Strona 1 z 1

Happiness comes in threes

: czw maja 28, 2026 9:27 pm
autor: Valentin Vega
Sala pulsowała niskim dudnieniem oczekiwania, jeszcze zanim zgasły światła, żywa jak gotowe do skoku zwierzę. Ludzie tłoczyli się pod sceną ramię w ramię, ocierali się o siebie w poczuciu dziwacznej komitywy, która istnieje tylko w takich miejscach, a gdzieś z tyłu ktoś już ochryple i z desperacją skandował nazwę zespołu. Ktoś inny podchwycił i cała sala darła się wniebogłosy wywołując gwiazdę wieczoru.
Kiedy grał Reliq zawsze był ogień. Wtedy nawet najmniejsze kluby brzmiały jak kilkutysięczne stadiony. Toronto było ich największym fanem.
Ludzie zamilkli nagle, z chwilą gdy zgasły światła, ale cisza trwa tylko moment. Pierwszy riff przeciął przestrzeń z brutalnością mechanicznej piły. Dove, gitarzysta, spod którego palców sypały się iskry, posłał tłumowi drapieżny uśmiech. Zarzucił grzywą długich włosów przy wtórze gwizdów. Ludzie wpadli w euforię, uwiedzeni brutalnością muzyki i falą ciał skoczyli w górę, krzycząc i unosząc pięści. Muzyka Reliq oscylowała pomiędzy alternatywnym metalem, a post-hardcorem i właśnie zaczynali jeden ze swoich najbardziej znanych kawałków.
Valentin wszedł w ten tumult kilka sekund później, czując na skórze dziki oddech tłumu. Uwielbiał to. Tę energię, ten puls. Chociaż jakby w kontraście, nigdzie się nie spieszył. W jego ruchach była arogancja i pewność człowieka, który jest dokładnie tam, gdzie być powinien i zrobi dokładnie to, co powinien. Wysoki, smukły, z nagą wytatuowaną piersią i dżinsami nisko wiszącymi na biodrach.
Seksowny w pierwotnie oczywisty sposób.
Przez chwilę stał nieruchomo w białym świetle reflektora, z papierosem dopalającym się między palcami, a potem zaczesał w tył spadające na twarz włosy, uniósł mikrofon i pochylając się wydał z siebie niski, szorstki growl. Ścięgna na jego szyi napięły się, a twarz wykrzywił grymas agresji.
Tłum oszalał.
Zawtórował mu wrzaskiem z dziesiątek gardeł. Pod samą sceną dziewczyny piszczały rozdzierająco jego pieszczotliwy przydomek “Vivi!”, który zdawał się teraz zupełnie do niego nie pasować. Bo Vivi na scenie miał w sobie coś niepokojącego. Nie wyglądał jak gwiazda rocka z kolorowych magazynów, bardziej jak człowiek, który nie ma nic do stracenia i przyszedł opowiedzieć o tym za pomocą ryku. Ale właśnie to ludzie w nim kochali, tę prawdę bez grama lukru. Te pierwotne, nieokiełznane emocje. Kiedy śpiewał, każdy wers brzmiał jak groźba, wyznanie albo lament. A czasem jak wyuzdana obietnica. Głos przechodził między krzykiem, a dziwnie mrocznym, uwodzicielskim szeptem, sprawiając że publika jak oddani wierni, odpowiadała mu dzikim chórem.
Val na scenie wyglądał tak, jakby właśnie do tego go stworzono.
Światła cięły mrok czerwienią i zimnym błękitem, lśniły na korpusach gitar, które tworzyły ścianę dźwięku tak gęstą, że trudno było oddychać i to wszystko miało w sobie jakieś brutalne piękno. Wszystko do siebie pasowało, chociaż pod sceną panował istny chaos.
Val wskoczył na monitor przy krawędzi sceny, nachylił się nad tłumem i wyciągnął mikrofon w stronę ludzi, chcąc poczuć z nimi jedność i dać ją im. Wtedy ryknęli w harmonii refren i stali się częścią rytuału, wspólnotą ludzi, którzy przyszli tam wyrzucić z siebie gniew, zmęczenie, samotność albo wszystko naraz.
Byli jednością z nim.
Uśmiechnął się, ruchem dłoni zachęcając by nie przestawali. Niewiele chwil w życiu równało się z tą, gdy tysiące gardeł wykrzykiwało napisane przez ciebie wersy.
Reliq grało już na światowych, festiwalowych scenach, ale to właśnie te klubowe miały w sobie najwięcej uroku. To tam Val najbardziej czuł się częścią tego, czego zawsze pragnął. Tej prostoty, agresji, braku hamulców, życia które nie smakowało jak przeszłość. Te koncerty zawsze były dobre, podobnie jak organizowane po nich imprezy. Żadne tam vipowskie pierdolenie. Ten sam klub, ten sam bar, ci sami ludzie i Reliq pośród nich. Czterech zwyczajnych metali, pośród innych zwyczajnych metali. Wielu znajomych ludzi i jeszcze więcej tych, których dopiero mogli poznać. Ale dzisiaj interesował go ktoś z dawnych czasów. Kropelka przeszłości w morzu stabilności. Nie widział jej pod sceną, więc może nie skorzystała z zaproszenia, albo była dużo bardziej odporna na jego urok niż sądził. Sam nie był pewien dlaczego tak mu zależy, skoro nie chciał mieć nic wspólnego ze swoim dzieciństwem, ale z drugiej strony mała Fran de Villiers w niczym nie przypominała już siebie sprzed lat. Zdecydowanie. I nie chodziło wcale o to, że urosły jej cycki. Poza tym z tymi cyckami to i tak przesada, ale akurat z tym nie miał żadnego problemu.
Lubił jak mieściły się w dłoni.
O wilku, czy raczej kapturku, mowa.
Dostrzegł ją przechyloną przez bar, ubraną w skórzaną spódniczkę tak krótką i ciasną, że połowa stojących obok facetów nie mogła odwrócić wzroku. Kurwa, sam miał z tym trudności, ale z pomocą przyszedł jakiś obcy gość, który postanowił się przywitać. Val uścisnął jego dłoń, uśmiechając się przelotnie i dziękując za wyrazy uznania jakimś pomrukiem, bo za bardzo był już skupiony na swoim celu.
Znalazł się za Fran dokładnie w chwili, kiedy prostowała się, trzymając w dłoni plastikowy kubek po brzegi wypełniony piwem. Był tak blisko, że wystarczyło by lekko się odchyliła i wpadnie na jego pierś, tym razem już zasłoniętą luźną, czarną koszulką. Oparł dłoń na jej biodrze nachylając się lekko, ale dłoń była jedynym punktem styku ich ciał.
- Myślałem, że grzeczne dziewczynki z dobrych domów już dawno śpią o tej porze - zamruczał wprost do jej ucha swoim charakterystycznym, ochrypłym głosem, ale gdy tylko postanowiła się odwrócić, dał jej przestrzeń. Nie zamierzał jej osaczać.
Jeśli chciała, sama musiała do niego przyjść.
Uśmiechał się szelmowsko, z oczami lśniącymi przekorą i satysfakcją. Bezsprzecznie podobało mu się, że ją tu widzi i wcale nie ukrywał, że podobało mu się również to, co na sobie miała.
Tak się składało, że zawsze miał do niej słabość. Lubił kiedy za szczeniaka wodziła za nim maślanym spojrzeniem i trochę żałował, że wtedy nie zdecydował się jej zepsuć. Może teraz nadrobi stracony czas? Chociaż sądząc po jej stroju i śmiałym spojrzeniu, ktoś go ubiegł.
A może po prostu wyrosła już z kołnierzyka i spódnicy za kolano?

Francesca de Villiers Theodore Tellier

Happiness comes in threes

: pt maja 29, 2026 1:52 pm
autor: Francesca de Villiers
Jakże wspaniale dudniła muzyka; wdzierała się pod skórę bezczelnie, z brutalnością dobrze znaną jedynie ciężkim brzmieniom, które nie prosiły o uwagę — brały ją siłą, zaciskały palce na karku i ciągnęły ku scenie. Tęskniła za tym nieznośnie. Za drżeniem podłogi pod podeszwami, za metalicznym pogłosem rozrywającym wnętrze klatki piersiowej, za chaosem tłumu oddychającego jednym rytmem, jednym gardłem, jednym gorącym impulsem. Nawet materiał przylegający do jej ciała zdawał się rozumieć ten wieczór; oplatał sylwetkę niczym druga skóra, chłonąc ciepło reflektorów i obcych ramion przeciskających się obok, przypadkowo muskających biodro, bark, nadgarstek.
Wszystko pulsowało.
Serce wtórowało gitarowym riffom z dziką ochotą, niemal boleśnie, jakby zapomniało już o podobnym biciu i teraz nadrabiało zaległości z pełną zawziętością. Na scenie miotał się on — wilk w ludzkiej skórze, rozszarpujący przestrzeń samą obecnością. Przeskakiwał przez światło, zadzierał brodę ku sufitowi, wypinał pierś ku tłumowi, jakby należał do niego i do nikogo zarazem. Kobiety pod sceną wyciągały dłonie wysoko, rozedrgane i głodne; chciały zatrzymać go na moment, wyrwać z ruchu choćby skrawek — dotyk materiału, kroplę potu zsuwającą się po szyi, echo ochrypłego głosu rozbijającego się o ściany sali. Cała ta zachłanność bawiła ją bardziej, niż powinna.
Bo znała go inaczej.
Znała go nie z wysokości sceny, lecz z bliskości oddechu. Nie z huku wzmacniaczy, a z ciszy pomiędzy nimi. Wilk — owszem — lecz czasem aż nazbyt przekonująco udający potulność, kiedy palce muskały go tam, gdzie publiczność nigdy nie sięgała. Gdy dłoń osiadała pewnie na karku albo przesuwała się leniwie wzdłuż linii żeber, gdy pod skórą napinały się mięśnie, a z gardła wyrywał się dźwięk niższy od śpiewu — bardziej szczery. Prawie bezbronny.
Zadarła głowę ku scenie, pozwalając światłu przesunąć się po twarzy, a potem uśmiechnęła się pod nosem — złośliwie, niemal czule — widząc, jak rzuca tłumowi ten sam drapieżny grymas, którego kontury znała z odległości kilku oddechów. Niech warczą za nim, niech wyją. Niech piszczą, mdleją i wyciągają ręce w próżnię. Nie wiedziały przecież, jak głośno potrafił wzdychać, kiedy nikt nie patrzył.
Pląsała ciałem kusząco, bezwiednie poddając się ciężarowi dźwięku, który rozlewał się po sali jak rozgrzany metal — lepki od potu, światła i oddechów setek gardeł wyśpiewujących refren, choć każde na własną nutę. Lgnęła do tłumu z naturalnością kogoś, kto rozumiał ten chaos lepiej niż ciszę; wpadała między ramiona obcych ludzi i wracała z powrotem do siebie, porwana rytmem, szarpnięta basem głęboko pod żebrami. Wrzawa smagała skórę niczym ciepły wiatr — raz po raz podnosiła włosy na karku, wciskała się pod materiał ubrania, zmuszała biodra do kołysania w tempie narzuconym przez scenę. Każde och i ach publiczności niosło się echem po suficie i roztrzaskiwało o nią z przyjemną bezmyślnością.
Co jakiś czas zerkała jednak na ekran telefonu.
Chłodne światło wyświetlacza cięło mrok jak ostrze, brutalnie wyrywając ją z transu. Nic. Żadnej nowej wiadomości. Żadnego krótkiego „już jadę”, żadnego przepraszającego bełkotu o korkach, o przeciągającym się spotkaniu, o robocie, która po raz kolejny wygrała z planami. Theośek znów przepadł. Miał wpaść przecież choć na moment — choćby po to, żeby odprowadzić ją spojrzeniem przez tłum, postawić piwo i teatralnie udawać, że wcale nie zostawia dziewczęcia samej pośród rozwrzeszczanej gawiedzi. Prychnęła pod nosem na samą myśl; bardziej rozbawiona niż rozczarowana, choć gdzieś pod mostkiem osiadł cierpki osad niespełnionego oczekiwania.
Grzeczne dziewczynki z dobrych domów umierają bardzo młodo, monsieur — spięła się początkowo czując czyjąś obecność, niemalże zawiedziona brakiem zaczepnego mężczyzny sprzed sekundy. Wojowała z nim słownie przez moment — ironicznym uśmiechem przyklejonym do ust i wzrokiem wbitym gdzieś ponad jego ramieniem. Odpowiedziała mu tylko krótkim uniesieniem brwi, podchwycając napitek w dłonie. — Zastanawiam się, czy pan również zawsze zaczyna flirt od prób przypominania kobietom, kim kiedyś byłyCzęść piękny. A potem, niby przypadkiem, przesunęła ciężar ciała. Podkucie kowbojki wylądowało na jego stopie z głuchym, satysfakcjonującym stuknięciem — upsik. Pewność jego spojrzenia rozbierała bez pośpiechu, przesuwała się po sylwetce z uwagą niemal bezczelną; od twarzy ku obojczykom, dalej niżej, tam gdzie ciało odpowiadało już nie myślą, a instynktem. Mów tak więcej — zdawało się drżeć w napięciu gdzieś pod skórą. Przeklęty wilczur.
Przesunęła językiem po dolnej wardze, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby, choć gardło paliło od pragnienia i od gorąca. Wodził za nią wzrokiem — albo chciała, żeby wodził; tego wieczoru różnica nie miała najmniejszego znaczenia. Obróciła kubek w palcach leniwym ruchem, unosząc do ust z obojętnością, jakby nie dostrzegała jego obecności.
Pierwszy łyk był zimny i gorzki.
Drugi — solidniejszy — spłynął ciężko przez gardło, gasząc suchość i zostawiając na języku smak chmielu, drobiny specyficznej słodyczy i napastliwości. Odchyliła głowę odrobinę za daleko, pozwalając światłu zatańczyć na szyi i linii gardła. — Valeś… — Jeśli chciał patrzeć — niech patrzy. Mruknęła słodko, należycie nagradzając go chwilą prywatnej sposobności oddzielania fikcji od prawdy; koszulki od męskiego torsu. Niezmienny, prawda?Straciłeś na masie, czy to tęsknota tak na Ciebie działa, hm?

Theodore Tellier Valentin Vega

Happiness comes in threes

: sob maja 30, 2026 7:03 pm
autor: Valentin Vega
Natychmiastowa odpowiedź wyrwała z jego krtani niski, krótki śmiech, który rozbił się na jej szyi chwilę przed tym, zanim zdecydował się cofnąć.
Mógłby polemizować z tą jej opinią, ale nie miała żadnego znaczenia.
A może dla Fran miała, skoro najwyraźniej poczuła się urażona jego słowami do tego stopnia, by podkreślić śmierć grzecznej dziewczynki przez nadepnięcie mu na stopę z oczywistą premedytacją? Całe szczęście, że miał na sobie martensy, więc praktycznie niczego nie poczuł, ale uznał to za cokolwiek dziwny sposób odpowiedzi na flirt, no chyba że chciała go w ten sposób spławić. Był jednak dżentelmenem, więc żeby nie odbierać jej satysfakcji, teatralnie powiedział "AŁA", marszcząc przy tym brwi i krzywiąc się.
Byłby pewnie bardziej przekonujący, gdyby nie szczerzył się tak przekornie.
Fran była urocza, kiedy zgrywała taką bezczelną, ale zastanawiał się czy była w tym prawdziwa. Grzeczne dziewczynki zawsze starały się przecież trochę za bardzo. Miały to we krwi, to ciągłe ściganie wyznaczonych przez innych albo samych siebie ideałów, tę bezsensowną gonitwę za czymś, co tak naprawdę nie miało znaczenia. Z jednej strony bawiło go to, a z drugiej czuł coś na kształt współczucia. W końcu doskonale wiedział, że życie pod kloszem na zawsze zostawiało rysy na psychice.
Ciekawe ile zostawiło na niej?
- A pani zawsze depcze bez powodu niewinnych, grzecznych chłopców? - odparł z udawanym oburzeniem i nawet brew mu nie zadrżała gdy mówił o sobie "grzeczny". Wyglądał jak totalne przeciwieństwo tego określenia, wiec tym komiczniej brzmiało w jego ustach.
I chociaż się ze sobą drażnili, to tnące klub różnobarwne światła chwilami wydobywały z ich twarzy ten szczególny rodzaj porozumienia, właściwy tylko ludziom mającym wspólną przeszłość; zafascynowanych tym jak obecny obraz nie pasuje do tego, co znali z wcześniej.
Zsunął spojrzenie na jej usta, zwabiony błyskiem wilgotnego języka, od którego miękkość dolnej wargi zalśniła w różowej plamie światła prześlizgującej się po jej ciele. Jednak gdy upijała łyk zimnego piwa, już patrzył jej w oczy. Odwzajemniał to bezczelne spojrzenie swoim, równie śmiałym i nie ukrywał przed nią swojego zainteresowania, tak jak ona nie ukrywała swojego. Już wcześniej grali w tę grę, bawiąc się doskonale, więc dlaczego mieliby przestać? Vala nie ograniczały związki i zobowiązania, a już tym bardziej powściągliwość czy nieśmiałość.
Gdy brała drugi łyk piwa, odchylając głowę tak, jakby pragnęła jego ust na swojej szyi, Val zbliżył się do niej. Nie dotknął jej, minął o milimetry i oparł się łokciem o brzeg baru. Palcami pokazał barmanowi, że zamawia to, co ona, a potem powrócił do niej wzrokiem.
Uśmiechnął się leniwie słysząc w jej ustach własne imię. Już trudno, że w formie okropnego zdrobnienia. Była naprawdę urocza z całą tą swoją nonszalancją martwej grzecznej dziewczynki.
Gdy poczęstowała go kolejną złośliwością, roześmiał się głośno. Oczy zalśniły mu jak polującej bestii, a śmiech zmienił się w grymas drapieżnego rozbawienia.
- Auć - przycisnął dłoń do piersi. - W samo serce. - Pokręcił głową i na moment oderwał od niej wzrok, bo barman podał mu piwo. Przysunął je do siebie i wciąż rozbawiony obrzucił Fran długim, ciężkim spojrzeniem.
Jeśli sądziła, że wcześniejsze zdolne było rozbierać, to teraz musiała czuć się już zupełnie naga.
- Umieram z tęsknoty, laleczko. Myślałem, że nie przyjdziesz - mruknął niemal z wyrzutem, jakby to ona była przyczyną jego "straty na masie", ale prawda była taka, że nigdy nie miał ciała Adonisa. Zamiast na siłce, spędzał czas na graniu, pracy, pisaniu i ewentualnie imprezując, co wcale nie miało wielkiego wpływu na jego powodzenie. U obu płci.
Miał w końcu masę innych atutów.
- Świetnie, że wpadłaś - dodał po chwili już nieco cieplejszym tonem, w którym dzięki temu pobrzmiewały nuty prawdziwej sympatii. - Jak bawiłaś się na koncercie?
Nie potrzebował pochwał ani komplementów, nie po to pytał. Czuł się w jakiś sposób odpowiedzialny za jej dobrą zabawę, skoro poniekąd był tu wodzirejem.
Jakiś wysoki, wytatuowany gość na chwilę przerwał im rozmowę, uderzając Vala w ramię i radośnie się z nim przywitał, potem gestami przekazując coś, na co Val wyszczerzył się i pokiwał głową. Nie minęła minuta, a gość już znikał w tłumie, a Fran znów miała dla siebie jego uwagę. Możliwe jednak, że stojąc w tym miejscu będzie musiała dzielić ją z ludźmi, którzy również chcieli dla siebie kawałek Valentina Vegi. Mimo to, zamiast być gdziekolwiek indziej, Val był właśnie tu.
I patrzył na nią tak, jakby wcale nie chciał być z kimkolwiek innym.

Francesca de Villiers Theodore Tellier

Happiness comes in threes

: ndz maja 31, 2026 8:20 pm
autor: Francesca de Villiers
Jeszcze lata temu wydawał się jej demonem — jednym z tych, których obecność czuło się wcześniej pod skórą, nim jeszcze sylwetka wyłoniła się zza rogu ulicy, zza dymu, zza grupy rozwrzeszczanych chłopaków tłoczących się pod obdrapaną kamienicą. Wydawał się przekleństwem całej tej nikłej codzienności, którą próbowała rozszarpać od środka zębami własnego buntu; pachniał czymś zakazanym, czymś spalonym zbyt długo na końcówce papierosa i czymś jeszcze — może kłopotem, może wolnością, może jednym i drugim naraz. To przy takich jak on łatwiej było wyjść z domu trzaskając drzwiami trochę głośniej niż zwykle, łatwiej odwrócić wzrok od matczynego spojrzenia pełnego oczekiwań i zostawić za sobą cały ten starannie wykrochmalony świat: siedź prosto, mów ciszej, uśmiechaj się ładnie, nie przynoś wstydu.
Jakby była porcelanową figurką ustawioną na kredensie pod cudzy zachwyt.
A przecież od dawna miała serdecznie dość bycia ozdobą.
Dość pytania, jak minął dzień, zadawanego z uprzejmości, nigdy z rzeczywistej potrzeby poznania odpowiedzi. Dość bycia dziewczyną, która ma czarować innych tak skutecznie, by nikt nie dostrzegł zmęczenia pod oczami ani złości skrytej pod językiem. Nikt nie pytał przecież, jak czuła się naprawdę — nie wtedy, kiedy wracała późno, nie wtedy, kiedy nie wracała wcale, nie wtedy, gdy pierwszy raz kaszlnęła po źle skręconym papierosie, a chłopaki ryknęli śmiechem tak donośnie, że niemal zagłuszyli muzykę sączącą się z trzaskającego głośnika. Nawet ta muzyka wydawała się aktem drobnej zdrady; nie miała w sobie nic z fortepianowej dyscypliny wciskanej jej od dzieciństwa między żebra. Dudniła nierówno, brudno, bez pozwolenia — i może właśnie dlatego smakowała jak coś własnego.
On też taki był.
Brudny od życia. Niedostępny. Nieprzewidywalny.
I niemożliwie daleki.
Dziś miała go przez chwilę na wyłączność.
Grzesznych... Widzę tutaj tylko grzesznych ludzi i tym bardziej... Niegrzecznego wokalistę — Nie ukrywała przed sobą, że wodziła niegdyś za nim wzrokiem częściej, niż chciała przyznać. Że umiała wychwycić go z tłumu, choćby stał odwrócony plecami. Że spojrzenie zbyt łatwo ześlizgiwało się ku linii jego karku, ku dłoniom, ku niedbałości, z jaką opierał się o mur, jakby wszystko i wszyscy dookoła byli ledwie chwilowym przystankiem. Stroniła tych maślanych spojrzeń, owszem — odwracała głowę szybciej, niż zdążyłby to zauważyć, przewracała oczami, szydziła z niego w myślach z całą dostępną sobie złośliwością. Ach, dobre czasy toć były...Muszę natchnąć twórcę tekstów, znam ich muzykęWiesz, Reliqdosadnie na pamięć. Potrzebuję ostrego rozwalenia czaszki — Upiła kolejny łyk goryczy, pozwalając, by chmielne dobrodziejstwo osiadło ciężarem na języku i rozeszło się ciepłem po gardle, aż gdzieś pod mostkiem rozlało znajome rozluźnienie. Smak był cierpki, niemal bezczelny — dokładnie taki, jakiego potrzebowała.
Wejrzenie błądziło bezwiednie; najpierw ku barmanowi — zbyt przystojnemu jak na tę godzinę i zbyt świadomemu własnej urody, skoro z wprawą serwował drinki i uśmiechy jednocześnie; potem ku parkiecie, gdzie jakaś wesoła parka młodocianych szczyli przylegała do siebie z gorliwością świeżo odkrytej namiętności. Ślinili się niemal wzajemnym zachwytem, jakby trafili szczęśliwy los w dziewiczego totka i byli święcie przekonani, że właśnie tak wygląda początek wielkiej historii. Żałośnie urocze
Cudownie. Trochę ogłuchłam, trochę straciłam resztki godności pod sceną, a trochę zakochałam się na nowo w hałasie — Theo, gdzieś ty utknął? Tak jakoś nie mogła przesadnie skupiać się na zaczepianym przez ludzi wokaliście; wszakże oficjalnie już jakiś czas nareszcie doczekała się dziwnej stabilności związkowej. Zero skoków w bok, zero och i ach nad życiem innych, ECH. Miała ochotę tańczyć — chciała rzucić się w tłum bez planu i bez myśli o tym, jak wygląda. Chciała spocić skórę pod światłami, pozwolić włosom przykleić się do karku, śmiać się za głośno i wypić o kieliszek za dużo. Chciała zaszaleć tak, by jutro rano pamiętać tylko urywki — smugę neonów, obce perfumy w przejściu, cudzy śmiech za plecami i Theo wreszcie wciskającego się przez drzwi z miną człowieka, który doskonale wie, że się spóźnił. — Musisz dać mi namiar na gitarzystę, solówka w drugim secie niemal zmusiła mnie do wybaczenia wszystkim mężczyznom ich istnienia — mruknęła do uszka Vala, wskazując ruchem dłoni przechodzącego obok członka zespołu — prawdziwy majster od solówek! Acz odrobinę chciała mu dokuczyć, może sprowokować. Dziwnie tęskniła za ich frywolnością, ale także nie chciała okłamywać go, że nareszcie zrzuciła śluby czystości, jak niegdyś żartował z niej i postawiła na stabilizację. — Będziesz musiał kogoś poznać...Moje serduszko jest zajęte, rozumiesz? Acz ulubiony kawałek puszczony na żywo w tle zadziałał samoistnie; rwąc ciało i serce do zakazanych pląsów. — Och! Val... Nasz ulubiony kawałek!
Zapiszczała niemal; pierwsze takty rozlały się po lokalu i od razu wgryzły pod skórę; znajome do bólu, uwielbiane, noszone kiedyś godzinami na zapętlonym odsłuchu, aż ściany pokoju musiały znać każde przejście lepiej od niej samej. Nareszcie.
Koniec tej pieprzonej stypy.
Nie czekała nawet do refrenu. Wychyliła połowę kubka zachłannie, nieprzyzwoicie wręcz szybko, czując jak alkohol pali gardło i przyjemnie podkręca puls, nim odstawiła naczynie na blat z takim impetem, że bursztynowa resztka zachybotała o krawędź. Muzyka uderzała już wyraźnie w klatkę piersiową; bas drżał pod stopami, światła migały po twarzach obcych ludzi, rozmazując ich w neonowych smugach czerwieni i błękitu. Dokładnie tak miało być. — Zatańcz ze mną.Nie proszę, oczekuję tego, Val. Pociągnęła go przekornie za koszulkę, zaraz jednak puściła, znikając między parami. Zaraz przejechała po swoim ciele dłońmi, zaraz sugestywnie przerzuciła włosy, czekając na niego.

Valentin Vega Theodore Tellier

Happiness comes in threes

: pn cze 01, 2026 9:48 pm
autor: Valentin Vega
Lata szczenięcego buntu miał już za sobą, ale nie stracił uroku niepokornego chłopca. Wciąż był pokusą, zapachem benzyny na rozgrzanej słońcem drodze, wiatrem we włosach i smakiem taniej whisky pitej o północy na dachu starej fabryki. Był wolnością, którą ze sceny dzielił się z ludźmi. I dzisiaj miał ochotę podzielić się nią z Fran, dać jej trochę tego czaru na wyłączność. Leciał na nią i dobrze o tym wiedziała. Chciał wreszcie sprawdzić czy za tym jej ciętym językiem i bezczelnym spojrzeniem krył się ogień, który obiecywały.
Grzesznych? Metale to najporządniejsi ludzie pod słońcem - roześmiał się serdecznie, co w jakiś sposób pasowało i nie pasowało do ostrych kantów jego twarzy. – Ale wiadomo, ja to co innego. - Kliknął językiem, przybierając minę w stylu nikt nie jest takim badassem jak ja. Wrażenie potęgowała nonszalancka poza i lśniące przekorą spojrzenie. I to coś w jego twarzy, podpowiadające że ta aura swobody jaką się teraz otaczał, mogła w ułamku sekundy przybrać cholernie intensywne, drapieżne odcienie.
- Właśnie masz okazję - rzucił, biorąc łyk zimnego piwa. Oblizał usta. - Może dzięki tobie powstanie nowy kawałek. - Uniósł brew uśmiechając się zaczepnie, jakby rzucał jej wyzwanie. Mieli już materiał na kolejny album i nie cierpiał na niemoc twórczą, ale skoro oferowała natchnienie, kim był żeby odmawiać? Już miał dorzucić coś w stylu, że nie miał pojęcia, że jest taką wielką fanką, ale uciekła mu spojrzeniem, a potem ktoś go zaczepił i gdy powrócił do przerwanego kontaktu, Fran wydawała się nieobecna. Val był świetnym obserwatorem. Jak na furiata, rzecz jasna. Potrafił z łatwością załapać kiedy laska błądziła gdzieś myślami i to takimi, w których wcale nie figurował.
- Zajebiście - mruknął, kiedy przyznała, że dobrze się bawiła. O to w tym wszystkim chodziło.
Spodobał mu się tekst o ponownym zakochaniu w hałasie i obiecał sobie, że jak nie zapomni, to przemyci to do jakiegoś kawałka. Zabawne, że faktycznie przyniosła ze sobą coś w rodzaju natchnienia. A przynajmniej jeden wers. Dobre i to, nie będzie wybrzydzać.
Nachylił się lekko kiedy ona wychyliła się, żeby zbliżyć usta do jego ucha. Powiódł spojrzeniem za jej gestem. Przechodzący obok Dove, zrobił wcale nie tak konspiracyjny gest uznania dla wyrwania niezłej laski. Val zaśmiał się pod nosem i pokazał mu środkowy palec.
Nie ma mowy - powiedział do Fran, odprowadzając kumpla spojrzeniem. - Ma tak kosmiczne ego, że nie będziemy go karmić twoim uznaniem. Ale mnie możesz nakarmić. Jestem wiecznie głodny. Wiesz, strata masy, te sprawy. - Wyszczerzył się przekornie, zwracając ku niej głowę i zawieszając wzrok na jej oczach. Ale widząc odbitą w nich dziwną mieszankę emocji, której nie potrafił rozszyfrować w półmroku klubu, przechylił głowę.
Kogoś? - uniósł brwi, ale zaraz załapał. - Aaaa kogoś - powtórzył z naciskiem, dając do zrozumienia, że załapał aluzję. Przekorny wyszczerz zastąpił leniwy grymas akceptacji. - Chcesz mi przedstawić gościa, któremu wreszcie udało się zajrzeć pod twoją spódnicę? - zapytał wprost, nie powstrzymując się od docinka, które charakteryzowały ich rozmowy. Ale ona już wchodziła mu w słowo i z brawurą wychylała na raz prawie cały kubek piwa, zamierzając zapomnieć się w muzyce - ckliwym przytulańcu, do którego raczej powinna tańczyć ze swoim kochasiem niż z nim.
Rozpoczynające się w tle "This is Love" Whitesnake'a absolutnie nie było ich kawałkiem, ale może było ich kawałkiem, a na pewno jej. Tak pięknie się śmiała, kiedy ciągnęła go na parkiet, a jej usta układały się bezwiednie w słowa starego szlagieru.
Pokręcił głową i odstawił swój kubek na barze, dając się skusić.
A to podobno on był tu demonem.
Tanecznym krokiem wpłynęli pomiędzy rozkołysane pary. Ludzie obejmowali się czule, nieważne czy spotkali się pierwszy raz, czy przyszli tu w tandemie. Lepili się do siebie dopełniając rytuału każdej takiej imprezy. Policzki dziewczyn oparte na ramionach facetów, głębokie spojrzenia w oczy. Cały ten romantyczny patos osiadający ciężko w dusznej, pachnącej piwem sali klubu.
- Klasyk - mruknął z uznaniem dla jej gustu i wziął ją za dłonie zakładając je sobie na ramiona. W tym powolnym geście była jakaś nieoczywista intymność, tak jak w jego spojrzeniu. Jakby nieważne czy stał na scenie, czy właśnie kołysał się do rytmu starego kawałka gdzieś pośród zakochanych par, dawał się prowadzić muzyce i doskonale kreował chwilę.
Przyciągnął do siebie jej smukłe ciało, układając ciepłe dłonie tuż nad krągłością opiętych kusą spódnicą pośladków i lekko opierając brodę o jej skroń. Przecież nie będzie tańczył z nią jak na szkolnej potańcówce i to do takiego kawałka. Jeśli chciała z nim tańczyć, musiała dać się prowadzić, i jeśli tylko sobie na to pozwoliła, on na te kilka minut sprawił, że świat przestał istnieć. Zamknął ją w bezpiecznej, czułej klatce swoich ramion. Jakby do siebie należeli i jakby słowa piosenki miały jakieś znaczenie.
Is this love that I'm feeling,
Is this the love, that I've been searching for
Is this love or am I dreaming,
This must be love,
'Cause it's really got a hold on me,
A hold on me...

Mruczał za wokalistą, prawdopodobnie jako jedyny z całej sali robiąc to naprawdę pięknie. Każdy wers tulił się do szyi Fran z miękkością, która wydawała się niemożliwa do stworzenia przez jego zdolne tylko do krzyku usta. A jednak. Najwyraźniej urok niegrzecznego chłopca, to nie wszystko, co miał do zaoferowania.

Theodore Tellier Francesca de Villiers

Happiness comes in threes

: pt cze 05, 2026 12:25 am
autor: Theodore Tellier
Taksówka mknęła po ulicach Toronto, a Theodore obserwował zmieniający się krajobraz za oknem; ludzi przechodzących się po ulicach, pijanych i chwiejących się na nogach, zagubionych turystów z włączonymi nawigacjami w telefonach, sportowych świrów, którzy pomimo późnej godziny zdecydowali się na ostatni trening. Światło płynące z latarni, szyldów całodobowych sklepów i barów oraz mijających go samochodów drażniło jego zmęczone oczy. Czuł się wykończony – z ciałem ociężałym ze stresu i napięcia po kolejnym dniu wypełnionym nadgodzinami i głową pełną listy rzeczy, które nie zostały jeszcze zrobione, aby móc dopiąć projekt, a które należało wykonać dziś. Oparł głowę o zimną szybę i przymknął oczy licząc, że do momentu dotarcia do klubu, w którym miał spotkać się z Francescą, uda mu się wyciszyć głowę na tyle, aby zapomnieć o wszystkich niepowodzeniach minionego dnia.
I stłamsić wyrzuty sumienia z powodu kolejnego spóźnienia.
Głos kierowcy wybudził go z niespodziewanego snu, w który zapadł podczas podróży. Powiercił się na miejscu, poruszał na boki głową, lecz sztywność trzymająca go za kark nie ustąpiła. Westchnął, a następnie przetarł twarz dłońmi licząc, że przepędzi w ten sposób resztki snu z twarzy i umysłu.
– Nie śpiesz się, śpiąca królewno – mruknął poirytowany mężczyzna stukając nerwowo palcami o kierownicę, licząc zapewne utracone sekundy do kolejnego zaakceptowanego przejazdu. Theo kazał mu się pierdolić, po czym wysiadł z samochodu.
W powietrzu unosiła się duchota i upał, które nieproszone osiadły na brunecie sprawiając, że momentalnie zaczął pocić się w białej koszuli i czarnych rozszerzanych spodniach. Na szczęście miał na tyle rozumu, aby zostawić marynarkę w pracy. Rozejrzał się po okolicy i skierował w stronę klubu, z którego muzyka wylewała się na chodnik. Kurwa. Zdecydowanie nie był ubrany odpowiednio do okoliczności. Jego spojrzenie padło na plakat zapowiadający występ zespołu Reliq, którego nie znał, ale metalowe klimaty były mu zupełnie obce. Zdecydowanie bardziej wolał techno. Wyciągnął złote grawerowane spinki z mankietów i schował je do kieszeni, podwinął rękawy koszuli i rozpiął trzy górne guziki, aby choć nieco utracić tego korporacyjnego sznytu. Gdy złapał swoje odbicie w szybie dotarło do niego, że nie za wiele zdały się jego starania.
W środku było cieplej niż na zewnątrz, zapewne za sprawą setki rozgrzanych ciał, które poruszały się w rytm muzyki. Górował wzrostem nad zdecydowaną większością osób znajdujących się w przybytku, dzięki czemu dość szybko zorientował się, że Frankie nie ma przy barze ani w kolejce prowadzącej do toalety. Cudownie. Wystarczyło bowiem przeszukać parkiet pełen splecionych ze sobą par. Przemierzając parkiet starał się nie zakłócać spokoju tańczącego tłumu, który nieświadomie poruszał się jednym wspólnym rytmem niczym rój pszczół. W końcu jego spojrzenie natrafiło na znajomą parę nóg zakończonych piękną, okrągłą pupą opiętą przez skórzaną spódnicę.
Oraz nieznajome, wytatuowane ręce znajdującą się tuż nad tymi pośladkami, które Theodore tak kochał.
Mężczyzna opierał swoją brodę o bok głowy brunetki, z ustami zawieszonymi nad uchem, zapewne po to, by mruczeć do niego jakieś czułe słówka.
Tellier nie poczuł ukłucia zazdrości, ani znajomej irytacji, jak w innych podobnych sytuacjach. Zamiast tego przemknęło mu przez myśl, że widok wydawał się całkiem seksowny. Palce Theo odgarnęły zagubione kosmyki przyklejone do spoconej szyi Frankie, odciągnęły je na bok, aby utorować miejsce ustom. Jego dłonie naturalnie odnalazły wolne miejsce na jej talii i brzuchu, zahaczając knykciami o brzuch muzyka, który przytulał do siebie kobietę, lecz nie wydawało się to przeszkadzać Theodrowi, który wtulił twarz w szyję kobiety i zaciągnął się głęboko jej zapachem. Wyczuł obce nuty słodyczy, które mimo wszystko dobrze komponowały się z jej profilem.
– Bonsoir, mon amour. Tu m'as manqué. – szepnął.
– Kim jest Twój przyjaciel i dlaczego pozwalamy mu na tyle? – dodał, choć w jego tonie nie było słychać oskarżenia lub wyrzutów, a bardziej ciekawość.

Francesca de Villiers Valentin Vega

Happiness comes in threes

: pn cze 08, 2026 10:26 am
autor: Francesca de Villiers
Muzycy mieli w sobie coś niebezpiecznie podobnego do sztormu.
Bez zabarwienia tkliwego romansu, którym karmiono dziewczęta w powieściach, prawdziwego — takiego, który najpierw przyciągał wzrok srebrzystym połyskiem fal, a później bez ostrzeżenia roztrzaskiwał kadłuby o skały. Wystarczyło kilka nut, kilka pewnych ruchów dłoni, spojrzenie rzucane znad gryfu z tą charakterystyczną mieszaniną bezczelności i obojętności, by ludzie sami, dobrowolnie, wchodzili do twierdzy ich charyzmy. Potem zaś odnajdywali bramę zamkniętą od środka. Być może przed laty mogła spróbować. Być może gdyby nie nosiła własnych murów równie wysoko, gdyby pozwalała sobie częściej na głupotę młodości zamiast rozsądku, który zawsze przychodził za wcześnie. Może wtedy udałoby jej się zatrzymać go przy sobie na dłużej niż pojedynczą rozmowę czy przelotne wspomnienie. Może nawet byłby jej. Iście bezużyteczna do życia myśl, co fascynująca; należała do tych alternatywnych rzeczywistości, które istnieją wyłącznie po to, by drażnić człowieka własną niedostępnością.
A przecież zakazany owoc od zawsze smakowały najlepiej.
Chcesz, bym tylko Ciebie podziwiała, mon bel homme? — szepnęła, zerkając na pana gitarzystę niknącego w tłumie. Na pożegnanie wygięła jeszcze palce w nieme zadzwonię, obdarzając go uśmiechem lekkim i figlarnym, takim, który nie obiecywał niczego poza samą możliwością. Gest uleciał jednak równie szybko, jak się pojawił. Jej prawdziwy punkt centralny znajdował się tuż obok i to jemu zamierzała okazywać pełnie uwagi. — Niegdyś Cię zjadałam spojrzeniem z lichej ciekawości... Zwyczajnie miewałeś mnie gdzieś, racja?Czemu właściwie? Nigdy nie należała do kobiet, które godzinami przeżuwały własne decyzje, obracając je w myślach niczym kamienie wygładzone przez nurt rzeki. Nie zastanawiała się nad tym, dlaczego czegoś nie zrobiła. Nie rozbierała przeszłości na części pierwsze, nie tropiła momentów, w których los skręcił w niewłaściwą uliczkę. Czas płynął naprzód i należało płynąć wraz z nim. Dzisiaj pośród rozedrganego tłumu, gdzie muzyka mieszała się z zapachem potu, alkoholu i rozgrzanych emocji, niektóre dawne zaniechania wracały do niej niczym upiornie żywe duchy. Nieoczekiwanie zachwiała się lekko, szturchnięta barkiem przez masywniejszą kobietę przeciskającą się przez zbiorowisko ludzi z siłą tarana. Ugh. Tłumy. Odwieczna wojna wszystkich przeciw wszystkim.
Zanim zdążyła odzyskać równowagę, oparła się o niego. Dosłownie na ułamek chwili.
Pod dłonią poczuła napięcie mięśni ukrytych pod materiałem koszulki, twardą stabilność ciała przyzwyczajonego do ruchu i wysiłku. Do jej policzka dotarło ciepło jego oddechu, rozmywające się w koncertowym gwarze niczym fala ciepłego powietrza przed letnią burzą. Było w tym coś irytująco naturalnego, coś, co sprawiało, że przez sekundę zrozumiała każdą kobietę patrzącą na niego z zachwytem spod wachlarza rzęs. — Kocha mniejak nie kochał nikt, dopowiedziała sobie w prywacie statecznej myśli i moje negatywne usposobienie, bunt wpisany w codzienność. Ty byś potrafił się tak poświęcić, hm?
Ciało przy ciele, muzyka zaś — jak przystało na starą, poczciwą klasykę — czyniła dokładnie to, do czego została stworzona. Uspokajała rozedrgany po godzinach tłum, wygładzała ostre kanty rozmów, zmuszała obcych do dzielenia wspólnego rytmu, a przyjaciół do nieco większej śmiałości. Gdzieś pomiędzy kolejnymi wersami piosenki smukła sylwetka przylgnęła do niego mocniej, jakby odnalazła najwłaściwsze miejsce pośród całego tego roztańczonego zamieszania. Palce, zajęte najwyraźniej własną formą rozrywki, plątały pojedyncze kosmyki włosów przy jego karku, podczas gdy głos mieszał się z jego głosem w zgodnym wykonywaniu utworu znanego zapewne na pamięć. Nietrudno było w takich okolicznościach zapomnieć o świecie. Ludzie zwykli tracić głowę dla znacznie głupszych powodów.
Jakby melodia od lat znała drogę między nimi.
Na kilka minut świat skurczył się do dźwięków gitar, śmiechu i refrenu, który znali niemal na pamięć. Wszystko poza tym przestało mieć znaczenie. Obowiązki. Rozsądek. Czas. Te wszystkie nudne konstrukcje, którymi ludzie próbowali ujarzmić własne życie.
Aż w połowie utworu coś się zmieniło.
Mon amour... Toujours en retard — Najpierw poczuła znajomy ciężar męskich dłoni spoczywających na jej brzuchu. Potem ciepło oddechu muskające kark, subtelne i ledwie wyczuwalne, a jednak wystarczające, by przez kręgosłup przebiegło jej przyjemne drżenie. Chwilę później poczuła jeszcze delikatne otarcie nosa o wrażliwą skórę przy szyi, wywołując subtelny uśmiech na kantach rozleniwionej dotąd twarzy, mrucząc francuską zgłoską tylko dla niego. — Najlepszy wokalista w tej części świata... — Kącik ust drgnął jej ledwie zauważalnie, gdy przedstawiła ich sobie kilkoma oszczędnymi słowami; formalność równie krótka co niepotrzebna, bo przecież pierwsze spojrzenia zdążyły już powiedzieć znacznie więcej niż imiona.
A przynajmniej próbowały.
Potem uwolniła jedną dłoń. Palce wsunęły się w jasne włosy Theo, przeczesując je od karku ku potylicy w geście tak naturalnym, jakby wykonywała go od zawsze. Jednocześnie odchyliła głowę, odsłaniając linię szyi i pozwalając mu odnaleźć wygodniejszą pozycję pośród rozkołysanego tłumu. — Valentin Vega. Valeś, poznaj mojego chłopaka, Theodore Telliera.
Jakże p a s j o n u j ą c a była ta kreacja.

Theodore Tellier Valentin Vega

Happiness comes in threes

: pn cze 08, 2026 3:01 pm
autor: Valentin Vega
Bien sûr - odparł z twardym, kanadyjskim akcentem, wyławiając zapewnienie z odmętów pamięci jakoś tak łatwo i bez problemu. Od lat nie posługiwał się żadnym z obcych języków, ale widać czym skorupka za młodu nasiąknie… całe szczęście, że pozbył się innych naleciałości. A przynajmniej tak sądził, nie zauważając drobiazgów, które na stałe wpisały się w jego charakter, zaszczepione życiem elit i nieustanna nagonką rodziców. Jak choćby większa samoświadomość i pewność siebie.
Wolał jednak myśleć, że to kwestia osobowości, nie wychowania.
No proszę, kto tu teraz komu wypomina przeszłość - drażnił się z nią, tym samym omijając przyznanie jej racji. Przecież nie będzie wprost mówił lasce, którą chciałbym przelecieć, że faktycznie kiedyś ją zlewał. Tak, miał ją gdzieś, tak jak większość wszystkich tych grzecznych panienek, które albo zupełnie bały się świata, albo na przekór starym dawały dupy komu popadnie, mając ego większe niż on sam. Nie, żeby nie korzystał. Chętnie mu się oddawały, ale jednocześnie gardził ich głupotą i przeświadczeniem o zajebistości. Zresztą w tamtym czasie cały świat wydawał mu się pusty i pozbawiony realizmu. Z papierowymi ludźmi i relacjami z kartonu. Dopiero kiedy porzucił szkołę i rodzinę, zrozumiał że żaden z niego wyjątek i takich jak on było dużo więcej. W końcu to właśnie wśród elit znalazł na kilka lat kogoś, kto też pragnął znaleźć w świecie konwenansów coś prawdziwego.
I znalazł.
Znaleźli się, dwójka idiotów przeciwko światu i równie głupia, szaleńcza miłość.
Ach, stare dzieje.
Odruchowo objął Fran, kiedy czyjś nieświadomy ruch posłał ją w jego ramiona. Może przytrzymał ją dłużej niż wypadało, może ona też nie odsuwała się tak szybko, jak powinna. Co w kontekście jej wyznania było dziwne i jakieś takie niezręczne. Vala nie kręciły zajęte laski. Po tym jak kilka razy musiał wziąć się za łby z jakimś zazdrosnym fagasem, rozważniej dobierał sobie przygody. A jednak bliskość między nimi wydawała się tak naturalna, jakby przez te kilkanaście spotkań stali się sobie bliscy.
Bliżsi niż oboje chcieli i powinni przyznać.
Jej słowa, prawie zagłuszone przez szum tłumu, dziwnie go poruszyły. Mało kto mówił o miłości z taką prostotą, jednocześnie wydając się przy tym zupełnie szczerym. A ona bez fałszywej nieśmiałości stwierdziła oczywistość. Była jej tak pewna jak tego, że jutro znów wstanie słońce. Trochę jej tego zazdrościł. Nie samej szczerości, bo nie miał z nią problemu, pozazdrościł pewności drugiego człowieka.
Miał jednak ochotę powiedzieć hola hola, kto tu mówi o miłości, ale odniósł wrażenie, że gdyby zbagatelizował jej słowa, sprawiłby jej przykrość. Więc zamiast się wydurniać, uderzył w poważniejszy ton, który w zestawieniu z czułymi taktami piosenki i jego zniżonym głosem miał w sobie subtelność i intymność rozmowy między dwójką przyjaciół.
Nie wiem, nie znam cię tak jak on - zauważył, zarzucając jej dłonie na swoje ramiona. – Ludzie w obliczu miłości odnajdują w sobie cechy, których się po sobie nie spodziewają. Ale to chyba już bez znaczenia, prawda? - Na krótko spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się kątem ust. Bez zawodu czy żalu. Nie szukał związku, skończył z nimi w chwili, w której rozpadł się ten, który uważał za jedyny prawdziwy, to po pierwsze. A po drugie Fran sama przyznała, że jest zajęta, tym sposobem sprawiając, że stali się tylko dwójką znajomych, która na kilka minut przytulańca pretendowała do czegoś więcej. Val się nie łudził, ale miło było trzymać ją w ramionach, mrucząc słowa piosenki jakby naprawdę coś dla nich znaczyły.
Pojawienie się obcego przebiło bańkę tej intymności.
Val zmrużył oczy, czując kostki jego palców na brzuchu, tuż nad paskiem spodni. Co jest, kurwa? Cofnął biodra i ostro spojrzał mu prosto w oczy. Rzadko zdarzało się, żeby ktoś tak ostentacyjnie podbijał do laski w czyichś ramionach.
A już szczególnie w jego ramionach na jego imprezie.
Nieznajomy był wyższy o dobre kilka centymetrów, ale Valentin bez wahania sprezentował mu swoje niezadowolenie. Theo przez moment widział więc, jak w jego ustach formuje się “spierdalaj, koleś", ale ostatecznie nic takiego nie padło bo zdał sobie sprawę z kim ma do czynienia.
Wykrzywił usta w czymś z pogranicza rozbawienia i zażenowania.
Zrozumiał co do siebie szeptali, a choć poczuł naturalną ochotę żeby się odsunąć i zostawić ich samych, to dłonie Fran wciąż owinięte wokół karku sprawiły, że nigdzie się nie ruszył. Ciekawe. Nie miał pojęcia o co chodzi, szczególnie że facet nie wydawał się w żaden sposób zazdrosny. Nawet w jego pytaniu więcej było zaintrygowana niż zaborczości.
Tyle? - Val zaśmiał się cicho, jakby to, co robili było najbardziej niewinną rzeczą pod słońcem. Bo przecież było. – Tylko tańczymy, tygrysie - zapewnił nonszalancko, łapiąc jego spojrzenie ponad ramieniem Fran, do którego nieznajomy przytulał nos w wyrazie równie ckliwej, co gorącej tęsknoty.
Koleś wyglądał jakby urwał się z konferencji i znalazł tu zupełnym przypadkiem. Jego ułożone włosy i jasna koszula kontrastowały z roztrzepanym towarzystwem ubranym w koszulki metalowych zespołów i wytarte dżinsy.
Widząc go Val pomyślał, że to takie oczywiste. Fran przygruchała sobie ulizanego chłopca z korpo, bo w głębi duszy sama wciąż była tą samą ułożoną panienką. Tkwiła w schematach, nic się nie zmieniło. Poczuł rozczarowanie, ale z drugiej strony, nie jego sprawa z kim prowadzała się koleżanka z przeszłości. Nie jego piaskownica i nie jego zabawki. Gość przynajmniej był niebrzydki. Miał w sobie ten wkurwiający korporacyjny sznyt, to prawda, ale coś w jego oczach sprawiało, że Val nabrał ochoty żeby zburzyć mu tę ułożoną fryzurkę, zaciskając w niej palce, kiedy będzie tkwił z fiutem głęboko w jego ustach.
Określenie Fran wyrwało go z fantazji i przywołało na twarz drapieżny, szelmowski uśmiech, którym zwykł sprawiać, że laski moczyły majtki. Może nawet echo wyobrażenia dodawało mu sugestywności. Co z tego, że wcale nie był najlepszym wokalistą w tej części świata? W tej chwili mógł być, specjalnie dla pana ważniaka.
Przeniósł spojrzenie na dziewczynę, właśnie odchylającą głowę na ramię kochanka. W tym jak eksponowała szyję i leniwie wplątała palce w jego włosy było coś szalenie erotycznego. Z trudem oderwał wzrok od jej rozchylonych w cwanym uśmieszku ust. Miał wrażenie, że sobie z nim, a może nawet z nimi, pogrywa. Świetnie, bo Vega chętnie podnosił rękawicę, szczególnie że poczuł nieodparte pragnienie sprawdzenia jak bardzo sztywny i grzeczny jest chłopak Fran, pretendującej przecież do miana niegrzecznej dziewczynki.
Piosenka powoli dobiegała końca, ale wciąż jeszcze trwała. Drżące w przestrzeni emocje lepiły się do ciała, jak zachłanne dłonie. Val w rytm muzyki przesunął swoje w górę pleców Fran, powoli, jakby chciał poczuć pod nimi każde zagięcie koszulki i ukryty pod nią aksamit jej ciała. Nie odwracał spojrzenia od jego oczu. Umyślnie zahaczył wierzchem palców o jego pierś jednocześnie przysuwając się ponownie, by znów poczuć dotyk jego knykci na brzuchu, tym razem całkiem oczekiwany.
Było coś fascynującego w tym jak bez trudu odnajdywali wspólny rytm, a Fran przypominała środek bardzo apetycznej kanapki.
Imię pasowało do niego, równie poważne i dostojne jak imiona pozostałej dwójki. Chociaż Val rzadko przedstawiał się pełnym.
Theodore - mruknął, smakując jego brzmienie. Przesunął wzrokiem po jego twarzy w ostentacyjny i jednoznaczny sposób, bezczelnie go obyczajając. – Fran nie mówiła, że jesteś takim ładnym chłopcem. - Gdyby te słowa powiedział facet o aparycji twinka, miałyby zdecydowanie bardziej gejowski wydźwięk, ale w ustach Valentina, wypowiedziane niskim, chropawym głosem, brzmiały jak całkiem szczery komplement. Jego oczy, lśniące teraz wewnętrznym głodem potęgowały wrażenie seksownej arogancji, która pozwalała mu mówić takie rzeczy zupełnie bezkarnie. – Szkoda tylko, że na co dzień pewnie przyduszasz się krawatem.
Popatrzył na Fran z rozbawieniem, uwalniając Theo od intensywności swojego spojrzenia.
- Uważaj, laleczko, niedotlenienie organizmu powoduje śmierć szarych komórek. Szkoda by było takiego ładnego chłopca. - Potarł palcem guziki jego koszuli w geście tyle samo czułym, co prowokacyjnym. Mrugnął do niego przekornie, a potem odsunął się, dokładnie w momencie gdy ostatnie nuty kawałka właśnie cichły.

Francesca de Villiers Theodore Tellier