Strona 1 z 1

we are adults... apparently

: ndz maja 31, 2026 9:23 pm
autor: Elsa Eriksen
Siedziała na toalecie, wpatrując się ślepo w ekran telefonu i uruchomiony na nim stoper. Pięć minut — tyle instrukcja kazała poczekać na pojawienie się wyniku testu. Nie przyszłoby jej do głowy, żeby w ogóle go robić, ale podczas porannego spaceru z psami zakręciło jej się w głowie i poczuła dziwne mdłości. Odruchowo sprawdziła swój kalendarzyk w komórce, w którym zapisywała ostatnią miesięczne i dotarło do niej, że okres jej się spóźniał już drugi tydzień, a po wyjęciu ze szpitalu musiała na kilka dni odstawić tabletki i… co za nieodpowiedzialna idiotka… od razu pognała do apteki, aby kupić ten plastikowy patyk, od którego zależało tak naprawdę całe jej życie. Nie — ich życie, bo przecież oczywistą oczywistością było to, że to Dante miałby być ojcem.
Pięćdziesiąt osiem… pięćdziesiąt dziewięć… pięć minut.
Jak poparzona sięgnęła po leżący na pralce test i chyba nigdy tak głośno nie odetchnęła z ulgą — w okienku była tylko jedna kreska. Zgarnęła jeszcze całe opakowanie i wrzuciła do kosmetyczki pędzel do różu, którym bawiła się nerwowo podczas tych najdłuższych pięciu minut w jej życiu, a kartonik wraz z całą jego zawartością wyrzuciła do śmieci pod zlewem w kuchni. Upewniła się jeszcze tylko, że miski psów były napełnione, a potem pognała do pracy. Już i tak była spóźniona, miała więc cichą nadzieję, że także jej pierwsza klientka miała coś ważnego do załatwienia przed poranną wizytą w salonie i nie pojawi się w salonie punktualnie.
Cały problem jednak polegał na tym, że w kuble wylądował jej pędzel, zaś w kosmetyczce ten przeklęty plastikowy patyk…
A w pracy nie miała czasu o tym myśleć. Zapomniała o spóźniającym się okresie, o mdłościach od zapachu pylących kwiatów i drzew. Skupiła się na swoich obowiązkach, na dostawach, na klientach i na tym, że robiła to co kochała i nigdy nie zmieniłaby swojej ścieżki na jakąkolwiek inną. Bo nawet jakby nagle się okazało, że była zaginioną księżniczką jakiegoś królestwa, chodziłaby do poddanych i robiła im najpiękniejsze fryzury na świecie! I jakoś w połowie dnia, dostała telefon. Niespodziewany, ale wyraźnie zaskakujący. Asystentka głównego projektanta włoskiego domu mody ECLATÉ zaproponowała jej współpracę przy serii pokazów mody w Mediolanie, Florencji, Wenecji i Rzymie. Europa… Włochy… Podczas całej rozmowy ręce jej się trzęsły, tak samo nogi nie chciały współpracować i musiała usiąść na kanapie, aby czasem nie upaść kolanami na posadzkę. Oczywiście, że się wstępnie zgodziła, ale poprosiła jeszcze o przesłanie szczegółów mailem. Obiecała, że do jutra do godziny dwunastej da ostateczną odpowiedź. Gdy się rozłączyła, od razu napisała wiadomość do Dantego.
Śnieżynka
Jak będziesz szedł z psami na spacer to sprawdzisz czy w cukierni jest brownie? Mamy co świętować! <3333
Och, i może kupisz jakieś paluszki albo chipsy? Mam straszną chcicę na słodko-słoną mieszankę xd
Kocham Cię! <3
Wiadomość...
Potem odłożyła telefon i wróciła do pracy — w końcu musiała zmyć klientce farbę jeśli nie chciała, aby ta spaliła jej włosy.
Do domu wróciła wieczorem. Zmęczona, głodna jak diabli, bo miała czas zjeść tylko dwa owsiane ciastka między strzyżeniem kręconych włosów a próbną ślubną fryzurą z wykorzystaniem żywych kwiatów. Zdziwiła się, że nie przywitało ją głośne szczekanie psów ani też jej chłopak nie przyszedł od razu do przedpokoju, aby zapytać, co takiego się stało, że aż zarządziła zakup ulubionego ciasta. Zdjęła buty, chowając je od razu do szafki, aby nie kusić Murphy’ego i jego zębów, po czym weszła do salonu i dopiero stamtąd dostrzegła, że wszyscy domownicy siedzieli w ogrodzie. Z szerokim uśmiechem zaczęła iść w ich kierunku, kiedy to jej uwagę przykuł leżący na stoliku test. Ten sam, który rano wyrzuciła do śmieci. Nie przyglądając mu się jakoś szczególnie, wzięła go do ręki i dołączyła po chwili do Dantego w ogrodzie.
— Cześć, kochanie — wymruczała, nachylając się nad nim i całując czule w usta. — Grzebałeś w śmieciach? — zapytała zaraz rozbawiona, unosząc trzymany w dłoni patyk. Próbowała sobie wyobrazić, co takiego mogło nim kierować, ale totalnie nic nie przychodziło jej do głowy.

Dante Levasseur

we are adults... apparently

: ndz maja 31, 2026 10:14 pm
autor: Dante Levasseur
Nie dało się ukryć, że w ostatnich tygodniach zdecydowanie więcej czasu spędzał w domu Elsy niż w wynajmowanym mieszkaniu. I może w związku z tym dalsze jego wynajmowanie zaczynało powoli tracić jakikolwiek sens, ale… na tak zobowiązujące decyzje może jednak mieli jeszcze całkiem sporo czasu. Na pewno dość, by nie musieć za bardzo zaprzątać sobie głowy. A przynajmniej nie podczas porannego – lub bardziej południowego… – dopijania kawy w jej kuchni, po kolejnym noclegu w jej domu, kiedy ona od jakiegoś już czasu była niewątpliwie w pracy…
Wchodząc do łazienki, na pewno nie spodziewał się zastać tam niczego zaskakującego. A przynajmniej nic, co miałoby zatrzymać go w niej na dłużej niż było to konieczne… Niewiele zresztą brakowało, by rzeczywiście nie zwrócił nawet uwagi na ten jeden niepasujący element, który częściowo wystawał z należącej do Elsy kosmetyczki – w pierwszej chwili jego spojrzenie jedynie prześlizgnęło się po nim bez większego zainteresowania. W kolejnej jednak musiało chyba do niego dotrzeć, że coś tu się nie do końca zgadzało… Zerknął więc raz jeszcze, po dłuższej chwili mimowolnie sięgając ręką w stronę podłużnego plastiku. Póki co wciąż jeszcze nie przerywając mycia zębów i wciąż nie spodziewając się niczego niepokojącego. Dobrych kilka sekund musiało minąć, zanim dotarło do niego, na co właściwie patrzył i co trzymał w ręku. Jeszcze dłużej natomiast, zanim zorientował się, co ten widok mógł oznaczać.
Nie odrywając spojrzenia od testu ciążowego, wypluł z ust spienioną pastę do zębów i pospiesznie je wypłukał, by w kolejnej chwili – wciąż z tym cholernym testem w ręku – wyjść z łazienki i przyjrzeć się swojemu znalezisku w nieco lepszym świetle.
Bo… tylko mu się wydawało, czy faktycznie w miejscu, w którym nie powinno być niczego, majaczyła jakaś ledwie widoczna niebieska kreska…?
O kurwa… – mruknął pod nosem, wciąż wpatrując się w to blade widmo kreski, jakby liczył co najmniej na to, że ta będzie dość uprzejma, by tak po prostu zniknąć zupełnie. Albo jakby obawiał się, że stanie się stanowczo zbyt wyraźna i zbyt trudna do zignorowania, jeśli tylko odwróci wzrok choćby na moment.
Niestety, ani uporczywe przyglądanie się testowi, ani nawet ta powtórzona jeszcze kilkukrotnie kurwa, nie sprawiły, że kreska miałaby zniknąć. A on… jakoś tak kompletnie nie miał pojęcia, co powinien w tej sytuacji zrobić. Odłożyć to cholerstwo na miejsce i udawać, że absolutnie niczego nie widział…? Tak w myśl zasady, że rzeczy skutecznie ignorowane, po prostu nie istniały. Tyle, że to chyba kompletnie nie wchodziło w grę. Nawet z całym swoim nieprzeciętnym talentem do ignorowania najróżniejszych problemów, w tym przypadku mógłby zwyczajnie nie dać rady.
W takim razie… przeszedł pospiesznie do kuchni, zgarniając z blatu pozostawiony tam telefon i już mając zadzwonić do Elsy, kiedy dotarło do niego, że to chyba też nie był najlepszy możliwy pomysł. Pospiesznie wystukaną wiadomość do niej, ostatecznie również po prostu skasował, ponownie zerkając zamiast tego na ten pieprzony test. Nie dało się ukryć, kreska wciąż tam była. Niewyraźna, ledwie zauważalna, ale nadal absolutnie niemożliwa do zignorowania. Niewiele myśląc, zrobił zdjęcie cholerstwa, wysyłając je do pierwszej osoby, która – poza Elsą – przyszła mu na myśl.
Szkoda tylko, że wymiana wiadomości ze Stonesem – ani tym bardziej research w odmętach Internetu, po którym dowiedział się na temat testów ciążowych zdecydowanie więcej niż kiedykolwiek chciałby wiedzieć – też jakoś niespecjalnie poprawiła sytuację.
Zwłaszcza, że kreska nadal tam była.
A Stones potwierdził – niestety – że nie była przy tym tylko jego przewidzeniem.
I naprawdę próbował w ciągu całego dnia zająć się czymkolwiek innym, byleby tylko nie myśleć ciągle o tym, że mogli z Elsą wpaść. I z czym dokładnie ta wpadka miałaby się wiązać… Co pewnie miałoby dość niewielkie szanse na to, by rzeczywiście się udać. Gdyby nie wiadomości, które mu wysłała, a na które nie był nawet w stanie jej odpisać. Za to jeszcze jedna rzucona w eter kurwa była chyba całkiem adekwatną reakcją…
Choć jednak przynajmniej rzeczywiście podczas krótkiego spaceru z psami kupił to cholerne brownie. A także trzy paczki chipsów – pewnie łatwiej byłoby dopytać o konkretny smak, ale… to akurat oznaczałoby, że musiałby jej cokolwiek odpisać… – i paluszki. Całość wylądowała bezładnie porzucona na kuchennym blacie, on sam natomiast kolejny raz sprawdził godzinę, by móc przynajmniej mniej więcej oszacować, ile mógłby mieć jeszcze czasu do powrotu Elsy. Prawdopodobnie stanowczo za dużo. I przy okazji zdecydowanie za mało. Co za idiotyczny paradoks
A ponieważ powrót do wpatrywania się w ten durny test prawdopodobnie nie miałby większego sensu, zdecydował się ostatecznie porzucić go na stoliku w salonie i spędzić nieco czasu z psami w ogrodzie. Może nawet faktycznie wierząc, że zabawa szarpakiem miałaby pomóc w oderwaniu myśli od tego konkretnego tematu. Poniekąd… przynajmniej w niewielkim stopniu mogło tak być. Na tyle przynajmniej, by nie do końca zwrócił uwagę na to, kiedy Elsa weszła do domu – aż do momentu, gdy ta nachyliła się nad nim z tym powitalnym buziakiem.
I pieprzonym testem w ręku.
W śmieciach…? – powtórzył za nią niezbyt przytomnie, odstępując Murphy’emu szarpak i przez moment, zanim zawiesił spojrzenie na tym nieszczęsnym teście, przyglądając się jak ten odbiega z nim ścigany przez Olive. – Nie. W sensie… przecież nie był w śmieciach, tylko w łazience. I… Elsa…?
Spojrzał wreszcie na nią, najwyraźniej licząc na to, że to niezadane wprost pytanie, wybrzmiało mimo wszystko dostatecznie wyraźnie. A jeszcze bardziej na to, że odpowiedź na nie nie będzie tą twierdzącą…

Elsa Eriksen

we are adults... apparently

: ndz maja 31, 2026 11:10 pm
autor: Elsa Eriksen
Elsa na co dzień nie traktowała swojego domu jako jej własnego. Zawsze tak formułowała zdania, że brzmiały jakby te cztery kąty były także i jego. O której wrócisz do domu? Kup proszę kapsułki do prania, bo chyba się nam kończą. O, spójrz na te kwiaty. Myślisz, że przyjmą nam się w ogrodzie? Nie robiła tego specjalnie, po prostu to było dla niej normalne, skoro spędzali w nim naprawdę sporo czasu razem. W szafie naturalnie zrobiło się więcej miejsca na ubrania chłopaka, a w łazience pojawiła się wolna półka na jego kosmetyki. Dodatkowa szczoteczka do zębów też stała się nieodłącznym elementem zlewowego krajobrazu już pierwszego dnia, kiedy przywiozła go pijanego z klubu. I choć wtedy jeszcze żadne z nich nie wiedziało jak dalej potoczy się ich relacja, to ona została w kubeczku, ustępując tylko miejsca nowym, gdy ta stara nadawała się już do wymiany. Elsa nawet nie zauważyła momentu, w którym przestała pytać, czy zostanie na noc. Zamiast tego zakładała, że będzie. Kiedy planowała weekend, myślała o nich, a nie wyłącznie o sobie. Nie wynikało to z potrzeby kontrolowania jego życia ani z przekonania, że powinien mieszkać u niej. Po prostu jego obecność tak mocno wryła się w jej codzienność, że stała się czymś równie oczywistym jak poranny spacer z DWOMA psami czy jaśminowa herbata do śniadania.
Dlatego dopiero po czasie Elsa uświadamiała sobie, jak często mówiła nam zamiast mi. Jak bez zastanowienia pytała o zdanie przy wyborze nowych zasłon albo planowaniu nasadzeń w ogrodzie. Jak bardzo ten dom, który kiedyś był tylko jej, stał się miejscem dzielonym z kimś innym. I to nie byle kim, bo z ukochanym człowiekiem.
Niepokoił ją trochę fakt, że Dante przez cały dzień nie odpisał na jej wiadomości. Przez chwilę myślała, że może telefon mu się rozładował, ale pod dymkami z wystukanym przez nią tekstem widniał wyraźny komunikat Wyświetlono. Może potem mu się rozładował? Nie miała jednak czasu, aby do niego zadzwonić albo ponowić wiadomości, więc tylko po cichu liczyła, że wszystko było w porządku, choć trudno było jej ignorować niepokojące ściski żołądka.
Dlatego, widząc jak bawi się z psami w ogrodzie, trochę jej ulżyło. Tak samo, gdy zobaczyła leżące na blacie zakupy, których listę wysłała mu kilka godzin wcześniej. Tylko nadal chyba to wszystko wyglądało inaczej niż się spodziewała. Możliwe, że naoglądała się zdecydowanie za dużo romansideł, ale gdzieś tam oczami wyobraźni widziała gotową kolację, lampki bezalkoholowego wina, kwiaty… bo skoro pisała, że mają powód do świętowania to musiało być to dla niej coś naprawdę ważnego, taka istna petarda albo inna bomba! A zamiast tego zobaczyła leżący na stole test ciążowy… nie nazwałaby tego istnym zawodem i rozczarowaniem, ale… w sumie chyba nie było żadnego ale. Chyba i tak się cieszyła, że nadal był, że miała go przy sobie.
Zasmiala się cicho, widząc naburmuszoną Olive, która pobiegła za swoim psim kompanem, aby zabrać mu szarpak, szczekając przy tym głośno. Była święcie przekonana, że suczka w ten sposób wołała oddawaj, teraz moja kolej, gówniarzu! ale słysząc zdziwienie w głosie Dantego, zamrugała zdezorientowana. Test był w łazience? Przecież była pewna, że wyrzucała go do śmieci. Co w takim razie…
— Faen! — rzuciła norweską kurwa i pobiegła do kuchni, wyciągając spod zlewu kubeł, a z niego jej ukochany i cholernie drogi pędzel do różu. Na szczęście nic obrzydliwego się do niego nie poprzyklejało, więc może wystarczyłoby go tylko porządnie umyć. Och, oby, bo na kupno drugiego na pewno nie mogłaby sobie pozwolić w tym miesiącu. Westchnęła ciężko nad własną głupotą i położyła go na blacie w kuchni, wracając zaraz do ogrodu.
— Rano się spieszyłam i pomyliłam… w sensie test miał trafić do utylizacji, a pędzel do kosmetyczki. Wyszło na odwrót… no ale to nic. Przecież jest negatywny, więc o co chodzi? — choć początkowo śmiała się z tego rozkojarzenia tak ostanie zdanie jasno dało do zrozumienia, że chyba nie bardzo rozumiała, dlaczego Dante musiał go zostawić aż na stole w salonie. Byli dorośli, uprawiali seks i mimo zabezpieczeń zawsze istniał choć niewielki procent szansy na to, że mogłaby zajść w ciążę. Ale póki była jedna kreska…
Mimowolnie zerknęła na trzymany w dłoni test, aby ponownie potwierdzić własne słowa, jednak poczuła jak kolana jej miękną, a nogi
się uginają.
Tego nie było. Rano nie było tej drugiej kreski. Nawet takiej bladej, ledwo widocznej. Nawet w tym słabym świetle w łazience… a może była? Może nie zauważyła?
Wenecja, Florencja, Mediolan… nie, nie mogła być w ciąży, nie teraz.
— To… to na pewno pojawiło się po czasie. Sprawdzałam wynik po pięciu minutach z zegarkiem w ręce… potem mogła zajść jakaś reakcja chemiczna i pojawić się to blade coś… ale to nic. Na pewno nie jestem w ciąży, nie musisz się martwić… naprawdę. — Nie wiedziała kogo chciała bardziej do tego przekonać, siebie czy jego. Ale fakty były takie, że od dwóch tygodni nie dostała miesiączki, rano prawie zasłabła na spacerze i zapach kwiatów przyprawiał ją niemal o wymioty, a test ciążowy właśnie pokazywał dwie kreski.

Dante Levasseur

we are adults... apparently

: pn cze 01, 2026 3:33 pm
autor: Dante Levasseur
Możliwe, że powinni znaleźć chwilę lub dwie na przedyskutowanie pewnych dość istotnych kwestii. Jak choćby tę związaną z mieszkaniem – razem lub osobno, zamiast dalszego trwania w jakimś dziwacznym zawieszeniu, w którym może i obydwoje uznawali za zupełnie normalne to, że czuł się u niej jak u siebie i spędzał w jej domu zdecydowaną większość czasu, a jednocześnie wciąż nie widzieli niczego dziwnego w dalszym wynajmowaniu przez niego mieszkania. Do którego wpadał na tyle sporadycznie, że powoli to właśnie tam czuł się znacznie bardziej nie na miejscu niż u niej.
Mogliby też pewnie nieco wcześniej przedyskutować także całkiem istotną kwestię związaną z dziećmi… W końcu… tak, rzeczywiście uprawiali przecież seks, zdarzało im się to nawet dość często, jakby wciąż nie mogli się sobą nacieszyć albo starali się nadrobić tych parę straconych lat, ale… naprawdę brali przy tym pod uwagę możliwość ewentualnej wpadki? I tego, co miałoby się w związku z nią zadziać…? Możliwe, że przynajmniej Elsa o tym myślała – jako ta, która raczej nie miała większych problemów z całkiem trafnym przewidywaniem potencjalnych konsekwencji. Równie możliwe jednak było to, że nawet jeśli Dantemu raz lub dwa mogło coś podobnego przejść przez myśl, to… mogli mieć na ten temat nieco odmienne spojrzenie. I pewnie dobrze byłoby, gdyby skonfrontowali je nieco wcześniej. Na przykład przed znalezieniem w łazience tego cholernego testu. Może przynajmniej w ten sposób zaoszczędziłby sobie nieco nerwów…
Nie miał pojęcia, co miało oznaczać to jej nagłe wbiegnięcie do domu, tak samo jak nie miał pojęcia, czy w związku z tym powinien pójść tam za nią. Ostatecznie jednak musiał widocznie dojść do wniosku, że zajęcie miejsca na ogrodowej huśtawce mogło okazać się tym najlepszym rozwiązaniem. Zwłaszcza, że już po chwili Elsa wróciła do ogrodu – wraz z wyjaśnieniami i tym ostatnim zdaniem, które wprawdzie powinno wywołać poczucie ulgi, ale… No właśnie ale. Test nie był przecież negatywny, a ta cholerna kreska na pewno nadal tam była. Tego nie musiał nawet sprawdzać, w końcu już i tak napatrzył się na niego wystarczająco w ciągu całego dnia. I już nawet otwierał usta, by wyprowadzić ją z błędu, gdy sama jednak odkryła to, czego najwyraźniej nie zauważyła wcześniej. Albo… może faktycznie nie było tego wcześniej…?
Powinien chwycić się tego jej przekonania o tym, że nie była w ciąży i nie próbować go nawet w żaden sposób podważać. Przez moment zresztą rzeczywiście miał na to ochotę, co chyba bez większego problemu można było wyczytać ze spojrzenia, jakie w niej utkwił. Przynajmniej przez tę krótką chwilę, zanim pojawiły się – chyba całkiem uzasadnione – wątpliwości.
Bo przecież gdyby była pewna, prawdopodobnie wcale nie musiałaby robić testu. I… chyba zdążył naczytać się zdecydowanie zbyt dużo rozbieżnych informacji na temat takich złośliwych ledwie widocznych kresek, by móc tak po prostu przyjąć za pewnik, że ta konkretna zupełnie nic nie znaczyła. Nawet jeśli pojawiła się po wyznaczonym w instrukcji czasie.
No i jeszcze ten powód do świętowania, o którym mu pisała. I brownie z chipsami… Zdecydowanie wiele rzeczy aż nazbyt wyraźnie sugerowało, że wątpliwości były w tym wypadku jak najbardziej wskazane.
Jesteś pewna…? – mimo wszystko chyba dość jasne były intencje kryjące się pod tym pytaniem. Jasne, że chciał, żeby po prostu mu przytaknęła. Może wtedy faktycznie dałoby się zamknąć ten temat, uznać z całym przekonaniem, że żadnej ciąży nie było i zapomnieć o całej sprawie…
Podobno… – zawahał się przez moment, jakby nie do końca pewien, czy naprawdę chciał zdradzać się z tym, ile czasu poświęcił na wczytywanie się w forumowe dyskusje na temat wątpliwych testów ciążowych. – Podobno czasami faktycznie ta kreska pojawia się po czasie i to nic nie znaczy, ale… czasami może też pojawić się tak mniej więcej do pół godziny i coś jednak znaczyć…
A jeśli nawet rzeczywiście kreski nie było na teście, gdy sprawdziła jego wynik rano, to… chyba żadne z nich nie mogło mieć pojęcia, kiedy dokładnie się pojawiła. Albo czy jednak nie było jej tam od razu, a Elsa po prostu w porannym pośpiechu jej nie przeoczyła – o to w końcu wcale nie było aż tak trudno… Możliwe, że sam nie zauważyłby jej w pierwszej chwili, gdyby tylko nie wpatrywał się w test aż tak uważnie, gdy już dotarło do niego jakiego dokładnie znaleziska dokonał w jej kosmetyczce…
Może powinnaś zrobić jeszcze jeden…? Tak dla pewności… – zasugerował wreszcie, mimo wszystko z pewną nutą niepewności. Bo jeśli kolejny test miałby również ujawnić dwie kreski… Może lepiej byłoby zdać się na klasyczne wyparcie, bez zabawy w jakiekolwiek potwierdzanie przypuszczeń o ciąży lub jej braku i założyć po prostu, że tej zwyczajnie nie było. Jednocześnie dość naiwnie wierząc w to, że właśnie tyle miałoby wystarczyć, by w razie potrzeby nagiąć nieco rzeczywistość i sprawić, by to życzeniowe myślenie się sprawdziło.

Elsa Eriksen

we are adults... apparently

: pn cze 01, 2026 5:26 pm
autor: Elsa Eriksen
Prawdą było, że Elsa mniej więcej od nastoletnich czasów miała już ułożony na siebie jakiś plan. Chyba nawet prowadziła zeszyt, który ozdabiała różnymi naklejkami i oczywiście narysowanymi przez siebie śnieżynkami, notując w nim wszystkie plany na siebie. Znajdowały się tam nazwy uczelni, które chciałaby skończyć, jakie kierunki studiować, jakie podróże odbyć. Nawet opisała dokładnie jak wyglądałby jej wymarzony dom! I choć owy zeszyt zaginął gdzieś w odmętach kartonów ze starociami, to trzeba było przyznać, że dosyć wiernie odwzorowała swoje dziecięce marzenia związane z domkiem i ogródkiem. Ale miała też specjalną stronę z notatkami dotyczącymi jej przyszłej rodziny. Chciała wyjść za mąż. Ślub miał być skromny, tylko dla najbliższych. Ceremonia powinna się odbyć w plenerze, nad jakąś wodą albo na północnym kole podbiegunowym. Dwójka dzieci, najlepiej gdyby chłopiec urodził się pierwszy, aby był przykładnym starszym bratem dla młodszej siostry. Do tego dwa psy i może chomik w dziecięcym pokoju?
Tylko gdzieś o tych planach i małych marzeniach dotyczących założenia rodziny zdążyła zapomnieć albo przynajmniej usilnie sobie tłumaczyć, że wcale tego nie potrzebowała. Bo gdyby bardzo chciała dziecka to raczej nie miałaby problemu na złapanie któregoś z jej poprzednich partnerów czy chociażby samego Dantego. Wystarczyło przecież odstawić tabletki, obliczyć swoje dni płodne i.. tadam! Ale przecież ona taka nie była. Wiedziała, że do takich zabaw potrzebna była zgoda dwojga ludzi, a ostatnie czego chciała to wrabianie kogokolwiek w niechciany wir pieluch i mleka. I choć zapytana przez kogokolwiek o to, czy i jeśli tak to z kim, chciałaby stworzyć swoją małą rodzinę, bez wahania odpowiedziałaby, że przecież z tym wytatuowanym, pokręconym na łbie gamoniem. Ale jednocześnie zdawała sobie sprawę, że on raczej nie podzielałby jej entuzjazmu. Dlatego do rozmowy, którą powinni przeprowadzić dobrych kilka tygodni temu, nigdy nie doszło.
Usiadła obok niego na huśtawce, wpatrując się tępym wzrokiem w te wyblakłą kreskę. Czy była pewna? Oczywiście! … że nie. Było tyle punktów, które mogłaby odhaczać każda kobieta, która z całych sił starała się zajść w ciążę — brak miesiączki, nie najlepsze samopoczucie, zachcianki. Ale przecież każdą z nich można było dosyć logicznie wyjaśnić, prawda? Mózg Elsy od kiedy zobaczył tę drugą kreskę już zaczął podsyłać jej odpowiednie argumenty. Spóźniający się okres? Jej pobyt w szpitalu i powód przez jaki się w nim znalazła na pewno musiał zrobić w jej organizmie istny armagedon, a przede wszystkim w jej gospodarce hormonalnej. Zawroty głowy? Od rana się wszędzie spieszyła, więc gdy tylko zwolniła jej ciało się zbuntowało i postanowiło zemścić za traktowanie go jak jakiś niezniszczalny byt. A zachcianki? Brownie miało być ciastem zwycięstwa za propozycję wyjazdu do Włoch, a paluszki i chipsy tak naprawdę chodziły za nią od kilku dni, więc jak już wysyłała Dantego na zakupy to mógł od razu zgarnąć jakieś przekąski.
Tak, to nie brzmiało jakoś źle. Nawet całkiem wiarygodnie jakby się uprzeć.
Słysząc jednak wyjaśnienia chłopaka, przez chwilę ją zamurowało. Zamrugała zdezorientowana i dopiero po dłuższej sekundzie przeniosła na niego wyraźnie zdziwione spojrzenie. Nie spodziewała się tego po nim.
— Zdenerwowałam cię, co? Dlatego sobie poczytałeś, aby mieć pewność, że to błędny wynik, a i tak nie mamy pewności… — Przyznała się w końcu, spuszczając zaraz wzrok na swoje palce, które nerwowo obskubywały skórki przy paznokciach. Zmuszała się do słabego uśmiechu, ale nie była pewna czy jej to wychodziło. Bo już sama nie wiedziała, co powinna o tym wszystkim myśleć. I nagle nie potrafiła się w ogóle cieszyć ze złożonej jej propozycji. Z niczego nie potrafiła się cieszyć.
— Tak, zrobię. Ja… ja zaraz pójdę do apteki i kupię jeszcze dwa, jeden na teraz, a drugi na… na rano — wymamrotała cicho i zamknęła oczy, próbując się chociaż odrobinę skupić. Bo to zdecydowanie nie był koniec rozmowy. — A co jeśli… jeśli każdy z nich pokaże dwie kreski? Co jeśli wizyta u ginekologa też wskaże… na to? Co wtedy? Ja nie chcę cię do niczego zmuszać, ale chyba i tak… wolałabym wiedzieć za wczasu. — Nie była pewna czy ta ciąża pojawiała się w najodpowiedniejszym momencie jej życia. Nie kiedy czekał ją wyjazd i naprawdę intensywna praca, bo przecież to ona miała ogarnąć wszystkie modelki i odpowiadać za każdy kosmyk ich włosów. Ale jednocześnie chyba nie potrafiłaby ot tak łyknąć tabletek wczesnoporonnych albo udać się do kliniki aborcyjnej. Mimo to potrzebowała znać zdanie Dantego. Nawet jeśli poranny test był tylko fałszywym alarmem i źródłem jego nerwów to dobrze byłoby, żeby wiedziała jak on się zapatrywał na zakładanie rodziny kiedykolwiek.

Dante Levasseur

we are adults... apparently

: pn cze 01, 2026 6:36 pm
autor: Dante Levasseur
W przeciwieństwie do niej, raczej nie planował… w zasadzie niczego. Ale o tym powinna prawdopodobnie doskonale wiedzieć – w końcu jeszcze w liceum dał jej całkiem sporo dowodów na to, że większość jego pomysłów pojawiała się po prostu ot tak, zupełnie spontanicznie. I że taką samą większość z nich postanawiał niemal natychmiast wcielić w życie, nie zastanawiając się nad nimi zbyt długo. Albo w ogóle, bo przecież nie było sensu tracić na to czasu.
I… to zdecydowanie nie zmieniło się u niego wraz z upływem lat. Wciąż nie robił jakichś wielkich – ani nawet tych całkiem małych – planów na przyszłość, nad ewentualnymi decyzjami nie zastanawiał się dłużej niż kilka, może kilkanaście sekund i… na pewno zakładanie rodziny nie było czymś, co miałby wpisane w swój harmonogram na najbliższy czas. Albo w ogóle kiedykolwiek. Jasne, znów zdążył już przywyknąć do tej przyjemnej perspektywy, wedle której Elsa zawsze miałaby być gdzieś obok, ale… to chyba było jedynie trudne do opisania odczucie. Nie wielkie plany związane ze ślubem, dziećmi, czy czymkolwiek innym, o czym prawdopodobnie myślało już całkiem sporo osób w zbliżonym do nich wieku.
Z tego wszystkiego nawet nie pomyślał o tym, żeby zapytać ją o ten powód, który uważała za warty świętowania. Bo w końcu… skoro wiedział już, że jeszcze do niedawna była przekonana, że test ciążowy dał jej wynik negatywny, to najwyraźniej powód musiał być kompletnie inny. I prawdopodobnie wypadałoby o niego dopytać. Tylko… w tej chwili widocznie nawet coś tak oczywistego musiało kompletnie wylecieć mu z głowy albo zejść na dalszy plan, zepchnięte przez tę cholerną ledwie widoczną, ale wciąż irytująco obecną kreskę.
Mało powiedziane… – parsknął w odpowiedzi, chociaż chyba niewiele było w tym z jakiejkolwiek wesołości. Może i nie zamierzał przyznawać jej się do telefonicznych konsultacji z przyjacielem, ale chyba faktycznie już samo przekopywanie się przez informacje na temat testów ciążowych i ich interpretacji w przypadku wątpliwości, mogło całkiem nieźle świadczyć o tym, że nieźle go to zestresowało. – Okazuje się, że te całe testy mogą być całkiem skomplikowane i… Jak to nie mamy pewności…?
Prawdopodobnie ten fragment jej wypowiedzi, który dotarł do niego dopiero po chwili, nie powinien go aż tak dziwić. W końcu sam przecież powiedział przed momentem, że ta nieszczęsna kreska mogła oznaczać w zasadzie cokolwiek. Możliwe jednak, że tak bardzo zależało mu na kolejnym potwierdzeniu z jej strony, że… jego brak – nawet jeśli dość oczywisty i łatwy do przewidzenia – okazywał się zaskoczeniem niemal równym temu, jakie towarzyszyło mu tych parę godzin temu, gdy wpatrywał się w to blade widmo kreski.
Niemal odruchowo sięgnął po jej dłoń – może po tym, jak jego spojrzenie prześlizgnęło się po nich i uznał, że skubanie skórek zdecydowanie nie było czymś, co jakkolwiek jej służyło. A może chcąc dodać nieco otuchy… jej lub sobie samemu, bo w zasadzie obie te opcje wydawały się być całkiem prawdopodobne.
Mimowolnie też ścisnął tę dłoń odrobinę mocniej, kiedy już zawisło pomiędzy nimi pytanie o to, co miałoby zadziać się dalej, gdyby rzeczywiście okazało się, że cała ta ciąża nie była tylko fałszywym alarmem. Oczywiście, że nie odpowiedział jej od razu. Bo… sam przecież nie wiedział. Myśl o dziecku zdecydowanie nie była czymś, co miałoby napawać go jakąś radosną ekscytacją – ani teraz, ani… najpewniej w najbliższej przyszłości. Tej nieco dalszej prawdopodobnie też. Przecież musiał zdawać sobie sprawę z tego, że ojcem byłby co najmniej nie najlepszym, a cała odpowiedzialność jaka wiązała się z rodzicielstwem… to zdecydowanie nie było dla niego. Tej roli zdecydowanie więc dla siebie nie planował i chyba nawet nikogo nie powinno to zbytnio dziwić.
Tylko… co, kiedy to dziecko miałoby pojawić się zupełnie bez planu?
Nie miał pojęcia. I nawet po tej dłuższej chwili milczenia i wpatrywania się w ich złączone dłonie, nie był w stanie znaleźć na to żadnej sensownej odpowiedzi.
Ja… chyba nie wiem, Els – przyznał wreszcie, przenosząc spojrzenie na jej twarz. – Nie możemy po prostu poczekać z tym zastanawianiem się do czasu, aż będzie już coś wiadomo…? Może ta kreska faktycznie nic nie znaczy i nie ma się czym przejmować…
A skoro tak, to nie było również o czym rozmawiać. Bo przecież wiadomo było, że najlepszą metodą radzenia sobie z tymi trudnymi tematami było lawirowanie pomiędzy nimi i unikanie ich na wszelkie możliwe sposoby. Jeśli się o czymś nie rozmawiało i nie myślało zbyt często, to nic takiego nie istniało. Póki więc wciąż istniała jakaś – oby całkiem spora… – szansa na to, że kolejne testy miałyby okazać się negatywne… zamierzał się tego trzymać. I wciąż uważać, że nie było najmniejszego powodu, dla którego miałby w jakikolwiek sposób rozważać siebie samego w roli, która za cholerę nie mogłaby do niego pasować.

Elsa Eriksen