Run, Baby, as though tomorrow didn’t exist
: śr maja 27, 2026 11:40 pm
Czy miał pecha? Jak najbardziej. Czy zdarzało się to często? Istotnie.
A przecież starał się zachowywać ostrożność (tak sobie wmawiał), unikając wszelkiego rodzaju kłopotów. Omijał podejrzane miejsca z podejrzanymi ludźmi. Nikogo nie zaczepiał i zdecydowanie nie patrzył w stronę osób, które mogły mu zaszkodzić. Uśmiechał się i witał tylko z tymi, od których biła pozytywna energia, a spojrzenie nie ciskało w przechodniów ostrymi igłami mogącymi dotkliwie poranić.
A jednak z jakiegoś niewyjaśnionego powodu coraz częściej stawał się ofiarą czy to napaści czy próby zastraszenia.
Jak dzisiaj.
Zaczęło się niewinnie. Poszedł na spacer chcąc chociaż na chwilę oderwać się od League of Legends. Długi mecz nie poszedł po jego myśli i zamiast rozwalić komputer, wyrzucając go przez okno, zdecydował się na zażycie świeżego powietrza.
Jak się szybko okazało, było to błędem.
Zaledwie kilkanaście minut po tym, jak opuścił mieszkanie, został zaczepiony przez grupkę nieprzyjemnych ludzi. Miał już z nimi do czynienia; ostatnim razem chcieli od niego pieniądze, których nie miał. Gdyby nie Ricky, zapewne jego urocza i raczej delikatna buźka nosiłaby teraz ślady niechcianej operacji plastycznej.
Tym razem poszło o to samo. Pieniądze. Czemu na litość wszechświata ludzie mieli taką obsesję na punkcie rzeczy materialnych?
Nie omieszkał o tym wspomnieć. Podobnie, jak nie powstrzymał się przed komentarzem w stylu “Powinniście iść do pracy, mogę wam coś załatwić”. To wydawało się nie przemówić do grupki, wręcz przeciwnie - byli wyraźnie rozgniewani faktem, że Felix śmiał w ogóle im powiedzieć, co powinni robić. Ba, że w ogóle się odezwał.
Kiedy po ich słowach wywnioskował, że zamierzają, lekko mówiąc spuścić mu wpierdol, nie pozostało nic innego, jak zwiać. Na około nie było wszak nikogo, kto mógłby stać się jego rycerzem na białym koniu.
Jak dobrze, że na kondycję nie mógł narzekać pomimo kilkugodzinnego ślęczenia przy komputerze. Długie nogi i zwinność się przydały - pognał przed siebie licząc, że zgubi chociaż połowę z nich. Otyłość się ich trzymała, więc nie było mowy, żeby grzeszyli odpowiednią sprawnością. Gorzej było z dwójką, która miała budowę raczej atletyczną i zdecydowanie lubiła przesiadywać na siłowni.
Stanowili zagrożenie, z którym nie chciał się zmierzyć.
Dlatego gnał przed siebie, co rusz wymijając niczemu winnych przechodniów. Obejrzał się kilka razy czując, że dwaj gangsterzy są tuż za nimi.
Nie zarejestrował momentu, w którym gdzieś z boku wyrosła Mizzy.
Wszechświecie, nie powinno jej tutaj być. Musiał ją uratować, bo co, jeśli powiążą ją z nim? Nie chciał jej narażać, a doskonale wiedział, że była na tyle buńczuczna, że sama skoczyłaby do gardła rzezimieszkom.
-Biegnij! - krzyknął do niej jedynie i niewiele zwalniając, złapał dziewczynę za rękę, ciągnąć za sobą. Ile szczęścia, że się nie wykorbiła.
Mizzy Thembo
A przecież starał się zachowywać ostrożność (tak sobie wmawiał), unikając wszelkiego rodzaju kłopotów. Omijał podejrzane miejsca z podejrzanymi ludźmi. Nikogo nie zaczepiał i zdecydowanie nie patrzył w stronę osób, które mogły mu zaszkodzić. Uśmiechał się i witał tylko z tymi, od których biła pozytywna energia, a spojrzenie nie ciskało w przechodniów ostrymi igłami mogącymi dotkliwie poranić.
A jednak z jakiegoś niewyjaśnionego powodu coraz częściej stawał się ofiarą czy to napaści czy próby zastraszenia.
Jak dzisiaj.
Zaczęło się niewinnie. Poszedł na spacer chcąc chociaż na chwilę oderwać się od League of Legends. Długi mecz nie poszedł po jego myśli i zamiast rozwalić komputer, wyrzucając go przez okno, zdecydował się na zażycie świeżego powietrza.
Jak się szybko okazało, było to błędem.
Zaledwie kilkanaście minut po tym, jak opuścił mieszkanie, został zaczepiony przez grupkę nieprzyjemnych ludzi. Miał już z nimi do czynienia; ostatnim razem chcieli od niego pieniądze, których nie miał. Gdyby nie Ricky, zapewne jego urocza i raczej delikatna buźka nosiłaby teraz ślady niechcianej operacji plastycznej.
Tym razem poszło o to samo. Pieniądze. Czemu na litość wszechświata ludzie mieli taką obsesję na punkcie rzeczy materialnych?
Nie omieszkał o tym wspomnieć. Podobnie, jak nie powstrzymał się przed komentarzem w stylu “Powinniście iść do pracy, mogę wam coś załatwić”. To wydawało się nie przemówić do grupki, wręcz przeciwnie - byli wyraźnie rozgniewani faktem, że Felix śmiał w ogóle im powiedzieć, co powinni robić. Ba, że w ogóle się odezwał.
Kiedy po ich słowach wywnioskował, że zamierzają, lekko mówiąc spuścić mu wpierdol, nie pozostało nic innego, jak zwiać. Na około nie było wszak nikogo, kto mógłby stać się jego rycerzem na białym koniu.
Jak dobrze, że na kondycję nie mógł narzekać pomimo kilkugodzinnego ślęczenia przy komputerze. Długie nogi i zwinność się przydały - pognał przed siebie licząc, że zgubi chociaż połowę z nich. Otyłość się ich trzymała, więc nie było mowy, żeby grzeszyli odpowiednią sprawnością. Gorzej było z dwójką, która miała budowę raczej atletyczną i zdecydowanie lubiła przesiadywać na siłowni.
Stanowili zagrożenie, z którym nie chciał się zmierzyć.
Dlatego gnał przed siebie, co rusz wymijając niczemu winnych przechodniów. Obejrzał się kilka razy czując, że dwaj gangsterzy są tuż za nimi.
Nie zarejestrował momentu, w którym gdzieś z boku wyrosła Mizzy.
Wszechświecie, nie powinno jej tutaj być. Musiał ją uratować, bo co, jeśli powiążą ją z nim? Nie chciał jej narażać, a doskonale wiedział, że była na tyle buńczuczna, że sama skoczyłaby do gardła rzezimieszkom.
-Biegnij! - krzyknął do niej jedynie i niewiele zwalniając, złapał dziewczynę za rękę, ciągnąć za sobą. Ile szczęścia, że się nie wykorbiła.
Mizzy Thembo