Strona 1 z 1

Pleased to meet you

: czw maja 14, 2026 12:18 am
autor: Jayce Byrne
002.
Przyjemność,
jako stała elementarna w jego życiu, nie miała własnego kompasu. Nie poruszała się w żadnym, wyznaczonym ściśle kierunku. Wlepiona w podszewkę osobowości Jayce'a, po prostu była i współistniała z nim. Jakby wraz z tlenem i krwią pompującą jego serce, w tunelach żył przemieszczała się potrzeba podążania za uciechami ducha: za ogólnie pojmowaną wolnością, ale także za naturalną bliskością z drugim człowiekiem. Bez tabu i bez zahamowań.
Przyjemność.

Pozostawała podstawową wartością hedonistyczną, bez której nie wyobrażał sobie życia, a przy tym także z perspektywy mentalnych pragnień była dla niego przywilejem duchowej swobody, z jakiej nie zrezygnował na żadnym etapie swojego życia.
Nie potrafił tego zrobić ani teraz, ani nigdy wcześniej —
porzucić pędu doświadczania, w który wpadał z niemal naganną częstotliwością.

Bóg mu świadkiem (o ile Jayce w ogóle w niego wierzył) – próbował niejednokrotnie wstrzymać w sobie . t e . w o d z e; które pchały jego głowę aż do chmur i do prostych fantazji, utkwionych w gorących pieleszach myśli. Te, przez które uginał nogi tak często, że w zasadzie przestał już liczyć, ile razy wcześniej pożądanie, czy zauroczenie rzucały go wprost na kolana.
Wzrok, wlepiony w afisz tekstu na ekranie telefonu, potrafił wyciągnąć z Jayce'a w miarę rozsądne wnioski (np. takie, że flirtowanie z kolegą ze studiów do niczego sensownego nie prowadzi), nie potrafił jednak oczyścić go z nalotu dawnych nawyków.

masz szczęście, że lubię przejmować inicjatywę
Ok, Vinnie, postaram się bardziej
Spotkanie w bibliotece za 2h?

Ostatnia z serii SMS'ów najpełniej oddawała to, jak bezradny pozostawał wobec własnych naleciałości. I potencjalnie pokazywała również, jak dużo potrzeba było, by skruszyć w nim wszystkie mury arogancji, dotykając wstydu.

W pierwszym momencie po dotarciu na miejsce ciało ułożyło się w dobrze znanym sobie porządku. Wsparty luźno ramieniem o framugę wejściowych drzwi, właśnie zsuwał z szyi cienką, męską apaszkę, gniotąc ją na krótko w dłoniach. Przepuścił wtedy w progu jedną z czytelniczek, przypadkowo przechodzącą tuż obok niego, zapewne w celu dotarcia do bibliotekarki. Bark Jayce'a osunął się niedbale w stronę cudzej, niższej sylwetki, gdy chowając zwitek materiału do kieszeni jeansówki, otarł się niespodziewanie łokciem o przestrzeń nieznajomej. Podniósł przy tym jedynie kąciki ust, posyłając jej swobodny, zaczepny uśmiech, zupełnie tak, jakby gest ten był już od początku planowany. Kobieta, speszona, wpierw rozchyliła wargi, a następnie, rozproszona własną dezorientacją, przyspieszyła kroku, oblewając się rumieńcem.
Omal nie prychnął rozbawiony, uznając tę reakcję za przesadzoną, ale znośnie przy tym uroczą. Palce dłoni powędrowały niemal zaraz potem na jego podbródek, ujmując szczękę między palec wskazujący, a kciuk, by potrzeć nimi krótko o zarost i częściowo zakamuflować tym samym błąkający się wciąż na ustach uśmiech.
Vincent.
Upomniał sam siebie w oczekiwaniu, cichym podszeptem przypominając sobie, w jakim celu pojawił się w bibliotece. Poprawił pasek studenckiej torby, odsuwając się parę metrów od wejścia. Odepchnięcie się od framugi drzwi miało nie tylko wymiar aktywnego działania, ale również stanowiło symbol przejścia od luźnej deklaracji o przybyciu tutaj do realnego spełnienia tych słów.
Już w pełni w pomieszczeniu bibliotecznym usadowił się gdzieś przy pierwszym ze stolików, uznając go za dostatecznie widoczny punkt początkowej schadzki.
Kolejnych etapów ich wspólnego spotkania nie potrafił jeszcze określić. Nawet nie próbował.

vincent beauregard

Pleased to meet you

: wt maja 26, 2026 11:59 pm
autor: vincent beauregard
Próbował żyć w każdym wygrywanym dźwięku, który wydobywał się spod szczupłych palców powoli przemierzających biało-czarny rząd klawiszy. Zakląć w nich własne myśli, by wraz z ciszą opuściły jego nieszczęsne ciało. Wtedy nie zastanawiał się nad tym, jak gorsza od rozszalałych emocji będzie pustka, którą po sobie w ostatnim akordzie pozostawią. Gdy kłaniał się publiczności w wyuczonej i nienagannej pozie, nadal czuł w sobie ich echo, powoli zagłuszane falami gromkich oklasków.
Opuszczając próg filharmonii po koncercie, tym razem muzyka nie wymknęła się z jego myśli, lecz wygrywała zupełnie inną symfonię. Kiełkującego pragnienia, dreszczem wędrującego po skórze okrytej nadal w elegancki frak. Nie fatygował się wszak na marnowanie czasu na przebieranie się, gdy z fajką wetkniętą między wargi energicznym krokiem zmierzał w kierunku czekającego na niego zamówionego kierowcy. Bo
n a d a l
widział w myślach to zdjęcie. Otrzymane na próbie tuż przed występem, na moment wytrąciło go z tempa narzuconego sobie tuż przed podobnymi wystąpieniami. Wtedy, gdy nic innego poza nim oraz muzyką nie powinno wkraczać na ś w i ę t y teren uwagi młodego muzyka.
Vincent nie stawiał sobie żadnych granic, gdy dalej brnął przez własne życie. Udawał każdego dnia, iż jego wątpliwa moralność wcale nie spędza mu niekiedy snu z powiek. Jednakże wybory mogące wstrząsnąć duszą Beauregarda nie należały zazwyczaj do tych podejmowanych nagle dla własnej przyjemności. Chwilowa uciecha nigdy jeszcze nie niosła za sobą tak potwornej ceny, którą już niegdyś przyszło mu zapłacić. Wtedy nic nie było c h w i l o w e, choć minęło tak prędko, jakby każde z tych wspomnień odmierzały uderzenia pędzącego serca.
Zapewne - choć nie pofatygował się nawet o sprawdzenie godziny na zegarku znajdującym się na przegubie nadgarstka - spóźnił się na ustalone w wiadomościach spotkanie, przekraczając granicę dwóch godzin. Miał jednakże nadzieję, że nie na tyle skazał go na czekanie, by Jayce zrezygnował ostatecznie z tej wspólnej próby przygotowania się na egzamin. Przemierzając alejki biblioteki, wodził dłonią po grzbietach książek, nieśpiesznie wypatrując przy tym mężczyzny. Dostrzegł go w końcu przy jednym ze stolików, szczęśliwie tego wieczora niecieszącym się studencką popularnością. Wolną dłonią poluzował białą muszkę, by ostatecznie zdjąć ją i niedbale rzucić na blat tuż przed Jaycem. Obszedł nonszalanckim krokiem stół wybrany przez towarzysza (oby) dzisiejszej nocy, by zająć miejsce naprzeciwko niego. Niedbale oparł się oparcie krzesła, pozwalając swojemu spojrzeniu bezwstydnie wędrować po osobie znajdującej się przed nią. Jakby zdołał przez warstwy odzienia mężczyzny dostrzec to, co zostało zaserwowane mu między stronami mniej ważnych już notatek.
- To jak bardzo zamierzasz się postarać, Byrne? - Uśmiech godny samego szatana kuszącego kolejną ofiarę uniósł lekko kąciki ust młodego pianisty, gdy wpatrując się w rozmówcę, przekrzywił delikatnie głowę w oczekiwaniu. Bez wątpienia przyjąłby nawet jego duszę na ten wieczór, choć nie mógłby obiecać, iż zwróciłby ją w stanie nienaruszonym własnym potępieniem. Noc była na tyle młoda, by malowała przed nimi najpiękniejsze możliwości do u p a d k u. Moralnego, emocjonalnego czy jakiegokolwiek potrzebowałyby ich istnienia.
Nie zawiedź mnie.

Jayce Byrne

Pleased to meet you

: pn cze 01, 2026 11:26 pm
autor: Jayce Byrne
Muszka, osunięta na stolik czytelniczy, najwyraźniej ważyła mniej, niż budujące się między nimi napięcie, bo gdy tylko w rejestr oczu wpadła mu czysta biel rzuconego przed nim materiału, Jayce mimowolnie pozwolił temu obrazowi zniknąć z jego głowy. W zamian przesunął uwagę wprost na towarzysza. Nic więcej, poza ciemnym obramowaniem znajomych tęczówek, na ten moment, go nie interesowało.
Na myśl o rozwinięciu ich spotkania puls życia przyspieszał, wygrywając swoją melodię cicho, ale silnie pod skórą Jayce'a. W niczym nie przypominało to echa spokojnych tonów, jakie powinny charakteryzować studencką brać, czy zwykłą, akademicką znajomość. Choć ograniczył ruch ciała do krótkiego zagryzienia wargi, tak naprawdę wrzały w nim najbardziej proste i najbardziej zezwierzęcone potrzeby ciała i wrzała również cudza . o b e c n o ś ć. Ta skrząca się przy nim pochodnia włoskiego temperamentu, jaką z przyjemnością śledził, i którą podświadomie w Vincencie wyczuwał, choć tak naprawdę, gdyby go o to spytać, nie był nawet pewien, czy kiedykolwiek rozmawiali o pochodzeniu kulturowym, czy etnicznym.
Co mam z nią zrobić? — powrócił myślami i wzrokiem do muszki.
Jednocześnie, pchnięty przez klingę cudzego spojrzenia, zbyt śmiałego i krnąbrnego jak na długość vincentowego spóźnienia, czuł się w obowiązku do większej przekory. Nie powiedział więc nic, co można było uznać za maruderstwo, a jednak w dyskretny sposób sygnalizował, że również potrafi człowieka wziąć na przetrzymanie. W jego przypadku ociągał się z odpowiedzią na zadane przez Vinniego pytanie.
Zanim głoski ponownie odnalazły drogę do szczeliny ust, przesunął palce wzdłuż wąskiego materiału, chwytając go w opuszki i podnosząc nieco w powietrze, by zostawić przedmiot na widoku ich obu.
Mam Cię nią związać? — parsknął rozbawiony, pozostawiając na ustach nikły uśmiech, wskazujący jasno na niepoważny ton jego wypowiedzi. Zaraz potem wyprostował się na krześle, z powrotem porzucając płat muszki na stół i idąc za przykładem kolegi, również przechylając głowę nieznacznie w bok, by spojrzeć na bruneta z nowej, ciekawszej perspektywy:

z perspektywy człowieka, który nie zna nieśmiałości
i łatwo potrafi wyjść z opresji cudzego spojrzenia,
ratując się choćby żartem

Mogę się też rozebrać, skoro już wiemy, że chcesz zaliczyć... zajęcia lub kogoś.
Nawiązanie do ich konwersacji tekstowej było najprostsze. Poza tym drobna zachęta, czy też odrobinę nieprzyzwoita propozycja, skierowana do Vincenta, nie mogła obyć się bez echa. Sądząc po SMS'ach Vincenta istniała bowiem spora szansa, że oboje stworzeni są do tego, by przyjąć wzajemny upadek moralności bez zająknięcia.
Tylko, żebym Cię dobrze zrozumiał... — zawieszony w przestrzeni głos ustąpił miejsca szuraniu krzesła, gdy odsuwał się od płaszczyzny blatu czytelniczego. Dopiero po tym, jak obszedł wolno stolik, stając tuż przy ramieniu studenta muzyki, kontynuował, nachylony nieco bliżej niego, by móc zaniżyć przy tym głos:
Chcesz, żebym postarał się, żebyś mnie zaliczył?
Desperackie, nie sądzisz?, pokątne uniesienie kącików ust w pobłażliwym rozbawieniu wyrażało mniej więcej tę właśnie myśl.
A choć nie miał w sobie za krzty tej cechy ( d e s p e r a c j i ), brakowało mu jeszcze jednego ( w s t y d u ), by zrezygnować z grania roli ofiary dla wyższego dobra, jaką była dziś przyjemność z kluczenia pomiędzy flirtem, a prowokacją.
Przybliżył się w jego kierunku, tym razem nachylając się głębiej. Przeciął tym samym linię jego pierwszej ręki i dotykając palcami oparcia krzesła, wspólnie zajął tę przestrzeń. W zwiększonej bliskości niemal oparł się przy tym klatką piersiową o cudzy bark, pozwalając, by tunel jego oddechu wyszedł gdzieś przy szyi kolegi.
Możesz mnie zaliczyć, jeśli chcesz...
Mogę Cię zaliczyć, jeśli chcesz.


Pozostawił go z „dżentelmeńskim” wyborem, wypowiadając słowa ledwie z krótką przerwą między tymi opcjami.
Rany, te opcje. Dla nich mógłby spaść na etyczne dno.

Jeśli wliczyć w to każdą, którą wypowiedział od startu ich rozmowy, poziom atrakcyjności wszystkich z nich wodził na pokuszenie.

vincent beauregard