Strona 1 z 1

you’re not coming back from there

: ndz maja 24, 2026 1:14 am
autor: Jude Iverson
03.

trigger warning
szeroko pojęte kontrowersje w medycynie

Po pierwsze nie szkodzić
brzmi pięknie zdobione zdanie o którym żaden z nich bezpośrednio nie pamięta, którego nie powie na głos jak spoiwa przysięgi, słodkiej, szlachetnej, choć przy tym żałośnie miękkiej, po pierwsze nie szkodzić wypowie raczej rodzina rzucając garść słów z agresją duszącą się od frustracji w kamiennych, znieruchomiałych płucach jasnego korytarza gdzie potwierdzają się wszystkie ich obawy. Czym jednak miała być szkoda? Czy przez agresję którą ktoś śmiał nazywać zabiegiem operacyjnym nie wyrządzali krzywdy, czy wyłuskując architekturę tkanek nie mieli stawać się tym jak czasami naprędce ich nazywano? Wszystko ma swoją cenę, a u nich jest bezlitosna - życie w zamian za palce, życie w zamian za kończynę, życie w zamian za fragmenty wnętrzności schowanych w walizce brzucha, życie w zamian… czasami nawet nie życie. Czasami po drugiej stronie czekała wyłącznie śmierć.
Szlag.
To wszystko jest takie samo. Szpital identycznie jak wcześniej wydaje się tętnić gwarem, barwnym i nieświadomym tego co być może rozgrywało się w głębi jego labiryntu. Uśmiechy i pozdrowienia, te same, doskonałe znajome rozchodzące się szmerem rytuały. Rano za każdym razem szpital przepoczwarza się, wpada w kolejny cykl, zdzierając z siebie wyschniętą, spłowiałą wylinkę nocy. Wtedy, gdy wychodzi z oddziału, całość która się wydarzyła wydaje się niemal nierealna, choć może jeszcze odczuwać ją na skórze jak brud którego nie będzie w stanie zmyć, choćby chciał go szorować aż nie zakrwawi płótna swojej skóry. Przed chwilą jeszcze nią żył. Z pozoru to nic wielkiego - zmęczenie jeszcze nie wdało się we znaki, nawiedza go wątły spokój który nie podoba mu się i najchętniej wyprosiłby go tak jak wyprasza się niechcianego lokatora. Coś nadal tli się, pośrednio. Coś nadal sprawia że serce momentalnie przyspiesza uderzając rozpędzone o wieniec jego żeber. Coś nadal sprawia że chciałby czuć się zwierzyną. Nie oprawcą. Ofiarą. Zaczyna drażnić go fakt, jak bardzo nie jest w stanie opisać tego stanu. Nie umie go wytłumaczyć nawet przed samym sobą.
Iverson, stary - nachodzi go raptem gromki głos przyjaciela, kompana z okresu studiów - to musiało wydarzyć się u ciebie? Znów był ponurą gwiazdą. Szpital miał zawsze garstkę swoich celebrytów, miał ludzi, których lubiła praca i dyżury o których się mówiło. Odwraca się, niemal mechanicznie. Daj mi spokój, odzywa się bez wahania, na co ten reaguje nerwowym, ciskanym rozpędem śmiechu. Jest winny, oczywiście, jest winny, jego włosy jeszcze nie zdążyły całkowicie się wysuszyć, gdy kąpał się po dyżurze. Rozmowa jest całkiem mdła. Emocje są mdłe. Są puste. Mówiłem ci, żebyś poszedł ze mną. Nie babrałbyś się w tym gównie, wytyka mu dalej tamten. Uśmiecha się do niego - łagodnie i pobłażliwie, po czym wzrusza jedynie ramionami.
- Ktoś musi - odpowiada i na tym poprzestaje. Ktoś musi. Nie myśli o niczym więcej - skupiając się na działaniu, przechodzi w stronę bufetu. Udało mu się wygasić palące się słupy wspomnień. Tkwi przy nim wyłącznie popiół, wrażenie właśnie, ktoś musi, świadomość, że tak naprawdę nie jest jebanym tworem pozbawionym zdolności do refleksji, do obawy, reakcji… Nie było ludzi ze stali. Nie było potworów z lodu. Nawet największa pustka miała ziarno pełności i sam z zatwardziałym uporem to wyznawał. Wszystko, czym się zajmował, mogło być uważane za niewdzięczne - nie było w tym sukcesu wiążącego się z operacją wykonaną na otwartym sercu. Były w zamian za to jelita, martwe i nadające się na śmietnik - był zator cholernej krezki, bolało choć tak nie całkiem, niewielkie poziomy płynów ale to nie jest jasne, ale to nie wiadomo, to ciągnie się kilka dni. Była świadomość, ciężka, szydercza niemal, był ten smród śmierci którego nikt nie rozumiał ale każdy dostrzegał jego aurę zanim nacięto brzuch, było przeczucie, że tak, znów próbują choć każdy z nich przecież wiedział, w jaki sposób to pewnie się zakończy. W imię czego…?
Odebrał kawę w papierowym kubku wręczoną przez ekspedientkę. Nie powinien sam ani chwili dłużej zadawać podobnych pytań. To nie miało znaczenia. To przecież nie miało sensu. Wędrował bez większego pośpiechu pomiędzy stolikami. Próbował rozproszyć niesmak.
- Znowu tutaj? - zapytał nagle, gdy dostrzegł znajomą twarz, w ten sam, niemal grubiański sposób zaczepnej żartobliwości, jaki był doskonale znany w kaście zabiegowców. Przechylił nieznacznie głowę, dosięgając spojrzeniem Oleandra, mając świadomość, jak wielką dźwigał historię - historię którą niegdyś śledziła pokątnie duża część ich szpitalnej społeczności. Nigdy mu nie powiedział, jak często na jego temat rozmawiano. Współczuję. Ogromna strata.

oleander everhart

you’re not coming back from there

: ndz maja 24, 2026 6:34 pm
autor: oleander everhart
Nie musiał.
Mu mówić. Nie musiał.

Bo Oleander przecież doskonale wiedział. Boże, oczywiście, że tak. Jak mógłby nie wiedzieć?

Nie potrzebował słów (współczucia), pożałowania ubranego w zgłoski, dyskomfortu kryjącego się ciasno pod pełnymi nie tyle nieszczerych, co przerysowanych zapewnień o wdzięczności za jego pracę na służbie.
Wystarczyły te spojrzenia rzucane mu znad kubków wypełnionych lurowatą kawą, mieszanka sensacyjnej ciekawości i jakiegoś rodzaju panicznej niezręczności, jakby samą swoją obecnością Oleander ściągał ku przestrzeniom, w których się pojawiał, przypomnienie, że nikt nie jest niezniszczalny.
Wystarczyły beztroskie rozmowy, rwące się nagle w pół taktu, kiedy tylko wchodził do pomieszczenia. Półszepty, wystarczająco ciche, by Everhart nie mógł wyłowić z ich brzmienia co o nim mówiono, ale zaprawione marsowymi minami na tyle, by mógł się domyślić. To przecież zawsze była dokładnie ta sama historia. Wielka szkoda. Taki młody! Co za tragedia! A miał całe życie przed sobą... Zupełnie, jakby brunet już był martwy.

A nie wyłącznie pół-żywy, bo wyrwany Śmierci jakimś niedorzecznym cudem; i wybrakowany tam, gdzie Kostucha nieco za mocno zacisnęła szpony naokoło jego boleśnie śmiertelnego ciała.
Czasem, głupio, łudził się, że może nie został rozpoznany; przez lekarzy, przez pielęgniarki, nawet przez zespół sprzątający. Ale za każdym razem kiedy stawiał stopę za progiem Mount Sinai, ludzie wchodzący w skład szpitalnego ekosystemu zawsze patrzyli na niego odrobinę za długo, próbując przypomnieć sobie, skąd go znają — aż wreszcie znajdowali w archiwach pamięci pożar sprzed czterech lat i wszystko, co się o nim mówiło, a wtedy ich twarze miękły od czegoś gorszego niż ciekawość.

Litości.
Ollie wmawiał sobie, że przywykł. Że pogodził się z rzeczywistością, z którą nie miał ani prawa dyskutować, ani siły walczyć. Uniwersalną prawdą było przecież, że ludzie najbardziej lubili te tragedie, które nie przydarzały się bezpośrednio im samym, i które można było oglądać z bezpiecznej odległości, obracając je na języku niczym plotkę albo modlitwę aż do momentu, gdy nie straciła smaku i kształtu, zmieniając się w bezbarwną i nudną grudę, którą wypluć był można przez ramię, i zastąpić kolejną.

Ale w kontraście do tej powszechnej atmosfery uwłaczającego oleandrowej dumie współczucia, obecność Jude'a zawsze niosła mu jakąś dozę rzadkiej ulgi. Może dlatego, że Iverson widział Oleandra w stanie, w którym Ollie nie doświadczył nigdy w pełni nawet samego siebie. Nieprzytomnego, kompletnie bezbronnego i pozbawionego tak własnej woli jak i godności; rozciętego skalpelem, i ze światłem sali operacyjnej wlewającym się do naw jego ciała tak, jak promienie słońca zwykną czasem wkradać się do katedr przez witraże wykuszowych okien. Widział go, kiedy Ollie znajdował się w zawieszeniu między tym i tamtym światem, będąc nadal trochę sobą, a trochę wyłącznie nadpaloną ogniem plątaniną tkanek; zanim razem z przytomnością, wróciły jego osobowość, ironia, uśmiechy i mechanizmy obronne.

Była w tym jakaś obrzydliwa, niemal zwierzęca intymność, wracająca czasem do Oleandra w chwilach, kiedy granica między wspomnieniem a wyobraźnią robiła się niebezpiecznie cienka. Czasem nad ranem, na granicy jawy i snu. Innym razem podczas długiego spaceru, wraz z bólem fantomowym przypominając Everhartowi o wydarzeniach sprzed czterech wiosen.
Dzisiaj jednak w ogóle jakoś o Iversonie nie pomyślał, zbyt zajęty nudną przyziemnością własnej wizyty w przychodni doczepionej do szpitala jak wrzód. Wpadł między zajęciami i pracą żeby odebrać leki, podpisać kilka dokumentów dotyczących poprzednich i następnych kolejnych konsultacji, i porozmawiać z rehabilitantem; a teraz miał po prostu trochę czasu do zabicia przed nocnym dyżurem w bibliotece. Szpitalna kantyna pachniała dokładnie tak samo jak zawsze — kawą, środkami dezynfekującymi i czymś ciepłym, co Everhartowi zawsze kojarzyło się z zapachem moczu i śliny, choć przez wzgląd na panujące tutaj sanitarne rygory, nie mogło być przecież ani jednym, ani drugim.
Zamówił kawę i przesuszonego bajgla z serem, zwyczajowe szpitalne rarytasy, po które sięgał zdecydowanie bardziej z jakiejś masochistycznej nostalgii, niż faktycznej ochoty. Znalazł miejsce przy oknie, wciskając rosłe ciało w objęcia marnego, plastikowego krzesełka. Plecak rzucił na podłogę, wyłowiwszy zeń kołonotatnik i dwa długopisy. Nie zdążył nawet jeszcze spojrzeć na uniwersyteckie notatki.

— Znowu tutaj?

Podniósł wzrok znad blatu, natychmiast odnotowując lekkie zachwianie własnej (wewnętrznej) równowagi, które nie mogło mieć nic wspólnego z jego kalectwem, bo przecież siedział, a proteza była do ciała dopasowana tak perfekcyjnie, jak zawsze.
Powiedzenie, że nie widzieli się dawno, byłoby niedoszacowaniem. Teraz - co Everhart wnioskować mógł zarówno z identyfikatora doczepionego do męskiego ubrania, jak i otaczającej go aury zmęczenia - Jude zdołał wspiąć się na wyższy szczebel medycznej hierarchii, za rozwój kariery płacąc w chronicznym stresie i momentach snu liczonych pewnie bardziej w minutach niż godzinach.
Oleander obejmował sylwetkę lekarza wzrokiem niemal czułym, rejestrując wysokie szczyty policzków, wąską linię ust i ascetyczny kontur szczęki. Jude miał oczy w kolorze powojnika, co sprawiało, że błękit jego tęczówek kontrastował z ciemną oprawą rzęs i włosami w niemal brutalny sposób sposób, który zatrzymywał bicie serca i napawał Oleandra jakąś dozą dziwnego niepokoju.
— Mam kartę stałego klienta — Odparował, być może celowo nie precyzując, czy ma na myśli szpitalną kawiarnię, czy raczej szpital sam w sobie, który odwiedzać regularnie miał zapewne już do końca życia — Jeszcze parę wizyt, i może wreszcie doczekam się tej obiecanej kawy gratis.
Niemal nonszalanckim gestem - nie tyle zapraszającym, co sugerującym po prostu, że Jude równie dobrze mógłby już usiąść - odsunął wolne krzesło dostawione do stolika.
— Ciężki dyżur — Chciał zapytać, ale ostatecznie zabrzmiało to o wiele bardziej jak stwierdzenie faktu wyrażonego sposobie, w który cienie zmęczenia rozlewały się pod linią dolnych powiek Iversona.


Jude Iverson

you’re not coming back from there

: ndz cze 14, 2026 12:15 am
autor: Jude Iverson
trigger warning
medycyna szpitalna, dylematy etyczne
Szpital niezwykle rzadko komuś k i b i c o w a ł - byli jednak ludzie zbyt młodzi, początkowo zbyt zdrowi, przetrąceni kaprysem losu zbyt szorstko, niesprawiedliwie, że przy nich wstrzymywał oddech, odświeżał codziennie stronę wewnętrznego systemu i nosił na zwieńczeniach języków te wszystkie najpotrzebniejsze informacje - czy żyje, czy próbują odstawić mleczny wlew propofolu, czy bierze oddech bez tlenu. Oleander bez cienia wątpliwości należał do takich osób - pamiętał, jak każdy mówił o młodym funkcjonariuszu straży pożarnej, który cały wypadek przepłacił amputacją mającą niczym zły sen prześladować operatorów bojących się, czy nie urośli w tej chwili do miana suchych oprawców na zawsze wydając osąd nad jego jakością życia, o ile jakieś miało później nastąpić poza respiratorem, ścianami monitorów oraz pomp infuzyjnych wydających te same, miarowe dźwięki jak rozhukane ptactwo. Wielu nie miało szczęścia, bo wbrew pozorom szczęście w medycynie jest niezwykle potrzebne, dla licznych intensywna terapia była ślepym zaułkiem, czasami, wydaje się jedynie odartym z sensu i godności przedłużeniem drogi która już z założenia wydała się oczywista. Tak samo jak zeszłej nocy. Powinien czuć się źle że już ochrzcił tamtego człowieka martwym, powinien czuć jakiś ucisk, powinien brzydzić się że tak myślał i zwymiotować natychmiast tamtym założeniem - a jednak tego nie robił, a jednak wiedział że zdziwi się gdyby nie miał racji i nawet poczuje ulgę, choć będzie przecież mieć rację i wygładzona, utkana marzeniami ulga przenigdy nie nadejdzie. Na początku, jak każdy, próbował stać się bezbłędny w ocenach jakich dokonywał, teraz bywały chwile że wolał by okazały się one nietrafione. Istniała duża różnica pomiędzy życzeniem śmierci a samą, oziębłą wiedzą, że nadejdzie.
Widok Oleandra rozbudzał w nim pewną radość, pewne, rozgrzewające mógł powiedzieć poczucie podobnie ciepłe jak kubek, którego ścianki skrupulatnie obejmował opuszkami swoich palców. Była to radość, że część historii mogła przybierać znośne epilogi - chociaż sam nie miał prawa tego podsumować. Wystarczyła mu jednak sama, pojedyncza świadomość, jak źle mogło wszystko się potoczyć, jak duże wisiało nad nim zagrożenie, jak wiele sczerniałych widm przez miesiące musiało się rozproszyć by znalazł się w takim miejscu. Dlatego go zapamiętał; pamiętał jego imię i nazwisko, jego twarz, pamiętał moment w którym go przekazali oraz jak miał okazję zmieniać się jego stan, pamiętał, z silnym poczuciem przez ile przeszedł i że to wszystko musiało w nim później zostać, w pamięci, wypalone dosadniej niż nie jedno wyniszczające oparzenie. Pamiętał wreszcie też chwile w których zaglądał do niego podczas wieczornych wizyt i pamiętał, że gdyby nie zakleszczenie w hierarchii pracownika i pacjenta mogliby spróbować zdecydowanie lepiej się zrozumieć. Tylko - tylko jedno pytanie - czy rzeczywiście sam tego potrzebował? Niepokój, który go ostatecznie dopadł, wywęszył go jak zwierzynę. Wierzył od lat, że nie wymagał żadnego towarzystwa. A jednak - przy niektórych rozmowach zagęszczało się napięcie które odczuwał za każdym razem na wierzchołku tkaniny swojej skóry. Coś wydawało się tkwić radykalnie głębiej, co sprawiało że czuł się zakłopotany i nawet przerażony, jakby próbowało go przegonić, nie wiedział dokąd, dlaczego i z jakim finalnym skutkiem. Teraz jednak, przy zmianie, to odczucie wydawało się znośniejsze.
- Każdy się kiedyś kończy - wzruszył lekko ramionami, obdarzając go stwierdzeniem które słyszały setki młodych specjalizujących się osób, wedle których musiały następnie żyć, wszystko cierpliwie znosić i przekazywać mądrość na inne mające nastąpić później pokolenia. Każdy, nawet najgorszy dyżur miał ostatecznie koniec - ich kultura była kulturą tego, że trzeba się przyzwyczaić. Nikt nie ma źle, bo inni mogli mieć gorzej, nikt nie pracuje ciężko gdy pracowano ciężej i w mniej przychylnych warunkach - nikt się już nie przejmuje. Zatrzymał się, przez krótką rozpostartą pomiędzy nimi chwilę kalkulując czy rzeczywiście powinien usiąść na odsuniętym krześle - koniec końców zdecydował się zająć miejsce nie chcąc kreować niepotrzebnie dystansu podczas wymiany zdań. To przecież zaledwie moment.
- Mimo wszystko - zmienił ton na odrobinę łagodniejszy; rzadko brzmiał w taki sposób, o wiele częściej prezentując się jakby tak naprawdę był zmęczony i na niczym mu już szczególnie nie zależało - cieszę się, że widzimy się właśnie w takim układzie - tutaj, w tym cholernym lokalu, w zwykłym i codziennym ubraniu, w sytuacji zwiastującej że nie jest to nagły pobyt. Te proste oraz pozornie nieistotne detale zdradzały o wiele więcej. Mówiło się że kto nie pracuje ten nigdy nie ma powikłań, ale nikt ich nie lubił, nikt nie chciał znosić ich więcej niż miał przed sobą potrzebę.
- Nie zapraszam ponownie - pochylił się odrobinę nad stolikiem. Tylko tyle. Aż tyle. Słowa, których znaczenia nie trzeba było dokładniej im przedstawiać.

oleander everhart

you’re not coming back from there

: wt cze 16, 2026 11:07 pm
autor: oleander everhart
To, co dla szpitalnej społeczności faktycznie było z pewnością obiecującym epilogiem — widok pacjenta z przyszłością niemal na pewno spisaną na bolesne straty, poruszającego się nagle (o ile niespełna cztery lata dochodzenia do siebie mogły w ogóle za jakiekolwiek "nagle uchodzić) o własnych siłach i owszem, bez tlenu inhalacyjnego — dla Oleandra stanowiło po prostu mało spektakularną wersję codzienności, z którą musiał nauczyć się żyć nawet, jeśli robił to wbrew własnej woli. Nie sukcesem. Nie zwycięstwem. Nie nawet cudem.
Raczej długim, mozolnym przeciąganiem liny z Losem, który najwyraźniej sam nie był pewien, po której stronie ostatecznie stanąć. Nie tyle szczęśliwym zwrotem akcji, co po prostu jej rozczarowującym zawieszeniem.

- Każdy się kiedyś skończy.

Everhart zmarszczył brwi, przyglądając się rozmówcy w nowym rodzaju skupienia. Zamrugał, unosząc kubek do warg. Upił drobny łyk.
— Dla własnej wygody założę, że ty nadal o dyżurze... — mruknął na fali ironii pojawiającej się tam, gdzie być może nie chciał poczuć troski. — W przeciwnym razie chyba bym utonął w egzystencjalnej głębi tego stwierdzenia. - Tak było łatwiej: żartem zasłonić wszystko to, czego nie chciało się oglądać z bliska.
Przez krótką chwilę obserwował to drobne, ledwie zauważalne zawahanie Jude'a. Usiądzie?, pomyślał. Nie usiądzie? Oczekiwanie na absurdalny ułamek sekundy zmieniło się w ukłucie niepewności gdzieś pod mostkiem, i dreszcz czegoś na wzór obawy, biegnący linią kręgosłupa. Niedorzecznie, no bo czy takie takie codzienne, platoniczne formy odrzucenia nie zdarzały się czasem wszystkim? Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie został przez rozmówcę jakimś zbywającym nie mam czasu, albo może później. I ten, którego nigdy nie ubodło wolne miejsce obok niego w autobusie, kiedy wszyscy inni pasażerowie woleli stać. A jednak, kiedy Iverson ostatecznie zajął krzesło naprzeciwko, Ollie poczuł ulgę tak wyraźną, jakby uniknął czegoś znacznie poważniejszego niż niezręczna rozmowa w szpitalnej kantynie. Co było o tyle niepokojące, że przecież nie zauważył kiedy, i jakim cudem, zaczęło mu aż tak zależeć.

Roześmiał się. Szczerze, krótko, bez drugiego dna i bez ukrywania się za sarkazmem. To był taki rodzaj uśmiechu który pozostał mu jeszcze z adolescencji. Ze szkolnych wagarów, z epizodów wymykania się z domu przez okno długo po nastaniu ciszy nocnej, z pierwszych łyków przegrzanego piwa pociąganych odważnie nad rzeką z puszki przez jednego z kolegów podkradzionej ojcu. Z tą różnicą, ubrany w pierwsze zwiastuny kurzych łapek zgromadzonych w kącikach oczu.
Jednym słowem, Oleander wyglądał jak urokliwy chłopiec, który przy odrobinie szczęścia niedługo już przepoczwarzy się w przystojnego mężczyznę. I pomyśleć, że naprawdę niewiele brakowało, żeby ta możliwość spłonęła razem z nim w pożarze sprzed paru laty.
I on pochylił się w stronę Iversona, niwelując dzielący ich dystans do paru oddechów i - hipotetycznie - ośmiu papierowych kubków z niesmaczną, szpitalną kawą, ustawionych w jednej linii. Nadal na tyle ostrożnie, by przestrzeń mogła uchodzić za neutralną. Ale na tyle blisko, równocześnie, by dostrzec zapowiedź zajadu w lewym kąciku jego warg, i posłyszeć powagę skrytą w męskich słowach - choć o tej Ollie nie miał najmniejszej ochoty myśleć.
— Na tym etapie to już chyba syndrom sztokholmski — Wzruszył ramionami — Jestem jak pies wracający do przemocowego właściciela - I machnął ręką, jakby otrzepywał zbierający się wokół niego smutek. — A tak zupełnie serio, przyszedłem tylko po nowe recepty — dodał szybko, jakby jednym zdaniem chciał uspokoić zarówno Jude'a, jak i samego siebie. Przeniósł wzrok na leżący obok notatnik. — Poza tym cisza tutaj jest prawie jak w bibliotece. A ja zapomniałem mojej legitymacji studenckiej, więc odprawiono by mnie z kwitkiem...
I nie, Jude naprawdę nie musiał wiedzieć, że od kilku miesięcy Oleander pracował właśnie w bibliotece. Niektóre kompromitujące sekrety Everhart miał w końcu chyba prawo zatrzymać jeszcze dla siebie?


Nawet, jeśli Jude widział go już przecież w stanie, w którym nigdy nie doświadczyła go zdecydowana większość ludzi.

Jude Iverson

you’re not coming back from there

: pt cze 19, 2026 10:35 pm
autor: Jude Iverson
trigger warning
realistyczne opisy śmierci
Zapomniał, że był zmęczony - substancje tamtych emocji zerwały się jak wylinka opuszczając na dobre krajobraz jego ciała, przestały, przestały istnieć jakby jeszcze przed chwilą nie miał na głowie czepka, jakby jego przekleństwa nie rozbijały się uderzając o przysłonę maseczki, jakby te wszystkie słowa, które mówił rodzinie i wpisał w dokumentacji rokowanie niekorzystne zniknęły pod ciężarem skupienia nad czymś zupełnie nowym, nad kimś, nad sytuacją która była jedynie zbiegiem okoliczności a mogła nieść w sobie więcej, dużo więcej, niż byłby w stanie obecnie to zrozumieć. Zapomniał, że był zmęczony bo musiał wszystko zostawić niczym domknięty rozdział, bo będzie to sytuacja o której wspomną być może jeszcze przez jeden dzień, może kilka, koncentrując się ponownie na czymś nowym co przeszyje ich niezręcznością swej tragedii. Uczyli ich od początku że mają się przyzwyczaić, bo tym był właśnie ich zawód, był sztuką przyzwyczajenia, był wielką księgą doświadczeń których nie potrafiła zastąpić żadna pochłonięta wiedza, nikt na ten temat głośno nie rozmawiał bo wydawało się to po prostu oczywiste, uspokój się, przecież każdy wie że nic złego nie zrobiłeś. Uspokój się, tak się zdarza. Ludzie umierają w wypadkach. Tak się zdarza. Ludzie umierają we śnie. Tak się zdarza. Ludzie umierają zanim zdążysz ocenić co tak naprawdę dzieje się z ich organizmem. Tak się zdarza. Nawet ktoś podobny do niego, o szorstkim, miejscami mało przystępnym dla innych usposobieniu pamiętał wyraźnie moment gdy stwierdzał swój pierwszy zgon, pamiętał, że przy włączonym przepływie tlenu mężczyzna wciąż wydawał się żywy, pamiętał, jak osunął mu maskę i przyznał gorzko, że ocena oddechu w wytycznych jest niepotrzebnie podkreślana bo wszystko staje się widoczne już przy pierwszym swobodnym przekroczeniu progu sali, pamiętał spazm, w jakim ciało poruszyło jeszcze żuchwą i pamiętał te oczy, oczy których nie jest w stanie się pomylić z niczym innym.
Ludzie mogą zostać okaleczeni na całe swoje życie. Tak się zdarza. Wiedział że znali ich dziesiątki, może setki i łatwo było im popaść jedynie w statystykę, łatwo było zapomnieć jak sklepienie czyjegoś świata zwyczajnie się rozpada, jak oś wokół której obracały się planety czyjejś codzienności momentalnie zanika tworząc jedynie chaos. Oleander należał przecież do zawodów bliskich ochronie zdrowia które podobnie widziały niezwykle wiele, a może więcej nieszczęśliwych wydarzeń skupiając się na ratowaniu ze zgliszczy tego, co mogło pozostać żywe. Nie wiedział, czy wyraźnie mu współczuł, raczej niekoniecznie, prędzej zapamiętał jego silną obecność, pamiętał że pośród wszystkich planowych i nagłych osób on pozostał najdłużej będąc czymś znacznie więcej niż nazwiskiem które ktoś zdołał wpisać w stan oddziału.
- Cisza - momentalnie wyróżnił, zupełnie jakby był szczególnie wyczulony na takie określenie. - Odważne słowo, na całe szczęście jedynie o stołówce - wybaczył wspaniałomyślnie, bo cisza w terytorium szpitala była czymś zakazanym, czymś, o czym nie można mówić, tak samo jak nie życzyło się nikomu spokojnego dyżuru, zsyłając na niego klątwę po której miał przeklinać każdą bezlitosną godzinę spędzona w wymiarze pracy. Siedząc za stołem w bezpiecznie-niebezpiecznej odległości, wibrującej napięciem na powierzchni jego skóry, prezentował się tak jak zawsze, zupełnie, jakby przez te lata nic się nie zmieniło, miał w sobie pewne skupienie nieodmienne jak zwierzę, które z całym instynktem śledziło czyjeś ruchy, czekając na odpowiedni moment, tak jakby sam tylko czekał aby podjąć się działań i zniknąć za drzwiami bloku operacyjnego. Ludzie mogli nie rejestrować jego twarzy, ale pamiętali spojrzenie - ten chłód niebieskich tęczówek który może dosięgać innych w sposób, w jaki dosięga stal, wyróżniających się najbardziej z ogółu całej jego fizjonomii.
- Podoba ci się chociaż kierunek, jaki sobie wybrałeś? - odsunął się nonszalancko, wbijając plecy w niespecjalnie wygodne, plastikowe oparcie krzesła. Upił kilka łyków kawy, ostrożnie, upewniając się czy nie była zbyt gorąca. Zapytał go dosyć lekko, bo nie chciał nigdy być wścibski i nie chciał również dociekać ponieważ tak wypadało. Ton, w jakim wszystko powiedział, zdradzał, że tak naprawdę Oleander nie musi nic mu wyjaśniać, że zadowoli się wszystkim, nawet milczeniem albo ochłapem zupełnie wymijającego oznajmienia.
- Mam nadzieję, że tak. Zawsze wyglądałeś na kogoś - zauważył, dosięgając go uważniejszym spojrzeniem niż poprzednio - kto nie brnie w rzeczy, które go nie interesują. - Przechylił kubek z napojem.
A teraz?

oleander everhart

you’re not coming back from there

: śr cze 24, 2026 11:09 am
autor: oleander everhart
Były pytania, które ludzie zadawali wyłącznie z uprzejmości niczym społeczne przecinki wstawiane pomiędzy kolejne wzmianki o samym sobie, na które druga strona odpowiadać miała automatycznie i bez większego znaczenia skrytego pod kurtuazją kształtnie sparowanych ze sobą wyrazów, pięknych jak jajo Fabergé, ale pustych jak wydmuszka.

Co słychać?
Jak leci?
Jak się trzymasz, Ollie?
Bezbarwne i mdłe w smaku, ale przydatne w procesie podtrzymywania znajomości, które z jakiegoś powodu się człowiekowi opłacały (albo którym nie wypadało odmówić, zwykle w związku z więzami krwi albo jakimś rodzajem korzyści, z którymi się wiązały). Pozostawiały po sobie poczucie dobrze spełnionego obowiązku i… w sumie nic więcej.

Ale potem istniał także ten drugi, znacznie rzadszy rodzaj pytań dający drugiej stronie pełen zakres możliwości względem tego, jak na nie odpowie - i czy w ogóle. Były jak świeży haust powietrza, jak pierwsze liźnięcie słońcem po długiej zimie, gdy ciało zdążyło dawno już zapomnieć, że czasem zdarza mu się nie marznąć i nie kurczyć w sobie pod wpływem przeszywającego chłodu.
Oleander nie odpowiedział od razu.
Zamiast tego, pozwolił pytaniu Jude’a zawisnąć pomiędzy nimi z pozorną lekkością, tuż nad blatem stolika, kontrastując z tą samą ciszą, której naiwne docenienie Iverson przed chwilą mu wytknął (i słusznie). Prawda była taka, że od momentu jego wybudzenia się ze śpiączki, opuszczenia szpitala i powrotu na łono społeczeństwa, społeczeństwo to zdawało się być znacznie bardziej zainteresowanym tym, co stało się kiedy Oleander prawie umarł niż tym, co próbował zrobić ze zwróconym mu przez los lekarzy życiem. Ollie rozumiał to zjawisko, i dlatego też nie buntował się przeciwko niemu. Przyszłość, a zwłaszcza tak nieekscytująca jak ta, która najpewniej czekała jego samego, była wszak raczej dość nudnym tematem do rozmów, zwłaszcza w porównaniu z katastrofą, przez jego rozmówców doświadczaną ze współczuciem, ale jednocześnie z bezpiecznej odległości.

To, natomiast, co przyszło zaraz po iversonowym pytaniu o jego studia, wydało się brunetowi jeszcze ciekawsze. Jakkolwiek go przy tym nie skonfundowało. Uniósł brew, z gestu tego zdając sobie sprawę dopiero wówczas, gdy jej łuk zdołał się już wysforować w górę, tym samym marszcząc mu czoło pojedynczą, cienką zmarszczką. Odchylony w ten sposób na krześle, Jude jakimś sposobem wydawał się wyższy niż zwykle, ale nadal niższy od niego samego, i drobniejszy w ramionach i biodrach.
Kiedy znali się wcześniej - nie tyle w p o p r z e d n i m, co w d a w n y m życiu, Ollie nie dawał sobie prawa by zwrócić na to uwagę (tak, jak nie dawał sobie również przyzwolenia na myśl, że ktokolwiek-kiedykolwiek mógłby go jeszcze pragnąć). Teraz jednak, kiedy tak siedzieli równi sobie na przeciwko siebie, czynienie podobnych spostrzeżeń zdawało się nieuniknioną koleją rzeczy.

- Tak - Odparł w końcu powoli, i gdyby Jude był przyjaciółką jego młodszej siostry, albo higienistki, z uprzejmą ostrożnością starającą się wypełnić ciszę w trakcie pobierania mu krwi do rutynowych testów, Oleander opowiedziałby mu teraz o swoim najbardziej ulubionym (Wstęp do Psychopatologii Klinicznej) i najmniej ulubionym (Zaawansowane Narzędzia Statystyczne, moduł 2) przedmiocie, o projekcie, który miał mu pomóc w przygotowaniach do pisania dysertacji, o nadchodzących praktykach na dziennym oddziale dla osób z zaburzeniami nastroju, a nawet o obszernym rombie kampusowego dziedzińca, na którym zwykł – i lubił – wypijać kawę przed zajęciami, a po później zmianie w bibliotece. Ale Jude nie był rówieśniczką jego siostry, ani troskliwą pielęgniarką.
W tym samym rytmie, w którym Jude wychylił się do tyłu, Oleander pchnął teraz własne ciało w przód o kolejną szczyptę centymetrów, opierając łokcie na blacie stolika. On także upił łyk kawy. On także przyglądał się teraz rozmówcy uważniej niż przed chwilą.
- Zwykle nie brnę też w rzeczy, które mi się nie podobają.
Ot, przynęta. Szybciej niż zdążyłby ją przemyśleć. Odruch bezwarunkowy, sprawka czegoś, co zazwyczaj trwało w jego wnętrzu w ukryciu przed oczami świata. Trzeba było wiedzieć jak patrzeć.
Wciągnął powietrze przez nozdrza, i wypuścił je dokładnie tą samą drogą. Miarowo, jak człowiek w skupieniu stąpający po lodzie tak cienkim, że wystarczyłby jeden mniej ostrożny ruch by skonfrontować się z niebezpiecznym chłodem trwającej pod nim wody. Przełknął cicho.
- A ty?

Jude Iverson

you’re not coming back from there

: pt lip 17, 2026 9:15 pm
autor: Jude Iverson
Decyzje i konsekwencje. Świat wewnątrz którego żyje wymaga żelaznych zasad - jest szorstki jak wysunięty zza balustrady zębów rozplątujący się język drapieżnika, oddziela mięso od kości, sukcesy od gorzkich błędów i zamierzone skutki od powikłań, świat jego to świat podziałów, gdzie wszystko, nawet pozornie bierne oczekiwanie odciska się rozżarzonym jak biała gwiazda prętem na otępiałej skórze. Potrafi się w tym odnaleźć. Wie, że wszystko co zacznie będzie musiał dokończyć. Wie, jak po każdym kroku niesamowicie trudno się wycofać. Wie, wie to wszystko na pozór nieświadomie, na pozór w pieśniach instynktu zalegających skręconym bluszczem w jego głowie, na pozór w każdym oddechu który rozgrzaną falą opuszcza jego usta. Jest tego dziełem. Produktem. Nauczył się przede wszystkim jednego - znaczenia w wielu płaszczyznach słowa nieodwracalność. Zna jego ciężar, posmak. Nauczył się, wyjątkowo, jak silnie potrafi boleć brak możliwości zmiany, dlatego nie jest osobą która się zatrzymuje. Został tym kim miał zostać, tak jakby wszystko co tkwiło w jego zasięgu tworzyło barwne, obszerne pole operacyjne, interpunkcje kolejnych prężących się włókien tkanek. Wydawał się właśnie taki - zawsze w ruchu, z narzędziem które nie potrafi opuścić jego dłoni. Jego wzrok ma obecność, nie można go zignorować - zawsze skupiony, czujny. On dobrze wie o tym wszystkim - i dobrze wie, w jaki sposób
powinien mu odpowiedzieć.
On. Przekraczał w tej chwili linię, pozornie tylko niewinnie, z godną pozazdroszczenia gracją sączącej się grupy słów. Potrafił to równie szybko pochwycić i po raz pierwszy nie uznał, że nie powinien. Wiedział, że jako pracownik szpitala miał zawsze pewien przywilej do oglądania ludzi w przenikliwych momentach ich słabości i brzydził się, by korzystać z niego w perfidny i brudny sposób. Na szczęście minęły lata, a on dawno przestał widzieć w nich wykrojone w stereotypach figury lekarza i pacjenta, prędzej, w tej jednej chwili mógł widzieć ich jako ludzi powiązanych z tragedią, którzy przeszli przez wiele, o wiele więcej niż zamierzali na początku przewidywać. Uwielbia działać pod presją. Gęstość, która rozlewa się niczym słodkawy napój pomiędzy ich sylwetkami nie wydaje się w żaden sposób mu przeszkadzać, zupełnie jakby w ogóle obecnie jej nie odczuwał - ale ją czuje - odczuwa ją całym sobą.
- Nic mnie tutaj nie trzyma - nie każe mu długo czekać. Nie wydaje się tym w żaden sposób speszony, spojrzenie rozcina przestrzeń celując w twarz Everharta. Nie miał wcale powodu by się wcześniej odezwać. Nie musiał w tej chwili siedzieć, nie musiał też z nim rozmawiać. Mógł dawno znaleźć się w domu bo zdołał zakończyć dyżur, a jednak wciąż siedział tutaj jak zwierzę któremu najwyraźniej zaczęły odpowiadać warunki w jakich miało teraz okazję się odnaleźć. Był tutaj, bo był ciekawy - był tutaj, bo podjął przed krótką chwilą taki wybór, był tutaj bo nie miał najmniejszego zamiaru się wycofać. Nie szukał odpowiedzi - dlaczego. Nie potrzebował jej.
Chciał.
- Potraktuj to jak odpowiedź.
Jego zdania ściekały bez większej dozy przejęcia, chociaż były stworzone, by dostać się znacznie głębiej pod wyuczoną, wytresowaną okładkę fizjonomii. Był przekonany że Oleander to zrozumie. Jego dłoń osunęła się, gładząc krańcami palców rozgrzaną, papierową ścianę kubka, z pewną czcią i przejęciem - zupełnie jakby miał obejmować coś znacznie bardziej odległego.
- Oby szybko minęło. Pewnie myślami jesteś już przy czym innym - przy n a s , przy tej rozmowie, przy całym znaczeniu słów, pociągał za sznur napięcia jedynie po to, by ostatecznie później go rozluźnić. Robił to z całkowitą, wyraźną premedytacją, drwiąc w swojej symbolice i śmiejąc się niemal w twarz.
- Żarty żartami, ale to miejsce nie zastąpi nawet najgorszej biblioteki - stłumienie po wrzasku burzy. Cisza. Cisza. Zakończył, jakby przed chwilą nie było nic szczególnego, jakby to była tylko zwykła rozmowa, jedna z wielu które będą mogli prowadzić w swoim życiu. Pozwolił, aby kurz całkiem opadł.
Na chwilę. Na krótką chwilę.

oleander everhart

you’re not coming back from there

: ndz sie 02, 2026 11:34 am
autor: oleander everhart
W jakimś innym uniwersum - to jest w takim, może, w którym Jude byłby o parę lat młodszy, a Oleander o rok lub dwa starszy - spotykali się nie na szpitalnej stołówce, i nie po dzielonej na dwoje traumie, wspólnej, choć doświadczonej z dwóch różnych krańców tej samej historii, a w kącie czyjegoś małego, zadymionego salonu skąpanego w burgundowym świetle nierówno rozstawionych lamp, ciasnego rozmowami prowadzonymi albo za cicho, albo za głośno, ale zawsze sponad krawędzi wypełnionych tanim alkoholem, jednorazowych kubków, w tym wyizolowanym ułamku doby, w którym nikt nie ma już siły tańczyć, ale nikt jeszcze nie rzyga i nie wzywa taksówki do domu. To - tego typu studenckie imprezy, tego typu spontaniczne, jednonocne przyjaźnie, głębokie jak rana kłuta, ale ostatecznie bez żadnego ciągu dalszego gdy nastanie wreszcie ciężki, dłużący się poranek - wydawało się bardziej adekwatnym, typowym kontekstem dla podobnych rozmów.
- Nic mnie tutaj nie trzyma.
Ollie odruchowo zmrużył nieco oczy, sunąc spojrzeniem po sylwetce lekarza z cierpliwym, zaciekawionym sceptycyzmem. Tak, gdyby byli na domówce, wepchnięci w ciasne objęcia jakiejś wysłużonej kanapy, stykając się kantem ud i co jakiś czas wymieniając się jednym tylko kubkiem pełnym coli i whiskey, albo innego, równie obrzydliwego specyfiku, Everhart pewnie miałby się ochotę z nim teraz pokłócić. Czy Jude był pewien? Stwierdzenie takie zakładało wiarę w istnienie wolnej woli, i było, w uznaniu Ollie'go, hipotezą dość egocentryczną. Sam wierzył oczywiście w wewnętrzną motywację, i - jeszcze bardziej - w to, że samodyscyplina potrafiła uczynić ludzi lepszymi wersjami samych siebie, zaś jej brak stawał się przepisem na porażkę i najróżniejsze odmiany życiowej degrengolady. Ale było coś zuchwałego w zakładaniu, że człowiek zawsze miał wybór, i że jego decyzje nie wynikały z całego konglomeratu podświadomych czynników, drobnych zbiegów okoliczności, błędów poznawczych i innych czynników, na które zwyczajnie nie miało się wpływu. I ba, o których zwyczajnie nie miało się pojęcia.
Ale ponieważ nie znajdowali się wcale na żadnej imprezie, a Ollie czuł się manieryzmami Iversona zwyczajnie onieśmielony (nie bez dużej dozy fascynacji; nieśmiałość i wytrwała ciekawość tego, co wydarzy się dalej, prowadziły teraz w jego wnętrzu jakiś bizarny, intymny sparring), nie zadał mu pytania o istnienie wolnej woli, zakładając z góry, że może źle odczytał jego słowa, może dopatrywał się w nich więcej, niż faktycznie w nich było i, jeszcze gorzej, może po prostu zwyczajnie się ośmieszy zakładając, że wypowiedź drugiego bruneta była o wiele głębsza w treści, niż była w rzeczywistości.
- Tak zrobię - Potwierdził; posłuszny, zadowalając się taką właśnie odpowiedzią, jakiej Jude chciał mu udzielić. Zawiesił wzrok na jego dłoni, rozproszony nieco zaskakującą delikatnością, z którą opuszki męskich palców wykreślały na cienkiej tekturze ostrożny, niewidzialny wzór. Nie wiedział, czemu trochę go to zaskoczyło; przecież chirurdzy musieli mieć bardzo skrupulatne dłonie, bardzo wrażliwe na to, czego akurat dotykały, i jaki koniec świata starały się powstrzymać przed zaistnieniem. Z jakiejś przyczyny jednak nigdy nie poświęcił rękom Iversona większej, świadomej uwagi. Aż do teraz.
- Hm? - Mruknął, zanim udało mu się zebrać myśli - Ostatnio staram się bywać myślami dokładnie tam, gdzie znajduję się ciałem... - Przyznał. Był z pokolenia Z, więc wychował się na całej tej medialnej papce o istotności mindfulness, o ćwiczeniach oddechowych na lęk i o tym, że należało być w życiu przede wszystkim obecnym i uważnym, i całe to pranie mózgu odbijało mu się czasem czkawką; w momentach jak ten, na przykład. Skrzywił się lekko - Nie powiem, żeby zawsze mi się udawało. A więc tak, myślami jestem trochę gdzie indziej.
Przy nas. Przy tym, może, co mogłoby się wydarzyć gdyby Ollie nie musiał iść na zajęcia, a Jude wracać do własnej rzeczywistości. Przy możliwościach, jakie dawałoby im wystąpienie z krępujących ruchy i decyzje ról, w których uparcie trwali dotychczas - niekonieczne z własnego wyboru, ale teraz już chyba bardziej z przyzwyczajenia niż prawdziwej konieczności.
Zarumienił się. I kawa była od dawna już zbyt chłodna, by mógł wytłumaczyć ów rumieniec bijącą od niej aurą ciepła.
- Co robisz później? - Wyrwało mu się spomiędzy warg; zwyczajne, choć trochę infantylne w swojej prostocie pytanie, zwłaszcza do pary z jakąś nieśmiałością, która wkradła się pomiędzy zgłoski. Czy pytał o dzisiaj? Czy może raczej o zwyczajowy przebieg dni Iversona - co ze sobą robił, gdy opuszczał mury szpitala (opuszczał je w ogóle? czy już kompletnie zrósł się z molochem jak niektórzy lekarze starej szkoły)? Pytanie Oleandra w gruncie rzeczy mogło nie mieć żadnego drugiego dna; ale mogło też nieść ze sobą sto różnych interpretacji. Wybór, po raz kolejny, postanowił pozostawić rozmówcy.

Jude Iverson

you’re not coming back from there

: wt sie 04, 2026 11:18 pm
autor: Jude Iverson
Minęła więcej niż chwila, zanim zdążył zrozumieć, że wszystko, co ich łączyło, tak naprawdę stało się powodem ich podziału; te gęste obrazy wspomnień, godziny nocnych dyżurów które pęczniały w jedną, nienasyconą dobę, niemogącą jak dotąd się zakończyć, sterylny sznur korytarza bladego jak twarze chorych zrośnięte z powierzchnią łóżek, duszny zapach odleżyn i środków do dezynfekcji, wszystko to sprowadzone do granic jednego słowa.

Pacjent.

Słowa, które niemal na zawsze miało już zdefiniować ich relację, słowa, które, powracając po latach stało się bardziej ciężkie i nieprzyjemne niż w środku ścieżek przeszłości. Pacjent. Jeden z pacjentów. Sprawiło, że uwięził go w jednej, niezwykle prostej definicji, sprawiło, że nie wychodził poza profesjonalizm, poza maskę zawodu osuwającą się odtąd zawsze na jego fizjonomię. Sprawiało, że czuł się zawsze źle i niezręcznie, gdy ich spojrzenia, tuż przed opuszczeniem oddziału przez Oleandra, spotkały się nieco dłużej niż powinny, kiedy ich słowa chciały się wpleść w rozmowę, dłuższą, przekraczającą ponure obowiązki oraz garść pytań zadanych podczas wizyty. Sprawiało, wreszcie, że pozostało mu przeżuć jedynie gniew i niepokój, których czerstwe kawałki zaczynały kaleczyć mu fundamenty podniebienia. Nie wiedział nawet, dlaczego zresztą był wściekły, nie była to złość skierowana do Everharta, bardziej sama frustracja, pulsująca bez źródła i szpetna jak pasożyt wczepiony haczykami w narządy jego świadomości. Rzadko zdarzało się, że odczuwał wrażenie, jakby znalazł się blisko paszczy obłędu, rzadko zdarzało się, że odwzajemniał chęć osób które spotykał w pracy, pragnących wyłamać kraty dzielącego ich dystansu, rzadko zdarzała mu się bezwzględna pewność, że gdyby tylko ich losy potoczyły się inaczej, gdyby spotkali się w innych okolicznościach, na przyjęciu, w kawiarni czy nawet w cholernej aplikacji ich znajomość byłaby całkiem inna i przepełniona od emocji, których aktualnie do siebie nie dopuszczał. Nawet, gdyby miała trwać krótko, jak większość jego relacji, mogłaby trwać inaczej. Nie mógł, pomimo upływu czasu, wyprzeć się tej historii, dlatego, że szpital zawsze w pewnym znaczeniu zdołał odbierać ludziom podmiotowość; pośród cewników, wkłuć obwodowych i rutynowych badań, podsuwanych do góry materiałów i odsłoniętej skóry nie było miejsca na odczucia odmienne od oceny i diagnozy. Było to naturalne; było to kwestią, która towarzyszyła wszystkim pracownikom bez względu na ich prywatne skłonności i opinie. Słowo pacjent tworzyło zamknięte drzwi. Słowo pacjent nie miało prawa zostawiać niedomówień.

Przyznał się, w tym momencie, przed samym sobą, że zdołał popełnić błąd; wyrzucał sobie, że niepotrzebnie ciągnął dalej ich grę, z początku próżny i dumny, z poczuciem spływającym przyjemnym dreszczem po wychyleniach jego kręgosłupa. Przyznał się, że to, co uczynił było nieracjonalne i że zwyczajnie nie powinien tego robić, nie mogąc wyjść z tamtej roli, odczytane przejęcie uznając tylko za nadużycie swojej władzy, jaką wierzył, że sprawował ze względu na hierarchię, ze względu na to, że właśnie on widział Everharta w chwilach jego słabości, a nie odwrotnie. Nic mu nie pomagało, żadne, dostępne i raptownie wypchnięte na scenę myśli usprawiedliwienie, żadne każdy może być pacjentem, lekarze są pacjentami, on również pełnił zawód obchodzący się z kruchym, ludzkim życiem, nie, nic mu nie pomagało i rosło w nim szarpnięciami paroksyzmów. Nie było na to lekarstwa, nie istniało banalne rozwiązanie.
- To samo, co każdy człowiek - powiedział jednak świadomy, że musi kontynuować i przełknąć tym samym syrop konsekwencji - mam swoje obowiązki i rzeczy, które w danej chwili uznaję za przyjemne - znowu lekka neutralność podszyta czymś znacznie innym. Upił kolejnych kilka łyków uszczuplającego się napoju, kubek stawał się pusty, a on w zamian za to wbijał się w niewygodne krzesło coraz bardziej, wszystko mu przeszkadzało, wszystko go uwierało, wszystko chciał z siebie zdrapać. Uderzyłby nawet w stolik, przewracając go, aby dłużej już nic nie stało między nimi, bo właśnie teraz był wściekły, nie lubił się nigdy tłamsić, nie lubił jedynie brodzić po wyjaśnieniach zamiast zanurzyć się na ich całej rozległej głębokości. Chciał mu powiedzieć, żeby wreszcie skończyli i żeby teraz wyciągnął go z tego bagna, bo odkrył, że jeśli zrobi to samodzielnie, uzna to za niezgodne z zasadami, według których funkcjonuje. Chciał mu powiedzieć, że jeśli się myli, niech uda się w swoją stronę.
- Niczym się nie różnimy - zauważył z rysującym się, wątłym cieniem uśmiechu; wydawał się jednak być czymś poważniej pochłonięty, ze smutkiem schowanym w punktach jego źrenic, jakby pokrótce przeżył żałobę czegoś, co nie miało okazji nawet się narodzić. Ich zawód był zawodem jak setki innych profesji, tylko, że obchodzili się z czymś zdecydowanie bardziej delikatnym; dlatego każdy traktował go inaczej, a oni, pomimo starań, nie byli w stanie się odciąć, całkowicie, doszczętnie od wyznaczonych przez niego obowiązków. Niczym się nie różnili, tak samo mieli marzenia, tak samo jak zresztą inni czekali na odpoczynek, tak samo chorowali, tak samo też mieli umrzeć.
- Czasami jedynie - dodał - trzeba nam to przypomnieć - niknęli w wirze przypadków, w oddechu ciągłej, niedającej się przerwać odpowiedzialności. Odsłonił się; oddawał mu teraz wszystko, wszystkie narzędzia, słowa, gdy stygnął w oczekiwaniu.

oleander everhart