Strona 1 z 1

And every time my heart beats, step to my heartbeat

: pn maja 25, 2026 6:33 pm
autor: Felix Carlson
Zapomniał.
Na śmierć zapomniał.
Jeszcze tego brakowało, by faktycznie się przekręcił, lądując w trumnie. Owszem, jako człowiek rezolutny miał już jedną wybraną, ale nie chciał w niej spocząć tak szybko. Miał zbyt wiele do roboty; zbyt wiele lat, które obiecał przeżyć za dwie osoby.
A obietnice się dotrzymuje.
Wszystko rozpoczęło się niewinnie i zapewne do dzisiaj nie zorientowałby się, że przegapił wizytę u lekarza, która w jego przypadku była nader istotna. Był tak zarobiony, w pracy i w czasie wolnym, że z głowy wyleciało mu, że przypadła na poprzedni tydzień.
Cały okrąglutki tydzień, w którym mogło zdarzyć się niemal wszystko.
Kto wie, ile jeszcze by tak pociągnął, gdyby nie tabletki, które musiał brać każdego dnia. A raczej ich brak.
Dzisiaj rano, kiedy utartym od lat zwyczajem sięgnął po opakowanie leczniczej substancji, okazało się, że pojemnik jest pusty. nie było w nim ani jednej kapsułki.
W tej jednej chwili dotarło do niego wszystko - nie był u lekarza, nie dostał recepty, nie mógł uzupełnić zapasu i ostatecznie przyjąć lekarstwa.
Przyczyna-skutek.
Strzelił przysłowiowego facepalma i ubolewając nad własną nieuwagą, skontaktował się ze swoim lekarzem. A raczej jego asystentką, recepcjonistką, czy tam panią do pomocy. Bardzo miła kobieta powiedziała mu, że na jego szczęście może mieć wizytę jutro, bo jakiś pacjent odwołał z powodów osobistych.
Tyle szczęścia w nieszczęściu.
Ponownie oddając się wirowi zajęć, większość czasu spędzając przed komputerem, przeżył kolejny dzień, tym razem wystawiając swoje ciało na jeszcze większą próbę. Nie pamiętał kiedy ostatnio nie przyjął tabletek.
Dnia kolejnego, z duszą na ramieniu, udał się do szpitala, w którym miał czekać na niego jakże zadowolony lekarz.
Felix doskonale zdawał sobie sprawę, że pan Kim nie będzie się oszczędzał w dosadnych komentarzach na temat jakże dorosłego i odpowiedzialnego podejścia informatyka do swojego życia. Ewentualnie nie powie nic, bo w jego przypadku był możliwy każdy scenariusz. Carlson nie potrafił go rozgryźć, a co za tym szło nawet nie wiedział, jak ma się przygotować na to spotkanie. Mężczyzna zaskakiwał go każdorazowo, przepalając kabelki w jego mózgowym procesorze. Był niczym skomplikowany kod w Pythonie. Człowiek jednego dnia sądził, że go rozpracował, a kolejnego musiał zaczynać od nowa.
Westchnął, stopując swój nerdowski umysł. Nie czas był na komputerowe terminy. Teraz musiał się skupić na próbie udobruchania swojego lekarza. Bo co, jeśli ostatecznie uzna, że nie będzie go dłużej leczył, woląc poświęcić się komuś, kto poważnie traktuje swoje życie? Tego by nie chciał.
Usiadł, uśmiechając się do przechodzącej obok pielęgniarki. Była bardzo młoda i bardzo ładna. Wiele ładnych osób pracowało w tym szpitalu. Może dlatego czekanie było całkiem przyjemne.
No i odwlekało Armagedon, który mógł się rozegrać.

Rohan Kim

And every time my heart beats, step to my heartbeat

: wt cze 02, 2026 10:16 pm
autor: Rohan Kim
Tym, co Rohana najbardziej irytowało, był przede wszystkim fakt, że ktoś marnował jego pracę.
Nie można powiedzieć, że zmarnował czas, czekając bezczynnie na Carlsona, bo jako lekarz zatrudniony w szpitalu, miał pod swoją opieką całą rzeszę pacjentów. Płacono mu za to, aby w wyznaczonych godzinach siedział na dupie w swoim gabinecie i przyjmował kolejnych nieszczęśników, którym z różnych przyczyn, zawodziła pikawa. Wysłuchiwał ich problemów, osłuchiwał, czasami zlecał dodatkowe badania, czasami od razu wypisywał skierowanie na oddział do szpitala, bo problem wydawał się poważniejszy i mógł wymagać operacji. Czasami przeprowadzał jednak tylko rutynowe kontrole i wypisywał kolejne recepty - dziękuję, zapraszam ponownie za miesiąc.
Rzecz jasna, o ile rzeczeni pacjenci w ogóle raczyli się zjawić.
Gapiostwo Carlsona było fartem kogoś innego, bo został przyjęty na wcześniejszą godzinę. Niemniej, Rohan zanotował w myślach, że jednej osoby zabrakło na wizycie. Nie polecił jednak żadnej z pielęgniarek zainteresować się nieobecnym. Szpital miał zbyt wielu pacjentów, aby upominać się o każdego, kto nie raczył się pojawić o wyznaczonej godzinie. Nikogo nie obchodziło tutaj dlaczego go zabrakło. Powodów mogło być przecież wiele - od chęci skorzystania z innego szpitala, aż po rzecz tak drastyczną jak zgon.
To dlatego gdy tydzień później gdy wśród otrzymanych od recepcjonistki kart pacjentów, Rohan dostrzegł nazwisko Carlsona, jego brew podjechała nieco do góry. Była to jednak jego jedyna reakcja. Czyli będzie musiał go po prostu opieprzyć, proste. Bo właśnie tak nieodpowiedzialnym postępowaniem, pan Felix rujnował jego pracę. Co prawda Rohan posiadał tę możliwość, aby odmówić leczenia pacjenta i przekazać go pod opiekę komuś innemu, jednak chociaż czasami bardzo go to kusiło, doskonale wiedział, że nigdy tego nie zrobi. Przede wszystkim, wyglądałoby to bardzo źle. Jego reputacja jako lekarza mogłaby na tym ucierpieć, a chociaż Kim miał gdzieś, co myśli się o nim jako o człowieku, tak o swoją opinię specjalisty dbał bardziej niż o własne życie. Mógł być nazywany chujem czy też wrednym skurwysynem, ale nikt nie miał prawa nazwać go złym lekarzem.
- Dzień dobry panie Carlson. Widzę, że w końcu przypomniał pan sobie o swoim problemie - kiedy poprzedni pacjent wyszedł, pielęgniarka zaprosiła Felixa do gabinetu. Rohan zdążył w międzyczasie otworzyć na komputerze odpowiedni plik z danymi chorego. Potrzebował tylko krótkiego odświeżenia na temat tego co mu dolega i jakich leków potrzebował. - Czyli jeszcze nie planuje pan wybierania się na tamten świat? - upewnił się nieco suchym tonem. Oczywiście że zamierzał okazać mu swoje niezadowolenie, niestety nie mógł rzucić pacjentowi prosto w twarz że jest idiotą. A szkoda.

Felix Carlson

And every time my heart beats, step to my heartbeat

: śr cze 03, 2026 10:54 pm
autor: Felix Carlson
Jasne, że nie był z siebie dumny. Gdyby tylko rodzice dowiedzieli się, jak bardzo zaniedbuje swoje zdrowie, nie byliby zbyt pocieszeni. Wzdrygnął się na myśl o rozczarowaniu na twarzy swojej mamy i zawiedzeniu na twarzy ojca. To nie była przyjemna wizja i chociaż obiecał sobie, że nigdy więcej nie dopuści do sytuacji, w której pominie wizytę, tak gdzieś w środku wiedział, że istniało spore prawdopodobieństwo powtórki. Sprawy za bardzo go pochłaniały, a on niekiedy nie potrafił nad tym zapanować.
Do tego dochodził jeszcze jego lekarz. Ten to dopiero potrafił dać popalić, nie wypowiadając przy tym zbyt wielu słów. Może to ten spokój, może ten chłód w oczach, kiedy tylko Felix wykazał się wyjątkową nierozwagą. Ile razy dawał do zrozumienia, że był niemal bosko obdarowany, iż nie potrzebował przeszczepu, mogąc nazwać się szczęściarzem z powodu bijącego serca? Jeśli tak dalej pójdzie, stan ten mógł ulec zmianie, a tego młody analityk nie chciał sprawdzać. O ile zakład, że doktor Kim w twarz by mu stoicko wykrzyczał, że zmarnował wiele jego cennego czasu na wizyty, które ostatecznie nie przyniosły rezultatu.
Wzdrygnął się. Wyobraźnia zaczynała go ponosić, jak zawsze, kiedy trochę się stresował. Niby nic, niby tylko wizyta tydzień później, a jednak wyjątkowo niekomfortowa sytuacja.
Uśmiechnął się z wdzięcznością do pielęgniarki, która wyczytała go jako następnego, wpuszczając do gabinetu. Zawsze pachniało w nim tak samo, chociaż zgoła inaczej, niż w innych częściach szpitala. Bardziej orzeźwiająco i czysto, ale nie tak nachalnie sterylnie. Do tego przebijała się jeszcze ostrzejsza, acz przyjemna nutka. Felix stawiał, że stały za tym perfumy, których używał pan Kim.
-Dzień dobry. Ja… bardzo przepraszam. Trochę się zagapiłem i jakby dni mi uciekły - odpowiedział. Brzmiało co najmniej tak, jakby dostał jakiegoś ataku zaćmienia mózgowego, które kwalifikowało się nie do kardiologa, a na oddział psychiatryczny.
-No bo… tabletki mi się skończyły - przyznał, patrząc na mężczyznę niczym zbite szczenię proszące, by nie karano go zbyt dotkliwie. Idealny przykład potwierdzenia przezwiska, które nadali mu w pracy.
Wiedział, że ta odpowiedź nie ucieszy lekarza. Przerwa w leczeniu, chociażby najmniejsza, mogła mieć wiele niepożądanych skutków. Już sam ton głosu Kima świadczył o tym, że nie omieszkał wyrazić swojego niezadowolenia. Tym większym głupkiem poczuł się Felix pod jego spojrzeniem.
-Obiecuję, że to więcej się nie powtórzy. I nie ma pan zamiaru ze mnie zrezygnować, co? - spytał, bo mimo wszystko ufał jego kompetencjom i wiedział, że był dobry w tym, co robił. Nie chciał nikogo innego. Nie lubił zmian i nie czuł się z nimi pewnie.

Rohan Kim

And every time my heart beats, step to my heartbeat

: ndz cze 07, 2026 6:23 pm
autor: Rohan Kim
Nie rozumiał, jak ludzie mogą żyć w ten sposób, chociaż dobrze wiedział, że niektórzy po prostu inaczej nie potrafili. Jako ktoś niezwykle uporządkowany, zorganizowany i sumienny, Rohan nie znosił gapiostwa, zapominalstwa i ogólnego chaosu. Szczególnie, jeśli to nieogarnięcie dotyczyło spraw tak istotnych jak własne zdrowie. Był zawsze pierwszy do besztania swoich pacjentów za ich zaniedbania - i za nic nie przyznałby się do tego, że był w tym momencie ekstremalnym wręcz hipokrytą, bo sam przecież traktował po macoszemu własne zdrowie. Podświadomie wmawiał sobie, że on jest usprawiedliwiony - bo jego zaniedbania wynikały z oddania pracy i potrzeby samodoskonalenia się, a nie dlatego że zapomniał danego dnia wziąć tabletki. Przeciwnie, łykał je regularnie niemal co do minuty.
- Uciekły - powtórzył za nim z przekąsem. Gdyby nie to, że musiał zachować profesjonalizm, Carlson nasłuchałby się bardzo, bardzo wiele sarkastycznych uwag. Na przykład o istnieniu takiego magicznego wynalazku jak kalendarz - w formie elektronicznej lub papierowej. Całkiem nieźle ułatwiał proces zapamiętywania o istotnych spotkaniach! - Dobrze, że chociaż o tabletkach pan pamięta.
Słysząc pytanie, które zadał Carlson, Kim zmierzył go uważniejszym spojrzeniem. Przez krótką chwilę milczał, jego twarz była w tym momencie bardzo trudna do rozczytania. W końcu jednak westchnął, decydując się na odpowiedź.
- Na pana szczęście, nie mam w zwyczaju odpuszczać, nawet w kwestii przypadków beznadziejnych - rzucił nieco oschle. Mogło to zabrzmieć dość groźnie, szczególnie biorąc pod uwagę beztroskę Felixa oraz konkretnego sformułowania, którego użył Rohan, ale tym razem nie chodziło wcale o jego zdrowie. Bardziej o to, jak niepoważnie Carlson podchodził do spraw związanych ze swoim sercem. - Nie jestem pediatrą, by musieć panu tłumaczyć jak pięciolatkowi, że pański przypadek może zagrażać życiu, mam nadzieję? Wdzięczny byłbym, gdyby zjawiał się pan na wcześniej ustalonych wizytach. Nie służą one tylko wypisywaniu nowych recept - przypomniał mu, wracając znów wzrokiem do ekranu monitora. Wklepał w system jeszcze kilka informacji, po czym wstał od biurka, podchodząc bliżej do pacjenta.
- Niech pan zdejmie koszulkę - polecił, sięgając po stetoskop. Poza tym, jakże banalnym badaniem, zamierzał wykonać także echo serca. Skoro już Carlson faktycznie pojawił się w gabinecie, Rohan nie zamierzał przepuścić okazji, aby zbadać go nieco dokładniej. Musiał wiedzieć, czy mężczyzna nie potrzebował zwiększenia dawki leków. Stan jego serca do tej pory był w miarę pod kontrolą, ale Kim nie chciał dopuścić do sytuacji, gdyby przegapił jakiś objaw świadczący o pogorszeniu, bo to z kolei mogłoby się skończyć tragicznie. - Jakieś zmiany w samopoczuciu, większe zmęczenie, problemy z oddychaniem? Omdlenia? - zaczął dopytywać. Liczył, że chociaż w tej kwestii Carlson zachował pewien rozsądek i nie zaczął uprawiania jakiegoś nowego sportu ekstremalnego.

Felix Carlson