Ja, Ty…… My?
: wt maja 26, 2026 9:35 pm
Minęły trzy dni od momentu, w którym Lilian praktycznie siłą zagoniła go pod prysznic, później wydarła się na niego w łazience, a finalnie — ku jego własnemu zaskoczeniu — kazała się przytulić. I chyba właśnie ten ostatni fragment całej tej irracjonalnej sytuacji wracał do Maximiliana najczęściej.
Nie rozbrzmiewający, między kolejnymi uderzeniami serca i oddechami ciała udręczonego gorączką, pełen zirytowania głos. Nie zażenowanie malujące się na twarzy brunetki czerwonymi plamami, kiedy przyłapała go nago. W zasadzie nawet nie gorączka, przez którą przez pół tamtego dnia funkcjonował jak człowiek z uszkodzonym oprogramowaniem. Tylko tamten moment, kiedy objął ją ramionami, a ona odpowiedziała na ten gest tym samym, z taką naturalnością, jakby robiła to od zawsze.
Był wtedy rozgrzany od choroby i zmęczony do granic rozsądku, ale mimo to doskonale pamiętał ciężar jej ciała oparty o jego klatkę piersiową i ten dziwny spokój, który pojawił się w jego umyśle na te kilka minut. Jakby ktoś wreszcie wyciszył chaos tłukący mu się pod czaszką od ostatnich tygodni.
To było irytująco przyjemne wspomnienie.
Kiedy więc tego popołudnia podjeżdżał pickupem pod pensjonat rodziny Dolores, mimowolnie zacisnął mocniej dłonie na kierownicy. Oficjalnie przyjechał tutaj tylko dokończyć kilka napraw; poprawić instalację w jednej z łazienek, wymienić zawiasy w drzwiach i sprawdzić przeciekający kran w kuchni. Nieoficjalnie sam nie był pewny, czy bardziej liczył na spotkanie z Lilian, czy wręcz przeciwnie.
Pensjonat wyglądał spokojnie; drewniana elewacja nagrzana słońcem, otwarte okna i delikatny szum drzew w tle tworzyły ten sam znajomy obraz, który pamiętał, a jednak tym razem wszystko wydawało się jakieś… bardziej osobiste. Może dlatego, że po raz pierwszy od dawna myśl o wejściu do środka wywoływała w nim coś więcej niż zwykłą obojętność?
Wyłączył silnik i przez chwilę siedział nieruchomo, opierając dłonie o kierownicę. Na siedzeniu obok leżała skrzynka z narzędziami i kilka nowych części zamówionych specjalnie dla Dolores, która — mimo całego zamieszania sprzed kilku dni — najwyraźniej nie zamierzała rezygnować z jego usług. Prychnął cicho pod nosem.
Wysiadł z samochodu, a chłodniejsze powietrze od razu uderzyło go w twarz. Gdzieś niedaleko ktoś się śmiał, z tarasu dochodził dźwięk przesuwanych krzeseł mieszający się z odgłosem rozmów. Wszystko było zwyczajnie normalne. Tylko Max miał wrażenie, że sam od kilku dni normalny nie jest.
Ruszył w stronę wejścia ze skrzynką narzędziową w dłoni i niemal od razu usłyszał głos Dolores dobiegający z recepcji. Kobieta jak zwykle czymś dyrygowała, wydając polecenia tonem generała zarządzającego armią.
— Korhonen! Nareszcie! — rzuciła od razu, gdy tylko przekroczył próg. — Jeśli dzisiaj nie naprawisz tej łazienki na piętrze, przysięgam, sama cię tam zamknę.
— Dzień dobry również pani — odpowiedział spokojnie Max, ściągając okulary przeciwsłoneczne i zaczepiając je o kołnierz koszulki. I wtedy uniósł wzrok.
Lilian stała kilka metrów dalej. Przez chwilę po prostu patrzył, próbując w umyśle poskładać w całość jej postać. W gorączce sprzed kilku dni wiele rzeczy rozmywało mu się przed oczami, część wspomnień mieszała się ze sobą w chaotyczny obraz, ale jednego był pewny — wcześniej miała dłuższe włosy, a teraz kończyły się mniej więcej na wysokości ramion. Mógł nie zauważyć tego wcześniej?
To była niewielka zmiana, a jednak z jakiegoś powodu uderzyła go mocniej, niż powinna. Odsłaniała bardziej jej szyję i obojczyki, sprawiała, że wyglądała lżej, trochę ostrzej, dojrzalej. I cholernie do niej pasowała. Max mimowolnie zmrużył lekko oczy, jakby próbował upewnić się, że wcześniej naprawdę tego nie zauważył.
— Obcięłaś włosy — stwierdził w końcu spokojnie, zanim zdążył się zastanowić, czy w ogóle powinien to komentować. Po chwili kącik jego ust drgnął minimalnie. — Prawie cię nie poznałem. - i, ku własnemu zaskoczeniu, nie było w tym nawet grama ironii.
Lilian Davenport
Nie rozbrzmiewający, między kolejnymi uderzeniami serca i oddechami ciała udręczonego gorączką, pełen zirytowania głos. Nie zażenowanie malujące się na twarzy brunetki czerwonymi plamami, kiedy przyłapała go nago. W zasadzie nawet nie gorączka, przez którą przez pół tamtego dnia funkcjonował jak człowiek z uszkodzonym oprogramowaniem. Tylko tamten moment, kiedy objął ją ramionami, a ona odpowiedziała na ten gest tym samym, z taką naturalnością, jakby robiła to od zawsze.
Był wtedy rozgrzany od choroby i zmęczony do granic rozsądku, ale mimo to doskonale pamiętał ciężar jej ciała oparty o jego klatkę piersiową i ten dziwny spokój, który pojawił się w jego umyśle na te kilka minut. Jakby ktoś wreszcie wyciszył chaos tłukący mu się pod czaszką od ostatnich tygodni.
To było irytująco przyjemne wspomnienie.
Kiedy więc tego popołudnia podjeżdżał pickupem pod pensjonat rodziny Dolores, mimowolnie zacisnął mocniej dłonie na kierownicy. Oficjalnie przyjechał tutaj tylko dokończyć kilka napraw; poprawić instalację w jednej z łazienek, wymienić zawiasy w drzwiach i sprawdzić przeciekający kran w kuchni. Nieoficjalnie sam nie był pewny, czy bardziej liczył na spotkanie z Lilian, czy wręcz przeciwnie.
Pensjonat wyglądał spokojnie; drewniana elewacja nagrzana słońcem, otwarte okna i delikatny szum drzew w tle tworzyły ten sam znajomy obraz, który pamiętał, a jednak tym razem wszystko wydawało się jakieś… bardziej osobiste. Może dlatego, że po raz pierwszy od dawna myśl o wejściu do środka wywoływała w nim coś więcej niż zwykłą obojętność?
Wyłączył silnik i przez chwilę siedział nieruchomo, opierając dłonie o kierownicę. Na siedzeniu obok leżała skrzynka z narzędziami i kilka nowych części zamówionych specjalnie dla Dolores, która — mimo całego zamieszania sprzed kilku dni — najwyraźniej nie zamierzała rezygnować z jego usług. Prychnął cicho pod nosem.
Wysiadł z samochodu, a chłodniejsze powietrze od razu uderzyło go w twarz. Gdzieś niedaleko ktoś się śmiał, z tarasu dochodził dźwięk przesuwanych krzeseł mieszający się z odgłosem rozmów. Wszystko było zwyczajnie normalne. Tylko Max miał wrażenie, że sam od kilku dni normalny nie jest.
Ruszył w stronę wejścia ze skrzynką narzędziową w dłoni i niemal od razu usłyszał głos Dolores dobiegający z recepcji. Kobieta jak zwykle czymś dyrygowała, wydając polecenia tonem generała zarządzającego armią.
— Korhonen! Nareszcie! — rzuciła od razu, gdy tylko przekroczył próg. — Jeśli dzisiaj nie naprawisz tej łazienki na piętrze, przysięgam, sama cię tam zamknę.
— Dzień dobry również pani — odpowiedział spokojnie Max, ściągając okulary przeciwsłoneczne i zaczepiając je o kołnierz koszulki. I wtedy uniósł wzrok.
Lilian stała kilka metrów dalej. Przez chwilę po prostu patrzył, próbując w umyśle poskładać w całość jej postać. W gorączce sprzed kilku dni wiele rzeczy rozmywało mu się przed oczami, część wspomnień mieszała się ze sobą w chaotyczny obraz, ale jednego był pewny — wcześniej miała dłuższe włosy, a teraz kończyły się mniej więcej na wysokości ramion. Mógł nie zauważyć tego wcześniej?
To była niewielka zmiana, a jednak z jakiegoś powodu uderzyła go mocniej, niż powinna. Odsłaniała bardziej jej szyję i obojczyki, sprawiała, że wyglądała lżej, trochę ostrzej, dojrzalej. I cholernie do niej pasowała. Max mimowolnie zmrużył lekko oczy, jakby próbował upewnić się, że wcześniej naprawdę tego nie zauważył.
— Obcięłaś włosy — stwierdził w końcu spokojnie, zanim zdążył się zastanowić, czy w ogóle powinien to komentować. Po chwili kącik jego ust drgnął minimalnie. — Prawie cię nie poznałem. - i, ku własnemu zaskoczeniu, nie było w tym nawet grama ironii.
Lilian Davenport