Kiss me, baby?
: ndz maja 24, 2026 12:33 pm
Niewątpliwie Charly Hayes nie urodziła się pod szczególnie szczęśliwą gwiazdą albo może inaczej — jeśli kiedyś była, to właśnie definitywnie przestała świecić.
W ciągu zaledwie kilku dni zdążyła spalić jedyną patelnię, jaką miała, a na nową… zwyczajnie nie było jej stać. Jakby tego było mało, niewiele brakowało, a zaczęłaby swoją przygodę w Toronto od mandatu — wszystko przez moment nieuwagi i fakt, że bardziej niż na drogę patrzyła wtedy na własne myśli, całkowicie „przeoczając” pasy dla pieszych. Od tamtej pory niewiele się poprawiło. Rozdała chyba z milion CV — przynajmniej tak to odczuwała — i mimo że każde z nich wyglądało wystarczająco dobrze, by ktoś chociaż oddzwonił, telefon uparcie milczał. Dni zaczynały się i kończyły w ten sam sposób: od krótkiej nadziei do irytującej ciszy.
Najgorsze były jednak wieczory. Bo wtedy nie dało się już zagłuszyć myśli kolejnym spacerem po mieście, poprawianiem portfolio czy przeglądaniem nowych ogłoszeń. Wieczorami wracało wszystko — Nowy Jork, śmierć rodziców, pustka mieszkania, którego nie potrafiła jeszcze nazwać domem i to nieprzyjemne uczucie, że dorosłość przyszła zdecydowanie za wcześnie. Charly zawsze wydawało się, że ludzie trochę przesadzają z tym całym „odnajdywaniem siebie”, a potem nagle sama znalazła się w miejscu, w którym nie miała pojęcia, kim właściwie jest i czego oczekuje od własnego życia.
Dlatego kiedy w końcu odebrała telefon z zaproszeniem na rozmowę kwalifikacyjną, przez dobre dziesięć minut siedziała bez ruchu na łóżku, wpatrując się w ekran aparatu, jakby bała się, że zaraz ktoś oddzwoni i powie, że to jednak pomyłka.
Tak się na szczęście nie stało, dzięku czemu teraz wychodziła z budynku z szeroko otwartymi oczami i sercem bijącym tak mocno, że aż robiło jej się niedobrze. Dostała tę pracę. Naprawdę ją dostała!
Przez chwilę stała jeszcze przed wejściem kompletnie oszołomiona, ściskając w dłoni pasek torby tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. Czuła jak adrenalina miesza się ze stresem, ulgą i czymś niebezpiecznie przypominającym szczęście. Takie prawdziwe, a nie chwilowe, czy wymuszone, kiedy człowiek uśmiecha się tylko dlatego, że wypada. Pierwszy raz od dawna miała wrażenie, że może jednak nie tonęła aż tak bardzo, jak myślała. I chyba właśnie dlatego zrobiła coś kompletnie idiotycznego.
Bo kiedy obok niej przeszedł ktoś przypadkowy — ktoś, kto po prostu znalazł się w złym miejscu o bardzo konkretnym czasie — Charly zareagowała całkowicie impulsywnie.
Odwróciła się gwałtownie, złapała tę osobę za rękaw i wspinając się lekko na palce, pocałowała ją prosto w usta; krótko, chaotycznie. Pod wpływem emocji, które buzowały w niej od kilkunastu minut i najwyraźniej właśnie postanowiły znaleźć ujście. Nie było w tym pocałunku nic romantycznego, ani żadnej subtelności, napięcia czy innego motywu rodem z filmowych scen. Był impulsem. Czystą, nieskalaną ulgą, która w jednej sekundzie wylała się z niej w najbardziej absurdalny sposób, jaki tylko mogła wybrać.
Dopiero sekundę później dopadła ją świadomość własnego czynu, zmuszając do gwałtownego odsunięcia się. Ciężki oddech unosił wysoko klatkę piersiową drobnej postaci, a policzki oblała znajoma czerwień, będąca często objawem zarówno stresu, jak i ekscytacji. Spojrzała na stojącą przed sobą osobę szeroko otwartymi oczami, po czym… zamiast przeprosić, na jej twarzy pojawił się szeroki, niemal dziecięco szczęśliwy uśmiech.
— Dostałam pracę — powiedziała dumnie, niemal z niedowierzaniem, jakby właśnie dzieliła się tą informacją z kimś bliskim. Dopiero po chwili zamrugała kilka razy szybciej, uświadamiając sobie, że prawdopodobnie właśnie pocałowała kompletnie obcego człowieka. Człowieka, który przytłoczony nagłym gestem sympatii mógł odpowiedzieć w każdy możliwy sposób, bo Hayes, jak zwykle nie pomyślała, dając się ponieść głupiej chwili.
Noe Villeneuve-Scott
W ciągu zaledwie kilku dni zdążyła spalić jedyną patelnię, jaką miała, a na nową… zwyczajnie nie było jej stać. Jakby tego było mało, niewiele brakowało, a zaczęłaby swoją przygodę w Toronto od mandatu — wszystko przez moment nieuwagi i fakt, że bardziej niż na drogę patrzyła wtedy na własne myśli, całkowicie „przeoczając” pasy dla pieszych. Od tamtej pory niewiele się poprawiło. Rozdała chyba z milion CV — przynajmniej tak to odczuwała — i mimo że każde z nich wyglądało wystarczająco dobrze, by ktoś chociaż oddzwonił, telefon uparcie milczał. Dni zaczynały się i kończyły w ten sam sposób: od krótkiej nadziei do irytującej ciszy.
Najgorsze były jednak wieczory. Bo wtedy nie dało się już zagłuszyć myśli kolejnym spacerem po mieście, poprawianiem portfolio czy przeglądaniem nowych ogłoszeń. Wieczorami wracało wszystko — Nowy Jork, śmierć rodziców, pustka mieszkania, którego nie potrafiła jeszcze nazwać domem i to nieprzyjemne uczucie, że dorosłość przyszła zdecydowanie za wcześnie. Charly zawsze wydawało się, że ludzie trochę przesadzają z tym całym „odnajdywaniem siebie”, a potem nagle sama znalazła się w miejscu, w którym nie miała pojęcia, kim właściwie jest i czego oczekuje od własnego życia.
Dlatego kiedy w końcu odebrała telefon z zaproszeniem na rozmowę kwalifikacyjną, przez dobre dziesięć minut siedziała bez ruchu na łóżku, wpatrując się w ekran aparatu, jakby bała się, że zaraz ktoś oddzwoni i powie, że to jednak pomyłka.
Tak się na szczęście nie stało, dzięku czemu teraz wychodziła z budynku z szeroko otwartymi oczami i sercem bijącym tak mocno, że aż robiło jej się niedobrze. Dostała tę pracę. Naprawdę ją dostała!
Przez chwilę stała jeszcze przed wejściem kompletnie oszołomiona, ściskając w dłoni pasek torby tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. Czuła jak adrenalina miesza się ze stresem, ulgą i czymś niebezpiecznie przypominającym szczęście. Takie prawdziwe, a nie chwilowe, czy wymuszone, kiedy człowiek uśmiecha się tylko dlatego, że wypada. Pierwszy raz od dawna miała wrażenie, że może jednak nie tonęła aż tak bardzo, jak myślała. I chyba właśnie dlatego zrobiła coś kompletnie idiotycznego.
Bo kiedy obok niej przeszedł ktoś przypadkowy — ktoś, kto po prostu znalazł się w złym miejscu o bardzo konkretnym czasie — Charly zareagowała całkowicie impulsywnie.
Odwróciła się gwałtownie, złapała tę osobę za rękaw i wspinając się lekko na palce, pocałowała ją prosto w usta; krótko, chaotycznie. Pod wpływem emocji, które buzowały w niej od kilkunastu minut i najwyraźniej właśnie postanowiły znaleźć ujście. Nie było w tym pocałunku nic romantycznego, ani żadnej subtelności, napięcia czy innego motywu rodem z filmowych scen. Był impulsem. Czystą, nieskalaną ulgą, która w jednej sekundzie wylała się z niej w najbardziej absurdalny sposób, jaki tylko mogła wybrać.
Dopiero sekundę później dopadła ją świadomość własnego czynu, zmuszając do gwałtownego odsunięcia się. Ciężki oddech unosił wysoko klatkę piersiową drobnej postaci, a policzki oblała znajoma czerwień, będąca często objawem zarówno stresu, jak i ekscytacji. Spojrzała na stojącą przed sobą osobę szeroko otwartymi oczami, po czym… zamiast przeprosić, na jej twarzy pojawił się szeroki, niemal dziecięco szczęśliwy uśmiech.
— Dostałam pracę — powiedziała dumnie, niemal z niedowierzaniem, jakby właśnie dzieliła się tą informacją z kimś bliskim. Dopiero po chwili zamrugała kilka razy szybciej, uświadamiając sobie, że prawdopodobnie właśnie pocałowała kompletnie obcego człowieka. Człowieka, który przytłoczony nagłym gestem sympatii mógł odpowiedzieć w każdy możliwy sposób, bo Hayes, jak zwykle nie pomyślała, dając się ponieść głupiej chwili.
Noe Villeneuve-Scott