Sexy and I know it
: pn maja 25, 2026 5:14 pm
Ostatnie tygodnie były dla Maximiliana ciężkie nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie i emocjonalnie, chociaż na ogół stronił od uczuć, kierując się w życiu zdrowym rozsądkiem oraz logiką. Niestety los tym razem postanowił co chwila rzucać mu kłody pod nogi, wystawiając go na kolejne próby.
Czuł się zmęczony panującym wokół niego chaosem; ludźmi, własnymi myślami i wydarzeniami, które następowały po sobie zbyt szybko, by zdążył je właściwie poukładać w głowie. Dlatego korzystając z chwili wolnego, napisał SMS-a do swojego przyjaciela, którego przez natłok wydarzeń nie widział już kilkanaście dni, jeżeli nie kilka tygodni. Wiadomość brzmiąca: „Ty, ja, ognista whisky i plaża. Dzisiaj 18:01” spotkała się — jak zresztą przypuszczał — z wyraźną aprobatą.
Droga na plażę zawsze działała na niego uspokajająco. Pickup sunął powoli pustawą drogą, którego prowadził jedną ręką, drugą opierając niedbale o uchylone okno. Chłodne powietrze wpadało do środka, mieszając się z cichą muzyką lecącą z radia i zapachem kwitnących drzew oraz kwiatów, który na dobre wpisał się już w codzienność Toronto, gdy przychodziła wiosna.
Niestety obecnie problem polegał na tym, że niemal wszystko wywoływało wspomnienia. Każda piosenka. Każde miejsce. Każdy pieprzony szczegół. Chociaż Max starał skupiać się na swojej codzienności tak jak teraz, kiedy miał wyznaczony cel, a butelki z alkoholem co jakiś czas obijały się o siebie na tylnej kanapie auta nie potrafił powstrzymać tego mimowolnego spojrzenia na siedzenie pasażera. Przez krótką chwilę niemal widział Corę siedzącą obok — nogi podciągnięte pod siebie, włosy rozwiewane przez wiatr wpadający przez okno i ten charakterystyczny sposób, w jaki marszczyła nos, kiedy coś ją irytowało albo rozśmieszało jednocześnie. Wspomnienie było tak wyraźne, że zacisnął mocniej dłoń na kierownicy.
Zabawne, jak bardzo człowiek przyzwyczajał się do czyjejś obecności. Jeszcze niedawno cisza była dla Maxa czymś komfortowym, co wypełniało czas wolny od pracy, a teraz momentami wydawała się wręcz nieznośna.
Westchnął ciężko i zmienił stację radiową, jakby w ten sposób mógł odciąć się od własnych myśli. Na marne. Chwilę później z głośników rozbrzmiało Watermelon Sugar, a Korhonen parsknął cicho pod nosem, od razu myśląc o Lilian. O jej absurdalnych komentarzach, spojrzeniach pełnych irytacji i tym chaosie, który nieustannie wprowadzała do jego życia. Jeszcze kilka tygodni temu uznałby podobną sytuację za męczącą. Teraz… sam już nie wiedział.
Pokręcił głową z cichym rozbawieniem, jakby próbował odgonić od siebie własne myśli, niczym natrętną muszę - bezskutecznie. Ostatnio wszystkie drogi dziwnym trafem prowadziły do ludzi, których nie powinien był aż tak dopuszczać do siebie.
Najgorsze było to, że ten irracjonalny chaos w jego głowie przestał mieć jedno imię, a myśli mieszały się ze sobą w sposób, którego Max szczerze nie znosił. Adeline pozostawiła po sobie coś znacznie gorszego niż wspomnienia. Rozmowę, która utkwiła mu w głowie bardziej, niż chciałby przyznać. Dała mu narzędzia do rozumienia pewnych emocji i mechanizmów, których wcześniej zwyczajnie ignorował albo spychał na bok, tłumacząc wszystko logiką. Problem polegał na tym, że od momentu tamtego spotkania zaczął dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie zauważał — zarówno u innych, jak i u siebie samego. I cholernie mu się to nie podobało.
A potem była jeszcze Isobel. Wspomnienie jej twarzy nadal potrafiło pojawić się w najmniej odpowiednich momentach, równie niespodziewanie jak ból starej blizny. Nie chodziło nawet o samą relację, a bardziej o ciężar niewypowiedzianych słów i poczucie, że niektórych rzeczy zwyczajnie nie dało się naprawić, nawet jeśli człowiek bardzo chciał. Max przez większość życia był przekonany, że wszystko można rozwiązać odpowiednią decyzją albo działaniem. Ostatnio coraz częściej dochodził do wniosku, że pewne sytuacje po prostu zostawiały po sobie ślad — niezależnie od tego, jak mocno próbowało się od nich odciąć.
Na plażę dotarł pierwszy. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, rozlewając pomarańczowe światło po tafli wody. Fale rytmicznie rozbijały się o mokry piasek, a chłodny wiatr niósł ze sobą charakterystyczny zapach morza i wilgoci. Blondyn zgasił silnik, jeszcze chwilę siedząc nieruchomo za kierownicą. W końcu wysiadł z samochodu, zabrał ze sobą torbę z whisky i ruszył w stronę brzegu.
Usiadł ciężko na piasku, opierając przedramiona o zgięte kolana, przez moment po prostu obserwując fale i słuchając ich jednostajnego szumu. To był jeden z niewielu dźwięków, które naprawdę potrafiły go wyciszyć.
Wyciągnął papierosa, odpalił go i zaciągnął się powoli, pozwalając, by chłodne powietrze wypełniło płuca. Rzadko kiedy sięgał po tego typu używki. Właściwie sam nie pamiętał, kiedy ostatni raz trzymał papierosa między palcami i czy ktokolwiek kiedykolwiek widział go w podobnym stanie — zmęczonego, rozbitego i próbującego zagłuszyć własne myśli czymś tak banalnym jak nikotyna. Dzisiaj jednak potrzebował, żeby ten gryzący dym wypełnił mu płuca i na krótką chwilę zastąpił ciężar siedzący gdzieś pod mostkiem.
Reece Covington
Czuł się zmęczony panującym wokół niego chaosem; ludźmi, własnymi myślami i wydarzeniami, które następowały po sobie zbyt szybko, by zdążył je właściwie poukładać w głowie. Dlatego korzystając z chwili wolnego, napisał SMS-a do swojego przyjaciela, którego przez natłok wydarzeń nie widział już kilkanaście dni, jeżeli nie kilka tygodni. Wiadomość brzmiąca: „Ty, ja, ognista whisky i plaża. Dzisiaj 18:01” spotkała się — jak zresztą przypuszczał — z wyraźną aprobatą.
Droga na plażę zawsze działała na niego uspokajająco. Pickup sunął powoli pustawą drogą, którego prowadził jedną ręką, drugą opierając niedbale o uchylone okno. Chłodne powietrze wpadało do środka, mieszając się z cichą muzyką lecącą z radia i zapachem kwitnących drzew oraz kwiatów, który na dobre wpisał się już w codzienność Toronto, gdy przychodziła wiosna.
Niestety obecnie problem polegał na tym, że niemal wszystko wywoływało wspomnienia. Każda piosenka. Każde miejsce. Każdy pieprzony szczegół. Chociaż Max starał skupiać się na swojej codzienności tak jak teraz, kiedy miał wyznaczony cel, a butelki z alkoholem co jakiś czas obijały się o siebie na tylnej kanapie auta nie potrafił powstrzymać tego mimowolnego spojrzenia na siedzenie pasażera. Przez krótką chwilę niemal widział Corę siedzącą obok — nogi podciągnięte pod siebie, włosy rozwiewane przez wiatr wpadający przez okno i ten charakterystyczny sposób, w jaki marszczyła nos, kiedy coś ją irytowało albo rozśmieszało jednocześnie. Wspomnienie było tak wyraźne, że zacisnął mocniej dłoń na kierownicy.
Zabawne, jak bardzo człowiek przyzwyczajał się do czyjejś obecności. Jeszcze niedawno cisza była dla Maxa czymś komfortowym, co wypełniało czas wolny od pracy, a teraz momentami wydawała się wręcz nieznośna.
Westchnął ciężko i zmienił stację radiową, jakby w ten sposób mógł odciąć się od własnych myśli. Na marne. Chwilę później z głośników rozbrzmiało Watermelon Sugar, a Korhonen parsknął cicho pod nosem, od razu myśląc o Lilian. O jej absurdalnych komentarzach, spojrzeniach pełnych irytacji i tym chaosie, który nieustannie wprowadzała do jego życia. Jeszcze kilka tygodni temu uznałby podobną sytuację za męczącą. Teraz… sam już nie wiedział.
Pokręcił głową z cichym rozbawieniem, jakby próbował odgonić od siebie własne myśli, niczym natrętną muszę - bezskutecznie. Ostatnio wszystkie drogi dziwnym trafem prowadziły do ludzi, których nie powinien był aż tak dopuszczać do siebie.
Najgorsze było to, że ten irracjonalny chaos w jego głowie przestał mieć jedno imię, a myśli mieszały się ze sobą w sposób, którego Max szczerze nie znosił. Adeline pozostawiła po sobie coś znacznie gorszego niż wspomnienia. Rozmowę, która utkwiła mu w głowie bardziej, niż chciałby przyznać. Dała mu narzędzia do rozumienia pewnych emocji i mechanizmów, których wcześniej zwyczajnie ignorował albo spychał na bok, tłumacząc wszystko logiką. Problem polegał na tym, że od momentu tamtego spotkania zaczął dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie zauważał — zarówno u innych, jak i u siebie samego. I cholernie mu się to nie podobało.
A potem była jeszcze Isobel. Wspomnienie jej twarzy nadal potrafiło pojawić się w najmniej odpowiednich momentach, równie niespodziewanie jak ból starej blizny. Nie chodziło nawet o samą relację, a bardziej o ciężar niewypowiedzianych słów i poczucie, że niektórych rzeczy zwyczajnie nie dało się naprawić, nawet jeśli człowiek bardzo chciał. Max przez większość życia był przekonany, że wszystko można rozwiązać odpowiednią decyzją albo działaniem. Ostatnio coraz częściej dochodził do wniosku, że pewne sytuacje po prostu zostawiały po sobie ślad — niezależnie od tego, jak mocno próbowało się od nich odciąć.
Na plażę dotarł pierwszy. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, rozlewając pomarańczowe światło po tafli wody. Fale rytmicznie rozbijały się o mokry piasek, a chłodny wiatr niósł ze sobą charakterystyczny zapach morza i wilgoci. Blondyn zgasił silnik, jeszcze chwilę siedząc nieruchomo za kierownicą. W końcu wysiadł z samochodu, zabrał ze sobą torbę z whisky i ruszył w stronę brzegu.
Usiadł ciężko na piasku, opierając przedramiona o zgięte kolana, przez moment po prostu obserwując fale i słuchając ich jednostajnego szumu. To był jeden z niewielu dźwięków, które naprawdę potrafiły go wyciszyć.
Wyciągnął papierosa, odpalił go i zaciągnął się powoli, pozwalając, by chłodne powietrze wypełniło płuca. Rzadko kiedy sięgał po tego typu używki. Właściwie sam nie pamiętał, kiedy ostatni raz trzymał papierosa między palcami i czy ktokolwiek kiedykolwiek widział go w podobnym stanie — zmęczonego, rozbitego i próbującego zagłuszyć własne myśli czymś tak banalnym jak nikotyna. Dzisiaj jednak potrzebował, żeby ten gryzący dym wypełnił mu płuca i na krótką chwilę zastąpił ciężar siedzący gdzieś pod mostkiem.
Reece Covington