Strona 1 z 1

Jacket thief

: pn maja 18, 2026 12:15 am
autor: Adeline Covington
007
Czas w dobrym towarzystwie zawsze upływał zdecydowanie zbyt szybko. Mimo późnej pory i przyjemnego szumu w głowie spowodowanego sporą ilością drinków, Ade świetnie bawiła się wśród znajomych, toteż niechętnie przystała na pożegnanie, gdy ostatnia para postanowiła zebrać się do wyjścia. Pogrążona w rozmowie, wyszła za nimi z baru, jeszcze chwilę rozmawiając z Mindy i Danielem pod drzwiami wejściowymi, stanowczo sprzeciwiając się temu, by mieli nadrabiać kilometry, żeby podwieźć ją do domu. Powtarzanie wszystkim, że było w porządku i niepotrzebnie się nią przejmowali, weszło jej w nawyk. Jej szeroki uśmiech i zapewnienia wypowiadane ze zdecydowaniem i lekkością w głosie skutecznie przekonały parę do kapitulacji i powrotu do domu. Tylko rudowłosa zdawała się wiedzieć, jak bardzo niekomfortowo czuł się człowiek, będąc jak piąte koło u wozu.
Dopiero, kiedy została sama, uderzył ją chłód wieczoru. Ruszyła chodnikiem przed siebie, postanawiając zrobić sobie spacer i przewietrzyć trochę obciążoną alkoholem i myślami głowę. Kolejny chłodny powiew wiatru sprawił, że opatuliła się mocniej skórzaną kurtką, która wydała jej się troszkę za luźna. Przez głowę przeszła jej myśl, czy naprawdę była aż tak pijana czy schudła w jeden wieczór jeszcze bardziej? Zaraz jednak zganiła się w duchu, bo przecież to był oversize.
W zamyśleniu włożyła ręce do kieszeni, dłonią napotykając na coś metalowego i w tym samym momencie usłyszała brzęk. Przystanęła zaskoczona, wyciągając zawartość kieszeni, otwierając szerzej oczy na trzymany w dłoni pęk kluczy, który z pewnością nie należał do niej. Mimowolnie przeszył ją nieprzyjemny prąd po kręgosłupie. Cholera, czy ona właśnie kogoś okradła? Przyjrzała się w pośpiechu kurtce i poszczególnym jej elementom, z coraz większą grozą zaczynając sobie zdawać sprawę z tego, że wcale nie przypominała tej, którą wzięła z domu. Chyba była bardziej… męska?
Kurwa - przekleństwo wymsknęło jej się pod nosem, kiedy stała przez chwilę w bezruchu, myśląc gorączkowo, co robić. Gdyby chodziło tylko o kurtkę to może nie rozważałaby powrotu na miejsce, ale znalezione w niej klucze tylko zwiększyły w niej wyrzuty sumienia. Ich posiadacz najpewniej nie dostanie się do swojego domu.
Słysząc za sobą śmiechy dochodzące sprzed lokalu, który chwilę temu opuściła, ostatecznie odwróciła się na pięcie, postanawiając wrócić, a w jej głowie zaczęły kłębić się myśli. Może jeszcze właściciel wierzchniej części garderoby siedział przy barze? Oby nie wkurwił się na nią za bardzo. I oby nie był jakimś podejrzanym gościem z gangu motocyklowego. W sumie nie wiedziała, co było gorsze. Pewnie połączenie obu opcji.
Z delikatnym opóźnieniem zarejestrowała mężczyznę, który zmaterializował się przed nią dosłownie znikąd. Pod wpływem impetu nieco się zachwiała na szpilkach i momentalnie poczuła, jak ogromna dłoń łapie za jej nadgarstek. Dopiero silny uścisk i spojrzenie trochę starszego od niej typa pozwoliło jej zrozumieć, że przestąpił jej drogę świadomie.
Gdzie idziesz, laleczko? - Chrapliwy głos i oddech przesączony alkoholem sprawiły, że skrzywiła się z obrzydzeniem.
Puść mnie, palancie - warknęła, próbując wyrwać rękę. Niestety, dłoń nieznajomego zacisnęła się na jej nadgarstku mocniej, przyciągając ją bliżej. Na twarzy typa pojawił się paskudny uśmiech.
Taka ładna dziewczyna, a taka niemiła. Bądź grzeczna, przecież dopiero się poznajemy - mruknął, zbliżając swoją cuchnącą alkoholem twarz, a przez jej ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Cofnęła się na tyle, na ile pozwolił jej uścisk.
Zostaw mnie, albo zacznę krzyczeć - ostrzegła, patrząc hardo mężczyźnie prosto w oczy, w których rozbłysło coś niepokojącego. To nie wróżyło niczego dobrego.

Nico Rosenhall

Jacket thief

: pt maja 22, 2026 12:17 am
autor: Nico Rosenhall
005.
Powrót w rodzinne strony był powiewem świeżości w jego życiu. Nawet jeśli dla niektórych mogło to oznaczać porażkę, to dla Nico była to szansa na nowy start. Nie traktował tego jako czegoś negatywnego, może dlatego, że niezbyt przejmował się opinią innych ludzi, skoro sam miał świadomość, że cel jego powrotu był ważniejszy niż jakiekolwiek pogłoski o nieudanej karierze czy znudzeniu się przygodą, o której tak bardzo marzył. Nowy rozdział jego życia dopiero się rozpoczynał, nie więził się w rodzinnym Oakville, bo zdążył już zaaklimatyzować się w Toronto, nieco poznając osiedlowe uliczki, wybierając swój ulubiony sklep osiedlowy i opracowując najwygodniejszą trasę na spacer ze swoim psem. Brakowało mu jedynie wisienki na torcie, jaką było zdecydowanie się na własne lokum, jednak póki co korzystał z dobrodziejstwa brata, pomieszkując w jego pensjonacie, po pracy pomagając mu w remoncie, a wieczorami korzystał z wielkomiejskiego życia, odświeżając stare znajomości, a także zawierając te nowe. Poniekąd żył właśnie dlatego — przeprowadzka na studia do Nowego Jorku nauczyła go jeszcze większej otwartości do ludzi. Nie miał z tym nigdy problemu, jednak było to coś zupełnie innego. Znalezienie się w zupełnie nowym otoczeniu, wśród zupełnie obcych ludzi, nigdy nie było łatwe. Mógł liczyć, że ktoś wykona krok w jego kierunku, wciągając do jakiejś paczki i będzie mieć z góry wszystko załatwione, jeśli chodziło o jakiekolwiek relacje, jednak wolał sam wyjść z inicjatywą, chcąc samodzielnie zawalczyć o swój los i wybrać ludzi, z którymi najlepiej będzie mu przebrnąć przez długie lata edukacji. Wtedy łaknął świeżości, potrzebował bodźców, aby odwrócić swoją uwagę od złamanego serca i drastycznie zakończonego związku, którego w tamtym momencie nie zaczął nawet przepracowywać.
Dziś było podobnie; potrzebował odwrócenia uwagi od natrętnych myśli związanych z pewną brunetką, która po raz kolejny pojawiła się w jego życiu. Potrzebował wytchnienia od analizowania ich spotkania, wspomnienia pięknych oczu i radosnych iskierek, których dopatrywał się jak za czasów ich młodości. Brzmiało to absurdalnie, bo przecież Nico nie był starym zgredem, jednak czasy jego związku z Lilian to było zdecydowane szczeniactwo. Wtedy wydawało mu się, że był panem swojego życia, a tak naprawdę gówno o nim wiedział. Teraz było (nieco) mądrzejszy, choć emocjonalnie znowu rozbity, bo bliskość z Davenport mąciła mu w głowie, mimo że uparcie wmawiał sobie, że przecież mogli się przyjaźnić.
Wyjście ze znajomymi z pracy skończyło się szybciej niż przypuszczał i zastanawiał się, czy nie powinien zostać w barze, zagadując do dwóch ładnych dziewczyn, które kątem oka dostrzegł przy stoliku pod ścianą. Szybko z tego zrezygnował, nie mając nastroju na pijackie podrywy i gdy zaczął zbierać się do domu, zauważył, że nigdzie nie mógł znaleźć swojej kurtki. Nie przywiązałby do tego ogromnej wagi, w końcu to była tylko rzecz materialna, jednak fakt, że znajdowały się w niej klucze do jego obecnego lokum, nieco ostudziło jego luzackie podejście do sytuacji. Rozejrzał się po osobach wychodzących z lokalu, czy nikt nie miał jej na sobie bądź nie trzymał cudzej ramoneski w ręce, w międzyczasie próbując sklecić w swojej głowie wymówkę, którą zaserwuje Leonidasowi, kiedy poinformuje go, że zgubił nie tylko klucz do swojego pokoju, ale i do drzwi wejściowych pensjonatu. Zaczął zastanawiać się, czy gdy najstarszy z rodzeństwa wywali go z chaty, to powinien szukać schronienia u pośredniego brata, Marka, bądź u rodziców. I z tymi rozmyślaniami wyszedł z lokalu, rozglądając się po nieznajomych, odkrywając smutną prawdę, że na nic zdały się jego poszukiwania kurtki. I był tego pewien do momentu, w którym nie stanął przy ścianie, grzebiąc coś w telefonie i wtedy usłyszał nerwową dyskusję między rudowłosą dziewczyną, a jakimś nachalnym byczkiem. Spojrzał w ich kierunku, zirytowany faktem, jak chłopak odzywał się do kobiety, po czym dostrzegł, że ofiara sytuacji dodatkowo miała na sobie jego kurtkę. Czy to nie było idealne określenie do upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu? Ocali damę w opałach i jednocześnie nie będzie musiał dzisiaj spać na wycieraczce. Choć drugi powód zdecydowanie był dodatkiem; nawet gdyby nie miał w tym swojego osobistego interesu, to prawdopodobnie również zainterweniowałby w tę przepychankę słowną. Czy to raz dostało się w mordę? Rosenhall był dobrym człowiekiem i nie przeszedłby obojętnie obok ludzkiej krzywdy, a na pewno nie w momencie, gdzie brak jego reakcji przyczyniłby się do tego, że mógłby mieć na sumieniu pewną piękną rudowłosą istotę.
— Lepiej ty bądź grzeczny i ją kurwa zostaw w spokoju — odezwał się, podchodząc do tej dwójki i szarpiąc ramię mężczyzny, przez co wypuścił z dłoni nadgarstek dziewczyny. Nicolaosowi towarzyszyło dziś jedynie połowa jego szczęścia; pomimo że sam byczek albo nie miał wybitnego cela, albo nie był zbytnio trzeźwy, to odwracając się do niego z pięścią, nie uderzył w niego z całą siłą, ale jednak wystarczająco, aby nieco rozwalić mu wargę. — Misiaczku, po co ta agresja — zadrwił, stając przed rudowłosą, odgradzając ją osiłka. Mógłby mu oddać, ale czy potrzebował bójki przed barem?
— Wypierdalaj, szczeniaku, nie wtrącaj się w swoje sprawy — warknął w jego kierunku, zdecydowanie zdenerwowany tym, że ktokolwiek śmiał mu przeszkodzić w podbojach tej nocy. Już podnosił rękę, aby odepchnąć od swojej dzisiejszej zdobyczy, jednak Nico gestem zatrzymał ten ruch, ciesząc się, że lata chodzenia na siłownię i dźwigania ciężarów w końcu się przydały.
— Powtórzę, zostaw ją w spokoju — rzucił opanowany, twardym spojrzeniem patrząc w oczy mężczyzny. — Spróbuj jeszcze raz dotknąć moją kobietę, a skończy się bycie miłym — dodał, samemu chwytając ją za nadgarstek, żeby lekko pociągnąć dziewczynę za sobą. — Idziemy — odezwał się do niej, wymijając faceta i z tyłu głowy trzymając kciuki, aby się na niego nie rzucił. Nie żałowałby swojej decyzji, jednak wolał dziś mocniej nie oberwać. Póki co nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że delikatnie krwawił z wargi; trzymała go adrenalina i irytował się tą całą sytuacją oraz wyzwiskami wypowiadanymi z ust pijanego oblecha, które towarzyszyły im na odchodne. Zarzucił dziewczynie rękę na ramiona i schylił się do jej ucha, co z perspektywy osób trzecich mogło wyglądać, jakby całował ją w skroń.
— Zaufaj mi, nie rzucę się na ciebie za rogiem — odezwał się cicho, bo póki co to chciał odciągnąć ją z zasięgu wzroku nieznajomego, tym bardziej skoro nadal czuł na ich plecach czyjeś spojrzenie. — Wszystko w porządku? Zrobił ci krzywdę? — zadał jej dwa, kluczowe pytania. Bo może jednak powinien spuścić mu manto?

Adeline Covington