A psik!
: pt maja 15, 2026 11:40 pm
Max nie pojawił się w pensjonacie od trzech dni. Właściwie Lilian nie zwróciłaby na to większej uwagi. Prędzej założyłaby, że po prostu zrobił sobie kilka dni wolnego, niż że mogło wydarzyć się coś poważnego. Przez cały ten czas pozostawała skupiona na obowiązkach i codziennej rutynie, która skutecznie wypełniała każdą godzinę. Sprzątała pokoje, przygotowywała śniadania dla gości, przeprowadzała inwentaryzację, a nawet raz pojechała do Oakville po świeży zapas produktów od zaprzyjaźnionej ranczerki. Starała się funkcjonować normalnie, przywyknąć do monotonii, która zwykle działała na nią uspokajająco.
Tym razem jednak nawet ona nie była w stanie zagłuszyć frustracji oraz piętrzącego się we wnętrzu Lilian smutku. Wciąż nie mogła pogodzić się z tym, co zrobiła Dolores. W akcie złości babka obcięła jej włosy. Dla Lilian było to jedno z najgorszych upokorzeń, jakich doświadczyła z strony staruchy. Minęły zaledwie trzy dni, ale nadal chodziła przybita i drażliwa, uparcie ignorując każdą próbę rozmowy; o ile rozmową można nazwać te wszystkie ciężkie dla uszu tyrady.
Dolores pozostawała jednak niezłomna. W czwartkowy poranek złapała Lilian za ramię na korytarzu i bez większych wstępów oznajmiła, że ma pojechać do Maxa. Podobno się rozchorował. Seniorce zależało, aby majster lada dzień kontynuował remont pensjonatu i — co ważniejsze — aby przypadkiem nie zrezygnował ze współpracy.
Lilian miała zawieźć mu kilka naturalnych produktów kupionych wcześniej u tej zaprzyjaźnionej ranczerki. Dla zdrowia, jak podkreśliła Dolores. Świeże mleko prosto od krowy, ekologiczne jajka, domowe soki i całą resztę rzeczy, które według starszego pokolenia potrafiły uleczyć człowieka szybciej niż jakiekolwiek lekarstwa.
Lilian, znając podłą naturę babki, od początku podejrzewała, że Dolores bardziej zależało na dopilnowaniu remontu niż na faktycznym stanie zdrowia Maxa. Jednak przystała na ten rozkaz, bo sama zrobiła się ciekawa, co dolegało mężczyźnie. W końcu nie pojawił się, odkąd wrócili znad jeziora.
Z wiklinowym koszem wypełnionym darami zaparkowała rower na podjeździe i szybkim krokiem podeszła do frontowych drzwi. Chłodny poranny wiatr wciąż plątał jej krótsze włosy, do których nadal nie potrafiła się przyzwyczaić, więc odruchowo poprawiła kosmyki za uchem, zanim dwukrotnie nacisnęła dzwonek. W progu stanęła kobieta, na której widok Lilian wyraźnie się zdziwiła. Sama nie wiedziała dlaczego, ale od początku założyła, że Max mieszkał sam.
Ku jej zaskoczeniu rozmowa bardzo szybko stała się całkiem przyjemna. Dowiedziała się, że była to matka mężczyzny. Kiedy Lilian wspomniała, że przyjechała z pensjonatu, została przyjęta z przesadną serdecznością. Kobieta od razu zaprosiła ją do środka, a chwilę później oznajmiła, że musi wyjść. Zanim jednak zniknęła ochoczo wskazała pokój, w którym znajdował się Max.
Do wnętrza weszła z dziwnę ostrożnością. Najpierw delikatnie pchnęła drzwi i przez powstałą lukę dostrzegła skromny fragment pomieszczenia, a potem wsunęła kosz i głowę.
Wtedy zobaczyła go na krańcu łóżka. Max wyglądał gorzej, niż się spodziewała. Był blady, zalany potem, z podkrążonymi oczami i z niewyraźnym spojrzeniem. Akurat próbował sięgnąć po szklankę wody stojącą na nocnej szafce, ale jego dłoń pchnęła ją zbyt mocno. Naczynie spadło na podłogę i roztrzaskało się w drobny mak.
Lilian aż podskoczyła, po czym rzuciła kosz na podłogę gdzieś przy wejściu i kucnęła przy łóżku w momencie, gdy Max zaczął osuwać się w dół. Zaraz oburącz chwyciła jeo ramiona i mocno nimi potrząsnęła.
— Hej, hej! Co ci jest? — pytała bezmyślnie. Rozglądnęła się dookoła i w miejscu, gdzie wcześniej stała szklanka leżały blistry z tabletkami. Wśród nich dostrzegła witaminy, które obecnie zdałyby się na nic. — Max — jęknęła i lepiej ustawiwszy kolana na podłodze, lewym ramieniem przytrzymała ciało mężczyzny, aby nie osunęło się niżej. Drugą ręką dosięgnęła jego czoła. — Jesteś rozpalony! — niemal krzyknęła.
Tym razem jednak nawet ona nie była w stanie zagłuszyć frustracji oraz piętrzącego się we wnętrzu Lilian smutku. Wciąż nie mogła pogodzić się z tym, co zrobiła Dolores. W akcie złości babka obcięła jej włosy. Dla Lilian było to jedno z najgorszych upokorzeń, jakich doświadczyła z strony staruchy. Minęły zaledwie trzy dni, ale nadal chodziła przybita i drażliwa, uparcie ignorując każdą próbę rozmowy; o ile rozmową można nazwać te wszystkie ciężkie dla uszu tyrady.
Dolores pozostawała jednak niezłomna. W czwartkowy poranek złapała Lilian za ramię na korytarzu i bez większych wstępów oznajmiła, że ma pojechać do Maxa. Podobno się rozchorował. Seniorce zależało, aby majster lada dzień kontynuował remont pensjonatu i — co ważniejsze — aby przypadkiem nie zrezygnował ze współpracy.
Lilian miała zawieźć mu kilka naturalnych produktów kupionych wcześniej u tej zaprzyjaźnionej ranczerki. Dla zdrowia, jak podkreśliła Dolores. Świeże mleko prosto od krowy, ekologiczne jajka, domowe soki i całą resztę rzeczy, które według starszego pokolenia potrafiły uleczyć człowieka szybciej niż jakiekolwiek lekarstwa.
Lilian, znając podłą naturę babki, od początku podejrzewała, że Dolores bardziej zależało na dopilnowaniu remontu niż na faktycznym stanie zdrowia Maxa. Jednak przystała na ten rozkaz, bo sama zrobiła się ciekawa, co dolegało mężczyźnie. W końcu nie pojawił się, odkąd wrócili znad jeziora.
Z wiklinowym koszem wypełnionym darami zaparkowała rower na podjeździe i szybkim krokiem podeszła do frontowych drzwi. Chłodny poranny wiatr wciąż plątał jej krótsze włosy, do których nadal nie potrafiła się przyzwyczaić, więc odruchowo poprawiła kosmyki za uchem, zanim dwukrotnie nacisnęła dzwonek. W progu stanęła kobieta, na której widok Lilian wyraźnie się zdziwiła. Sama nie wiedziała dlaczego, ale od początku założyła, że Max mieszkał sam.
Ku jej zaskoczeniu rozmowa bardzo szybko stała się całkiem przyjemna. Dowiedziała się, że była to matka mężczyzny. Kiedy Lilian wspomniała, że przyjechała z pensjonatu, została przyjęta z przesadną serdecznością. Kobieta od razu zaprosiła ją do środka, a chwilę później oznajmiła, że musi wyjść. Zanim jednak zniknęła ochoczo wskazała pokój, w którym znajdował się Max.
Do wnętrza weszła z dziwnę ostrożnością. Najpierw delikatnie pchnęła drzwi i przez powstałą lukę dostrzegła skromny fragment pomieszczenia, a potem wsunęła kosz i głowę.
Wtedy zobaczyła go na krańcu łóżka. Max wyglądał gorzej, niż się spodziewała. Był blady, zalany potem, z podkrążonymi oczami i z niewyraźnym spojrzeniem. Akurat próbował sięgnąć po szklankę wody stojącą na nocnej szafce, ale jego dłoń pchnęła ją zbyt mocno. Naczynie spadło na podłogę i roztrzaskało się w drobny mak.
Lilian aż podskoczyła, po czym rzuciła kosz na podłogę gdzieś przy wejściu i kucnęła przy łóżku w momencie, gdy Max zaczął osuwać się w dół. Zaraz oburącz chwyciła jeo ramiona i mocno nimi potrząsnęła.
— Hej, hej! Co ci jest? — pytała bezmyślnie. Rozglądnęła się dookoła i w miejscu, gdzie wcześniej stała szklanka leżały blistry z tabletkami. Wśród nich dostrzegła witaminy, które obecnie zdałyby się na nic. — Max — jęknęła i lepiej ustawiwszy kolana na podłodze, lewym ramieniem przytrzymała ciało mężczyzny, aby nie osunęło się niżej. Drugą ręką dosięgnęła jego czoła. — Jesteś rozpalony! — niemal krzyknęła.