bittersweet
: śr cze 03, 2026 11:43 am
Burrito i Churros
Kilka dni.
Minęło już kilka dni, odkąd pokłóciła się z Noe. To była porządna i głośna kłótnia, po której człowiek zastanawiał się, czy jeszcze będzie o czym rozmawiać. Do końca sama nie wiedziała, o co dokładnie im poszło, ale była zbyt uparta, żeby wykonać ruch ku zakończeniu tego sporu. Wmawiała sobie, że ich przyjaźń już nie istniała. Nie było sensu się oszukiwać, że byli w stanie wrócić do tego, co kiedyś ich łączyło. Nigdy nie wierzyła w związki. Była tym lekkoduchem, który bardziej ufa spontanicznym przygodom niż wielkim deklaracjom. Żyła chwilą i nie planowała niczego na siłę. Czemu więc sama wzmianka o innej dziewczynie wywoływała w niej ten nieprzyjemny ucisk w żołądku? Nie mogła przez to spać i tylko Bóg był świadkiem, jak wiele razy wahała się, czy nie odblokować na telefonie przyjaciela.
Nie zrobiła tego.
Zajmowała swój umysł i czas wszystkim innym, żeby tylko odwrócić swoją uwagę od tej porąbanej relacji, która łączyła ją z Noe. Dziś miała tylko jedno zadanie - wyprowadzić psy swoich kuzynów. Zdecydowanie wolała zabrać te małe urwisy do parku niż sprzątać ten syf, który narastał w ich mieszkaniu. I co najgorsze, to nawet nie był jej chaos. Madox i Riczi mieli ją za syfiarę, ale wbrew wszystkiemu w jej artystycznym nieładzie wszystko miało swoje miejsce. Po prostu tamci się nie znali.
Siedziała na ławce, otoczona psami, które spoglądały chciwym wzrokiem na rożka z lodem w jej dłoni. Burrito jak opętany wykonywał sztuczki, których go nauczyła, żeby dostać tylko kawałeczek słodkości, a ona z rozbawieniem oglądała ten spektakl. Sombra (doberman) spokojnie czekał na komendy, a Churros leżał na ziemi obserwując teren.
- Mówiłam ci już, że pieski nie mogą czekolady. Masz swoje smaczki. – zaśmiała się, gdy mały pyszczek psa wciskał jej się pomiędzy kolana. Poprawiła kosmyk czarnych krótkich włosów, który opadł jej na policzek i cicho westchnęła. Nie mogła się przyzwyczaić do tej zmiany. Niemal całe życie miała długie włosy i kombinowała z różnymi wariacjami odcieni rudego, a nawet czerwieni, więc ta zmiana była dość drastyczna. Nie raz patrząc w lustro potrzebowała chwili, żeby zatrybić, że wpatrywała się we własne odbicie.
- Dobra, ale to musimy iść po śmietankowe. Tych wam nie mogę dać. – zadecydowała, w końcu poddając się urokowi małych stworzeń. W normalnych okolicznościach nie ustąpiłaby, ale mieszkając z chłopakami, siłą rzeczy zaczynała traktować te łobuzy jak swoje własne psy i to boleśnie przypominało jej Simbę. Na samą myśl, że znowu mogła stracić… Nie była w stanie tego jednak powstrzymać, już zbyt mocno się przywiązała.
Pośrodku spaceru, kiedy jeden pies ciągnął w lewo, drugi w prawo, a trzeci uznał, że każda kałuża jest jego przeznaczeniem, nagle zobaczyła właśnie jego. Noe… Przez chwilę po prostu wpatrywała się w mężczyznę, niepewna tego co powinna zrobić teraz. W końcu zmusiła swoje kończyny do ruchu i przeszła obojętnie obok przyjaciela licząc, że nie pozna jej w tym nowym wydaniu. Przecież oddała mu żołnierzyka, tym samym dając do zrozumienia, że to był koniec. Musiała być konsekwentna.
Noe Villeneuve-Scott
Kilka dni.
Minęło już kilka dni, odkąd pokłóciła się z Noe. To była porządna i głośna kłótnia, po której człowiek zastanawiał się, czy jeszcze będzie o czym rozmawiać. Do końca sama nie wiedziała, o co dokładnie im poszło, ale była zbyt uparta, żeby wykonać ruch ku zakończeniu tego sporu. Wmawiała sobie, że ich przyjaźń już nie istniała. Nie było sensu się oszukiwać, że byli w stanie wrócić do tego, co kiedyś ich łączyło. Nigdy nie wierzyła w związki. Była tym lekkoduchem, który bardziej ufa spontanicznym przygodom niż wielkim deklaracjom. Żyła chwilą i nie planowała niczego na siłę. Czemu więc sama wzmianka o innej dziewczynie wywoływała w niej ten nieprzyjemny ucisk w żołądku? Nie mogła przez to spać i tylko Bóg był świadkiem, jak wiele razy wahała się, czy nie odblokować na telefonie przyjaciela.
Nie zrobiła tego.
Zajmowała swój umysł i czas wszystkim innym, żeby tylko odwrócić swoją uwagę od tej porąbanej relacji, która łączyła ją z Noe. Dziś miała tylko jedno zadanie - wyprowadzić psy swoich kuzynów. Zdecydowanie wolała zabrać te małe urwisy do parku niż sprzątać ten syf, który narastał w ich mieszkaniu. I co najgorsze, to nawet nie był jej chaos. Madox i Riczi mieli ją za syfiarę, ale wbrew wszystkiemu w jej artystycznym nieładzie wszystko miało swoje miejsce. Po prostu tamci się nie znali.
Siedziała na ławce, otoczona psami, które spoglądały chciwym wzrokiem na rożka z lodem w jej dłoni. Burrito jak opętany wykonywał sztuczki, których go nauczyła, żeby dostać tylko kawałeczek słodkości, a ona z rozbawieniem oglądała ten spektakl. Sombra (doberman) spokojnie czekał na komendy, a Churros leżał na ziemi obserwując teren.
- Mówiłam ci już, że pieski nie mogą czekolady. Masz swoje smaczki. – zaśmiała się, gdy mały pyszczek psa wciskał jej się pomiędzy kolana. Poprawiła kosmyk czarnych krótkich włosów, który opadł jej na policzek i cicho westchnęła. Nie mogła się przyzwyczaić do tej zmiany. Niemal całe życie miała długie włosy i kombinowała z różnymi wariacjami odcieni rudego, a nawet czerwieni, więc ta zmiana była dość drastyczna. Nie raz patrząc w lustro potrzebowała chwili, żeby zatrybić, że wpatrywała się we własne odbicie.
- Dobra, ale to musimy iść po śmietankowe. Tych wam nie mogę dać. – zadecydowała, w końcu poddając się urokowi małych stworzeń. W normalnych okolicznościach nie ustąpiłaby, ale mieszkając z chłopakami, siłą rzeczy zaczynała traktować te łobuzy jak swoje własne psy i to boleśnie przypominało jej Simbę. Na samą myśl, że znowu mogła stracić… Nie była w stanie tego jednak powstrzymać, już zbyt mocno się przywiązała.
Pośrodku spaceru, kiedy jeden pies ciągnął w lewo, drugi w prawo, a trzeci uznał, że każda kałuża jest jego przeznaczeniem, nagle zobaczyła właśnie jego. Noe… Przez chwilę po prostu wpatrywała się w mężczyznę, niepewna tego co powinna zrobić teraz. W końcu zmusiła swoje kończyny do ruchu i przeszła obojętnie obok przyjaciela licząc, że nie pozna jej w tym nowym wydaniu. Przecież oddała mu żołnierzyka, tym samym dając do zrozumienia, że to był koniec. Musiała być konsekwentna.
Noe Villeneuve-Scott