enter crime scene
: ndz maja 24, 2026 9:42 pm
outfit
Ta noc nie należała do niej.
Mogłaby przysiąc, że ten dom jej nienawidził. Już samo przejście przez ogród było jak pieprzony tor przeszkód dla alkoholików i ludzi o mocnych nerwach. Mokra trawa, jakieś ceramiczne krasnale matki patrzące tymi szklanymi oczkami w nicość. Sceneria jak z pieprzonego horroru, a mrok i cisza, gdy wszyscy o tej godzinie spali jedynie potęgowała to uczucie. Kilka godzin temu nie czuła takiego oporu, gdy kradła samochód ojca, który stał na podjeździe. Mustang teraz miał kilka wgnieceń, a w bagażniku w transporterze siedział lis, którego zamierzała wywieźć za granicę. Głupia Kanada i prawo, które nie pozwalało hodować tych słodziaków. Nie mogła po prostu tak wypuścić zwierzęcia na wolność, bo Rudzielec wychował się w warunkach domowych i nie przetrwałby w dziczy. Miała przez to tylko same problemy i zjebany humor - chociaż w tym miał też udział Noe, który pozostawił ją na środku ulicy. Czuła że po ich małej zabawie będzie miała jutro sporo siniaków, a malinki na szyi nie zakryje żadnymi trickami makijażowymi, ale trudno. Musiała najpierw ogarnąć papiery. Zdobyć jakikolwiek dokument potwierdzający, że była właścicielką psa o podobnym umaszczeniu. Może serio uda jej się nabrać jakiegoś celnika, że właśnie psa przewozi w transporterze? Było w końcu ciemno, a na granicy mało kto podejrzewałby przykładnego obywatela o przewóz nielegalnego zwierzęcia.
To musiało się udać. Lepszego planu nie miała, więc walić to. Będzie jak będzie.
Podeszła od tyłu - tak jak kiedyś, gdy wracała po imprezach i nie chciała, żeby stary robił jej awanturę. Teraz nie byli w lepszych stosunkach, ale miała cichą nadzieję, że ten był gdzieś na misji - w końcu był wojskowym, więc fajnie jakby działał na korzyść ich kraju, a nie siedział w domu. Uśmiechnęła się, gdy wymacała dłonią okno od pralni, które się nie domykało. Podważyła je scyzorykiem i skrzywiła się, gdy narobiła hałasu. Przez chwilę nasłuchiwała, bo obawiała się, że zleci się pół osiedla, które wybudziła tymi dźwiękami, ale nic się nie stało. Serce napierdalało jej jak po trzech kreskach i energetyku kiedy niezgrabnie przeciskała się przez otwór.
Ostrożnie postawiła stopy na panelach i zastygła w miejscu czekając na cokolwiek. Nic. Jedynie słyszała równomierne buczenie lodówki w kuchni, więc wydawało jej się, że wszystko szło sprawnie. Powinna się domyśleć, że coś było zbyt łatwo. Powoli się skradała do swojego dawnego pokoju. Stara podłoga skrzypiała przy każdym kroku zdradzając jej położenie, ale nie przejmowała się tym, bo w końcu była sama. Otworzyła drzwi i rozejrzała się po wnętrzu szukając swojej szafy, w której kiedyś trzymała wszelkie dokumenty z pracy, a trochę tego miała, bo prowadziła własną działalność jako behawiorystka.
Sięgnęła po karton z góry i głośno przeklęła, gdy stos kartek runął na podłogę. Nie ma co złodziejka była dziś z niej wybitna. Włączyła latarkę w telefonie i zaczęła grzebać w dokumentach, bo jedynie marnowała czas na te podchody. Była tak zaabsorbowana całą sytuacją, że nawet nie usłyszała kroków na korytarzu. O obecności innych ludzi uświadomiła sobie dopiero wtedy, gdy ktoś stanął za nią i przyłożył broń do jej pleców. Kurwa... To była Policja...
Aaron Blackwood
Ta noc nie należała do niej.
Mogłaby przysiąc, że ten dom jej nienawidził. Już samo przejście przez ogród było jak pieprzony tor przeszkód dla alkoholików i ludzi o mocnych nerwach. Mokra trawa, jakieś ceramiczne krasnale matki patrzące tymi szklanymi oczkami w nicość. Sceneria jak z pieprzonego horroru, a mrok i cisza, gdy wszyscy o tej godzinie spali jedynie potęgowała to uczucie. Kilka godzin temu nie czuła takiego oporu, gdy kradła samochód ojca, który stał na podjeździe. Mustang teraz miał kilka wgnieceń, a w bagażniku w transporterze siedział lis, którego zamierzała wywieźć za granicę. Głupia Kanada i prawo, które nie pozwalało hodować tych słodziaków. Nie mogła po prostu tak wypuścić zwierzęcia na wolność, bo Rudzielec wychował się w warunkach domowych i nie przetrwałby w dziczy. Miała przez to tylko same problemy i zjebany humor - chociaż w tym miał też udział Noe, który pozostawił ją na środku ulicy. Czuła że po ich małej zabawie będzie miała jutro sporo siniaków, a malinki na szyi nie zakryje żadnymi trickami makijażowymi, ale trudno. Musiała najpierw ogarnąć papiery. Zdobyć jakikolwiek dokument potwierdzający, że była właścicielką psa o podobnym umaszczeniu. Może serio uda jej się nabrać jakiegoś celnika, że właśnie psa przewozi w transporterze? Było w końcu ciemno, a na granicy mało kto podejrzewałby przykładnego obywatela o przewóz nielegalnego zwierzęcia.
To musiało się udać. Lepszego planu nie miała, więc walić to. Będzie jak będzie.
Podeszła od tyłu - tak jak kiedyś, gdy wracała po imprezach i nie chciała, żeby stary robił jej awanturę. Teraz nie byli w lepszych stosunkach, ale miała cichą nadzieję, że ten był gdzieś na misji - w końcu był wojskowym, więc fajnie jakby działał na korzyść ich kraju, a nie siedział w domu. Uśmiechnęła się, gdy wymacała dłonią okno od pralni, które się nie domykało. Podważyła je scyzorykiem i skrzywiła się, gdy narobiła hałasu. Przez chwilę nasłuchiwała, bo obawiała się, że zleci się pół osiedla, które wybudziła tymi dźwiękami, ale nic się nie stało. Serce napierdalało jej jak po trzech kreskach i energetyku kiedy niezgrabnie przeciskała się przez otwór.
Ostrożnie postawiła stopy na panelach i zastygła w miejscu czekając na cokolwiek. Nic. Jedynie słyszała równomierne buczenie lodówki w kuchni, więc wydawało jej się, że wszystko szło sprawnie. Powinna się domyśleć, że coś było zbyt łatwo. Powoli się skradała do swojego dawnego pokoju. Stara podłoga skrzypiała przy każdym kroku zdradzając jej położenie, ale nie przejmowała się tym, bo w końcu była sama. Otworzyła drzwi i rozejrzała się po wnętrzu szukając swojej szafy, w której kiedyś trzymała wszelkie dokumenty z pracy, a trochę tego miała, bo prowadziła własną działalność jako behawiorystka.
Sięgnęła po karton z góry i głośno przeklęła, gdy stos kartek runął na podłogę. Nie ma co złodziejka była dziś z niej wybitna. Włączyła latarkę w telefonie i zaczęła grzebać w dokumentach, bo jedynie marnowała czas na te podchody. Była tak zaabsorbowana całą sytuacją, że nawet nie usłyszała kroków na korytarzu. O obecności innych ludzi uświadomiła sobie dopiero wtedy, gdy ktoś stanął za nią i przyłożył broń do jej pleców. Kurwa... To była Policja...
Aaron Blackwood