśleń. Zdaniem Shereen każdy był po trosze artystą. Sztuki nie tworzyło się tylko na płótnie, kartce papieru czy przy pomocy dłuta rzeźbiarskiego. Tworzyło się ją w każdym momencie codziennego życia — dziewczęta wplatające kwiaty we włosy, przyozdabianie domów, składanie bukietów… Zmysłowość, z jaką oddawało się ukochanej osobie, gdy chciało się jej przekazać swoje uczucia poprzez dotyk i elektryzujący pocałunek roztapiający serce i rozpalający wyobraźnię. Czym było to wszystko, jeśli nie praktykowaniem sztuki? Wystarczyło otworzyć serce i umysł, dać się ponieść nurtowi i pozwolić się utopić, by przeżyć prawdziwe katharsis. Nie wszyscy byli gotowi na takie poświęcenie — to co nas porusza, mówi o naszych słabościach. Konfrontacja z własnymi demonami była najtrudniejszą częścią spektaklu do odegrania. Najwidoczniej mama Erica mierzyła się z nimi w ciszy, przy kuchennym stole, a rysowanie jej w tym pomagało. Otwierała się na sztukę. Eric również miał ku temu predyspozycje — ze swoją wrażliwością, uczuciowością i rozczulającą empatią mógłby się wybić. Shereen by go w tym wspierała — próbowałaby służyć dobrą, rozsądną radą, ale niezależnie od tego, jaki miałby na siebie pomysł, byłaby dla niego wsparciem. Kochała go jako mężczyznę, ale jeszcze mocniej pamiętała, że zanim do tego doszło, byli dla siebie bezpieczną przystanią. Przyjaźń nauczyła ją, że miłość to nie tylko czułość i pocałunki, lecz przede wszystkim obecność. Cicha, wierna, zostająca nawet w najtrudniejszych chwilach. Obecność, której nie mogła mu w pełni zagwarantować fizycznie, bo przez cztery lata musiał mierzyć się światem bez jej pomocy. Kontakt telefoniczny nie mógł zastąpić spotkań i rozmów w cztery oczy, ale nie zamierzała tego w żaden sposób roztrząsać — nie żałowała i przeprosiła za egoizm, ale musiała postawić wtedy siebie na pierwszym miejscu.
Ona była dla niego sztuką. Nieoczywistą, pełną znaczeń ukrytych między spojrzeniami. On był dla niej opowieścią, do której wciąż wracała, bo za każdym razem rozgrzewał jej serce na nowo, jakby każda ich wspólna chwila dopisywała kolejny rozdział. Ta historia nigdy nie była oczywista. Z zewnątrz mogła przypominać szczęście, ale w środku była czymś… trudniejszym — spotkaniem dwojga zagubionych ludzi, którzy tylko przy sobie potrafili uciszyć chaos i choć na chwilę wyrwać się spod kontroli własnych myśli. W ich wspólnym świecie znikały granice, a oni uczyli się siebie na nowo, także w tych najciemniejszych odsłonach. To nie była samotna walka. Każde z nich mierzyło się z własnymi demonami, ale nie musiało robić tego w pojedynkę. W tym świecie bezpieczeństwo i chaos smakowały tak samo. W tym świecie odnajdywała się na nowo, jakby za pomocą bliskości Erica i wyjątkowego rodzaju szczęścia, które przy nim poznawało, nabierała ponownie pewności siebie. Ta kokieteryjna natura Shereen najwidoczniej wcale nie zniknęła. Została uśpiona, a teraz — gdy już mogła rościć sobie prawa do ciała Erica — ponownie się wybudzała.

I nie chciała, by ta część niej zniknęła w ciszy
i nie chciała też znikać z życia bruneta.

Cisza bolała dwa razy mocniej niż słowa. Zasada, albo raczej warunek, który w tym momencie stawiał, również jej odpowiadał. Wolałaby go zatrzymać. Spróbować porozmawiać, a jeśli nie, to nawet się pokłócić. Na pewno nie pozwoliłaby mu tak po prostu wyjść. Winfield doskonale znała ten rodzaj samotności, to uczucie porzucenia, gdy druga osoba wychodziła i nie przyjmowała rozmowy. Podobnie zachowywała się jej matka. Oznajmiała surowym tonem, czym tym razem córka narobiła jej wstydu i wychodziła, zamykając za sobą drzwi. Nawet nie chciała słuchać tego, co Shereen miała do powiedzenia.
— Nie pozwolę ci po prostu wyjść i trzasnąć drzwiami. Zmuszę cię, żebyś mnie wysłuchał — zapewniła butnym tonem, przesuwając w czułym — kontrastującym z zapewnieniem — geście kciukiem po po policzku Erica. — Zasada piąta… Wiąże się z zaufaniem, ale nie kontrolujmy siebie nawzajem — Ceniła sobie niezależność i wolność w relacji. Nie chciała, by notorycznie sprawdzał jej lokalizację, nie zamierzała wypisywać do niego co pięć minut z pytaniem, z kim przebywa, ani tworzyć problemów o to, że spotkał się z przyjaciółką. Przerabiała to. I wiedziała, że niektórzy potrafili zatrzeć granicę między dbaniem o czyjeś bezpieczeństwo, a nadmierną kontrolą.
Kontrola wiązała się z zazdrością. Zazdrość niszczyła relacje.

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Was it a mistake left behind by an angel, or was it a deep kiss?


Birthday boy

happy birthday to me

: pn maja 25, 2026 5:02 pm
autor: Eric Stones
Eric nigdy nie brał pod uwagę, by iść w profesję związaną ze sztuką, ponieważ po pierwsze, nie uważał, by posiadał aż tak niezwykły talent, żeby móc się wybić, a po drugie, sztuka nigdy nie była dla niego pierwszym wyborem, gdyż była przysłaniana przez inne ścieżki zawodowe, które wydawały się bardziej realne i osiągalne.
Prędzej rozważał karierę sportowca - pływaka albo piłkarza. Szczególnie że w liceum nieraz stawał na podium, z medalem zdobiącym szyję i satysfakcją, której nie potrafił wtedy porównać z niczym innym. Był szybki, zdeterminowany i miał w sobie zdrową ambicję, która na boisku oraz basenie potrafiła całkowicie przejąć nad nim kontrolę, oraz to charakterystyczne pieczenie mięśni, które pojawiało się po kolejnych długościach basenu. Chlor wżerał się w skórę i włosy tak mocno, że czasem miał wrażenie, iż już zawsze będzie go czuł. Mimo zmęczenia wracał jednak na kolejne treningi. Było w tym coś uzależniającego - świadomość, że z każdym tygodniem staje się lepszy, szybszy, bardziej wytrzymały, a potem wracał do domu i o ile mama była z niego dumna, tak tata… żebyś Ty się tak na matmie skupiał, co na pływaniu, to nie dość, że miałbyś same piątki, to jeszcze pisaliby o Tobie jak o geniuszu. Eric pamiętał te słowa aż za dobrze - czasem tylko niektóre słowa się zmieniały - wypowiadane niby mimochodem, czasem przy obiedzie, czasem późnym wieczorem, ale zawsze trafiające dokładnie tam, gdzie powinny zaboleć - bo zawsze dla ojca Erica, czegokolwiek by ten nie osiągnął, było niewystarczająco. Jakby każdy medal był jednocześnie sukcesem i przypomnieniem, że dla ojca wciąż było to za mało albo po prostu nie to, co trzeba. Z czasem nauczył się reagować milczeniem, ponieważ wchodzenie w jakąkolwiek dyskusję nie miało najmniejszego sensu. Wzruszał ramionami, przewracał oczami - choć to też było ryzykowne - albo po prostu zamykał się w pokoju i zakładał słuchawki na uszy; jednak gdzieś głęboko te słowa osiadały w nim ciężarem, którego długo nie potrafił z siebie zrzucić. Jakby ojciec przykrywał go płaszczem stworzonym z bardzo ciężkiego materiału lub w kieszeniach były kamienie, których nie dało się wyciągnąć, bez wcześniejszego rozerwania materiału przy kieszonkach.

Czasami, siedząc w biurze, zastanawiał się, co by było, gdyby jednak wybrał całkowicie inną ścieżkę. Gdyby poszedł na lekcje śpiewu zamiast basenu, a potem na casting lub wieczorek z muzyką na żywo. Czy zostałby światowej sławy piosenkarzem? Czy jeździłby po świecie, i co najważniejsze, czy Shereen towarzyszyłaby mu podczas tych wszystkich tras? Czy słuchałaby go, gdyby miał zastój i ciężko byłoby mu wymyślić tekst do nowego utworu?
Czy
byłaby
po prostu…
z nim. Przy nim.


Po głowie chodziło mu jeszcze zostanie kierowcą samochodów wyścigowych, lecz któregoś razu z czystej ciekawości przeczytał parę rzeczy i no… bez dobrego zaplecza finansowego nie było sensu próbować. Tak więc pozostało mu tylko oglądać i któregoś pięknego dnia wybrać się na wyścig, zasiadając na trybunach.
Oczywiście planował także kupić bilet na jakiś mecz podczas Mistrzostw Świata, skoro miały odbywać się w Kanadzie - pewnie kupi też i dla Sher, by poszli razem, tylko będą musieli dogadać dzień i drużynę, którą będą chcieli zobaczyć.
On, rzecz jasna, także by ją wspierał i planował wspierać w decyzjach, jakie będzie musiała podjąć. Planował dawać jej do zrozumienia, że zawsze mogła na niego liczyć. Gdyby było inaczej, gdyby w sumie już dawno nie mogła na niego liczyć, to ich znajomość by po prostu nie przetrwała, a oni raczej nie nazywaliby siebie przyjaciółmi - no i raczej nie odwiedziłby jej, gdy był w Ottawie. Za każdym razem, gdy do niej przyjeżdżał, miał wrażenie, że czas BARDZO szybko leciał - nim się orientował, zegarek wskazywał godzinę, która nakazywała, aby się zbierać, ponieważ czekały go mniej więcej 4 godziny i 20 minut jazdy. Pamiętał te uściski na pożegnanie, wzrok Olivera z którego leciały w kierunku Erica ostre noże albo pioruny - dlatego nie lubił, gdy typ odprowadzał go razem z Sher. O wiele bardziej wolał, gdy sama szła, i wtedy przynajmniej mogli sobie na spokojnie porozmawiać i na spokojnie pożegnać.
Bez napinki.
Bez stresu.

Słysząc słowa Sher i czując, jak kciukiem gładzi jego policzek, uniósł lekko kąciki ust.
- Dobrze. Zmuszaj mnie. Krzycz na mnie. Rób wszystko, byleby tylko drzwi mocno nie trzasnęły. - dodał, przymykając oczy i oddając przyjemności, jaka płynęła z tego jakże słodkiego gestu kciukiem. Po krótkiej chwili wziął jej dłoń i zaczął muskać każdy jej palec ustami, jakby był mu drogi, bezcenny - jak coś, czego nie chce się ani pośpiesznie dotknąć, ani przypadkiem utracić. Ten gest był spokojny i uważny, pozbawiony pośpiechu, jakby Eric próbował w nim zamknąć wszystko to, czego nie umiał powiedzieć wprost. W tej czułości nie było przesady - raczej ostrożne, niemal nieśmiałe potwierdzenie tego, co między nimi zaczynało się rodzić, a potem zamknął jej dłoń w swojej dłoni i przyłożył do policzka zewnętrzną stronę.
Piąta zasada… Eric doskonale wiedział, co chce mu przekazać i w sumie chyba tej zasady bał się najbardziej - bo do zazdrości prowadziła BARDZO cienka granica, linia, ścieżka… Przełknął ślinę, a po chwili skinął głową, bo przyjął to do wiadomości i dopisał do wyimaginowanej listy.
- Ja… wolę Cię od razu uprzedzić, że nie wiem, jak będę się zachowywał, gdy inni będą zjadać Cię wzrokiem. Nie wiem, czy będę potrafił… zachować… kontrolę. - ostatnie słowa wypowiadał z przerwami specjalnie, a podczas wypowiadania słów, patrzył prosto w oczy Sher z przepraszającą miną. Oczywiście, będzie się starał nie naskakiwać na każdego ani nie szczekać jak pies, ale no… jak jakiś nie będzie odpuszczał, to istnieje całkiem spore prawdopodobieństwo, iż Stones się zirytuje.
Ale tak.
Zazdrość potrafiła przynieść wiele złego.


- Szósta… próbujemy akceptować nasze wady. - to raczej też będzie trudne, szczególnie, że wiedział, jak Sher reagowała, gdy pił. Oprócz problemu z piciem, miał też mały problem z punktualnością, o czym też na pewno nie raz się przekonała.

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

happy birthday to me

: ndz maja 31, 2026 8:31 pm
autor: Shereen Winfield
Shereen i Eric byli jak przeciwstawne żywioły — Winfield bezpieczniej czuła się w świecie, w którym estetyka grała pierwsze skrzypce. Przeżywała emocje wewnętrznie, wyrażając je poprzez dotyk i wizualizacje. Eric był typem sportowca, analityka — w przeciwieństwie do niej rozumiał zagadnienia matematyczne, a wyładowywanie emocji poprzez wyciskanie ich na treningach było mu dużo bliższe, niż jej. Babcia powtarzała jej, że przeciwieństwa się przyciągają, bo uzupełniają swoje braki. Opowiadała Shereen o swojej relacji z dziadkiem, o tym, jak w ogóle doszło do tego, że się poznali — często żartowała, że przeznaczenie dosłownie rzuciło go pod jej nogi, bo gdy mieli po osiemnaście lat, wywalił się na rowerze nieopodal ławki, obok której przechodziła. Pamiętam to jak dziś — powtarzała, robiąc zamyśloną minę — było wtedy bardzo ciepło, temperatury to chyba dosięgały do trzydziestu stopni. A on tak po prostu wywalił się na rowerze. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Nawet mu wtedy nie pomogłam. Najpierw go wyśmiałam… Ale okazał się naprawdę sympatyczny. Shereen lubiła słuchać historii z życia babci. Odnosiła wrażenie, że jak na tamte czasy, prowadziła naprawdę interesujące życie. Dużo ciekawsze, niż to, które prowadzi obecna młodzież.
Zazdrościła babci tej wolności, na którą mogła sobie pozwolić, gdy była młoda. Na zakończenie swojej opowieści często powtarzała, że niczego nie żałuje, choć po drodze popełniła kilka błędów. Ostatecznie każdy je popełniał. Dzięki porażkom wzmacniamy swoje słabe strony, bo chcemy być lepsi — bardzo dobry sposób na naukę. Szkoda, że nie wszyscy uważali tak samo. Idealnym przykładem był tata Erica, który zamiast motywować i wspierać syna, przytłaczał go swoim niezadowoleniem, dając mu do zrozumienia, że niezależnie od starań i tak był kiepski. W ten sposób niszczył relacje z dzieckiem, zamiast ją wzmacniać. Podobnie jak poczucie wartości Erica. Zamykał się w sobie, zamiast rozkwitać. Nie przepadała za panem Stonesem. Przeszkadzało jej to, w jaki sposób traktował jej przyjaciela; Eric miewał przez niego obniżony nastrój i był przygnębiony, co w niej — dla odmiany — wywoływało wzburzenie. Jeśli ktoś mówi, że przytulanie pomaga na wszystko - jest w błędzie. Przytulanie nie potrafiło pomóc w pozbyciu się problemu na stałe, pomagało tylko na chwilę — jak plasterek przyklejany na otarcia. Z zewnątrz, Stones, wydawał się bardzo ciepłą i pozytywną osobą, ale wewnątrz był popękany. Zagubiony. Znała prawdę skrywaną za bólem i czuła się bezsilna. Wspierała go słowami, czy nawet przytuleniem, ale to wciąż było…

za m a ł o.


Mimo tego wciąż przy nim była — i byłaby niezależnie od tego, jaką karierę by wybrał. Możliwe, że kręciłaby nosem, gdyby pomysł Erica okazał się absurdalny, ale niewiele by to zmieniło w ich relacji. Oliver natomiast zmienił całkiem sporo i przez chwilę nieco namieszał. Ona także czuła się niepewnie, gdy odprowadzali Erica — obserwował ich.
Krzyczeć potrafiła nieźle, więc mogła mu to obiecać.
Nad przymuszaniem musiała popracować.
Piąta zasada była dla niej najważniejsza. Zazdrość była okrutna, niszczyła relacja, wprowadzała nieufność i sprawiała, że bliskie sobie osoby, zaczynały się od siebie oddalać. Zazdrość trzymana na smyczy uczyła rozmowy, lecz ta wypuszczona między ludzi wnosiła niepotrzebny chaos i kontrolę. Definicja związku, którą miała w myślach, była pozbawiona nadmiernego dozoru i zaborczości. Związek miał uskrzydlać, uszczęśliwiać i wypełniać świat kolorami, nawet jeśli zdarzały się dni, gdy tych barw brakowało — nie chciała przerabiać ponownie emocjonalnego dystansu i przeszywających chłodem słów. Nie zamierzała przepraszać nikogo za to, że przyjaźniła się z Erikiem i Joelem — zwłaszcza kogoś, z kim miała tworzyć związek. Zarówno Stones, jak i Callahan byli w jej życiu na długo przed tym, zanim pojawił się Oliver Jensen. Na myśl o tym, że miałaby po raz drugi przerabiać ten sam scenariusz, cierpła jej skóra, a myśli obezwładniał uzasadniony lęk. Opowiadała Ericowi o dotkliwych kłótniach wywołanych przez chorobliwą zazdrość, o obraźliwych epitetach, które przyczyniły się do ostatecznego zakończenia ich relacji.
Doceniała jego szczerość — na wypowiedziane przez niego słowa, skinęła potulnie głową. Nie posądziłaby Erica o nieuzasadnioną nieufność, wolała jednak napomknąć, że nie chciała czuć się kontrolowana ani osaczana. Poruszyła lekko palcami, czując czułe muśnięcia na opuszkach.
— Po prostu… Nie zarzucaj mi rzeczy, których bym nie zrobiła — nie zarzucaj mi zdrady.

Próbujemy akceptować nasze wady…


— ...ale nie wszystkie i nie w pełni — nie zamierzała tolerować nadużywania alkoholu. Wiedziała, że Eric potrafił sporo wypić i zawsze patrzyła na niego wilkiem, wyrażając tym sposobem niezadowolenie. Nie chciała, żeby popadł w alkoholizm i wolałaby uniknąć kłótni o alkohol i wylewania zawartości puszek czy butelek do zlewu. Na spóźnialstwo mogła przymknąć oko.

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Push me away but my fire still burns

Turn to ash but the flame still rises


Birthday boy