Strona 1 z 1
I wanna be your baby
: czw maja 14, 2026 5:39 pm
autor: Francesca de Villiers
001. — wrzesień 2023
Talk to me
Tell me your dreams
Am I in them?
Tell me your fears
Are you scared?
Gdy podnosiła ku niej spojrzenie raz jeszcze — ostatni raz tego wieczoru, choć obie doskonale znały naturę podobnych kłamstw — widziała w niej coś na wzór źle zszytej harmonii; piękno przesunięte o milimetr za daleko, dokładnie tam, gdzie zaczynało trącić gniciem ambicji i gorzką pewnością własnej wielkości. Była bowiem jednym z tych stworzeń, które nie tyle istniały pośród ludzi, co żerowały na ich spojrzeniach niby smukły drapieżnik wyciągnięty na granicy światła scenicznych reflektorów. Oddychała aprobatą, lecz jeszcze łapczywiej pochłaniała brak dostępu — świadomość, że inni pozostawali poza jej kręgiem, niedopuszczeni do wnętrza pracowni, do zapachu przypalonej bawełny, do popiołu osiadającego cieniem na szkicach rozciągniętych wzdłuż podłogi. Zbyt późno zauważyła, że każdy projekt od miesięcy nosił jego ślady: agresywnie piękne cięcia materiału, przesadnie wydłużone linie sylwetek, brutalną elegancję czegoś, co bardziej niż zachwycać miało dominować.
(zupełnie jak on)
Pracownia pachniała dymem, rozgrzanym metalem lamp i kurzem starych tkanin; ciężkim odorem procesu tworzenia, który dawno przestał mieć w sobie cokolwiek romantycznego. Tworzenie było przecież bliższe sekcji zwłok niż natchnieniu — rozcinaniem własnych obsesji, wyciąganiem ich na światło i zszywaniem ponownie w coś, co ludzie nazwą sztuką tylko dlatego, że bali się nazwać to chorobą.
Stała boso pośród porozrzucanych skrawków materiału, a ciemne drewno podłogi lepiło się do skóry od rozsypanego brokatu, popiołu i resztek rozlanej gdzieś kilka godzin wcześniej kawy. Muzyka dudniła cicho z głośników, lecz była już tylko odległym biciem serca tego miejsca — nierównym, zmęczonym, niknącym pod jej głosem.
— Nie tak — pouczyła dwojako, uśmiechając się zza okularu ledwo dychającego aparatu.
River miała być wyzwolona.
Okazać później światu, w czym tkwi siła pięknej kobiecości młodości.
Minimalnie. Ledwie zauważalnie zmieniła postawę, odrzucając stopą rozwiązane wcześniej wstążki za siebie. Dostrzegała wszystko; każdy odruch niepewności, każde pęknięcie postawy, każdy bunt mięśni próbujących wrócić do naturalności. Nienawidziła naturalności. Natura była przecież miękka, chaotyczna, słaba — pragnęła z ludzi wydrapać formę doskonałą, wyprostowaną aż do bólu, wyniosłą niczym ostrze noża przyłożone do gardła świata. Papieros tlący się między palcami dogasał już niemal do filtra, lecz nadal zaciągała się nim odruchowo, bezmyślnie, jakby nikotyna była częścią procesu oddychania. Kolejny niedopałek dołączył do reszty na parapecie; małego cmentarzyska spalonych nerwów. — Ma belle, zostań tak chwilę dłużej — nakazała, podpowiedziała — cokolwiek w repertuarze donośniejszych słówek pazernej dyktatury.
Za oknem miasto tonęło w wilgoci późnego wieczoru. Neonowe światła rozmywały się na mokrych szybach niczym rozmazany tusz pod cudzym okiem po płaczu, którego nikt nie chciał oglądać. Toronto zdawało się wtedy ogromnym organizmem — gnijącym powoli od środka, lecz wciąż wystarczająco pięknym, by ludzie oddawali mu swoje młodości dobrowolnie.
Fran oddała już dawno.
I być może właśnie dlatego, kiedy spojrzała na gotową kreację osadzoną na ciele przyjaciółki — na tę smukłą sylwetkę, zszytą z koronki, taśmy i chwilowej obsesji — nie poczuła dumy.
Poczuła głód.
(Gorszy od poprzednich.)
Przeklęta Francja.
— Będziesz chciała odbitki? — Sztywność osiadła z wolna na karku, ramiona pulsowały głuchym bólem od utrzymywania aparatu w nieustannej gotowości; tej samej, której wymagała od ludzi sztuka żarłoczna, bezwstydna i nigdy naprawdę nienasycona. Mimo to nadal regulowała ostrość z nabożną czcią, jak chirurg poprawiający cięcie na otwartym organie, bo przecież wystarczył jeden zły ruch —
jedno drgnięcie światła,
jeden oddech za wcześnie,
jedno mrugnięcie towarzyszki —
aby cały czar rozpadł się w coś banalnego.
A banalności bała się bardziej niż porażki.
Obiektyw pozostawał wycelowany ku niej niby źrenica drapieżnika, chłonąc każdy detal; połysk kości policzkowych pod światłem lampy, leniwe rozchylenie ust, ruch uda odsłaniającego fragment skóry w sposób tak naturalny, że aż wyuczony do granic instynktu. W końcu odpuściła. Migawka umilkła, a wraz z nią coś w atmosferze pracowni opadło ciężko na podłogę między rozsypane szkice i niedopałki papierosów. Uśmiechnęła się wtedy — tym zmęczonym, lekko przekrzywionym uśmiechem ludzi, którzy zbyt długo żyją wewnątrz własnej głowy — po czym osunęła się na miękkość kanapy tuż obok niej. Kieliszek czerwonego wina zakołysał się w dłoni, ledwie tknięty; cienka smuga alkoholu oblepiała szkło niczym ślad pozostawiony przez język. Dziesięć minut. Może godzina. Czas od dawna przestał mieć tu znaczenie, rozciągnięty pomiędzy błyskami flesza a kolejnymi oddechami przesyconymi zapachem kurzu, kosmetyków i rozgrzanego materiału.
— Czy zwyczajnie mogę dołączyć Twą personę do prywatnej kolekcji, hm? — Pukiel czarnych włosów owinęła wokół palca z niemal dziecięcą bezmyślnością, lecz spojrzenie pozostawało zbyt uważne, zbyt inteligentnie głodne, by gest mógł uchodzić za niewinny. Przyglądała się River tak, jak ludzie obserwują ogień: z fascynacją podszytą ostrożnością, wiedząc, że płomień bywa najpiękniejszy dokładnie w chwili, gdy zaczyna pożerać.
Czekała.
Na anegdotę.
Na polecenie.
Na dalszy ciąg.
(na cokolwiek, co nada tej nocy kierunek)
River Cross
I wanna be your baby
: pt maja 15, 2026 1:42 pm
autor: River Cross
Wypuściła powietrze przez nos, słysząc uwagę na temat własnej postawy. Zanim zmieniła pozycję, posłała jej sztuczny uśmiech, do którego dodała oba środkowe palce. Ten krótki wyraz miłości musiał im na ten moment wystarczyć. Sprawnie wróciła do przybranej na dziś roli i przeniosła minimalnie ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Od razu zauważyła jakąś zmianę de Villiers. Najwyraźniej zauważyła w tym coś, co jej odpowiadało. Bardzo dobrze.
Nie przywykła jeszcze do roli modelki. Zawsze czuła się lepiej po tej drugiej stronie. Na pewno nie z aparatem, bo przecież nie chwytała się tak prostych rozwiązań. Ołówki były dla niej dużo cenniejszym narzędziem pracy. Prawie nigdy nie rysowała samej siebie. Zazwyczaj doszkicowywała sobie jakieś towarzystwo, umieszczała się w bardzo konkretnym kontekście. Tym razem nie miała jednak pod ręką innego modela ani modelki. Ubranie miało służyć jako rekwizyt, ale było zbyt bliskie codzienności, by mogła w pełni się przez nie oderwać i dać się porwać do tego świata, gdy tylko Fran sięgnęła po aparat. Potrzebowała chwili, żeby się do tej roli przyzwyczaić, jakoś się uziemić.
Bez wycelowanego w nią obiektywu na pewno dużo łatwiej zrealizowałaby koncepcję. Nie miała ani grama wątpliwości, że aż kpi pięknem, kobiecością i młodością. Wszystkie te rzeczy z siebie wynikały. Okraszała je typową dla siebie bezczelnością, tworząc z siebie niemalże ideał. A przynajmniej tak to wyglądało w jej głowie. Obiektyw czasem jednak odbierał jej tego przekonania. Nauczyła się już karcić za to w myślach. Zaczynała podchodzić do niego jak do przedłużenia de Villers. Skoro dla Cross wszelkiej maści pisadła były właściwie jak części ciała, to czemu w przypadku jej przyjaciółki miałoby być inaczej? Musiała dać jej nieco kredytu zaufania. Lubiła się z nią sprzeczać o najmniejszą pierdołę i regularnie wytykać jej brak gustu, ale przecież tak naprawdę wiedziała, że kobieta wie, co robi. Doceniała w niej artystkę i chciała ją dziś kultywować.
Na równie wielką uwagę i cześć zasłużyła jej kobiecość. Skoro obiektyw był częścią Francesci, to mogła go uwodzić z równie dużą butą, jak robiła z nią. River uwielbiała być przecież w centrum uwagi, chciała być traktowana równie poważna, co jej sztuka. Wiedziała, że de Villers może jej to dać, jeśli tylko jej na to pozwoli. Posłusznie zmieniała pozycje, gdy tego potrzebowała albo zamierała w bezruchu, gdy nagle dostrzegała coś perfekcyjnie pasującego do kadru. Jak zawsze nawet nie zakładała, że coś mogłoby im nie wyjść.
— To chyba oczywiste — odparła, wzruszając ramionami. Czemu miałaby rezygnować z odbitek? Chciała zobaczyć siebie jej oczami, a to była najprostsza metoda. Fran nie zacznie przecież z dnia na dzień dla niej rysować. A może jednak powinna ją namówić? Na pewno była w stanie stworzyć coś interesująco, potrzebowałaby tylko nieco doszkolenia w kwestii technikaliów. Ale to najmniejszy problem.
Dopiero gdy opuściła aparat, River poczuła jak z jej ramion znika napięcie. To nie był stres, a raczej mobilizacja. Na chwilę mogła odpuścić. Zrzucić z siebie nową rolę i rozkoszować się byciem sobą. Sięgnęła po kieliszek, w którym już niewiele zostało. Dopiła resztkę wina, po czym nalała kolejną porcję z butelki. Wyciągnęła rękę w stronę towarzyszki, ale widząc, że ona dopiero zaczęła, wycofała się i odłożyła butelkę gdzieś na bok.
— Tylko umieść mnie w honorowym miejscu — zasugerowała, siadając wygodniej obok niej. Zasługiwała na takie wyróżnienie, to było dla niej oczywiste. A przecież Francesca nie była głupia. Na pewno musiała myśleć identycznie jak Cross. Stuknęła kieliszkiem o jej szkło w geście cichego toastu i znów upiła kilka łyków. To nie był pierwszy toast tego dnia, ale przy tempie picia de Villers można uznać, że poprzedni zdążył się zresetować.
— Próbujesz mi zasugerować, że ta cała szopka nie jest po to, żebyś mogła potem godzinami wpatrywać się w moje zdjęcia? Staram się dla kogoś, kto nawet nie traktuje mnie jako swoją aktualną obsesję? — mruknęła, wyraźnie zawiedziona. Oparła łokieć o tył kanapy, dłoń opierając na ręce. Wpatrywała się w artystkę spod ciężkich powiek, próbując wyczytać z jej postawy poziom aktualnego zafascynowania. Czasem miała wrażenie, że potrafiło jej się to zmieniać z tygodnia na tydzień.
Francesca de Villiers
I wanna be your baby
: pn maja 18, 2026 1:52 pm
autor: Francesca de Villiers
Niedocenione kobiety bywały niebezpieczne; kobiety niepodziwiane potrafiły rozedrzeć krtań samego świata, wbijać paznokcie w miękkie podbrzusze ludzkiej dumy i z uporem drapieżnika szukać miejsca, gdzie cudza pewność siebie pulsowała najcieplejszą krwią. Ich głód nie przypominał wszakże banalnej potrzeby komplementu — był bardziej jak choroba kości, przewlekłe łaknienie adoracji, której brak wykrzywiał sylwetkę psychiki w coś ostrzejszego, bardziej głodnego, bardziej okrutnego. River zdawała się ulepiona właśnie z takiego wiecznego niedosytu. Nie z samej próżności, o nie — z potrzeby bycia widzianą całkowicie, brutalnie i bezwstydnie, aż po ostatnie drgnięcie mięśnia pod porcelanową skórą.
I dlatego obserwowała ją niemal zachłannie.
Za każdym razem była przecież inna. Raz przypominała napiętą strunę skrzypiec, drżącą pod palcami niewidzialnego muzyka; innym razem stawała się czymś o wiele groźniejszym — dostojnym zwierzęciem, które jeszcze nie zdecydowało, czy pozwoli się pogłaskać, czy rozszarpie dłoń wyciągniętą ku pysku. Nawet sposób, w jaki prostowała nogę, miał w sobie coś obscenicznie eleganckiego, jakby całe ciało było listem miłosnym adresowanym do cudzego pożądania. Nie krzyczała seksualnością; dawkowała ją, upajając się drażliwym momento podziwiającego ją, nim przepadał.
Niedawno również przepadła.
Należała do tych głupców, którzy głód mylili z fascynacją.
— Zajmujesz jedno z czołowych miejsc, ma chérie... — Czerwone wino spłynęło po języku cierpką falą, pozostawiając po sobie smak owoców i czegoś bardziej metalicznego; niemal przypominającego krew. Namiastka ukojenia. Namiastka ugaszenia pragnienia, które zamiast słabnąć, rozrastało się powoli pod mostkiem jak ciemny kwiat — grzech w najczystszej formie. — Może kiedyś sprawisz, że przepadnę i nie wrócę do zdrowych myśli... — Dywagowała słodko, nęciła prośbą o pokuszenia; po co się dzielić, skoro raz na kilka tygodni była do jej wyłączności. Po co szukać zamiennika, skoro miało się boginię u swego boku? Palce przesunęły się ku gorsetowi; temu samemu, który tworzyła godzinami — nocami wręcz — zszywając materiał z obsesją tak konsekwentnie, jak inni zszywają rany po własnych błędach. Czarna tasiemka spoczywała na nim niemal niewinnie, choć obie wiedziały, że niewinność była ostatnią rzeczą obecną w tym pomieszczeniu. — Zdjęcia to jedynie okup za to, co mam obecnie przed sobą. Jeśli zatęsknię, będę miała Twe oblicze zawsze na ścianie przed sobą, wszędzie...
Rozwiązała kokardę powoli.
Jak rytuał.
Jak akt własności.
Materiał poluzował się z cichym szelestem przypominającym westchnienie.
Piękna.
Przez tę jedną, krótką chwilę — gdy światło lamp przesunęło się po ciemnych liniach gorsetu, po skórze River, po błyszczącej czerwieni wina — naprawdę uwierzyła, że stworzyła coś należącego wyłącznie do niej.
(Co było myślą równie narcystyczną, co niebezpieczną.)
— Chcesz być moją obsesję? — szepnęła z lekko uniesioną brwią, uchowając za kieliszkiem wina podły uśmieszek zgryzoty. Degas, z całą swoją obsesją na punkcie ulotności ruchu, zdawał się w istocie nie tyle malować ciała, ile je podglądać — człowieka sprowadzając do roli przypadkowego układu mięśni i napięć, był jedynie chwilowym błyskiem w nieustannie rozmazującym się świecie. Inni artyści szukali porządku — Fran nauczyła się czegoś dokładnie odwrotnego. Oni zamykali ciało w ramy, wygładzali je, podporządkowywali kompozycji jak posłuszne narzędzie estetycznej dyscypliny; ona natomiast rozczytywała pęknięcia tej dyscypliny. Każde drżenie powieki było dla niej zdaniem, każde spięcie mięśni — osobnym aktem w niewidzialnym teatrze napięcia. Nauczyła się czytać ciało jak partyturę, w której nie zapisano melodii, lecz jej brak — i właśnie z tego braku rekonstruowała prawdę. Dlatego jej dłoń poruszała się tak, jakby rzeczywiście grała na instrumencie. Dlatego ją drażniła, nosem wodząc po skórze jej przedramienia, opierając tam na chwilę policzek. — Co dzisiaj możesz mi dac, hm?
River Cross
I wanna be your baby
: wt maja 19, 2026 12:56 pm
autor: River Cross
Jej potrzeba bycia podziwianą potrafiła być bardzo ulotna. W końcu nikt nie wielbił River Cross tak bardzo jak River Cross. Nie znalazła jeszcze nikogo, kto byłby w stanie z taką samą pieczołowitością i rozsądkiem doceniać wszystko, co było w niej najlepsze. Warto było jednak szukać. Podziwianie jej sztuki nie spełniała wszystkich wymagań, które miała wobec świata. Potrzebowała czegoś więcej. Chciała obcować z kimś, kto nie tylko wedrze się do jej umysłu, by patrzeć na nią jej oczami, ale też na moment narobi tam takiego bałaganu, że całkowicie zapomni o tym, czego oczekiwała. Sposób, w jaki Francesca na nią patrzyła, gdy pozwalała jej robić z siebie fragment jej sztuki, potrafił wynagrodzić bardzo wiele. Rozpalał jej zmysły i wywoływał przyjemne dreszcze na plecach, dzięki czemu była w stanie wykrzesać z siebie jeszcze więcej tej dziwacznej magii, którą przyciągała do siebie de Villers. Całkiem możliwe, że to była demonologia. Ale to przecież nic złego.
Cmoknęła niezadowolona, słysząc jej odpowiedź. Nie była w stanie całkowicie zaakceptować takich stwierdzeń. Bycie jedną z jej nie ustawiało. Nie oczekiwała oczywiście od de Villers usunięcia z jej horyzontu wszystkich innych. Właściwie miała ich gdzieś. Ale w tym konkretnym momencie powinna przecież istnieć wyłącznie River. Może kiedyś nie brzmiało jak groźba lub obietnica, tylko słowa rzucone po to, by kogoś zbyć. A na to Cross tym bardziej nie mogła pozwolić.
— Nie przyzwyczaiłaś się jeszcze, że żeby mnie zadowolić potrzebne jest minimum wszystko? — Spuściła wzrok na jej dłoń i obserwowała przez moment powolny proces rozwiązywania gorsetu. W międzyczasie zdążyła już zapomnieć, że sposób, w jaki oddychała od dłuższego czasu, nie był naturalny. Jej płuca nie pracowały na pełnej mocy, za moment będzie mogła zachłysnąć się tlenem i może wtedy wróci jej nieco trzeźwego myślenia. Niedotleniony mózg nie radził sobie przecież z tak wieloma sprawami.
— Lepiej od razu załóż na mnie to, co sprawi, że wypalę ci się pod powiekami. — Przesunęła paznokciami po jej udzie, wolnym gestem z uwagą badając jego strukturę. Najwyraźniej była gotowa na dużo więcej pracy. Nie przychodziło do niej zmęczenie, co najwyżej ekscytacja. Adrenalina może nieco mieszała jej w głowie, ale przecież nie można było wycofywać się tak nagle w momencie natchnienia. Doskonale to rozumiała.
Poruszyła głową na jedną i drugą stronę, czując, jak uchodzi napięcie z jej mięśni. Uwolnienie od ścisku gorsetu faktycznie pozwoliło jej zaczerpnąć powietrza nieco mocniej. To nie była jednak prawdziwa ulga ani spełnienie. Kilka oddechów wystarczyło, by zatęskniła za tym uczuciem napięcia, którego została pozbawiona. Nie chciała odsuwać go na bok. Pragnęła by ścisnęło ją za kark jeszcze raz, najlepiej dużo mocniej. Drugą ręką ujęła jej podbródek i delikatnym, ale stanowczym gestem zmusiła ją, by spojrzała jej w oczy.
— Lubię patrzeć, jak tracisz przeze mnie kontakt z rzeczywistością. — W niskim, cichym tonie nie było ani grama wątpliwości ani sugestii. Całą sobą czuła, że to co mówi, jest prawdą. W jej głowie było i to jej przecież wystarczało. Zsunęła dłoń niżej, objęła ją za kark. Nachyliła się, zatrzymując się dopiero przy jej uchu.
— Ale przestań się przy mnie hamować. Przecież wiesz, że to zepsuje efekt końcowy — mruknęła, muskając wargami jej skórę przy każdym kolejnym słowie. Nie lubiła, gdy ktoś stawiał jej jakieś bariery albo zakładał, że istnieją dla niej jakieś ograniczenia. Dla sztuki i obsesji była przecież gotowa na wszystko. Chciała się z nią trochę podrażnić. Wiedziała, że de Villers stać na wiele więcej niż kiedykolwiek jej pokazała. Była gotowa zatopić się w każdej jej emocji, byle tylko wyciągnąć z niej to, co najlepsze.
Francesca de Villiers