Strona 1 z 1

welcome by demons

: czw cze 04, 2026 9:26 pm
autor: Kai Heyward
Ogromne okna ciągnące się od sufitu do podłogi wpuszczały do przestronnego salonu mnóstwo dziennego światła, a widok z nich jednemu zaparł by dech w piersi. Najwyższe piętro jednego z wieżowców na Financial District skrywało bowiem nie tylko niebotycznie luksusowe wnętrza, ale przede wszystkim niezwykłe widoki na Toronto. Panorama miasta roztaczała się przed nim, a poranne czerwcowe powietrze osiadało się na jego nagiej klatce piersiowej. Przyjemnie orzeźwiający wiatr rozwiewał blond kosmyki włosów, które jeszcze po nocy były w nieładzie. Srebrny Rolex z granatową tarczą osadzony na opalonym nadgarstku wskazywał parę minut po 7 rano, a zapach świeżo mielonej kawy przyjemnie drażnił węch. Taras choć częściowo osłonięty, wpuszczał świeże poranne powietrze które pozwalało mu lepiej myśleć i skupiać się na pracy. Śledził uważnym wzrokiem dane w komputerze, które z ogromną łatwością pozyskał w mniej niż dwie godziny. Plan był prosty. Zlokalizować Ivana McCove’a i grzecznie poprosić o oddanie pieniędzy, które tak się składa pożyczył pół roku temu na Sycylii i myślał, że zwianie do Kanady uratuje go przed spłatą długu. No cóż. Źle trafił, ponieważ Kai miał jedną dość problematyczną wadę. Był pamiętliwy i bardzo nie lubił gdy ktoś go robił w chuja. Ivan był w Toronto, zapewne nieświadomy tego że Heyward namierzył jego komórkę i dokładnie wiedział gdzie się znajduje. A oprócz tego pozyskał również inne przydatne dane. Np. Nazwisko i imię jego dziewczyny, miejsce pracy i adres zamieszkania. Wykorzystał swoje umiejętności informatyczne i wysłał do niego smsa, z miejscem spotkania dziś wieczorem podając się za jego najlepszego kumpla - jego dane też miał. Czasem bawiło go to, jak ludzie myśleli że są anonimowi. Jak pewni byli, że ich tożsamość jest bezpieczna. Krucha bywała ta pewność, bo w internecie było wszystko, a nowoczesna technologia była niebezpiecznym narzędziem w rękach kogoś, kto dobrze wiedział jak się nią posługiwać.
Równo o 23:00 czekał grzecznie na Ivana niedaleko opuszczonych kontenerów przy terminalu portowym. Wypalał sobie spokojnie papierosa oparty o ścianę i co rusz zerkał na zegarek. Nie brał pod uwagę niepowodzenia. Ivan już przy ich pierwszym spotkaniu nie wydawał się bystry, a jego ucieczka z kasą Kaia tylko potwierdziła jego przypuszczenia, że to idiota. Dlatego absolutnie nie zdziwiły go kroki, które chwilę później rozbrzmiały w alejce. Nie ruszył się z miejsca, wyglądając całkiem zwyczajnie w czarnych jeansach i tego samego koloru bluzie z kapturem, na pewno nie przypominał kogoś kto za paskiem od spodni miał schowany pistolet. W końcu Ivan pojawił się tuż obok niego. Kai wyrzucił niedopałek papierosa, przydeptując go białym air forcem, co zwróciło uwagę drugiego chłopaka. Jego niebieskie oczy rozszerzyły się w strachu, a ciało napięło się gotowe do ucieczki. Ale niestety Kai był szybszy. Zacisnął smukłe palce na jego koszulce i bez ceregieli rzucił nim o ścianę kontenera, jakby Ivan ważył tyle co piórko.
- Bardzo nie lubię, gdy ktoś nie oddaje mi tego, co pożyczył - Złowrogi syk opuścił jego usta, kiedy przycisnął zdrętwiałe ze strachu ciało Ivana. Chłopak miał może ledwo 20 lat i chyba dopiero wkroczył w ten mroczny świat. Może w innych okolicznościach Kai byłby bardziej wyrozumiały, ale nie lubił złodziei. - A tak się składa, że Ty wisisz mi sporo hajsu. - Uśmiechnął się do niego na tyle ciepło, że Ivan mógł przez chwilę myśleć że na nieprzyjemnej pogawędce się skończy. Jednak dłoń Kaia dość szybko zwinęła się w pięść i zderzyła się z żołądkiem towarzysza, który zakaszlał i zgiął się wpół z dość donośnym jękiem bólu.
- J..ja.. oddam. Oddam wszystko obiecuje. Ale teraz nie mam tych pieniędzy. - Wycharczał ledwo słyszalnie, ale mimo to było słychać błaganie w głosie. Sam nie wiedział co wkurwiało go bardziej. Fakt, że chłopak ochujał go na dwie bańki czy to, że bezczelnie kłamie. Chyba jedno i drugie. Dlatego dość szybko jego pięść znów odnalazła drogę do miejsca między żebrami a nerką Ivana, zderzając się z nim na tyle mocno że chłopak osunął się na ziemię. Schylił się, gotowy przyłożyć mu ponownie, ale coś zatrzymało jego rękę kilka centymetrów przed twarzą Ivana. Głos, który rozpłynął się w nocnej ciszy. Głos, którego wcale nie chciał słyszeć. Jeszcze nie teraz. Zbyt szybko, by zmierzyć się z tym po co tu faktycznie przyjechał. Choć nigdy nie odmawiał zadań, to które sprowadziło go do Toronto zasiało w nim ziarno niepewności. Coś czego nie potrafił nazwać kazało mu odwlekać moment spotkania z tym [i[demonem[/i]. Ale jeśli Mahomet nie chciał przyjść do góry, góra przyszła do Mahometa. Westchnął z irytacją i to nie na słowa, które zawisły w powietrzu, a na fakt osoby która je wypowiedziała. Zdecydowanie chciał opóźnić ich spotkanie i plan, który miał wcielić w życie.
- Widzę że wciąż chujowo idzie ci zmuszanie ich do oddania hajsu - Wyprostował się, górując na zwijającym się z bólu ciałem. I chodź uwagę skupił na kobiecie, jego stopa przycisnęła Ivana do zimnego bruku. Śnieżnobiały airforce, który wyglądał jakby dopiero opuścił sklep obuwniczy wbił się w obolałe żebro, dociskając chłopaka mocno do ziemi.
- Proszę, proszę… - Zagwizdał, uśmiechając się kącikiem ust. - Kogo moje oczy widzą… Nasz wyrzutek. - Cmoknął w powietrzu do ciemnowłosej, która podeszła już na tyle blisko, że bez problemu mógł się jej przyjrzeć. Nie zmieniła się za bardzo od ich ostatniego spotkania parę lat temu, zanim jeszcze wyjechał z Nowego Orleanu. Jakaś część jego wypluła swoiste przekleństwo na myśl, że Isobel sama napatoczyła się na niego. Jeszcze chyba nie do końca przyswoił co powinien zrobić. Lojalność kosztowała więcej niż można się było spodziewać. I chodź zimna stal pistoletu zapiekła jego lędźwie… Postanowił zrzucić to gdzieś w otchłań umysłu. Przyjdzie czas.. Kiedy zdobędzie jej zaufanie. Powoli.


Isobel Cameron

welcome by demons

: ndz cze 14, 2026 6:26 pm
autor: Isobel Cameron
VI.

trigger warning
Spaczenie; przemoc; wulgaryzmy
Demony były wszędzie. Stąpały po ziemi, poprzebierane za zwyczajnych ludzi i maskowały swoje paskudne oblicza nowymi kształtami. Ludzie powinni zostać ludźmi, miejsce demonów było w piekle, a demony w ludzkiej skórze, powinny trafić do więzienia piekła. Tak właśnie rozumowali ci, którzy wciąż wierzyli w prosty podział na dobro i zło. Klasyfikowali ludzi i ich uczynki, określając je słowami złe lub dobre i z reguły nie wnikały w szczegóły. Ludzie nie próbowali zrozumieć drugiej osoby, wyrabiając sobie od razu opinię na temat jej zachowania. Ocenianie przychodziło ludziom najłatwiej. Najwidoczniej właśnie do tego zostali stworzeni. Isobel patrzyła na to inaczej. Nie wierzyła, że człowiek był z natury dobry. Gdy obserwowała ludzi, widziała jedynie istoty powoli pożerające siebie nawzajem. Jedni robili to słowami, inni pięściami, a jeszcze inni z uśmiechem na ustach. Wyniszczenie zdawało się wpisane w ich naturę równie mocno jak oddychanie. Może dlatego nie przerażały jej potwory. Potwory przynajmniej nie udawały. Ludzie natomiast chowali swoje najgorsze instynkty pod cienką warstwą zasad i moralności, która pękała przy pierwszej lepszej okazji. Im dłużej ich obserwowała, tym bardziej dochodziła do wniosku, że demony wcale nie różniły się od nich tak bardzo. Przecież przyglądała im się codziennie. Nawet nie musiała szukać zbyt daleko, by podać przykład — wystarczyło jedno spojrzenie w lustro. Widziała tę zniszczoną, przetyraną dziewczynę, jej ponure oblicze, a gdy się rozbierała, spoglądała na swoje zarysowane bliznami ciało. Naprawdę nie musiała odchodzić daleko, by spojrzeć demonowi prosto w oczy — dostrzegła ten wściekły błysk w swoich tęczówkach. Spojrzenie zimne jak lód i ostateczny brak nadziei na poprawę jakości życia.
Odcięła się od nowoorleańskiego gangu. Ucięła relacje wiążące ją z tą organizacją, potajemnie liczyła na to, że nie będzie musiała wracać do tego rozdziału. Nie nazwałaby tego uczucia nadzieją — tej została pozbawiona już dawno temu. To było raczej uczucie zmęczenia. Nie chciała już zajmować się porachunkami gangsterskimi. Zależało jej na przede wszystkim na zajęciu się sobą. Oczywiście pamiętała o układach ojca z niejakim Heywardem. Słyszała co nieco o umowie, którą nawiązali za życia starego Camerona. Ale to było dawno. Naturalnie uznała, że umowa przestała obowiązywać po śmierci mężczyzny. Z nieboszczykami ludzie raczej nie wchodzili w układy, Isobel była osobą decyzyjną w tej sprawie. Jako właścicielka antykwariatu miała prawo zrobić z nim to, co chciała. Dlatego weszła w układ z głową Triady. Zabójstwo w zamian za układy, miejsce, w którym można było się zaszyć i suma, która wystarczyła, by Isobel mogła przeżyć kilka miesięcy w Toronto. Antykwariat i jego podziemia, nie interesowały w praktyce nikogo. To miejsce nie przyciągało niczyjej uwagi. Włócząc się wieczorem po ulicach miasta, nie myślała o tym, że przeznaczenie i spotkanie z przeszłością, miało odbyć się tuż za rogiem zniszczonej kamienicy.
Akt brutalności, którego dopuścił się zakapturzony mężczyzna na drugiej osobie, nie wywołał w Isobel żadnego ludzkiego odruchu. Stanęła w pobliżu, opanowana i spokojna. Ze skrzyżowanymi na klatce piersiowej rękoma, oparła się bokiem o zniszczoną ścianę. Przesunęła w grobowym milczeniu spojrzeniem po sylwetkach mężczyzn, skupiając głównie uwagę na napastniku. Zabawne, że doskonale pamiętała posturę Kaia, choć od ich spotkania minęło sporo czasu. Westchnęła cicho, jakby z frustracją, gdy wijący się pod Kaiem facet starał się bezgłośnie prosić o pomoc. Widziała nadzieję w jego oczach — i nie była odpowiednią osobą na to stanowisko. Potraktowała go jak bezdomnego psa, który roznosił pasożyty i choroby. Zignorowała tę prośbę, kręcąc przecząco głową. Odezwała się do Kaia. Rzuciła tekstem, który ją wyprowadziłby z równowagi — Widzę, że wciąż chujowo idzie ci zmuszanie ich do oddania hajsu. Zwróciła na siebie jego uwagę, tak jak chciała. W odpowiedzi na to spojrzenie posłała mu zjadliwy uśmiech.
— Wyrzutek? Odważne słowa, jak na kogoś, kto wciąż robi za sukę na posyłki. Nauczyli cię już szczekać na komendę, czy się przed tym opierasz? — zapytała, rzucając w stronę blondyna niewerbalne wyzwanie. Może i była wyrzutkiem, ale dzięki temu uwolniła się ze szponów gangu. Mogła decydować sama o sobie. Minusem tej sytuacji było to, że teraz musiała radzić sobie całkowicie sama. Nie było za nią Jaya, poręczyciela, ani wujka, który przygarnął ją pod swoją opiekę, gdy zamordowano jej ojca. Ceną są wolnośći, była samotność. Zamierzała spłacić ją co do dolara.

Kai Heyward