Strona 1 z 1

ou left me no choice but to stay here forever

: wt maja 26, 2026 9:21 pm
autor: Jesse Henderson
I. They expected me to find somewhere some perspective, but I sat and stared
Niestety, ale odkąd Jesse zameldował się w Toronto, swoją rehabilitację znacząco zaniedbał. Mieszkając jeszcze w Stanach, uczęszczał do swojej ulubionej pani doktor dwa razy w tygodniu na specjalnie przygotowane zajęcia. Wówczas często narzekał, że jest to zbyt często i że w rzeczywistości nie jest mu to tak naprawdę potrzebne - przecież czuł się wyśmienicie! Dopiero, gdy od kilku tygodni nie wykonywał konkretnych ćwiczeń, zaczynał odnosić wrażenie, że chyba aż tak dobrze z nim jeszcze nie było i to one sprawiały, że był w miarę sprawny fizycznie. Przynajmniej do tej pory.

Z uwagi na nowe miejsce służby oraz ogólnie miejsce do życia, w którym spędzić miał następne dwa lata – a teraz już tylko dwadzieścia trzy miesiące (nie, żeby liczył oczywiście), miał trochę spraw do pozałatwiania. Zapoznanie się z nowymi obowiązkami, z nowymi przełożonymi oraz współpracownikami, z nową trasą do domu, nową szkołą syna, a nawet nową trasą do nowego marketu. Wszystko było nowe, co dla człowieka w jego pięknym wieku było dość nietypowe. Chociaż prawda była taka, że nowe miejsca zazwyczaj nie były problemem dla Hendersona. Za tak zwanego dzieciaka przeprowadzał się częściej niż ktokolwiek by o tym pomyślał. Dodatkowo, będąc na misjach, dość często ich przebazowywano z uwagi na zróżnicowane zagrożenie w regionach ich stacjonowania. Można by nawet rzec, że do zmian był bardziej przyzwyczajony i nauczony niż do pewnego rodzaju stabilności. Nie wiedział więc, dlaczego wyjątkowo ciężko było mu się odnaleźć. Coś w tym wszystkim po prostu nie grało i Jesse nie był w stanie powiedzieć, co dokładnie - albo po prostu jeszcze nie potrafił.

Powoli jednak próbował wracać do normalności. Po załatwieniu najważniejszych spraw związanych z bytowaniem, służbą oraz tych dotyczących syna, postanowił chociaż trochę zadbać również o siebie. Noga coraz częściej dawała się we znaki i szczególnie w trakcie biegów przypominała mężczyźnie, że nie dość, że dwudziestu lat już nie ma, to jeszcze niecałe dwa lata temu niemal się z nią żegnał po nieszczęśliwym wypadku. Popytał trochę w jednostce i któryś z młodszych żołnierzy z podobnymi dolegliwościami polecił mu rehabilitantkę w tutejszym szpitalu. Terminy miała raczej odległe, jednak karta weterana otwierała wiele drzwi – nawet jeżeli podstemplowana była w zasługach dla innego kraju.

Był to wtorek, dość późna godzina. Szpital mimo tego dalej tętnił życiem. Pacjenci jak i lekarze kręcili się korytarzami, co w tym wypadku było akurat na korzyść żołnierza, który pogubił drogę do gabinetu. Niby wszystko było poopisywane, jednak jakoś niewystarczająco klarownie dla może trochę już zmęczonego dniem mężczyzny. Postanowił więc poprosić o pomoc. Najbliżej byli jacyś pacjenci, lecz nie podejrzewał, że oni mu pomogą. Z tego powodu, widząc w zasięgu wzroku jedyną pielęgniarkę lub lekarza - ciężko mu było powiedzieć, kim dokładnie była kobieta, do której podchodził, bo stroje mieli bardzo podobne. — Przepraszam — odezwał się, chcąc zwrócić na siebie uwagę. — Poszukuję sali. . . — zaczął, sięgając do kieszeni po wizytówkę, na której wszystko miał rozpisane. Zerknął na swoje bazgroły — dwieście . . . — zaczął, podnosząc wzrok na kobietę. I nagle czas, jakby zwolnił, żeby nie powiedzieć, że zatrzymał się.

Miał wrażenie, że coś mu się przywidziało. Zamrugał kilkukrotnie, ale obraz dziewczyny pozostawał ten sam. — . . .dwadzieścia trzy — dokończył, chociaż prawda była taka, że droga do pomieszczenia przestała go jakkolwiek interesować. — Co ty tutaj do cholery, robisz? — rzucił, chyba nawet bardziej donośnie niż zamierzał. Nie można było mu się jednak dziwić. To był dla niego szok.

Niby miasto nowe, a jednak coś - a raczej ktoś z przeszłości się jednak znalazł.

Iris Valentine

ou left me no choice but to stay here forever

: śr maja 27, 2026 8:47 pm
autor: Iris Valentine
To nie był jeden z tych dni, po których oczekuje się szczególnych rewolucji i fajerwerek. Był pracowity, był intensywny, ale nic… absolutnie nic nie zwiastowało, że może ją tak bardzo zaskoczyć. Bo są takie sytuacje, których się człowiek nie spodziewać. Są takie osoby, których z o b a c z y ć się nie spodziewa. Więc to, że Iris wyglądała jakby zobaczyła ducha – to srogie niedopowiedzenie.
Przywykła już do tego, że od czasu do czasu ktoś pytał o drogę. Szpital był duży, a korytarze zawiłe. Zresztą doskonale rozumiała też, że bardzo często górę nad pacjentami biorą nerwy i nawet najbardziej oczywiste oznaczenia wydają się skomplikowane. Nigdy się o to nie podejrzewała, ale była wyrozumiała – nawet jeśli zdarzały się momenty, gdy sama się w tym molochu ciągle gubiła. Skupiona na izbie przyjęć i ostrym dyżurze nie poznała wszystkich jego zakamarków. Ale starała się pomagać jeśli tylko potrafiła.
Teraz właśnie wracała na izbę z kubkiem kawy, bo ta tamtejszego automatu nie nadawała się do picia. I gdy ten głos zadźwięczał jej w uszach… prawie się zakrztusiła. W pierwszej chwili jej mózg zaczął wykrzykiwać, że to niemożliwe, że to muszą być omamy słuchowe, bo no… no nie. Była w Toronto, minęło sporo czasu – życie nie płatało aż takich figli. Ale później obróciła się przez ramię i do głosu dołączyła twarz. Zresztą nie tylko twarz… cała postać. Tak bardzo znajoma.
I jednocześnie tak bardzo obca.
Przez moment wpatrywała się w niego bez słowa z niezrozumieniem wypisanym na twarzy, bo był prawdopodobnie ostatnią osobą, z którą spodziewała się spotkać na szpitalnym korytarzu. Automatycznie i zupełnie naturalnie przesunęła spojrzeniem po jego sylwetce, zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów, jakby oceniając czy był cały i zdrowy. Wyglądał. A jednak… sala dwieście dwadzieścia trzyRehabilitacja… – rzuciła w powietrze, bardziej do siebie niż do niego i ściągnęła mocniej brwi, jednocześnie mentalnie dając sobie po łapskach. To nie była jej sprawa. Nie powinno jej to interesować.
Ale przecież wyglądał dobrze…
Żałowała, że nie mogła tego samego powiedzieć po sobie, bo ciągle nie wyleczyła się z kompleksów i tego, że choroba zmieniła jej postrzeganie ciała. Szczuplejsza niż kiedyś miała wrażenie, że na czole miała wypisane, że coś jest nie tak. Nawet jeśli szpitalne scrubsy dobrze to maskowały. Zresztą… z niczego nie musisz się tłumaczyć, Valentine.
- Pracuję… i wiesz, że równie dobrze mogłabym zadać ci to samo pytanie. Z tym, że wiem, że nie pracujesz. Szukasz rehabilitacji. – zaczęła się plątać, mówić za dużo i miała ochotę zapaść się pod ziemię – Czwarte piętro. Winda jest na końcu korytarza po lewej stronie. – wskazała nawet odpowiedni kierunek za plecami mężczyzny – Wszystko w porządku? – słowa wypadły z niej szybciej niż zdążyła się nad nimi zastanowić i momentalnie ich pożałowała. Ale było za późno, a ona intensywnie wpatrywała się w jego twarz.

Jesse Henderson

ou left me no choice but to stay here forever

: czw maja 28, 2026 4:33 pm
autor: Jesse Henderson
Jesse nie do końca dowierzał w sytuację, w jakiej właśnie się znalazł. Naprawdę przez dłużą chwilę myślał, że nie jest to jawa; że może jednak przysnął po pracy na kanapie i głowa mu takie nierealne sny po raz kolejny podpowiadała. Bo chociaż jej imienia od teraz już wielu lat na głos nie wypowiadał, to w snach oraz i koszmarach dalej się ono potrafiło przewijać. Zresztą, nie tylko imię. Cała Iris. Sytuacje z Bliskiego Wschodu często wracały do niego po nocach – zazwyczaj rozmawiał o nich później na terapii. O wypadku, o straconych, bliskich mu żołnierzach, o tragediach, które tam przeżywał. Nigdy jednak o dziewczynie. Była jego sekretem wtedy i teraz. Do tej pory, o tym, co ich łączyło wiedział tylko on, a przynajmniej Jesse żył w takim przekonaniu.

Dziewczyna przed laty nagle zniknęła, uciekła, zaginęła - Jesse przez wiele miesięcy nie był w stanie tego ustalić, chociaż usilnie próbował. Mentalnie, dla własnego dobra, pochował ją w tamtejszej ziemi, chociaż wiedział, że gdyby coś takiego faktycznie miało miejsce cała baza od razu by o tym wiedziała. Tym bardziej nie powinien dziwić fakt, że mężczyzna wyglądał w tym momencie, jakby zobaczył ducha. Cóż, duchem nie była, aczkolwiek w pełni sił również. Nie widział jej od dawna, jednak niemalże od razu zauważył, że teraz wyglądała marniej. Może było to z uwagi na pracę? Stres, dużo obowiązków i te sprawy? Byłby w stanie w to uwierzyć, gdyby nie to, że wiedział jak wyglądała jej wcześniejsza praca. Będąc niemalże dzień w dzień pod ostrzałem, człowiek do stresu się szybko przyzwyczajał. — Pracujesz? — powtórzył za nią prędko, marszcząc lekko czoło. Powiedziała to tak zwyczajnie, tak po prostu, jakby dla niego również miało to takie być. Cóż, nie było. — Może źle pytanie zadałem — powiedział, kręcąc głową. — Skąd ty się tu wzięłaś? Kiedy? Jak? — mówił, chociaż powątpiewał, że odpowiedzi na to dostanie. Najchętniej dowiedziałby się wszystkiego od razu, jednak domyślał się, że skoro wcześniej nie była do tego skora, to tym bardziej teraz – zaskoczona w trakcie pracy.

Aktualnie cała ta rehabilitacja przestała go interesować - z sił na tyle opadł, że nawet nie było sensu się na nią udawać, więc nawet nie patrzył na kierunek wskazywany przez Valentine. — Wszystko w porządku? — rzucił za nią, może trochę kąśliwie, jednak nie był w stanie się powstrzymać. Emocje, którymi w trakcie służby nigdy by się nawet nie sugerował, przez niego przemawiały. — Iris, czy ty się słyszysz? Pytasz, jakbyśmy nie widzieli się trochę i spotkali na kawie, by porozmawiać — mówił. Zerknął w międzyczasie za siebie czy inni pacjenci lub lekarze nie interesują się za bardzo ich rozmową. Na szczęście sobą byli bardziej zajęci. — jakbyś nie zniknęła wtedy nagle bez słowa — dodał, po czym ugryzł się w język. Jeszcze chwila i zacząłby się unosić. Za bardzo to przeżywał. Momentalnie uciekł od niej wzrokiem. — Trochę mnie pod koniec pokiereszowało — powiedział, wracając - tym razem spokojniej – do jej pytania. — A nie było już na miejscu odpowiedniego medyka, więc teraz muszę po szpitalach wędrować. — Drobna uszczypliwość, aczkolwiek nie mógł sobie tego odpuścić.

Iris Valentine

ou left me no choice but to stay here forever

: czw maja 28, 2026 7:38 pm
autor: Iris Valentine
Wiedziała, że to, co wtedy zrobiła było… głupie. Szczeniackie. Spanikowała, sytuacja ją absolutnie przerosła i przytłoczyła, a do tego zawsze była pieprzoną zosią samosią – nie mogła mu zrzucić na głowę bomby. Nie takiej, nie wtedy i nie tam. Nie miała najmniejszego prawa wciągać go w swoje problemy, nie chciała jego współczucia lub strachu… stracił wystarczająco dużo bliskich. Więc zachowała się jak tchórz, ale nie przypuszczała, że kiedykolwiek będzie musiała się mierzyć z konsekwencjami swojej decyzji.
A jednak. Szybciej niż mogła przypuszczać.
Ściągnęła mocniej brwi, gdy bezustannie wpatrywała się w Hendersona i ugryzła się w język, żeby nie odpowiedzieć czegoś głupiego. A przynajmniej nieodpowiedniego!
- Pracuję. – potwierdziła, bo to naprawdę była najbardziej oczywista w oczywistych odpowiedzi. Ale już nawet nie tylko dlatego, że wpadł na nią na szpitalnym korytarzu, a ona była w szpitalnym scrubsie, a na jej piersi był tutejszy identyfikator. Chodziło o to, że była stąd. Toronto było jej domem, a gdy z dnia na dzień odeszła ze służby – mogła wrócić tylko do domu, więc teraz po prostu próbowała sobie układać życie – Wróciłam prosto do Toronto. – nie chciała się jednak wdawać w szczegóły. Nadal nie chciała jego współczucia, a to zazwyczaj widziała w oczach rozmówcy, gdy mówiła przez co przeszła. Nie była pewna, czy jego złość była na tyle silna, żeby tego uniknąć.
Bo widziała, czuła i przede wszystkim słyszała, że był zły… i naprawdę nie mogła mu się dziwić, więc gdyby tylko mogła – wolałaby uniknąć tej konfrontacji. Jednocześnie coś w niej sprawiało, że nie mogła się odwrócić na pięcie i odejść. Nie tym razem. Nie, gdy to przedziwne zrządzenie losu sprawiło, że tu na siebie wpadki i chyba też właśnie trochę dlatego nie mogła odwrócić od niego wzroku.
Mimo wszystko znowu ściągnęła brwi.
- Więc masz dużo szczęścia… trafiłeś na odpowiedniego medyka, a tutejsi rehabilitanci są naprawdę fantastyczni. Powinieneś być naprawdę zadowolony. – rzuciła zaskakująco spokojnie i wreszcie zrobiła krok do tyłu. Nie odwróciła się od niego, nie oderwała od niego wzroku, a po prostu zrobiła krok wstecz jakby powoli przygotowywała się do ucieczki. Trochę tak było, ale… ale musiała powiedzieć coś jeszcze. Leżało jej to na wątrobie i wreszcie miała ku temu okazję – może to właśnie chciała jej powiedzieć g ó r a? – Przepraszam. – szepnęła ciszej niż by chciała, ale głos jej się załamał – Za to jak to zrobiłam… że nic ci nie wyjaśniłam, że nie powiedziałam, że wracam. Zrobiłam to zdecydowanie nie tak jak powinnam… i dlatego przepraszam. – była w tym szczera, nawet jeśli było na to zdecydowanie za późno.



Jesse Henderson

ou left me no choice but to stay here forever

: pt maja 29, 2026 4:38 pm
autor: Jesse Henderson
Zadał jej wiele pytań w krótkim czasie, lecz pominął to najważniejsze - dlaczego? Dlaczego tak nagle wyjechała? Dlaczego wróciła do Kanady? Dlaczego nic mu nie powiedziała? I chyba to ostatnie pytanie najbardziej go trapiło. Może nie był w jej życiu tak ważny jak przez chwilę mogło mu się wydawać? To było jedyne uzasadnienie, o jakim w tym momencie myślał. Żyła, miała się - najprawdopodobniej – dobrze, więc było to dość rozsądne. I sam dalej nie wiedział czy dalej był bardziej rozeźlony na tę sytuację czy zwyczajnie nią zasmucony. Wszystko mu się mieszało i zlewało, przez co komfortowo się na pewno nie czuł.

Wróciła do Toronto. Tyle do tej pory zdążył się domyślić. Nie wyglądało, jakby Iris miała ochotę bardziej w tym temacie się rozwijać. A był to chyba temat, który najbardziej ze wszystkich go interesował. Chciał się jeszcze dopytywać, spróbować wyciągnąć od niej więcej szczegółów, jednak miał wrażenie, że im bardziej by naciskał, tym bardziej ona nie byłaby do tego skora.

Mówisz tak, bo znowu trafiłem na ciebie? — zapytał. Jakby się nad tym zastanowić, ich dzisiejsze spotkanie miało trochę wspólnych punktów z ich pierwszym. Wówczas również Jesse szukał pomocy, a Iris była jedyną, która mogła mu jej wtedy udzielić. Co prawda, wówczas chodziło o zatamowanie dość mocno krwawiącej rany, a nie zapytanie jedynie o drogę jak w tym wypadku, ale to akurat było mało ważne w tym momencie. Miejsce również było niemalże to samo – szpital. Chociaż ten przynajmniej nie był narażony na niespodziewany ostrzał Talibów. — Czy są tacy fantastyczni, to się dopiero przekonamy — rzucił, trochę w słowa kobiety niedowierzając. Na dotychczasowe rezultaty rehabilitacji (zanim ją przerwał, oczywiście) nie narzekał, chociaż parę uwag by miał. W szczególności, co do tempa odzyskiwania pełnej sprawności. Na samym początku zapewniano go, że już po kilku tygodniach odczuwać będzie realną zmianę, a tymczasem miał wrażenie, że stał w miejscu. A gdy w końcu coś zaczęło się zmieniać, ten musiał przerwać ćwiczenia by wyjechać do Toronto. — Do zrobienia trochę mają — dodał, po czym uciął temat swojej problematycznej nogi. Nie lubił za dużo o tym mówić. Nie lubił w ogóle o tym mówić. Ta kontuzja do niego nie pasowała, burzyła cały jego wizerunek. Odbierał to jako pewnego rodzaju ujmę, której pomimo usilnych prób - nie był w stanie się pozbyć.

Iris odsunęła się, jakby chciała już mu uciekać. Nie dziwił się. Domyślał się, że dla niej ta sytuacja również niekomfortowa. Nie takich rzeczy po zwykłym wtorku się pewnie spodziewała. I może nawet dałby jej odejść tak bez słowa - w końcu można było powiedzieć, że miała w tym wprawę. Postanowiła się jednak odezwać i użyła ona słowa, która podziałała na niego jak płachta na byka, a raczej nie powinna. — Iris, przestań — próbował jej jeszcze przerwać, jednak ta uznała, że dalej będzie się pogrążać. — Dosyć już, naprawdę — dodał, wcinając się między jej słowa. — Nie chcę tego słyszeć, szczególnie teraz — powiedział, kręcąc lekko głową. Kłamał. Bardzo chciał to usłyszeć, jednak nie w takich okolicznościach. — Gdyby faktycznie było Ci żal, że tak postąpiłaś, nie czekałbym tyle lat na te słowa — powiedział dość gorzko. — Po prostu zmusiła Cię do tego sytuacja, a to chyba nawet gorsze niż gdybym miał od Ciebie nigdy tego nie usłyszeć — powiedział szczerze. — Chyba, że w ten sposób próbujesz swoje sumienie ukoić. Mam Ci teraz wybaczyć, żeby lepiej Ci się zasypiało?

Iris Valentine