snap out of it
: śr maja 27, 2026 9:37 am
Louise nie przypuszczała, że wróci do miasta tak szybko.
Nie po tym jakzdecydowała się została zmuszona do podjęcia decyzji, by porzucić całe swoje dotychczasowe życie w Toronto i przenieść się do Vancouver. Ta przeprowadzka miała być dla nich szansą - nie tylko tą zawodową dla jej męża, ale również kolejną szansą dla ich związku. Dała sobie wmówić, że właśnie tego potrzebowali - wyrwać się na drugi koniec Kanady i z dala od wszystkich “zacząć od nowa”. Xavier nawijał jej makaron na uszy, wzbudzając w niej równocześnie poczucie winy, a przy tym ubierał to wszystko w piękne, przekonujące słówka. Przez lata małżeństwa zdołał dojść do mistrzostwa w swoich manipulacjach, więc wcale nie powinno dziwić to, że Louise - potulna jak baranek - pozwalała na to bez cienia niezadowolenia. To właśnie mąż podejmował najważniejsze decyzje za nich oboje, jak na przykład tę o przeprowadzce do innego miasta. Kontrolował ją na każdym kroku - musiał wiedzieć gdzie wychodzi, z kim i w jakim celu, a tłumaczył to wszystko oczywiście tym, że się o nią po prostu martwił. Sprawiał, że wierzyła, że z tej sytuacji nie ma ucieczki. Nie potrafiła się mu wyrwać ani jakoś specjalnie postawić i nie była to wyłącznie wina samego mężczyzny, ale także jej rodziców i ich metod wychowawczych. Zawsze musiała podporządkowywać się czyjejś woli, czy tego chciała, czy nie i zawsze zazdrościła bratu, że miał nieco bardziej buntowniczą naturę od niej. Wyfrunięcie z rodzinnego gniazda dało jej w pewnym sensie wolność, ale tylko przez chwilę, bo przecież niedługo po tym wpadła w ręce kolejnego tresera.
Wracając do Toronto, po zaledwie trzech miesiącach nieobecności, właściwie to wracać nie bardzo miała już do czego. Przed wyjazdem sprzedała swoją ukochaną firmę i od tamtej pory zarządzał nią już ktoś inny. Był to kolejny “wspaniały” pomysł Xaviera i jej największy błąd, co Lou zrozumiała niestety troszeczkę za późno. Być może już przy załatwianiu formalności z tym związanych przeczuwała, że prędzej czy później tego bardzo pożałuje, ale i tak postąpiła, jak zwykle, dokładnie tak jak sobie tego życzył. Miał przecież tak przekonujące argumenty - jeśli mnie kochasz, to zrobisz to dla mnie. Zawsze na nią działało.
Nie wliczając tego, że znów musiała “na żywo” znosić to jak upierdliwi potrafili być jej rodzice, to niewiele się zmieniło - czuła się dokładnie tak jak w Vancouver. Uwięziona w domu jak księżniczka w wieży, znudzona, odcięta od przyjaciół i rodziny, niepracująca i ograniczona wyłącznie do roli żony. A to wszystko dla ich dobra.
Była wdzięczna Karrionowi, że zadzwonił do niej kilka dni wcześniej z prośbą o spotkanie. Cieszyła się, choć nie była pewna czy bardziej z tego, że miała po długiej przerwie zobaczyć starego znajomego, czy z tego, że w końcu będzie mieć pretekst, by w ogóle wyjść z domu. Stifler już przez telefon zdradził jej, że chodziło o projekt rozbudowy jego letniej rezydencji, a Lou oczywiście od razu zgodziła się mu pomóc, zanim zdążyli cokolwiek omówić.
W umówionym miejscu zjawiła się sporo przed czasem i trzeba przyznać, choć to trochę żałosne, że już dawno nie była czymś tak podekscytowana. Siedząc z kawą przy jednym ze stolików i zerkając co kilka minut na zegarek, czekała na przybycie mężczyzny.
Karrion Stifler
Nie po tym jak
Wracając do Toronto, po zaledwie trzech miesiącach nieobecności, właściwie to wracać nie bardzo miała już do czego. Przed wyjazdem sprzedała swoją ukochaną firmę i od tamtej pory zarządzał nią już ktoś inny. Był to kolejny “wspaniały” pomysł Xaviera i jej największy błąd, co Lou zrozumiała niestety troszeczkę za późno. Być może już przy załatwianiu formalności z tym związanych przeczuwała, że prędzej czy później tego bardzo pożałuje, ale i tak postąpiła, jak zwykle, dokładnie tak jak sobie tego życzył. Miał przecież tak przekonujące argumenty - jeśli mnie kochasz, to zrobisz to dla mnie. Zawsze na nią działało.
Nie wliczając tego, że znów musiała “na żywo” znosić to jak upierdliwi potrafili być jej rodzice, to niewiele się zmieniło - czuła się dokładnie tak jak w Vancouver. Uwięziona w domu jak księżniczka w wieży, znudzona, odcięta od przyjaciół i rodziny, niepracująca i ograniczona wyłącznie do roli żony. A to wszystko dla ich dobra.
Była wdzięczna Karrionowi, że zadzwonił do niej kilka dni wcześniej z prośbą o spotkanie. Cieszyła się, choć nie była pewna czy bardziej z tego, że miała po długiej przerwie zobaczyć starego znajomego, czy z tego, że w końcu będzie mieć pretekst, by w ogóle wyjść z domu. Stifler już przez telefon zdradził jej, że chodziło o projekt rozbudowy jego letniej rezydencji, a Lou oczywiście od razu zgodziła się mu pomóc, zanim zdążyli cokolwiek omówić.
W umówionym miejscu zjawiła się sporo przed czasem i trzeba przyznać, choć to trochę żałosne, że już dawno nie była czymś tak podekscytowana. Siedząc z kawą przy jednym ze stolików i zerkając co kilka minut na zegarek, czekała na przybycie mężczyzny.
Karrion Stifler