Happiness comes in threes
: czw maja 28, 2026 9:27 pm
Sala pulsowała niskim dudnieniem oczekiwania, jeszcze zanim zgasły światła, żywa jak gotowe do skoku zwierzę. Ludzie tłoczyli się pod sceną ramię w ramię, ocierali się o siebie w poczuciu dziwacznej komitywy, która istnieje tylko w takich miejscach, a gdzieś z tyłu ktoś już ochryple i z desperacją skandował nazwę zespołu. Ktoś inny podchwycił i cała sala darła się wniebogłosy wywołując gwiazdę wieczoru.
Kiedy grał Reliq zawsze był ogień. Wtedy nawet najmniejsze kluby brzmiały jak kilkutysięczne stadiony. Toronto było ich największym fanem.
Ludzie zamilkli nagle, z chwilą gdy zgasły światła, ale cisza trwa tylko moment. Pierwszy riff przeciął przestrzeń z brutalnością mechanicznej piły. Dove, gitarzysta, spod którego palców sypały się iskry, posłał tłumowi drapieżny uśmiech. Zarzucił grzywą długich włosów przy wtórze gwizdów. Ludzie wpadli w euforię, uwiedzeni brutalnością muzyki i falą ciał skoczyli w górę, krzycząc i unosząc pięści. Muzyka Reliq oscylowała pomiędzy alternatywnym metalem, a post-hardcorem i właśnie zaczynali jeden ze swoich najbardziej znanych kawałków.
Valentin wszedł w ten tumult kilka sekund później, czując na skórze dziki oddech tłumu. Uwielbiał to. Tę energię, ten puls. Chociaż jakby w kontraście, nigdzie się nie spieszył. W jego ruchach była arogancja i pewność człowieka, który jest dokładnie tam, gdzie być powinien i zrobi dokładnie to, co powinien. Wysoki, smukły, z nagą wytatuowaną piersią i dżinsami nisko wiszącymi na biodrach.
Seksowny w pierwotnie oczywisty sposób.
Przez chwilę stał nieruchomo w białym świetle reflektora, z papierosem dopalającym się między palcami, a potem zaczesał w tył spadające na twarz włosy, uniósł mikrofon i pochylając się wydał z siebie niski, szorstki growl. Ścięgna na jego szyi napięły się, a twarz wykrzywił grymas agresji.
Tłum oszalał.
Zawtórował mu wrzaskiem z dziesiątek gardeł. Pod samą sceną dziewczyny piszczały rozdzierająco jego pieszczotliwy przydomek “Vivi!”, który zdawał się teraz zupełnie do niego nie pasować. Bo Vivi na scenie miał w sobie coś niepokojącego. Nie wyglądał jak gwiazda rocka z kolorowych magazynów, bardziej jak człowiek, który nie ma nic do stracenia i przyszedł opowiedzieć o tym za pomocą ryku. Ale właśnie to ludzie w nim kochali, tę prawdę bez grama lukru. Te pierwotne, nieokiełznane emocje. Kiedy śpiewał, każdy wers brzmiał jak groźba, wyznanie albo lament. A czasem jak wyuzdana obietnica. Głos przechodził między krzykiem, a dziwnie mrocznym, uwodzicielskim szeptem, sprawiając że publika jak oddani wierni, odpowiadała mu dzikim chórem.
Val na scenie wyglądał tak, jakby właśnie do tego go stworzono.
Światła cięły mrok czerwienią i zimnym błękitem, lśniły na korpusach gitar, które tworzyły ścianę dźwięku tak gęstą, że trudno było oddychać i to wszystko miało w sobie jakieś brutalne piękno. Wszystko do siebie pasowało, chociaż pod sceną panował istny chaos.
Val wskoczył na monitor przy krawędzi sceny, nachylił się nad tłumem i wyciągnął mikrofon w stronę ludzi, chcąc poczuć z nimi jedność i dać ją im. Wtedy ryknęli w harmonii refren i stali się częścią rytuału, wspólnotą ludzi, którzy przyszli tam wyrzucić z siebie gniew, zmęczenie, samotność albo wszystko naraz.
Byli jednością z nim.
Uśmiechnął się, ruchem dłoni zachęcając by nie przestawali. Niewiele chwil w życiu równało się z tą, gdy tysiące gardeł wykrzykiwało napisane przez ciebie wersy.
Reliq grało już na światowych, festiwalowych scenach, ale to właśnie te klubowe miały w sobie najwięcej uroku. To tam Val najbardziej czuł się częścią tego, czego zawsze pragnął. Tej prostoty, agresji, braku hamulców, życia które nie smakowało jak przeszłość. Te koncerty zawsze były dobre, podobnie jak organizowane po nich imprezy. Żadne tam vipowskie pierdolenie. Ten sam klub, ten sam bar, ci sami ludzie i Reliq pośród nich. Czterech zwyczajnych metali, pośród innych zwyczajnych metali. Wielu znajomych ludzi i jeszcze więcej tych, których dopiero mogli poznać. Ale dzisiaj interesował go ktoś z dawnych czasów. Kropelka przeszłości w morzu stabilności. Nie widział jej pod sceną, więc może nie skorzystała z zaproszenia, albo była dużo bardziej odporna na jego urok niż sądził. Sam nie był pewien dlaczego tak mu zależy, skoro nie chciał mieć nic wspólnego ze swoim dzieciństwem, ale z drugiej strony mała Fran de Villiers w niczym nie przypominała już siebie sprzed lat. Zdecydowanie. I nie chodziło wcale o to, że urosły jej cycki. Poza tym z tymi cyckami to i tak przesada, ale akurat z tym nie miał żadnego problemu.
Lubił jak mieściły się w dłoni.
O wilku, czy raczej kapturku, mowa.
Dostrzegł ją przechyloną przez bar, ubraną w skórzaną spódniczkę tak krótką i ciasną, że połowa stojących obok facetów nie mogła odwrócić wzroku. Kurwa, sam miał z tym trudności, ale z pomocą przyszedł jakiś obcy gość, który postanowił się przywitać. Val uścisnął jego dłoń, uśmiechając się przelotnie i dziękując za wyrazy uznania jakimś pomrukiem, bo za bardzo był już skupiony na swoim celu.
Znalazł się za Fran dokładnie w chwili, kiedy prostowała się, trzymając w dłoni plastikowy kubek po brzegi wypełniony piwem. Był tak blisko, że wystarczyło by lekko się odchyliła i wpadnie na jego pierś, tym razem już zasłoniętą luźną, czarną koszulką. Oparł dłoń na jej biodrze nachylając się lekko, ale dłoń była jedynym punktem styku ich ciał.
- Myślałem, że grzeczne dziewczynki z dobrych domów już dawno śpią o tej porze - zamruczał wprost do jej ucha swoim charakterystycznym, ochrypłym głosem, ale gdy tylko postanowiła się odwrócić, dał jej przestrzeń. Nie zamierzał jej osaczać.
Jeśli chciała, sama musiała do niego przyjść.
Uśmiechał się szelmowsko, z oczami lśniącymi przekorą i satysfakcją. Bezsprzecznie podobało mu się, że ją tu widzi i wcale nie ukrywał, że podobało mu się również to, co na sobie miała.
Tak się składało, że zawsze miał do niej słabość. Lubił kiedy za szczeniaka wodziła za nim maślanym spojrzeniem i trochę żałował, że wtedy nie zdecydował się jej zepsuć. Może teraz nadrobi stracony czas? Chociaż sądząc po jej stroju i śmiałym spojrzeniu, ktoś go ubiegł.
A może po prostu wyrosła już z kołnierzyka i spódnicy za kolano?
Francesca de Villiers Theodore Tellier
Kiedy grał Reliq zawsze był ogień. Wtedy nawet najmniejsze kluby brzmiały jak kilkutysięczne stadiony. Toronto było ich największym fanem.
Ludzie zamilkli nagle, z chwilą gdy zgasły światła, ale cisza trwa tylko moment. Pierwszy riff przeciął przestrzeń z brutalnością mechanicznej piły. Dove, gitarzysta, spod którego palców sypały się iskry, posłał tłumowi drapieżny uśmiech. Zarzucił grzywą długich włosów przy wtórze gwizdów. Ludzie wpadli w euforię, uwiedzeni brutalnością muzyki i falą ciał skoczyli w górę, krzycząc i unosząc pięści. Muzyka Reliq oscylowała pomiędzy alternatywnym metalem, a post-hardcorem i właśnie zaczynali jeden ze swoich najbardziej znanych kawałków.
Valentin wszedł w ten tumult kilka sekund później, czując na skórze dziki oddech tłumu. Uwielbiał to. Tę energię, ten puls. Chociaż jakby w kontraście, nigdzie się nie spieszył. W jego ruchach była arogancja i pewność człowieka, który jest dokładnie tam, gdzie być powinien i zrobi dokładnie to, co powinien. Wysoki, smukły, z nagą wytatuowaną piersią i dżinsami nisko wiszącymi na biodrach.
Seksowny w pierwotnie oczywisty sposób.
Przez chwilę stał nieruchomo w białym świetle reflektora, z papierosem dopalającym się między palcami, a potem zaczesał w tył spadające na twarz włosy, uniósł mikrofon i pochylając się wydał z siebie niski, szorstki growl. Ścięgna na jego szyi napięły się, a twarz wykrzywił grymas agresji.
Tłum oszalał.
Zawtórował mu wrzaskiem z dziesiątek gardeł. Pod samą sceną dziewczyny piszczały rozdzierająco jego pieszczotliwy przydomek “Vivi!”, który zdawał się teraz zupełnie do niego nie pasować. Bo Vivi na scenie miał w sobie coś niepokojącego. Nie wyglądał jak gwiazda rocka z kolorowych magazynów, bardziej jak człowiek, który nie ma nic do stracenia i przyszedł opowiedzieć o tym za pomocą ryku. Ale właśnie to ludzie w nim kochali, tę prawdę bez grama lukru. Te pierwotne, nieokiełznane emocje. Kiedy śpiewał, każdy wers brzmiał jak groźba, wyznanie albo lament. A czasem jak wyuzdana obietnica. Głos przechodził między krzykiem, a dziwnie mrocznym, uwodzicielskim szeptem, sprawiając że publika jak oddani wierni, odpowiadała mu dzikim chórem.
Val na scenie wyglądał tak, jakby właśnie do tego go stworzono.
Światła cięły mrok czerwienią i zimnym błękitem, lśniły na korpusach gitar, które tworzyły ścianę dźwięku tak gęstą, że trudno było oddychać i to wszystko miało w sobie jakieś brutalne piękno. Wszystko do siebie pasowało, chociaż pod sceną panował istny chaos.
Val wskoczył na monitor przy krawędzi sceny, nachylił się nad tłumem i wyciągnął mikrofon w stronę ludzi, chcąc poczuć z nimi jedność i dać ją im. Wtedy ryknęli w harmonii refren i stali się częścią rytuału, wspólnotą ludzi, którzy przyszli tam wyrzucić z siebie gniew, zmęczenie, samotność albo wszystko naraz.
Byli jednością z nim.
Uśmiechnął się, ruchem dłoni zachęcając by nie przestawali. Niewiele chwil w życiu równało się z tą, gdy tysiące gardeł wykrzykiwało napisane przez ciebie wersy.
Reliq grało już na światowych, festiwalowych scenach, ale to właśnie te klubowe miały w sobie najwięcej uroku. To tam Val najbardziej czuł się częścią tego, czego zawsze pragnął. Tej prostoty, agresji, braku hamulców, życia które nie smakowało jak przeszłość. Te koncerty zawsze były dobre, podobnie jak organizowane po nich imprezy. Żadne tam vipowskie pierdolenie. Ten sam klub, ten sam bar, ci sami ludzie i Reliq pośród nich. Czterech zwyczajnych metali, pośród innych zwyczajnych metali. Wielu znajomych ludzi i jeszcze więcej tych, których dopiero mogli poznać. Ale dzisiaj interesował go ktoś z dawnych czasów. Kropelka przeszłości w morzu stabilności. Nie widział jej pod sceną, więc może nie skorzystała z zaproszenia, albo była dużo bardziej odporna na jego urok niż sądził. Sam nie był pewien dlaczego tak mu zależy, skoro nie chciał mieć nic wspólnego ze swoim dzieciństwem, ale z drugiej strony mała Fran de Villiers w niczym nie przypominała już siebie sprzed lat. Zdecydowanie. I nie chodziło wcale o to, że urosły jej cycki. Poza tym z tymi cyckami to i tak przesada, ale akurat z tym nie miał żadnego problemu.
Lubił jak mieściły się w dłoni.
O wilku, czy raczej kapturku, mowa.
Dostrzegł ją przechyloną przez bar, ubraną w skórzaną spódniczkę tak krótką i ciasną, że połowa stojących obok facetów nie mogła odwrócić wzroku. Kurwa, sam miał z tym trudności, ale z pomocą przyszedł jakiś obcy gość, który postanowił się przywitać. Val uścisnął jego dłoń, uśmiechając się przelotnie i dziękując za wyrazy uznania jakimś pomrukiem, bo za bardzo był już skupiony na swoim celu.
Znalazł się za Fran dokładnie w chwili, kiedy prostowała się, trzymając w dłoni plastikowy kubek po brzegi wypełniony piwem. Był tak blisko, że wystarczyło by lekko się odchyliła i wpadnie na jego pierś, tym razem już zasłoniętą luźną, czarną koszulką. Oparł dłoń na jej biodrze nachylając się lekko, ale dłoń była jedynym punktem styku ich ciał.
- Myślałem, że grzeczne dziewczynki z dobrych domów już dawno śpią o tej porze - zamruczał wprost do jej ucha swoim charakterystycznym, ochrypłym głosem, ale gdy tylko postanowiła się odwrócić, dał jej przestrzeń. Nie zamierzał jej osaczać.
Jeśli chciała, sama musiała do niego przyjść.
Uśmiechał się szelmowsko, z oczami lśniącymi przekorą i satysfakcją. Bezsprzecznie podobało mu się, że ją tu widzi i wcale nie ukrywał, że podobało mu się również to, co na sobie miała.
Tak się składało, że zawsze miał do niej słabość. Lubił kiedy za szczeniaka wodziła za nim maślanym spojrzeniem i trochę żałował, że wtedy nie zdecydował się jej zepsuć. Może teraz nadrobi stracony czas? Chociaż sądząc po jej stroju i śmiałym spojrzeniu, ktoś go ubiegł.
A może po prostu wyrosła już z kołnierzyka i spódnicy za kolano?
Francesca de Villiers Theodore Tellier