wszystkie razy, gdy byłem idiotą
: pn maja 25, 2026 12:20 am
Wspomnienie przejażdżki Mustangiem wciąż pulsowało pod skórą Noego, jak niezagojona rana, której nie potrafiił przestać rozdrapywać. Dyskusja, która się wtedy wywiązała, była jak stąpanie po kruchym lodzie; próba nazwania czegoś, co od lat balansowało na granicy przyjaźni i obsesji. A potem przyszedł seks. Gorący, niemal brutalny w swoim desperackim pędzie, jakby oboje chcieli wymazać dotychczasową przeszłość albo zmusić teraźniejszość do bycia czymś więcej, niż była w istocie. Było w tym coś zwierzęcego, całkowicie pozbawienie zahamowań. Do czasu. Wypowiedziane przez nią imię – imię faceta, którego kochała – zadziałało jak ostre cięcie, które w ułamku sekundy przerwało jego odurzenie. To było jak płachta na byka, jak wyrok, który ostatecznie uświadomił mu miejsce w tej układance. W jednej chwili pożądanie zmieniło się w lodowatą pustkę, w gniew, który odebrał oddech. Nie potrafił dłużej udawać, nie potrafił dokończyć tego aktu. Zerwał się z niej gwałtownie, zostawiając ją w pół słowa, w pół ruchu, zdezorientowaną i nagą na tle narastającej furii. Pamiętał palący wstyd, który nie opuścił go ani na chwilę od tamtego momentu. Teraz, idąc do Elsy, wciąż czuł na sobie ten cień – piętno faceta, który dał się omamić iluzji, by w finale zostać z niczym, poza świadomością, że dla Gabrieli zawsze był tylko rozrywką, a nie wyborem.
Czuł, jak ciężar ostatnich dni go przygniata. Przed oczami wciąż miał ten sam obraz: maska mustanga, rozgrzane powietrze i ten moment, w którym wszystko runęło. Teraz, w tej rodzinnej dzielnicy, w której oboje z Elsą odnaleźli się po własnych życiowych katastrofach, świat wydawał się jeszcze bardziej nie do zniesienia. Elsa była jedyną osobą, która mogła go w tej chwili znieść – jedyną, która od czasów liceum nie bała się mówić prawdy prosto w oczy. Była tą, która zawsze stawała po jego stronie, gdy inni szydzili, ale która nie miała litości, gdy widziała, że znowu robi z siebie idiotę. Wiedział, co zaraz usłyszy. Wiedział, że po raz kolejny wygarnie mu, jak bardzo był naiwny, dając się wciągnąć w toksyczną grę Gabrieli. Ale musiał to usłyszeć. Musiał usłyszeć z jej ust, że był niewyobrażalnym idiotą, bo tylko to mogło go w tej chwili ocucić.
Stanął przed jej drzwiami, czując, jak w lustrzanym odbiciu szyby twarz wykrzywia mu się w wyrazie przejmującej żałości, że sam nie mógł na siebie patrzeć. Opadnięte kąciki ust, wzrok pełen upokorzenia i wygasłe oczy – wyglądał jak wrak człowieka, który przyniósł swoje złamane serce na tacy, w nadziei, że ktoś zechce na nie spojrzeć. Podniósł drżącą dłoń i zapukał. Czekał, słuchając szumu deszczu i własnego, przyspieszonego oddechu, gotowy na to, by przestać uciekać przed samym sobą. W jednej ręce ściskał papierową torbę z dwoma zestawami sushi – „klasyką” dla siebie i wegetariańską porcją dla niej – a w drugiej butelkę whisky, która miała stać się paliwem na ten wieczór.
Elsa Eriksen