you’re not coming back from there
: ndz maja 24, 2026 1:14 am
trigger warning
szeroko pojęte kontrowersje w medycyniePo pierwsze nie szkodzić
brzmi pięknie zdobione zdanie o którym żaden z nich bezpośrednio nie pamięta, którego nie powie na głos jak spoiwa przysięgi, słodkiej, szlachetnej, choć przy tym żałośnie miękkiej, po pierwsze nie szkodzić wypowie raczej rodzina rzucając garść słów z agresją duszącą się od frustracji w kamiennych, znieruchomiałych płucach jasnego korytarza gdzie potwierdzają się wszystkie ich obawy. Czym jednak miała być szkoda? Czy przez agresję którą ktoś śmiał nazywać zabiegiem operacyjnym nie wyrządzali krzywdy, czy wyłuskując architekturę tkanek nie mieli stawać się tym jak czasami naprędce ich nazywano? Wszystko ma swoją cenę, a u nich jest bezlitosna - życie w zamian za palce, życie w zamian za kończynę, życie w zamian za fragmenty wnętrzności schowanych w walizce brzucha, życie w zamian… czasami nawet nie życie. Czasami po drugiej stronie czekała wyłącznie śmierć.
Szlag.
To wszystko jest takie samo. Szpital identycznie jak wcześniej wydaje się tętnić gwarem, barwnym i nieświadomym tego co być może rozgrywało się w głębi jego labiryntu. Uśmiechy i pozdrowienia, te same, doskonałe znajome rozchodzące się szmerem rytuały. Rano za każdym razem szpital przepoczwarza się, wpada w kolejny cykl, zdzierając z siebie wyschniętą, spłowiałą wylinkę nocy. Wtedy, gdy wychodzi z oddziału, całość która się wydarzyła wydaje się niemal nierealna, choć może jeszcze odczuwać ją na skórze jak brud którego nie będzie w stanie zmyć, choćby chciał go szorować aż nie zakrwawi płótna swojej skóry. Przed chwilą jeszcze nią żył. Z pozoru to nic wielkiego - zmęczenie jeszcze nie wdało się we znaki, nawiedza go wątły spokój który nie podoba mu się i najchętniej wyprosiłby go tak jak wyprasza się niechcianego lokatora. Coś nadal tli się, pośrednio. Coś nadal sprawia że serce momentalnie przyspiesza uderzając rozpędzone o wieniec jego żeber. Coś nadal sprawia że chciałby czuć się zwierzyną. Nie oprawcą. Ofiarą. Zaczyna drażnić go fakt, jak bardzo nie jest w stanie opisać tego stanu. Nie umie go wytłumaczyć nawet przed samym sobą.
Iverson, stary - nachodzi go raptem gromki głos przyjaciela, kompana z okresu studiów - to musiało wydarzyć się u ciebie? Znów był ponurą gwiazdą. Szpital miał zawsze garstkę swoich celebrytów, miał ludzi, których lubiła praca i dyżury o których się mówiło. Odwraca się, niemal mechanicznie. Daj mi spokój, odzywa się bez wahania, na co ten reaguje nerwowym, ciskanym rozpędem śmiechu. Jest winny, oczywiście, jest winny, jego włosy jeszcze nie zdążyły całkowicie się wysuszyć, gdy kąpał się po dyżurze. Rozmowa jest całkiem mdła. Emocje są mdłe. Są puste. Mówiłem ci, żebyś poszedł ze mną. Nie babrałbyś się w tym gównie, wytyka mu dalej tamten. Uśmiecha się do niego - łagodnie i pobłażliwie, po czym wzrusza jedynie ramionami.
- Ktoś musi - odpowiada i na tym poprzestaje. Ktoś musi. Nie myśli o niczym więcej - skupiając się na działaniu, przechodzi w stronę bufetu. Udało mu się wygasić palące się słupy wspomnień. Tkwi przy nim wyłącznie popiół, wrażenie właśnie, ktoś musi, świadomość, że tak naprawdę nie jest jebanym tworem pozbawionym zdolności do refleksji, do obawy, reakcji… Nie było ludzi ze stali. Nie było potworów z lodu. Nawet największa pustka miała ziarno pełności i sam z zatwardziałym uporem to wyznawał. Wszystko, czym się zajmował, mogło być uważane za niewdzięczne - nie było w tym sukcesu wiążącego się z operacją wykonaną na otwartym sercu. Były w zamian za to jelita, martwe i nadające się na śmietnik - był zator cholernej krezki, bolało choć tak nie całkiem, niewielkie poziomy płynów ale to nie jest jasne, ale to nie wiadomo, to ciągnie się kilka dni. Była świadomość, ciężka, szydercza niemal, był ten smród śmierci którego nikt nie rozumiał ale każdy dostrzegał jego aurę zanim nacięto brzuch, było przeczucie, że tak, znów próbują choć każdy z nich przecież wiedział, w jaki sposób to pewnie się zakończy. W imię czego…?
Odebrał kawę w papierowym kubku wręczoną przez ekspedientkę. Nie powinien sam ani chwili dłużej zadawać podobnych pytań. To nie miało znaczenia. To przecież nie miało sensu. Wędrował bez większego pośpiechu pomiędzy stolikami. Próbował rozproszyć niesmak.
- Znowu tutaj? - zapytał nagle, gdy dostrzegł znajomą twarz, w ten sam, niemal grubiański sposób zaczepnej żartobliwości, jaki był doskonale znany w kaście zabiegowców. Przechylił nieznacznie głowę, dosięgając spojrzeniem Oleandra, mając świadomość, jak wielką dźwigał historię - historię którą niegdyś śledziła pokątnie duża część ich szpitalnej społeczności. Nigdy mu nie powiedział, jak często na jego temat rozmawiano. Współczuję. Ogromna strata.
oleander everhart