Strona 1 z 2

sorry for stupid people

: czw cze 04, 2026 2:43 pm
autor: Aiden O'Cahallan
001.
Czasami były dni takie jak ten; kiedy zamiast imprezy z kumplami, wychodził na miasto ze starszymi adwokatami, którzy czasami pokazywali się wtedy od najgorszej strony. I to nie znaczy, że nagle odwalali nie wiadomo jakie akcje, pozbywając się jakiegokolwiek dobrego zachowania i etykiety, którą musieli trzymać, ale ilość głupich i nieprzyzwoitych tekstów przyprawiała O’Cahallana o ból głowy. Na początku ciągle słyszał komentarze, że powinien się rozkręcić, że są poza pracą, jednak kiedy on by się rozkręcił, to na drugi dzień widziałby krzywe spojrzenia spowodowane tym, co mogliby usłyszeć; bo potrafił się bawić, ale inaczej niż oni. Lubił te studenckie imprezy, z których jeszcze nie wyrósł i mimo że on oraz jego kumple studentami już nie byli, to albo na takie się wpraszali, albo organizowali je, zyskując ogromną aprobatę osób, którym również brakowało tego w dorosłym życiu. Lubił też flirtować z nieznajomymi dziewczynami, ale zachowując kulturę, a nie rzucając obleśne teksty, ze zdecydowaną większością później nawet się nie widując; lubił też czasami wyłączyć myślenie, zapalić zioło i choć przez chwilę udawać. że nie miał na drugi dzień dorosłych obowiązków.
Słuchał opowieści o ostatnim urlopie jednego z niewiele starszych od niego prawników i wpatrywał się w szklankę z alkoholem, jakby liczenie skroplonych kropel na jej ściance, miało uratować go przed dalszym wysłuchiwanie tej historii. Nie przepadał za Lucasem, zwłaszcza jak widział jego łeb pochylony nad barem i wpatrzone w niego ślepia. Podniósł wzrok, posyłając mu pytające spojrzenie, które gdzieś między jednym a drugim błyskiem mówiło odpierdol się ode mnie.
— O’Cahallan — zaczął niewyraźnie, przez co Aiden wziął głęboki wdech. — Ty nam powinieneś opowiedzieć o tym, jak balują młodzi. Kto był ostatnio, co? — rzucił, szczerząc się okropnie, na co rudowłosy wywrócił oczami. Był w głębokim błędzie, jeśli myślał, że chłopak zacznie się przed nim uzewnętrzniać. Mało przed kim to robił, a na pewno nie będzie robił tego tutaj.
— Ostatnio o nikim nie mówił, więc pewnie posucha — rzucił siedzący obok niego James, który zdawał się być najbliższym kolegą z tych wszystkich zgromadzonych, dlatego dostał w swoim kierunku gromiące spojrzenie.
— To nie posucha tylko szacunek. Myślę, że Lydia byłaby średnio zadowolona, gdyby wiedziała, że właśnie w szczegółach opowiadasz o jej dupie połowie kancelarii, Lucas — rzucił, odbijając piłeczkę, wywołując śmiech wśród dwóch prawników, jednak na twarzy jego “ofiary” zapanował niezadowolony grymas. Odsunął od siebie zainteresowanie części zgromadzonych i pozostało mu jedynie słuchanie jego kumpla, który dzisiaj zdawał się być szczególnie uciążliwy.
— Maaarudo! Korzystaj z tego wieczoru! Tyle pięknych kobiet jest wokół. Spójrz chociażby przed siebie — rzucił, ale Aiden nawet nie spojrzał na barmankę stojąc akurat przed nimi, tylko mordował spojrzeniem kumpla za to, że tak bardzo próbował dopasować się do starszego towarzystwa, żeby zyskać ich aprobatę. — Te, księżniczko, chyba pomyliłaś prace. Powinnaś być modelką na każdej okładce świaaaaata — zaraz dodał w jej kierunku, wywołując falę żałości, którą rudowłosy musiał przełknąć w sobie, aby po prostu nie wstać i nie przesiąść się do stolika obok.
— Starczy — odpowiedział krótko, przenosząc spojrzenie na kobietę przed nimi, która ewidentnie czekała, aż przestanie pierdolić. — Poproszę wodę dla niego — rzucił to jakże wymagające zamówienie, płacąc i przysuwając mu szklankę, którą kumpel zignorował, a przy następnym dialogu, energicznym gestem ją przewrócił. — Kurwa, James, starczy tego — syknął w kierunku kumpla, który zamilkł w połowie swojego zdania, uświadamiając sobie co narobił. Aiden chwycił leżące obok serwetki, którymi zatrzymał rozlewającą się po blacie wodę.
— Królowa na pewno mi wybaczy! — krzyknął na pół baru w kierunku barmanki, choć było dość gwarnie i nawet niektórzy nie zwrócili uwagi na krzyczącego pijaka. Co za wstyd.

barmaid

sorry for stupid people

: czw cze 04, 2026 6:50 pm
autor: vita holloway
Nie miała ochoty na dzisiejszą zmianę. Zwłaszcza że dzisiejszy dzień oznaczał, że musi zostać do końca, bo jej koleżanka umówiła się z jakimś klientem, który zaświecił oczkami już dwa dni wcześniej i teraz miała z nim jakieś randewu, które wymagało, żeby kończyła dwie godziny wcześniej. Ugh, disgusting. Holloway kontra dziesiątki pijanych jak świnie mężczyzn, których testosteron działał niczym fala tsunami w momencie, gdy wlewali w siebie więcej alkoholu. - Nie wierzę, że mnie dzisiaj zostawiasz, zdrajczyni - prychnęła pod nosem, przecierając kufle od piwa i stojąc plecami do wejścia. - Vita, przestań, to tylko czwartek. Dzisiejszy wieczór zapowiada się spokojnie - poklepała ją po plecach koleżanka z pracy. W tym samym momencie grupka jakichś krawaciarzy wparadowała do baru. Vita tylko przewróciła oczami, wzdychając i obdarzając kumpelę zimnym spojrzeniem. - Mówiłaś coś? - westchnęła, zanim dodała. - Pewnie upiją się jak świnie, a na sam koniec będą machali mi przed nosem napiwkiem niczym marchewką. - Wymusiła szeroki uśmiech, skanując przychodniów. Typowe chłoptasie, przepraszam, mężczyźni, którzy wyglądali, a przynajmniej starali się wyglądać na kogoś ważnego. W momencie, gdy wleją za kołnierzyk dwa shoty za dużo, zamienią się w neandertalczyków. Typowe. - W czym mogę wam pomóc? - powiedziała ze sztucznym uśmieszkiem na twarzy. W końcu jednak od napiwków zależało, jak będzie wyglądał jej kolejny tydzień, prawda?

Wystarczyła jakaś godzina, by białe kołnierzyki rozluźniły się na tyle, że ich krawaty zostały nie tylko poluzowane, ale również wzrosła ich ochota do rzucania obleśnymi tekstami. Nie dało się ignorować tych komentarzy, gdy rzucali je w tak donośny sposób, że zagłuszały jedyne przyjemne dźwięki dla jej uszu, jakimi była muzyka. - Dobra, Vitek, ja spadam, trzymaj się. Widzisz? Nie jest tak źle, nawet podobasz się jednemu! - zaśmiała się pod nosem jej koleżanka, która podeszła z przewieszoną przez ramię torbą i machnęła jej ręką na pożegnanie. Holloway chwyciła swój telefon, zerkając na godzinę i sprawdzając, ile jeszcze zostało do zamknięcia tej męczarni, gdy usłyszała, że któryś z tych patafianów nazwał ją księżniczką. No chyba sobie kurwa żartował. Już szykowała się do jakiegoś tekstu, formując sobie w głowie wiązankę wymieszaną z angielskimi i ukraińskimi przekleństwami, gdy jej wzrok spoczął na chłopaku, którego włosy przypominały dosłowny wschód słońca. Przygryzła policzek od środka, by się uspokoić, nachylając się po szklankę wody i szklaną butelkę. Nic nie mówiła, tylko odbierała płatność, gdy chwilę później jeden z tych idiotów rozlał całą zawartość swojego napoju, zalewając blat. - Cholera - podniosła ręce do góry, szybko odsuwając terminal, by do końca nie przemókł.

I wtedy już nie wyrobiła. - Królowa czy tam księżniczka zaraz ci pantofelka w ten pusty łeb wbije - spojrzała na niego z morderczym spojrzeniem. - Już nie będę wam serwowała alkoholu. Jeszcze jeden taki numer i gwarantuję wam, że więcej tutaj się nie stawicie. - Powiedziała pewnie, po czym posłała ognistowłosemu tylko krótkie, wdzięczne spojrzenie, gdy jeden z jego kumpli zaczął się burzyć i nachylać nad barem. - Jestem płacącym klientem. Nie będzie mi żadna zdzira mówiła, co mogę, a czego nie mogę robić! - wymamlał w jej kierunku. To był moment, w którym całkowicie straciła cierpliwość. Złość buzowała w jej żyłach, więc obeszła bar, zbliżając się do pijanego kolesia i stając dosłownie przed nim. Uniosła wysoko głowę i rzuciła, - Co ty do mnie powiedziałeś? - Wyprostowała się, wypinając pierś w taki sposób, by wyglądać groźnie. No ale cóż. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że ich było kilku, a ona tak naprawdę nie miała nikogo po swojej stronie. What a disaster. sun kissed guy

sorry for stupid people

: pt cze 05, 2026 12:44 am
autor: Aiden O'Cahallan
Całkiem przypadkiem wplątał się do grupy, która po pracy, znajdując się w tych wszystkich barach, cechowała się dość niechlubną opinią. Denerwował go fakt, że znalazł się w tak zgeneralizowanej opinii, paczce nazywanej potocznie krawaciarzami, panami, którzy chcieli podbić cały świat, bo im się należy. Aiden tutaj nie pasował i to nie pod kątem pracy, bo wykonywał zajebiście swoją robotę, jednak z pewnością lepiej odnajdzie się wśród młodszym towarzystwie, które zacznie wchodzić na rynek pracy i być może będzie mieć mniejsze mniemanie o sobie. Chociaż czy było to możliwe? W branży, gdzie w większości przypadków szansę dostawały naburmuszone dzieciaki, które zdobywały posadę przez znajomości rodziców bądź dziadków? Był hipokrytą, śmiejąc się zawsze z tych przypadków, bo przecież on sam dostał się na staż po znajomości, z polecenia. Usprawiedliwiał się faktem, że on nigdy nie chciał grać roli w tym teatrze i przyszła ona do niego sama, mimowolnie, kiedy z braku laku chwycił się czegoś, co miało nadać sensu jego życiu. Mógł kupić sobie zwierzaka lub zacząć pisać książki — z pewnością wyszedłby na tym lepiej.
Ten wieczór zdawał się ciągnąć w nieskończoność i zanim James postanowił zrobić rozpierduchę na pół baru, zerknął na zegarek, ile zostało mu jeszcze czasu. Na pewno miał zamiar być tym zdrowym rozsądkiem grupy i wyprowadzić ich stąd szybciej, niż o równej godzinie zamknięcia lokalu, aby pracownicy mogli sobie wszystko uprzątnąć. Może nie było po nim widać, ale gdzieś z tyłu krążyło w nim empatyczne myślenie, które dawało o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie.
Barmanki często ignorowały te wszystkie zaczepne słowa. Tylko niektóre, w jego mniemaniu całkowicie głupie, reagowały na błahe komplementy, które koniec końców miały skończyć się po jednej nocy. Tu również nie oczekiwał ekscesów, bo do tej pory obyło się bez komentarzy z jej strony; dlatego mocno się zdziwił, słysząc od niej jakiekolwiek zdanie, a uniósł brew jeszcze wyżej, bo nie było to pobłażliwe zwrócenie uwagi. Dla niego było to kompletnie normalne zachowanie, rozumiał jej postępowanie i gdyby mógł to już wstałby i stąd wyszedł, ale sytuacja… nabierała tempa. Zabrakło popcornu, aby oglądać to przedstawienie, zwłaszcza skoro dziewczyna obeszła bar, wystawiając się na pojedynek z adwokatem. Wzrostowo wyglądała naprawdę śmiesznie przy typie, który był wyższy o kilka centymetrów nawet od niego samego.
— Że jesteś małą zdzirą. Wracaj za bar i ładnie się uśmiechaj. — Typek dorzucił swoje trzy grosze i Aiden tylko czekał, aż oberwie mu się w nos za swoje komentarze. Był w stanie wyobrazić sobie tego klauna z sinym nosem, jednak stwierdził, że zainterweniuje choć trochę, aby wieczór nie skończył się aż tak tragicznie.
— Olej ją, Kevin, szkoda czasu — rzucił od niechcenia, stając za plecami dziewczyny. Wcisnął dłonie w w przednie kieszenie swoich eleganckich spodni i nachylił się niżej, aby być bliżej jej ucha. — Tobie również sugeruje go olać. Niemądre jest wplątywanie się w problemy z własnej głupoty — dodał ciszej, choć jej butna postawa była nieco rozczulająca, kiedy hardo stała przed prawie dwumetrowym chłopem, pewnie najchętniej plując mu w twarz, gdyby mogła. Aiden uważał to za kompletną stratę czasu; bo po co przeciwstawiać się facetom, których prawdopodobnie widziała raz w życiu? A nawet jeśli mieli pojawić się tu kolejny raz, to z racji ich obecnego stanu, nie zapowiadało się na to, aby mieli o niej pamiętać.

little fighter

sorry for stupid people

: pt cze 05, 2026 5:58 am
autor: vita holloway
Ostatnio robiła cholernie długie godziny w pracy. Nie chciała przesiadywać w domu, żeby użalać się nad sobą i nad tym, że była kimś, kto na dobrą sprawę zranił drugiego człowieka. Jedynym plusem jej mieszkania był Milo, jej ukochana kocia kulka, która zdecydowanie przesadzała z wypraszaniem jedzenia, no ale przecież nie mogła ignorować znaków głodowania. Całe szczęście, że spał większość dnia, więc nie czuła się AŻ TAK źle z faktem, że pracowała od otwarcia do zamknięcia. Poza przypadkowymi klientami, którzy lubili rzucić jakimś sprośnym tekstem w jej kierunku, byli też tacy, których uwielbiała. Zwłaszcza jej stały klient Roger. Koleś po sześćdziesiątce, który lubił sobie przyjść na drineczka albo dwa, zawsze na te zmiany, na których była Holloway. Wtedy podjadał sobie kubeczek orzeszków, które zawsze mu nasypywała, i wypełniał krzyżówki dla własnego świętego spokoju. Podobno to był złoty środek jego czterdziestoletniego małżeństwa.

On był jedyną stałą tego wieczoru, w momencie, gdy jej kumpela wyszła z baru, bo teraz musiała użerać się sama z pijanym patafianem, który przestępował z nogi na nogę, jakby za bardzo chciało mu się sikać. Niewyparzony język jednego z krawaciarzy tak niesamowicie ją wnerwił, że nie mogła już wytrzymać. Zrobiła coś, czego wcześniej nie miała w zwyczaju. Obeszła bar, idąc tak pewnie, że prawie wbiła się z impetem w klatkę piersiową tamtego kolesia. Nadmiar odwagi może przyszedł jej z tego względu, że czuła, że musi się rozerwać. Musi coś zrobić. Poczuć jakieś bardziej negatywne, w pewnym sensie graniczące z adrenaliną emocje. Czuła się pusto. Przeogromny ciężar ciążył jej na sercu, a ona… po prostu chciała poczuć, że znowu żyje.

W tamtym momencie dosłownie czuła się tak, jakby stała przy chwiejącej się górze, jednak fakt, że ją obraził i że chciała mu się odgryźć, był silniejszy od niej. Wyrzucając z siebie potok niezadowolonych słów, czekała na jego odpowiedź i długo nie musiała czekać. Tylko to, co usłyszała, sprawiło, że uchyliła usta, unosząc brwi w formie zdziwienia i oburzenia. Już chciała się zamachnąć, by strzelić tamtemu kolesiowi w pysk, gdy znowu usłyszała ten aksamitnie niski głos. Z początku ciut dalej za nią, a chwilę później poczuła jego oddech na swojej skórze, który… dawał jej… sugestię tego, jak miała się właśnie zachować?

No śmiechu, kurwa, warte.
Odwróciła się natychmiast na pięcie, by na niego spojrzeć, a pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, to pocałunek promieni słońca w postaci znaku piękności na jego dolnej wardze. Zatrzymała na nim swoje niebieskookie spojrzenie o chwilę za długo, zanim uniosła wzrok, by spojrzeć mu w oczy, które też miały bardzo charakterystyczny kolor. Na szczęście nie zdążył się od razu wyprostować, więc miała możliwość dosłownie powiedzieć mu w twarz, co myślała o jego tekście. - Ostatni raz, jak sprawdzałam, to nikt cię nie pytał o zdanie, vohnyku - prychnęła pod nosem, na końcu nazywając go ognikiem. - Ja sugeruję zarzucenie dodatkowej obroży na twojego kolegę i… ahh! - Wydobyła z siebie głośne piśnięcie, czując obleśne łapska kolegi rudowłosego... na swoich pośladkach. Czuła, jak czerwieni się ze złości. Dosłownie wróciła za bar, chwyciła gun do nalewania napojów, zdjęła nakrętkę odpowiadającą za ciągły nurt cieczy i nacisnęła przycisk lemoniady, bo niby przezroczysta, ale jednak będą się później lepić. A potem dosłownie przygwoździła przycisk tak, żeby oblać napojem najpierw swojego oprawcę, a chwilę później mądrale, któremu zachciało się dawać jej sugestie, których wcale, ale to wcale nie chciała w tamtym momencie słyszeć.

vohnyk

sorry for stupid people

: pt cze 05, 2026 12:36 pm
autor: Aiden O'Cahallan
Dziewczyną kierowały emocje, których Aiden, z perspektywy osoby trzeciej, nie był w stanie zrozumieć. Spoglądał na nią i widział chodzącą bombę, która prosiła się o problemy. Walczyła o swoje i zdawała się nie bać konsekwencji, co wydawało mu się skrajnie nieodpowiedzialne, a jednocześnie intrygujące. Może po prostu on miał tak bardzo wywalone na ludzi i nie dostrzegał, że czasami trzeba było nie odpuszczać? A może po prostu wydawało mu się, że taki był? Może potrzebował odpowiedniego bodźca, osoby, która realnie potrafiła go zaciekawić, skoro teraz patrzył na nią, mając ochotę wkroczyć w tę walkę, aby tylko poznać, gdzie sięgała granica małej furii?
Spodziewał się odwrócenia w swoim kierunku, choć zdecydowanie prędzej niż zdążył się wyprostować. Od razu uderzył go błękit oczu dziewczyny, na którym skupił uważne spojrzenie. Za to jej wzrok padał w inne miejsce, prosto na jego usta, przez co uniósł lekko brew ku górze, przyglądając jej się zaciekawionym wzrokiem. Jasnobrązowe oczy z nieznacznie przebijającymi się, zielonymi plamkami, uważnie zlustrowały twarz fighterki, zanim na nowo zagłębił się w bezkresny morzu, czekając, a nawet wyczekując, co miała mu do powiedzenia. Zmarszczył lekko brwi i był wręcz przekonany, że właśnie go obraziła. Jakiego epitetu mogła użyć? Dupek? Krawaciarz? Kobieciarz? Prostak? Może wariat? Brzmiało dość podobnie. Nie znał jednak języka, którego użyła, nawet nie siląc się na próbę jego odgadnięcia, bo brzmiało to zbyt egzotycznie jak dla niego. — Ciebie też nikt nie pytał o zdanie, a jednak postanowiłaś dyskutować — odparł, dopiero wtedy prostując się, górując nieco nad nią swoim wzrostem. Zaśmiał się wyraźnie rozbawiony na wzmiankę o obroży i nie mógł się z nią nie zgodzić; zdecydowanie przydałoby się trzymać go na smyczy, bo nie umiał się zachowywać, ale kim on był, aby wychowywać kolegów z pracy, starych dziadów, skoro co niektórzy nawet dorobili się już swoich dzieci. Pisk nieco go zdziwił i dostrzegł kątem oka, co się wydarzyło. — To akurat było zbędne, stary zboczeńcu — rzucił, na co typ parsknął śmiechem, a Aiden wywrócił oczami.
Był przekonany, że ta cała walka zakończyła się, że dziewczyna zraziła się do tego towarzystwa, uciekając od nich gdzie pieprz rośnie, co byłoby najlepszym rozwiązaniem i wyciszyłoby emocje zebranych. Poklepał kolegę po ramieniu, żeby usiedli na swoich miejscach, choć była to idealna okazja, aby zarządzić odwrót z baru. Przedstawienie jednak jeszcze się nie skończyło, bo jeśli sądzili, że dziewczyna zamknie się w sobie, to byli w ogromnym błędzie. Strumień napoju wyleciał w kierunku oprycha, powodując zdziwienie wszystkich zebranych. — Jebana wariatka! — krzyknął wściekły i Aiden przyrzekłby na wszystko, że właśnie dostrzegł najszybsze wytrzeźwienie, jakie widział w swoim życiu. — Zgłoszę na ciebie skargę i pożegnasz się z robotą! — rzucił, próbując uniknąć strumienia, aby zaraz skierować się do wyjścia, a za nim udała się cała reszta, która najwidoczniej chciała uniknąć podobnego losu; tym bardziej jeśli sam O’Cahallan także dostał lemoniadą w twarz. Od razu zacisnął oczy, odwracając głowę na bok, już nieznośnie lepiąc się od cukrowego napoju, choć w jednej sekundzie poczuł przypływ wręcz nastoletnio-studenckiej beztroski. Otworzył buzię i wystawił język, nadstawiając się na lemoniadowy ostrzał i traktując to jak coś, co fantastycznie znał z imprez studenckich, kiedy niejednokrotnie dostał w twarz, ale z pistoletu wypełnionego tequilą. Po co miał się na nią wkurwiać, skoro już nie zmieni tego, co się wydarzyło? — Dałaś popis, Iskierko — rzucił, gdy zatrzymała strumień lemoniady i odruchowo przeczesał włosy, ale z żalem odkrył, że również oberwały, klejąc się między kosmykami. Czuł pewną swobodę ducha przez to, co się wydarzyło. Zostały wyrwany od średniego towarzystwa, które plasowało na bycie cool, a wychodzili na starych boomerów, którzy drażnili niewinne dziewczęta. Chociaż, czy ta barmanka miała w sobie coś z niewinności, skoro pokazała się właśnie od najbardziej szalonej strony? — Chociaż czy warto było, skoro masz teraz więcej roboty? — zapytał, opierając się łokciami o bar, nieco pochylając się w jej kierunku. Spoglądał na jej płonącą twarz i oczy, które wrzały, mimo że ich kolor skutecznie uspokajał to całe zdenerwowane spojrzenie. Położył płasko dłoń na blat oblany lemoniadą, celową mocząc ją jeszcze bardziej i nim zdążyła się zorientować w jego niecnych zamiarach, sięgnął przez bar do jej włosów, czochrając ją jak własną młodszą siostrę, byle tylko sama została poszkodowana przez swoją dzisiejszą broń. A niech poczuje, co to za uczucie!

sparkle

sorry for stupid people

: pt cze 05, 2026 9:03 pm
autor: vita holloway
the devil's right there
right there in the details...


Nie miała dzisiaj w planach prawie rzucenia się na klientów, kłócenia się z nimi ani wymiany zdań z chłopakiem, który dosłownie wyglądał, jakby był feniksem narodzonym z popiołów. Z tęczówkami w tak rzadkim kolorze, że spokojnie mógłby należeć do jakiejś postaci z bajki, małą blizną na czubku nosa i tym przeuroczym piegiem na dolnej wardze, którego po prostu nie dało się nie zauważyć. To, że na swój sposób wyglądał… mogłaby nawet powiedzieć atrakcyjnie, nie zmieniało faktu, że doprowadzał ją do szewskiej pasji. Miała ochotę chwycić go za te włosy o kolorze lawy i ahhh… musiała się uspokoić. Jednak gdy już myślała, że może jednak zapanuje nad swoimi emocjami, wszystko musiało się spierdolić przez zboczeńca, który najwidoczniej od dawna nie złapał kobiety za tyłek. Typical.

Stojąc za barem z pistoletem od lemoniady w dłoni, z którego wylewały się słodkie, cytrynowe strumienie, uniosła brwi. - Ja dyskutuję? - zapytała, niemal wydobywając z siebie coś na pograniczu śmiechu i niedowierzania, wpatrując się w rudowłosego. - mam stać i pozwalać, żeby takie stare oblechy myślały, że mogą się do mnie tak odzywać i dotykać, bo akurat mają na to ochotę? - Zerknęła na jego kolegę, zmieniając kierunek nurtu, by jeszcze raz go oblać, a gdyby przy okazji udało mu się zakrztusić, to tym lepiej. Uśmiechnęła się szeroko, po czym posłała pocałunek w powietrzu, gdy zboczeniec zaczął wyzywać ją od jebanych wariatek. Wtedy Roger, jej ulubiony klient, tylko burknął, - Hola, hola! Nikt mi tutaj Vity nie będzie obrażał! - Tęgawy sześćdziesięciolatek wstał, rzucił swoją krzyżówkę na stolik i podążył za grupką krawaciarzy, upewniając się, że faktycznie zamierzają wyjść. Chwilę później cała reszta klientów również zaczęła się powoli ulatniać. Holloway uwielbiała tego staruszka. Zawsze był skłonny do pomocy, kiedy widział, że naprawdę coś się odpierdalało. Tak jak teraz. Widząc, że pan mądry nadal tam stał, znowu na moment skierowała nurt lemoniady na niego, ale ten, zamiast tego uniknąć… otworzył usta? Zadziwiona jego reakcją, poluzowała nacisk palca na przycisku, przez co lemoniada przestała uciekać z maszyny. No co za… Zmarszczyła nos z niezadowoleniem, bo jej plan utarcia mu nosa niestety nie powiódł się tak spektakularnie, jak sobie wyobrażała.

''Dałaś popis, iskierko.''

Poczuła dziwne dreszcze przechodzące przez jej ciało. Coś na pograniczu dyskomfortu i ekscytacji, na czym szybko się złapała. Odłożyła gun, przewróciła oczami i tylko odparła naburmuszona, - Nikt cię nie pytał o zdanie, vohnyku. - Przyglądała się jego twarzy. Włosom, z których kapały kropelki lemoniady. Jego następne zdanie miało trochę prawdy w sobie, bo w tym samym momencie rozejrzała się dookoła i automatycznie podeszła bliżej lady, by zerknąć, ile syfu narobiła na podłodze. Przygryzła dolną wargę w zamyśleniu, marszcząc brwi i czując, jak w dalszym ciągu ma wypieki na twarzy z zażenowania i złości, gdy nagle poczuła na swoich włosach mokrą dłoń. I…
Czy on ją właśnie zaczął czochrać?!
Otworzyła usta w oburzeniu, patrząc na niego, po czym odsunęła się o krok do tyłu. - Czyś ty postradał zmysły?! - Zgarnęła serwetki, którymi chciała w niego rzucić, jednak te niezdarnie poleciały w jego kierunku tylko po to, by sekundę później opaść na ziemię za barem. Nie no... zajebiście. Wydobyła z siebie teatralne westchnięcie. - Denerwujesz mnie - prychnęła pod nosem, mrużąc oczy. Czemu ten koleś tak cholernie ją irytował? I czemu jeszcze tam stał, skoro jego kumple już dawno wynieśli swoje marynarkowe tyłki na zewnątrz? Zerknęła na niego, zanim jej wzrok zatrzymał się na Rogerze, który wrócił po chwili. - Dobra, Vita, wszyscy już poszli. Mam ci pomóc z porządkiem i upewnić się, że on też stąd zniknie? - mężczyzna zerknął na chłopaka spod byka, zarzucając ręce na piersi. Vita uśmiechnęła się cwaniacko, przenosząc wzrok na rudowłosego,- Roger, nie martw się. W sumie to mam już ochotnika do pomocy przy zamknięciu… prawda? - Uniosła delikatnie brew, zgarniając w dłoń materiałowy ręcznik, którym rzuciła w chłopaka. - Zamknę za tobą, Rog! - Podeszła do drzwi, zakluczyła je za Rogerem, po czym odwróciła się z powrotem i ruszyła w kierunku chłopaka.

Tym razem to ona stanęła przed nim, zadzierając głowę, żeby spojrzeć mu prosto w te jego absurdalnie bajkowe tęczówki. - Najpierw przychodzisz tutaj z bandą swoich marynarkowych minionków, którzy upijają się jak dzikie świnie i zachowują, jakby w życiu kobiety na oczy nie widzieli. Następnie, kiedy próbuję załatwić sprawę po swojemu, ty oczywiście musisz komentować, wciskać nos w nie swoje sprawy i robić z siebie głos rozsądku, o który absolutnie nikt nie prosił. A potem jeszcze śmiesz mnie dotykać bez mojego pozwolenia?! - Prychnęła pod nosem, wyrzucając z siebie całą złość, po czym uniosła obie dłonie i wsunęła palce w jego ogniste włosy. Klejące od lemoniady kosmyki przesunęły się między jej palcami, gdy z pełną premedytacją zaczęła je rozczochrywać. Skoro on mógł ją czochrać jak jakiegoś rozjuszonego kota, to ona mogła zrobić z nim dokładnie to samo... co nie??? A gdy uznała, że już wystarczy... zerknęła w jego abstrakcyjne tęczówki. Troszkę za długo... Wysunęła szybko dłonie z jego włosów, wyprostowała się i odkaszlnęła. - Jesteśmy kwita. - Odwróciła się, chwytając terminal. - Jesteś mi winien 286.43$. Twoi koledzy zapomnieli zapłacić - powiedziała, wysuwając maszynę w jego kierunku. - Napiwek będzie mile widziany.

phoenix

sorry for stupid people

: sob cze 06, 2026 1:27 pm
autor: Aiden O'Cahallan
Aiden miał charakter tak specyficzny jak swoją urodę i zdawał sobie sprawę, że i jedno i drugie miało swoich wielbicieli, ale też osoby, które po prostu go nie lubiły. Czy mu to przeszkadzało? Nie był zupą pomidorową, aby każdy go lubił, nawet nie chciałby tego, bo był wręcz przekonany, że ta wybiórczość wśród ludzi dodawała mu tylko wyjątkowości. Mógł się założyć, że po dzisiejszym dniu zraził sobą kolejną osobę, mimo że on sam czuł zaintrygowanie tym, co widział; tą nieprzewidywalnością, która mogła ustąpić albo rozżarzyć się jeszcze mocniej, powodując całkowity pożar.
To, że nie dawała siebie obrażać, mogło świadczyć o jej pewności siebie i chęci walki z każdym, kto miał zamiar stanąć na jej drodze. I nie miał zamiaru krytykować jej za to, że dzisiaj postawiła na to, aby pokazać krawaciarzom, gdzie raki zimują, choć na takich typów często ignorancja działała lepiej niż jakiekolwiek przytyki. — A nie pomyślałaś, że daliby ci spokój, gdybyś obróciła się na pięcie i im po prostu nie odpowiedziała? Bez dawania dodatkowej atencji, którą tak bardzo chcieli od ciebie dostać? — zasugerował, unosząc lekko brew; bo przecież o to właśnie chodziło. O potrzebę bycia zauważonym, o oderwanie się od rzeczywistości, która w ich życiu była ciężka. Mógłby przysiąść, że na tym etapie codzienność tamtych mężczyzn zaczęła przyciskać ich do ściany, a oni właśnie w takich sytuacjach szukali oddechu i próby na chociażby chwilową ucieczkę. Własnej siostrze ciągle mówił, żeby puszczała zaczepki mimo uszu, ale jej również zdarzało się ignorować jego sugestie, bo zaraz po tym widział, jak awanturowała się niczym zdenerwowana chihuahua. Może po prostu takie były kobiety? Ah, women…
Nagłe wyrwanie się sześćdziesięciolatka z tłumu nieco zdziwiło Aidena. Spojrzał na niego, po czym przeniósł spojrzenie na barmankę. Vita? Przyjrzał się jej chwilę, a przez głowę przebiegła mu myśl, że imię było niespotykane prawie tak samo jak jej osoba. Znaczy, co? Nie było czasu na głupie rozważania podpitego umysłu, skoro oberwał lemoniadą, a pierwsze co postanowił zrobić, to po prostu jej spróbować. I z dobrym skutkiem, bo atakująca odpuściła sobie dalsze strzelanie z broni i spojrzała na niego nieodgadnionym spojrzeniem w czasie, kiedy nieco wytrzepywał napój z włosów.
— Nie potrzebuję pytania, żeby wypowiedzieć swoje zdanie. — Wzruszył bezwiednie ramionami; był osobą na ogół spokojną, ale bardzo lubił komentować, co zresztą było widoczne. Po to miał wolną wolę, aby robić, co chciał. Niektórych doprowadzało to do szału, a on czerpał z tego przyjemność, wiedząc, że i tak jego zdanie, nawet jeśli niechciane, może wpaść komuś w pamięć.
Czochranie jej włosów to była myśl kompletnie impulsywna, ale warta zobaczenia oburzonego spojrzenia, które mu rzuciła. Nie mógł powstrzymać się od szerokiego uśmiechu i cichego parsknięcia śmiechem, kiedy odsunęła się od niego i na dodatek rzuciła w niego serwetkami — dość nieporadnie, bo przestały lecieć ledwie w połowie drogi, upadając lekko na ziemię. — Denerwuję, ponieważ? — zagadnął, unosząc lekko brew. — Bo mam rację? Bo zaczarowałem twoje serwetki, które nie pofrunęły dalej? — zapytał prześmiewczo, unosząc lekko kącik do góry. — A może peszę cię i te rumieńce nie wynikają ze złości? — dodał po chwili, dalej opierając się łokciami o bar i przechylając głowę do boku, aby z uwagą przyglądać się kolejnej fali oburzenia, która musiała nastąpić. Na tyle na ile zdążył ją poznać, w ciągu tych skromnych piętnastu minut, wiedział, że był osobą, która zdecydowanie miała ją irytować. Tylko dlaczego sprawiało mu to tak niezdrową przyjemność? Musiał oderwać spojrzenie od bezkresnego morza, którego dopatrywał się w jej oczach, aby przenieść spojrzenie na staruszka, który zaczął… mu grozić? Aiden odepchnął się od blatu baru, unosząc ręce w geście kapitulacji, mając zamiar grzecznie oznajmić, że właśnie się stąd zawija, ale Vita go uprzedziła. W sumie to mam już ochotnika do pomocy przy zamknięciu… prawda? — Że co proszę? — Gwałtownie odwrócił głowę w jej kierunku, mrużąc gniewnie oczy, bo ostatnie na co miał ochotę, to posprzątać syf, który sama narobiła przez swoją lekkomyślność. Nie zdążył nawet się sprzeciwić, tłumacząc Rogerowi, że może zostać, bo on nie miał zamiaru spędzać tu ani minuty dłużej, ale dziewczyna wyrwała się, aby zamknąć za emerytem drzwi, a on tylko w międzyczasie złapał papier, odprowadzając dziewczynę wzrokiem do wejścia.
Spojrzał nieco w dół, łapiąc z nią kontakt wzrokowy i topiąc się w głębi jej oczu. Była taka poważna i zbulwersowana, a przy tym kompletnie urzekająca, swoją złością zdenerwowanego Yorka, że na ten cały jej wywód jedynie się uśmiechnął. Z lekkim rozczuleniem, może kpiną, ale w ogólnym rozrachunku, wyglądało to na dość przyjazny gest. — Schlebiasz mi, uważając, że te stare pryki mogłyby być moimi minionkami — rzuciła z rozbawieniem; bo kim on sam był? Młodszym adwokatem, któremu rzucało się się papiery do kserowania i pouczało odnośnie rozwiązywania spraw. On sam był minionkiem, chociaż starał się o tym nie myśleć, bo godziło to w jego dumę. — Oh, czyli to co mówiłem, jednak było rozsądne? Wiesz, w takich momentach jednak wypada posłuchać głosu rozsądku, nawet jeśli jest niechciany. — Zaplótł ręce na piersi, hardo patrząc w jej oczy. — Poza tym, to ty właśnie postanowiłaś mnie przetrzymywać, więc chyba i z tobą, i ze mną coś jest nie tak — dodał, wskazując ręką na drzwi, które zamknęła, nie dając mu w ogóle wyboru, czy chciał tu być, czy nie. Może to i lepiej? Lepiej było postawić się w roli ofiary niż przyznać, że irytowanie jej przyciągało go na tyle, że naprawdę nie chciał kończyć tej rozmowy. Zamarł, gdy sama postanowiła przekroczyć granicę jego sfery osobistej, wplątując dłonie we włosy i czochrając je tak jak on wcześniej. Przyjął swoją karę na klatę, nie uciekając od niej, a gdy skończyła, na nowo nawiązał z nią kontakt wzrokowy, łapiąc ją na tym, że przeciągnęła to spojrzenie. A może to on sprawił, że trwało ono chwilę dłużej? — Jesteś szalona — stwierdził, słysząc, że byli kwita. Posłusznie powędrował za nią do baru, a w zasadzie za bar, bo skoro miał tu sprzątać, to chyba nie musiał sztywno trzymać się po drugiej stronie blatu? Przyglądał jej się uważnie, może zbytnio natarczywo, mając okazję skupić się nie tylko na jej pięknych oczach, ale także pobieżnie przeszedł przez jej sylwetkę i tak skupiając się finalnie na tym, co najbardziej go interesowało i co również najbardziej hipnotyzowało. Dopiero po chwili dotarło do niego to, co powiedziała. Przeniósł spojrzenie na terminal i zaraz wrócił wzrokiem z powrotem do jej twarzy. — Chyba sobie żartujesz — parsknął. — Leć łapać tych przestępców, Judy Hopps, a nie mi tu wciskasz czyjeś długie. Albo niech twój Robin Hood ci w tym pomoże — rzucił, posyłając jej spojrzenie spod byka. Właśnie tak ją widział — jako małego, zdeterminowanego i zuchwałego królika, aby osiągnąć swój cel… ale czy Aiden miał teraz jakiś wybór? Wywrócił oczami i zapłacił telefonem, a w późniejszym pytaniu o napiwek na terminalu, również coś wrzucił. No niech ma, skoro dzięki temu przestanie aż tak szczekać! — W ogóle nie uważasz, że to nierozsądne, zamykać się tutaj z obcym facetem? — zasugerował, robiąc krok w jej stronę. Nie miał zamiaru nawet jej dotknąć, ale samą nieco bliższą obecnością chciał poigrać z ogniem. Zobaczyć, czy oberwie mu się po raz kolejny tego wieczora, czy Iskierka zaskoczy go po raz kolejny czymś niespodziewanym. Co tym razem, czysta wódka wylana na łeb? — Czy może sam właśnie wpadłem w sidła jakiejś szalonej kobiety? — dodał, rzucając jej przeciągłe spojrzenie. Nawet jeśli zaprzeczy to nie dało się ukryć, jaka była prawda — wpadł w sidła, bo nadal tu stał i stać będzie, nawet jeśli zaraz wręczy mu brudną szmatę do szorowania podłogi.

judy hopps

sorry for stupid people

: ndz cze 07, 2026 2:36 am
autor: vita holloway
so you take her for her charm,
and you take her in your arms..


Sposób, w jaki się poznali, można by porównać do czegoś w rodzaju bajki albo jakiegoś niskobudżetowego filmu indie. Nie była jeszcze pewna, jaką rolę każde z nich miało w tej historii odegrać, jednak nie miała cienia wątpliwości, że dzisiaj będzie wracała do domu z myślami o chłopaku o włosach koloru lawy. Już dawno nikt tak po prostu jej się nie postawił. Nie w taki sposób. Do obleśnych komentarzy przywykła. Nie miała wątpliwości, że była atrakcyjną kobietą, a teksty takie jak te, które dzisiaj usłyszała, normalnie po prostu by po niej spłynęły. Gdyby nie fakt, że przyszła z cholernie spieprzonym humorem. Już nie wspominając o tym, że na dobrą sprawę dopiero co rozstała się ze swoim chłopakiem… partnerem… mężem? Sama nie wiedziała, jak powinna go w tamtym momencie nazywać. Nie miała po prostu ochoty brać udziału w rozrywce innych mężczyzn, którzy chcieli pokazać, jacy to nie są władczy i pewni siebie, bo potrafili rzucić w jej kierunku naprawdę tandetny ''komplement'', oczekując, że zaraz zatrzepocze rzęsami, uśmiechnie się słodko i jeszcze wyśle im buziaka. No fucking way.

Rudowłosy był jednak inny. Słyszała, jak zwracał uwagę swoim krawatowym kolegom. Pomimo tego, że odpyskowywał jej bez potrzeby zastanawiania się choćby przez sekundę nad odpowiedzią, to gdzieś pomiędzy tym wszystkim upewniał się, żeby jego znajomi z pracy okazywali szacunek. I to ją zaintrygowało. Odrobinkę za bardzo. Tak samo jak ten cholerny pieg na dolnej wardze i te charakterystyczne plamki w jego tęczówkach. Nie potrafiła się opanować. Zapanować nad ciekawością, która w tamtym momencie w niej buzowała. To było silniejsze niż ona. Jakby serce i rozum walczyły o to, żeby dała sobie z tym kolesiem spokój, a jej ciało i tak lgnęło do niego jak ćma do ognia.

Żałosne.
Na jego jakże fascynujący wywód tylko machnęła ręką, przewracając oczami i wzdychając w teatralnym geście. Nie chciało jej się z nim dyskutować. Zresztą, zrobiła dosłownie to, co jej powiedział. Odwróciła się od niego na pięcie, gdy był w połowie zdania. Miała nadzieję, że zauważy, jaką posłuszną uczennicą właśnie była! Zaśmiała się cicho pod nosem, nie wierząc w swoją błyskotliwość. Wystarczyło jej to czasowo, by znaleźć się za barem i przejąć swoją broń, która, no cóż, była jednocześnie zajebistym pomysłem i takim, którego później po części będzie żałowała. Chłopak miał t u p e t.
I cholerną pewność siebie, to trzeba mu było przyznać. Aż w pewnym momencie miała ochotę zapytać, co tak naprawdę robił na co dzień, bo nie spodziewałaby się takiego zachowania albo elokwencji po, nie wiem… hydrauliku? Nie ubliżając tej profesji, oczywiście! - Czyli wtrącasz nos tam, gdzie nie powinieneś - prychnęła pod nosem. - Pewnie też dostawałeś każdą zabaweczkę, o którą poprosiłeś rodziców. - Dorzuciła to, bo jak już sobie dogryzali, to mogli zrobić to na całego, co nie? Co się będą hamować? I tak po tym wieczorze więcej go na oczy nie zobaczy. Zdecydowanie nie miała ochoty widzieć go ponownie po tym, jak zdecydował się tak bezwiednie rozczochrać jej włosy i zignorować jej WŁASNĄ przestrzeń osobistą, nawet nie pytając o pozwolenie.

Stojąc tam naburmuszona, dosłownie nie wierzyła w to, co słyszy. Z każdym kolejnym słowem, z każdym aroganckim pytaniem, które zadawał tak, jakby wcale nie oczekiwał od niej odpowiedzi, tylko już sobie wszystko ułożył w tej swojej płomiennej główce, Vita czuła, jak robi się coraz bardziej czerwona na twarzy. Zacisnęła dłonie w pięści, czując, jak rumieniec rozlewa się z policzków na całą twarz. - Peszysz mnie? - wymusiła z siebie wybuch śmiechu, żeby zakryć fakt, że naprawdę poczuła się zakłopotana jego słowami. - Proszę cię, nawet nie jesteś w moim typie! - Kłamstwo. Spodobał jej się w chwili, gdy odwróciła się przodem do niego i miała możliwość nie tylko zobaczyć go z bliska, ale też poczuć zapach jego perfum. Te rudolśniące kosmyki włosów opadające na czoło… iii… - Nie chce mi się nawet z tobą rozmawiać! - rzuciła. Na szczęście w tym samym momencie Roger uratował ją z opresji, no i wpadła na genialny pomysł, że jej nowy, wcale nie wkurzający kolega pomoże jej w porządkach. Posłała mu tylko uroczy uśmiech po tym, jak rzuciła w jego kierunku ręcznik, a następnie zakryła usta dłonią i wyrzuciła z ust nieme ups, puszczając mu oczko. Ah, zemsta była taka słodka.
Z głową wysoko uniesioną, byleby mogła wyrzucić z siebie wszystko, co w niej siedziało, czekała, by sprawdzić, co będzie miał jej do powiedzenia. Na szczęście nie musiała długo czekać. Jej nowy znajomy był cholernie rozgadany. - Więc nie masz z nikim lepszym możliwości spędzenia czwartkowego wieczoru? - zapytała go w połowie tak na odpieprz, a w połowie dlatego, że serio była zaciekawiona. Ciekawiło ją, czy faktycznie często wychodził z nimi na miasto, czy był to jakiś ich głupi, krawaciarski rytuał. Po chwili przewróciła oczami. - Serio? - mruknęła. Kurwa, był cwany niczym lis, bo dosłownie chwycił ją na jej własnym zdaniu. - Przetrzymuję? Jak tak bardzo chcesz, to możesz stąd wyjść. Nikt cię tutaj nie zatrzymuje. - Wysunęła z tylnej kieszeni spódniczki kluczyki i pomachała mu nimi przed oczami, zanim podwinęła koszulkę, wsunęła dłoń pod materiał i usadowiła je sobie w braletce. - Ale będziesz musiał je sam wyciągnąć. - Wyszczerzyła się szeroko, pokazując mu puste dłonie, zanim użyła ich do rozczochrania jego włosów. - Crazy to moje drugie imię - Uśmiechnęła się i podreptała uchachana za bar, by zgarnąć terminal i poprosić go pięknie, ładnie, aby uregulował rachunek kolegów. Stała tak przed nim, wbijając w niego groźne spojrzenie. - Judy Hopps? - odsunęła się na moment, udając, że nie ma pojęcia, o co mu chodzi, zanim położyła dłoń na biodrze, stuknęła charakterystycznie butem o podłogę i rzuciła słynnym tekstem Judy, gdy chciała odgryźć się na Nicku, - It's called a hustle, sweetheart! - Parsknęła pod nosem. - A teraz Nick, płać. No już, już…

Uśmiechnęła się, gdy po chwili jednak opłacił telefonem rachunek, a na widok tego, że zostawił jej napiwek, uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Jednak będzie kebsik po pracy. Odłożyła terminal na bok, a gdy się obróciła, on już stał dosłownie przed nią. Blisko. Za blisko. Przełknęła ślinę, czując, jak ciepło jego ciała uderza w jej własne. - Może wcale się ciebie nie boję - powiedziała ciszej, zadziornie unosząc kącik ust. - Może to ty powinieneś bać się mnie, vohnyku? - Uśmiechnęła się nieco prowokacyjnie, napierając ciałem na niego. Wysunęła dłoń ku jego twarzy i przesunęła opuszkami palców po policzku. Powoli, jakby specjalnie sprawdzała, na ile jeszcze może sobie pozwolić, zsunęła je niżej, wzdłuż jego szyi, potem ramienia, aż w końcu ledwie musnęła nimi jego dłoń. - Może zarzuciłam na ciebie swoje sidła w momencie, gdy wszedłeś do tego lokalu, hm? - Nie była stuprocentowo pewna słów, które właśnie wyrzuciła w jego kierunku. Z jednej strony w dalszym ciągu była w rozsypce po ostatnich wydarzeniach, ale z drugiej… bardzo potrzebowała się rozerwać. Potrzebowała czegoś niezobowiązującego. Nawet jeżeli wymagało to wskoczenia dosłownie w ramiona chłopaka, który wyglądał, jakby na co dzień mieszkał w czeluściach Hadesu i kąpał się w gorącej cieczy o kolorze lawy.

nick wilde

sorry for stupid people

: ndz cze 07, 2026 9:48 pm
autor: Aiden O'Cahallan
Nie mógł powstrzymać się od uśmiechu i krótkiego parsknięcia śmiechem na jej nagły odwrót. W żadnym momencie nie podejrzewał jej o bycie grzeczną uczennicą, zwłaszcza w stosunku do jego błyskotliwych porad. Był wręcz przekonany, że dziewczyna będzie szczekać dopóki on sam się nie ugnie, a jednak nagle obróciła się, jeszcze z mniejszą lub większą premedytacją zarzucając włosami i odchodząc, jakby nigdy nic. Jakby to właśnie on był jednym z tych oblechów, jakby to właśnie on szukał jej atencji i błagał o tę uwagę. A tak nie było — w oficjalnej wersji, bo ciężko było stwierdzić, o co mu tak naprawdę chodziło. Była kolejną, randomową laską, a jednak wydawała się różnić od każdej, którą napotkał od czasu… no właśnie. Od czasu, kiedy jakaś inna dziewczyna, jego zmarła narzeczona, nie dawała mu się zdominować, która potrafiła ustawić go do parteru, która z błyskiem w oku odpowiadała mu na każdą zaczepkę, ale również która tak brutalnie go opuściła, nie dając mu okazji, aby mógł cokolwiek powiedzieć. Pożegnać się, przeprosić, nie dała mu ze świadomością ostatniego razu powiedzieć, że ją kocha. Kochał; bo czas naprawdę leczył rany, ale nie na tyle, aby mógł nagle uwierzyć w miłość i fakt, że nie była ona ludzkim wymysłem i złudnym lekarstwem na samotność.
Gdyby nie był wygadany, z pewnością zginąłby w tym świecie — i nie chodzi o prawniczy półświatek, ale uczestniczenie w całościowym życiu jego rodziny. Gdyby nie był pewny siebie, już dawno dałby się stłamsić ojcu. Teraz, mimo że poszedł w kierunku, w którym stary sobie zażyczył, to jednak nie pozwalał sobą dalej manipulować. Ich kontakt był ograniczony do minimum, kiedy musiał i kiedy Eleanor zmuszała go do odwiedzenia rodziców razem z nią. — Za to mi płacą — parsknął. Był adwokatem — żeby kogoś obronić, musiał wejść z butami w cudze życie i zapoznać się z tym, o co w tym wszystkim chodziło. Oprócz tego, nie był ciekawski, dopóki ktoś go wybitnie nie zaintrygował. Gdy to nastąpiło… cóż, przykład tej sytuacji sam się właśnie nawinął. — Tak i każda laurka, którą narysowałem, trafiała na lodówkę — rzucił, z lekkim wzruszeniem ramiona. Co prawda lodówka dziadków do strony ojca była ozdobiona jego dziełami sztuki młodzieńczej, bo w poważnym domu państwa prawników nie było miejsca na równie poważnej zabudowie kuchennej.
Zdenerwował ją. Widział to uważnie i nie był w stanie wyzbyć się aroganckiego uśmiechu, który zagościł na jego twarzy. Zastanawiało go to, czy we własnych słowach był w stanie odnaleźć ziarno prawdy, choć prawdopodobnie nigdy nie przyjdzie mu się tego dowiedzieć. Z pewnością zaraz czeka go powrót do domu, bo jeśli tak dalej pójdzie, to już nie będzie chętna na jego pomoc w sprzątaniu. Nawet nie jesteś w moim typie!; rzuciła mu w twarz, a on wzruszył bezradnie ramionami. Nie każdy lubił rudych, żył już wystarczająco długo na tym świecie, żeby się tego przekonać. Na dodatek miał specyficzną urodę, pomieszaną ze swoimi irlandzkimi korzeniami, przez co nie szukał uwielbienia, bo nie był w stanie komukolwiek oddać to uczucie. Nie chciał czuć, że ktoś oczekiwał od niego cokolwiek w zamian, zwłaszcza jeśli chodziło o sferę emocjonalną.
— Oh, zdecydowanie mam. Ale to — wskazał na drzwi wejściowe. — To tylko praca. Czasami trzeba spełnić swoje obowiązki i… liczyć, że jakaś szalona barmanka uratuje mnie z opresji — zażartował, mrugając do niej. Miał swoich kumpli ze studiów, znajomych z tego irytującego, nowobogackiego świata, z którymi do dziś dzień udało mu się utrzymać kontakt, a którzy byli normalni. Musiał jednak dbać o swoje imię publiczne, wśród innych prawników, którzy często nazywali go per pan nonchalant i kazali wreszcie spuścić z tonu — ale taki był po prostu Aiden. Był spokojny i uwielbiał oceniać ludzi, jeśli zachowywali się nieodpowiednio. Takie teksty w kierunku kobiet zawsze go drażniły, w jego mniemaniu, wynikały one z braku szacunku. Nie wyobrażał sobie, aby ktoś kierował tak obrzydliwe, sprośne teksty w kierunku jego siostry, bo skończyć by się to mogło z połamanymi rękoma u absztyfikanta.
Nie silił się, aby złapać jej klucze z ręki; to byłoby zbyt piękne, żeby po prostu mu je dała. Obserwował uważnie jej każdy ruch — jak wkłada rękę do kieszeni tej cholernie krótkiej spódniczki i jak macha mu pękiem przed nosem. Zaraz spojrzał w jej bezkresne tęczówki, unosząc lekko brew i spuścił spojrzenie ku dołowi. Cudownie. Parsknął pod nosem, wywracając oczami. Zapowiadał się wybitnie ciekawy wieczór. — Iskiereczko, ostatnie o czym marzę to fakt, abyś oskarżyła mnie o molestowanie — rzucił, bo nie mógł ot tak ich teraz wyjąć. Nie mógł teraz jej dotknąć, dopóki nie będzie odpowiedniej okazji. A czy takową będzie mieć? — Nawet jesteście podobne — stwierdził, krzyżując ręce na piersi, sprawiając, że nawet mógł wyglądać podobnie jak cwany lis. I gdy zrobiła ten jeden gest, rzucając ikoniczny tekst króliczka, Aiden zaśmiał się szczerze, kiwając głową z niedowierzaniem. Judy i Nick… czy mogło być lepsze porównanie dla nich? Obydwoje działali sobie na nerwy tak samo jako bohaterzy animowanej bajki.
Jeśli rzeczywiście był jej obojętny, to teraz wszystko powinno się wyjaśnić — w końcu bliskość była czymś, co ciężko było zignorować, jeśli ktoś chociaż w minimalnym stopniu być pociągający. — To dobrze, skoro się nie boisz. Aniołów nie trzeba się obawiać — zażartował z pewnością siebie, nawet nie ukrywając swojego rozbawienia. Aureola nad jego głową byłaby tylko przebraniem, bo spod rudych włosów wychodziły dwa małe rogi, które zdradzały, że raczej był wysłannikiem z innej części zaświatów. — Proszę, olśnij mnie, dlaczego mam obawiać się tej słodkiej buźki — rzucił i oparł się jedną dłonią o blat za nią, żeby jeszcze bardziej sprowokować ją do rumieńców, a ona w odwecie praktycznie przylgnęła do jego ciała. Ustalmy jedno — Iskiereczka, Judy Hopps czy po prostu Vita, była piękną kobietą i zdecydowanie pociągającą. To, że tak zajadle uciekał od emocjonalności nie oznaczało, że nie był w stanie docenić partnerek czy po prostu płci pięknej w inny sposób. Przyglądał jej się w skupieniu, czując jak serce wrzało mu od szybszych uderzeń, kiedy ledwo wyczuwalny dotykiem dotknęła jego policzka, zjeżdżając zaraz palcami na jego szyję, tworząc całą dróżkę przez ramię i finalnie docierając do dłoni. Twardo wpatrywał się w spokojny ocean, który dostrzegał w tym hipnotyzującym, niebieskim odcieniu jej tęczówek i tylko modlił się o dodatkową chwilę cierpliwości wobec wszystkiego, co właśnie z nim robiła. A robiła wiele, bo Aiden w myślał musiał powtarzać sobie, że tylko spokój go tak naprawdę uratuje. — I co z tym zrobisz, Vito? — zapytał, pierwszy raz zdradzając, że był na tyle spostrzegawczy, że zdążył wyłapać jej imię, które padło ze strony Rogera. Oderwał dłoń z blatu, aby zaraz umiejscowić ją na jej biodrze, lekko zaciskając na nim palce i unosząc brwi. — Co robisz z tymi wszystkimi krawaciarzami, których postanowiłaś usidlić w swoich sidłach? Jestem ogromnie ciekaw swojego dzisiejszego losu — dopowiedział ciszej, aby niższe tony jego głosu mogły zabrzmieć intensywniej w jej uszach. Pragnął zrobić wszystko, aby wyprowadzić ją z równowagi, której cały czas się trzymała. Wolną dłonią lekko ujął jej podbródek, chcąc nadal utrzymywać kontakt wzrokowy. Nie ukrywał spojrzenia, które teraz u niego płonęło i było o wiele intensywniejsze niż jeszcze kilka minut temu. I nie byłby sobą, gdyby zatrzymał się w tym miejscu, więc zaraz wolnym ruchem kciuka, przejechał po jej dolnej wardze sprawiając, że mogła poczuć na niej smak lemoniady. Ani na sekundę nie spuścił spojrzenia z jej oczu, nie chcąc, aby umknął mu jakikolwiek szczegół; zwłaszcza chwila słabości.

vita

sorry for stupid people

: pn cze 08, 2026 1:30 am
autor: vita holloway
I don't wanna know your favourite colour
or about your other lovers


Nie była osobą, która podążała za tłumem. Była indywidualistką, która robiła to, co jej się żywnie podobało. Nie obchodziło jej, co inni o niej myśleli. Tak długo, jak działała zgodnie ze sobą i swoimi przekonaniami, to w zupełności wystarczało jej do szczęścia. Dlatego też, jeżeli sądził, że była niewychowana, pyskata, wredna czy jakakolwiek inna - nie miało to dla niej najmniejszego znaczenia. Nie mogła zmienić tego, w jakim świetle widzieli ją inni. Miała wpływ tylko na to, co sama robiła. A teraz starała się go rozgryźć. Rzucać złośliwościami, sprawdzać jego reakcje. To, jak się zachowa. Czy się zdenerwuje, obrazi, a może po prostu zacznie grać z nią w tę samą grę. No i wypadło na to ostatnie. Był godnym przeciwnikiem. Była pod cholernym wrażeniem. Naprawdę. - To się ceni, serio. Chciałabym kiedyś jedną zobaczyć… może nawet pokażę ci swoją - odparła złośliwie. Nie miała żadnych laurek. A może te, które kiedyś istniały w ich wspólnym, rodzinnym domu, wylądowały gdzieś na strychu? Nie była pewna. Jakakolwiek myśl o tym, jak kiedyś wyglądała jej rodzina, a jak wyglądała teraz, doprowadzała ją do mdłości. Więc ucieszyła się, gdy temat ich rozmowy zsunął się na jego znajomych. Uśmiechnęła się szeroko na jego słowa. - Ah, czyli cię uratowałam, tak? - uniosła brew, a kącik jej ust drgnął w niemal zwycięskim uśmiechu, zanim postanowiła pobawić się z nim w kotka i myszkę, machając mu kluczami przed nosem jak marchewką. To od niego zależało, czy będzie chciał ją ugryźć, czy nie.

''Iskiereczko…”

Znowu robił to samo. Przestała dosłownie kontaktować, a ta cholerna fala gorąca znowu przeszła przez całą jej klatkę piersiową, aż do lędźwi. - Myślisz, że oskarżyłabym cię po tym, jak na dobrą sprawę sama cię do tego zachęciłam? - zmarszczyła nos. - Nie wiem, za kogo mnie masz, lisie - dorzuciła, wyraźnie oburzona. Była ostatnią osobą, która rzuciłaby w kogoś bezpodstawnymi oskarżeniami, ale co ona była mu winna? Na pewno nie zamierzała starać się o to, żeby myślał o niej w jakiś konkretny sposób, skoro najwidoczniej zdążył już wyrobić sobie zdanie. Skupiła się więc na lżejszym temacie Zootopii i zakryła usta dłonią, gdy wyrwał jej się śmiech. Zaraz po nim wydobyło się z niej to charakterystyczne chrumknięcie, które pojawiało się zawsze wtedy, kiedy coś naprawdę ją rozbawiło. Tak jak teraz jego poza, przez którą dosłownie przypominał Nicka Wilde’a.

W przypływie emocji zburzyła dystans między nimi, próbując poigrać z ogniem, który stał tuż przed nią. Uśmiechnęła się szeroko, starając się nie roześmiać, po czym wspięła się na palce, udając, że rozgląda się za jego rzekomą aureolką. Dopiero po chwili opadła z powrotem na pięty. - Aniołki podobno nie kłamią, Lucyferze - powiedziała z nikczemnym uśmiechem. Nie była pewna, jak sama powinna się opisać. Nie czuła się do końca ani aniołem, ani diabłem. Może była czymś pomiędzy? Czymś, co chętnie igrało z chłopakiem stojącym przed nią, nawet jeżeli gdzieś z tyłu głowy rozsądek już machał białą flagą i błagał ją, żeby przestała. - Obawiam się, że nie będziesz w stanie zapomnieć tej słodkiej buźki po tym spotkaniu. - Musnęła palcami jego dłoń, a w tym samym momencie oparła się pośladkami o tył blatu, gdy przylgnął do niej bliżej. Igrał z nią... a ona z nim. Było to coś w rodzaju starcia ognia z powietrzem. Jedno podsycało drugie, nakręcało, drażniło, aż trudno było stwierdzić, kto tak naprawdę miał tu nad kim... p r z e w a g ę.

Uchyliła delikatnie usta, unosząc brwi w ramach zaskoczenia, że zapamiętał, jak miała na imię. Myślała, że mu to umknie i do samego końca ich spotkania pozostanie anonimowa. Teraz, skoro wiedział, jak miała na imię, znał jakąś cząstkę jej. Jej wizytówkę, która koloryzowała jej osobę od momentu, w którym się urodziła. Może myślał w tamtym momencie, że z nią wygrał? Tym, że znał jej imię. Tym, że chwycił jej biodro, wtapiając w nie delikatnie swoje palce. Opuściła tylko na moment głowę, by zerknąć na jego dłoń, a zaraz potem uniosła twarz, żeby znowu spojrzeć na niego. Niesamowite, jak zupełnie obcy jej facet potrafił wywoływać w środku niej tyle emocji. Tyle reakcji. Fala ciepła przepłynęła przez jej ciało, a ona złapała się na tym, że przez moment przeszła jej myśl, że był faktycznie cholernie atrakcyjny. Im dłużej i częściej na niego patrzyła, zwłaszcza z tak bliskiej odległości, tym częściej łapała się na tym, że zauważa coraz więcej cech charakterystycznych, które wydawały jej się niemal… urocze? - A co chciałbyś, żebym z tym zrobiła, O’Cahallan? - przybliżyła się do niego jeszcze bardziej, rozbijając jakąkolwiek przestrzeń między ich ciałami. Uniosła brew, a kącik jej ust drgnął delikatnie. Niemal triumfalnie. Pamiętała, jak jeden z tych krawaciarzy zwrócił się do chłopaka na początku wieczoru. Może i nie znała jego imienia, ale teraz byli kwita. Ząb za ząb, oko za oko… imię za nazwisko czy jak to tam szło. Nieważne. To ona miała tutaj rozdawać karty. Swoim głosem zapraszać go na pokład niczym syrena, która chciała usidlić swoją ofiarę, zaczarować ją niemalże. A tymczasem, za każdym razem, gdy on się odzywał… słuchała. Milczała, skanowała wzrokiem jego twarz. To, w jaki sposób układał usta, wydobywając z nich słowa. Mówił w sposób, który świadczył o tym, że był bardzo oczytany.

Czując, jak chwycił ją za podbródek, kierując jej twarz tak, że nie miała innego wyjścia, jak patrzeć mu prosto w oczy, poczuła, jak nogi się pod nią uginają. Nie spodziewała się po nim TAKIEJ bezpośredności. Jego pytanie wybrzmiewało w jej głowie, jakby ktoś puścił je na jakimś niekończącym się loopie. Serce zabiło kilka razy mocniej, a żołądek zacisnął się w supeł od ekscytacji tą całą sytuacją. Przyglądając się jego abstrakcyjnym tęczówkom, widziała, jak źrenice mu się powiększają w momencie, gdy delikatnie przejechał kciukiem po jej dolnej wardze. Ten gest rozbił coś w niej. Poczuła przypływ adrenaliny i pewności siebie, której nie czuła od dłuższego czasu.- Jesteś gotowy, by się tego dowiedzieć? - zapytała, wpatrując się w jego oczy. Uniosła dłoń, chwytając go za nadgarstek, a kciuk, który jeszcze chwilę wcześniej przesuwał się po jej wardze, zostawiając po sobie chemicznie cytrynowy posmak, został delikatnie otoczony jej językiem. Wsuwając jego kciuk w całości do ust, zassała go lekko - nie przerywając kontaktu wzrokowego - po czym wypuściła. Zaraz potem wsunęła dłoń w jego wilgotne włosy i przysunęła jego twarz jeszcze bliżej swojej. Ich usta były teraz oddalone od siebie zaledwie o kilka centymetrów. Jeden ruch. Jedno bliższe przysunięcie się i dzieliłby ich pocałunek. W tym momencie mogli jednak tylko czuć swoje ciepłe oddechy na skórze. Zerknęła na niego spod rzęs, szturchnęła swoim nosem jego nos i wyszeptała, - Jesteś moim pierwszym krawaciarzem, vohnyku. - Wydobyła z siebie ciche westchnienie, zaciskając palce w jego włosach. Starała się opanować, ale czując jego bliskość tak intensywnie, stwierdziła, że co jej szkodzi. Przechyliła twarz delikatnie, by zetknąć ich usta w pocałunku, jednak kiedy już miała to zrobić…

Trzask w drzwi. Jeden. Drugi.

- Aiden, do cholery! Ile można czekać?! Zapomniałeś czegoś?! - Głosy mężczyzn przekrzykiwały się nawzajem, a chwilę później zaczęli walić w witrynę pubu. Vita tylko westchnęła głośno, przewracając oczami, po czym odsunęła się od chłopaka. Saved by the bell. Prawie dosłownie. Wsunęła dłoń w braletkę i wyciągnęła klucze, które z zimnego metalu stały się już bardzo ciepłe przez jej rozgrzane ciało. Wcisnęła mu je w dłoń i rzuciła, - Biegnij, bo koledzy chcą cię odprowadzić na dobranockę, minionku. - Spojrzała na niego jeszcze przez chwilę, po czym podeszła do kasy. Wpisała kod, wysunęła pieniądze ze środka i zaczęła iść w kierunku drzwi do małego biura, w którym znajdował się komputer i sejf. Odwróciła się tylko jeszcze na moment. - Zostaw klucze w drzwiach, dobrze? Zakluczę za tobą - Dodała to tak, jakby serce wcale nie biło jej jak oszalałe. Jakby jej źrenice nie były rozszerzone, a nogi nie uginały się pod nią od tego, co prawie właśnie zrobiła. Musiała zająć myśli czymś innym. Może był to jakiś znak, że nie powinni. Że ona nie powinna. Poza tym chciała dać mu wybór. Teraz miał w dłoniach klucze do miejsca, w którym, jak to wcześniej ujął, go usidliła. Mógł zostać. Albo mógł z niego uciec i już nigdy więcej jej nie zobaczyć.

O'Cahallan