Strona 1 z 2

Of all people, it had to be you

: sob cze 06, 2026 2:46 pm
autor: Miles Howard
Rozpiętość wieczoru spisała trzeźwość Milesa na straty,
jakby miarą dzisiejszych jego działań nie była precyzja, towarzysząca mu przez większość życia, a niedbałość w liczeniu kolejek. Podczas spotkania z kolegami wypił o jedną lub dwie szklanki z whisky za dużo i choć dla jednych brak limitów w piciu świadczył ledwie o powszedniości wieczoru, to dla Howarda, który po alkohol sięgał rzadziej niż jego towarzysze, decyzja ta stała się pułapką i niebezpieczną zapadnią, rozpoczynająca sekwencję dalszych błędów. Kiedy tylko wszyscy się rozeszli, okazało się bowiem, że jego wyjście stanęło pod znakiem zapytania.
Nie planuję prowadzić. Potrzebuję tylko kluczyków, żeby móc wsiąść do samochodu! — upierał się, najwyraźniej nie dostrzegając tego, że rzucone przez niego wyjaśnienie nie rozwiewało żadnych wątpliwości co do dalszych jego planów, i wprowadziło jedynie barmana w stan gwałtownie podwyższonej nieufności. W efekcie, pracownik zamiast oddać Milesowi kluczyki do auta, schował je do kieszeni własnych spodni.
Muszę dostać się do schowka, zostawiłem w nim pager.
Dodana wypowiedź nie uratowała Milesa absolutnie przed niczym. Wcześniejsza koślawość wypowiedzi wżarła się zbyt dotkliwie w schrypnięty nieco przez alkohol głos lekarza, niepotrzebnie odkrywając nietrzeźwy stan umysłu i wzbudzając w barmanie zbyt dużo podejrzeń.
Zadzwoń po kogoś, kto Cię odbierze. Oddam mu kluczyki.
Kontra pracownika była solidnym przypomnieniem o tym, kto dziś rozdawał karty. Rozwiązanie wydawało się jednocześnie całkiem proste i zasadne, nie wymagało więcej, niż odrobiny oczekiwania, co zważywszy na impas, w jakim się znaleźli, stanowiło zdrową alternatywę dla braku pagera (na co dr Howard nie mógł sobie pozwolić, wiedząc, że jutro po wytrzeźwieniu będzie go potrzebował przed popołudniowym dyżurem). Rzecz w tym, że Miles nie lubił polegać na innych. Nadwrażliwa bezbłędność, wtłoczona niemal natrętnie w jego krwiobieg i w świadomość perfekcjonisty wytrącała z niego spokój za każdym razem, gdy zmuszony był miniaturę własnego życia wręczyć komuś innemu w dłonie.
Oprzeć się na cudzej
– zamiast na własnej –
odpowiedzialności. Oszczędność w wykorzystywaniu swoich znajomości, a nawet przyjaźni, jasno wskazywała na to, jak niechętnie oddawał komuś pałeczkę decyzji. Oparł więc twardo ramię o blat baru, by nachylić się do barmana z większą niż wcześniej determinacją.
Nie chcę wracać autem, wrócę taksówką, naprawdę — przekonywał.
Wdzierająca się cal po calu bezsilność wobec nieuprzejmego chaosu w głowie, jak gęsto ścielone osty wyrośnięte na ścieżce tej krótkiej rozmowy, nie dała się jednak objąć w kleszcze rozsądku, gdy pomimo próby dogadania się z pracownikiem lokalu, najwyraźniej nie potrafił mu lepiej niż dotychczas, niczego wyjaśnić.
Wreszcie, widząc opór barmana, westchnął bezradnie, rzucając telefon pomiędzy nimi na blat.
Dobra, wygrałeś. Zadzwoń, do kogo chcesz.
Szorstkie dźwięki wetknęły swe głoski w wymuszoną zgodę, kiedy nie czekając na własną porażkę negocjacji, wstał z krzesełka, udając się w tym czasie do łazienki.
Przetarł twarz zimną wodą i z wilgotnego od potu karku ściągnął gorąc ściskających go za żołądek emocji, by dopiero pogodzony z następstwami bieżącej sytuacji, powrócić do baru nieco spokojniejszym. Kłębek niezadowolonych w nim nerwów rozprostował się tym samym w charakterystyczną linię powściągliwości, gdy popijając tym razem już samą wodę, oczekiwał na ratunek.
Nastrój tylko do czasu pozostawał wyciszony, bo wystarczył ledwie ruch znajomej sylwetki przy progu baru i delikatna kanciastość cudzego kroku (niedostrzegalna dla innych, ale znajoma dla niego), charakterystyczna dla protezy, by Miles w ostatnich sekundach przed spotkaniem nerwowo sięgnął po telefon, sprawdzając desperacko ostatnie połączenie.
Oleander Everhart.

Ze wszystkich znanych mu osób, właśnie do niego musiał zadzwonić barman.
Ciało napięło się w nagłym rauszu buzujących w nim emocji (głównie wstydu), a pod szczelną maską spokoju zapiekły policzki. Duszność i wilgoć powietrza jeszcze chwilę temu zupełnie mu nie przeszkadzały, teraz natomiast miał wrażenie, że bar zabiera z niego resztki oddechu. Poruszył się na krześle odrobinę bardziej gwałtownie, niż planował, odwracając się w kierunku pacjenta z nieukrywaną dekoncentracją.
Przepraszam... nie wiedziałem, że zadzwoni do Ciebie.
Torpeda krótkich, ale kluczowych wyjaśnień zastąpiła powitanie.

oleander everhart

Of all people, it had to be you

: pn cze 15, 2026 12:48 am
autor: oleander everhart
Telefon wibrujący w tylnej kieszeni jeansów o tej porze dnia nocy mógł być zwiastunem wielu rzeczy, i najpewniej - zważywszy na fakt, że Ollie nie miał dziś żadnych planów - nie miały być to rzeczy szczególnie łatwe i przyjemne, a raczej zwyczajne problemy.
Mogło, na przykład, chodzić o jednego z jego braci, i brunetowi pozostawało tylko modlić się o to, by sprawa nie tyczyła się tego najstarszego, pełniącego dziś strażacki dyżur. Mogło, równie dobrze, rozchodzić się o awarię bojlera w mieszkaniu August lub inne, równie praktyczne tarapaty w których znalazł się ktoś z jego znajomych. Mniej oczywistą, ale nadal nie nieprawdopodobną była opcja, że o Everharta upominał się któryś z jego akademickich przełożonych, pragnąc chłopakowi pilnie podrzucić jakąś interesującą lekturę lub pomysł na badania czy artykuł naukowy.
Ostatnim, czego Oleander się jednak dzisiejszego wieczora spodziewał, był głos majaczący w barowym gwarze po drugiej stronie słuchawki, należący do mężczyzny przedstawiającego się jako barman z lokalu w Distillery District.
I, w ramach wisienki na tym chaotycznym torcie, na pewno już nie przyszłoby mu do głowy, że za chwilę usłyszy od rozmówcy to, co moment później przebiło się przez mechaniczny szmer połączenia.
- Howard? - Nazwisko lekarza miało być chyba stwierdzeniem, a mimo to nadal zabrzmiało jak pytanie. Jakby barman sam nie był pewien, czy dobrze odczytał dane znalezione, Ollie mógł się co najwyżej domyślać, w dokumentach albo telefonie samego chirurga - Brunet, koło czterdziestki? Tak. Jest tutaj. W łazience. Upierał się, że będzie prowadził, ale chyba zmienił w końcu zdanie...
Przez pierwszych kilka następnych sekund, Ollie był święcie przekonany, że musiał się przesłyszeć. Potem, elektryzującym dreszczem rozchodzącym się po linii barków, przyszła konsternacja.
A zaraz po niej coś jeszcze dziwniejszego. Niepokój.
Uczucie wzbierające mu gdzieś na wysokości splotu słonecznego prędko, choć przecież bez większego sensu. Nie byli w końcu rodziną. Nie byli przyjaciółmi. Nie byli nawet jakoś szczególnie blisko w układzie pacjent-lekarz, do którego sprowadzały się wszystkie ich dotychczasowe interakcje. To prawda: ich relacja przez ostatnie lata trwała w osobliwym zawieszeniu pomiędzy wdzięcznością, żalem i poczuciem długu. Ważne było jednak to, że mimo wszystkich możliwych niedopowiedzeniem, właśnie tam miała przecież już na zawsze pozostać. W limbo bez ciągu dalszego. W co by było gdyby, które kończy się wielokropkiem, a nie jakimkolwiek nagłym zwrotem akcji.

Dlaczego więc, wysiadając z tramwaju kilka przecznic od Woody's and Sailor, Oleander Everhart czuł się dokładnie tak, jakby właśnie znajdował się na granicy dwóch rozdziałów?
Ze świadomością, w dodatku, że każdy kolejny krok - podejmowany zbyt szybko jak na pozorną obojętność, którą sobie zarówno obiecywał, jak i wmawiał - coraz bardziej oddala go od możliwości powrotu do tego, jak dynamika jego znajomości z Howardem wyglądała w przeszłości.

Był to ewidentnie jeden z tych wieczorów, podczas których Toronto, niczym wyjątkowo krnąbrne dziecko, nie chciało zasnąć nawet po zmroku. Powidok czerwcowej duchoty wypełniającej miasto w ciągu dnia, skraplał się teraz pod materiałem oleandrowej koszulki, spływając rynienkami jego lędźwi w formie kropelek potu. Ulice pulsowały światłami restauracyjnych ogródków, muzyką sączącą się z otwartych okien i śmiechem ludzi rozemocjonowanych faktem, że lato dopiero się zaczyna.
Może łatwiej byłoby zostać tu, na zewnątrz. Wykazać się zdrowszym rozsądkiem. Może lepiej byłoby odwrócić się na pięcie i zniknąć, nie sięgnąwszy po klamkę barowych drzwi, za którymi krył się specyficzny, szarawy półmrok.
Ciało, jak to miało w zwyczaju, zdecydowało jednak za Everharta - i nim brunet mógłby się przeciwko jego decyzji zbuntować, znalazł się przy linii barowej lady, raptem parę kroków od sylwetki mężczyzny, którego nigdy w życiu nie planował ratować z kłopotów, bo stało to przecież w kompletnej kontrze względem porządkowi świata.


A jednak czy los nie miał tego właśnie do siebie, że czasem po prostu lubił odwracać role?

Doktor Howard -
Miles nie wyglądał tragicznie. Nie wyglądał nawet na szczególnie pijanego - ubrany nadal schludnie, na granicy z atrakcyjnością, której Ollie zwyczajnie nie chciał zauważyć; siedząc na krześle nie tyle chwiejnie, co może odrobinę niestabilnie, bynajmniej jednak nie w sposób, który kojarzyłby się z totalną nietrzeźwością. Mimika jego twarzy także nie zdradzała pijaństwa, z brwiami, powiekami i linią warg poruszającymi się w konkretnej sekwencji gdy lekarz odwrócił się, i jego wzrok padł wreszcie na Everharta.
Coś jednak było nie tak w sposobie, w jaki opierał przedramię o blat. W usztywnieniu jego ramion.
W kolorze jego cery, kojarzącym się teraz Oleandrowi wyłącznie z ognistym płomieniem ukrytym pod taflą lodu.
Miles był w tym, przede wszystkim, po prostu boleśnie ludzki, i to właśnie w odbiorze Oleandra nie pasowało do niego najbardziej.
— Przepraszam... nie wiedziałem, że zadzwoni do ciebie.

Ku własnemu zaskoczeniu, Oleander parsknął cicho w odpowiedzi. Nie pierwszy raz od odebrania telefonu od barmana, ale pierwszy przy Howardzie.
— Uwierz mi, ja też nie — Wyrwało mu się na fali rwącego się z piersi oddechu. Podszedł na tyle blisko, by przyuważyć telefon leżący na blacie koło howardowej dłoni, szklankę z wodą, i wymowny brak kluczyków, zapewne nadal przebywających w impromptu areszcie zgotowanym im przez barmana. W innych okolicznościach pewnie to wszystko wydałoby się Olliemu zwyczajnie zabawnym. Problem leżał w tym, że Miles Howard nie był jego przyjacielem albo kolegą ze studiów. Nie był nawet kimś z jego rodzeństwa, w układzie, w którym ratunek z miejskiego baru Oleander mógłby tej drugiej stronie żartobliwie wypominać do końca życia. Był jego lekarzem prowadzącym. Człowiekiem, który - bądź co bądź - uratował mu życie. - Wszystko...? Uh. Wszystko w porządku?
Imię mężczyzny ugrzęzło mu w gardle razem z lekarskim tytułem naukowym; w efekcie więc Ollie zamilkł głupio, ze wzrokiem ciężkim od pytań wbitym w Howarda.

Miles Howard

Of all people, it had to be you

: śr cze 17, 2026 10:23 pm
autor: Miles Howard
Działanie procentów i rozpiętość zakrapianego alkoholem wieczoru czuł na całym ciele. W kłębkach neuronów cicho łaskotało rozlużnienie, a w krwiobiegu buzował gorąc, gdy rozszerzona siatka naczyń podnosiła alarm i sprawiała wrażenie, jakby zaraz miał pod skórą spłonąć. Wraz z tymi oczywistymi reakcjami fizjologicznymi dało się także wyczuć – niestety – nieznaczne otępienie. Rozproszenie Milesa, jak szelesty rozmów wokół niego, zdawało się zabierać z rzeczywistości znaczące niuanse. Oko nie było już tak spostrzegawcze, jak za dnia i w efekcie nie dostrzegł na przykład mokrej plamy w kształcie pierścienia na płaszczyźnie blatu, gdy rękaw beżowej kurtki oparł się dokładnie w tym miejscu, tj. na śladzie po szklance, zroszonej wilgocią.
Umiejętność trafnej oceny odległości od ręki do szklanki też pozostawiała wiele do życzenia, o czym przekonał się, gdy opuszki dłoni, zamiast pewnie uchwycić szkiełko, najpierw musnęły je palcami niedbale, by dopiero w opóźnionych mikrosekundach nadrobić drogę i objąć szklankę w całości.

Nie pamiętał, by kiedykolwiek istniała dobra proporcja
pomiędzy tym, co alkohol mu dawał, a co odbierał.
Temat ten zawsze pozostawał dyskusyjny.

Były też rzeczy, które nie podobały mu się pomimo generalnego rozluźnienia. Jak to, w jaki sposób duszące powietrze baru uderzało w jego pierś, wtapiając się w splot materiału na kurtce, na co zwykle nie zwróciłby uwagi, a co teraz przeszkadzało mu, bo po zażyciu alkoholu oddychał niezauważalnie płycej. Albo chociażby to, jak jeszcze chwilę temu jego własne stopy, wciągnięte w komfortowe obuwie, kroczyły mimo tej wygody ledwie na pół gwizdka, skupione desperacko wokół przejścia od łazienki do barowego stołka. Pozbawione dynamicznego pędu i towarzyszącej mu zwykle elegancji. Kroki stawiał wprawdzie sprawnie, (aż tak pijany nie był, by słaniać się na nogach), ale mimo wszystko manewr ten pozostawał nieco wolniejszy i ostrożniejszy, niż zwykle.

...a potem, gdy siedział przy barmanie ze szklanką wody pod ręką, witając się ze swoim świeżym „wybawcą”, okazało się, że największą przeszkodą i tak nie jest jego dzisiejszy stan, a miażdżona pod imadłem wieczoru reputacja. Już naruszona przez niespodziewaną obecność pacjenta, prawie pęknięta.
Nie był pewien, czego oczekiwać po Oleandrze, gdy w powijakach spotkania dostrzegł cudze zdziwienie i otarł się uchem o to dziwnie doskwierające mu prychnięcie. Nie potrafił go rozgryźć.
Dodatkowo czuł się mniej czuły na podteksty i uwagi (choć te jeszcze nie nastąpiły w szerszej odsłonie). Siedząc równo na krześle, nie tracił równowagi, a jednak ramiona ciążyły mu odrobinę bardziej, gdy próbował złożyć puzzle cudzego nastawienia w jedną całość.
Skóra i twarz Everharta powinny być matrycą dla jego dzisiejszego nastroju. A jednak nie mógł odgonić się od myśli, że w jego obliczu równie dobrze mogło odbijać się znużenie, a równie dobrze krytyka.
Czy Oleander był tak samo wymagający, jak on sam był wobec siebie? Bo bestia perfekcjonizmu, nieposkromiona i obudzona w nim nagle, skomlała żewnie. Chciała wyrwać się do świata, zawyć głośno i szarpnąć go za barki, byle tylko... otrzeźwiał.

Chciałby cofnąć czas.
Nie wypić szklanek z whisky, by teraz nie patrzeć w te oczy...
...uważne, zdystansowane i zupełnie dzisiaj mu obce.

Po prawdzie nie pamiętał, by Oleander kiedykolwiek spojrzał na niego w ten sposób: jak na .c z ł o w i e k a. Co wydawało się wyjątkowo ironiczne, skoro przecież wszyscy byli ludźmi...ale nie wszyscy budowali swój własny obraz na tej łatce.
Jego łatka – a przy tym jego rola – zawsze ograniczała się do medycznych porad, a dziś marny byłby z niego doktor. Los nie dawał mu przestrzeni na pozostanie we władzy lekarskiego autorytetu. Brak kontroli tego typu sprawiała natomiast, że w jednym momencie trzymając napięcie na strunie ich rozmowy, w drugiej czuł jak smyczek jego dumy pęka, pozostawiając go wyłącznie z natężonym ciałem i równie natężonym umysłem. Lekkie zmarszczki, rozrysowane wokół ust i oczu pogłębiły się przy tym nieznacznie, jakby próba ujęcia rzeczywistości dziś go zawodziła, a teraźniejszość rozrywała w nim tkanki ciała na drobne strzępy, zużyte przez czas i dzisiejsze zmęczenie.
Usilnie starał się jednak nie pokazywać TEJ słabości.
(i wszystkich słabości, które w sobie nosił).
Zanim odpowiedział, dłoń ze szklanką podniosła się do góry. Pozwolił tym samym, by w paru łykach wody usta zwilżyły się od niej, przygotowując się do trudnej – przynajmniej dla niego – rozmowy.
Nie lubił uchodzić za potrzebującego.
Prawdę mówiąc, kiedy mówiłem barmanowi, że może zadzwonić do kogo chce, wydawało mi się, że w ostatnich połączeniach znajdzie... no wiesz, kogoś z kim rozmawiam na co dzień.
Wciąż nie odpowiedział. (Wciąż nie wiedział co powiedzieć). Odchrząknął lekko, wstając zza baru, by zsunąć z ramion marynarkę, wciąż wilgotną przy rękawie. Przewiesił ją sobie przez ramię, zerkając na barmana, jak na ratunkową deskę.

Powinniśmy już wyjść.
Ja powinienem wyjść.
Kurwa, muszę wyjść z Tobą.

Myśli nagle zaczęły zagłuszać w głowie zmowę milczenia i z totalnej pustki, przeszły w chaos, szczególnie wtedy, gdy próbował ułożyć dzisiejsze spotkanie w całość.
Czy wypadało mu przyjąć JEGO pomoc? Nie miał wyjścia.
Gwarantuję Ci, że nawet lekarze czasem piją... powiedziałbym nawet, że w niektórych przypadkach częściej, niż inni — rozpoczął wyjaśnienia ostrożnie, wysuwając doń w kierunku barmana, by niemo zakomunikować mu, że może już oddać mu kluczyki. Niechętnie to zrobił, choć zamiast położyć je na dłoni Milesa, pracownik lokalu wyciągnął dłoń z własnością doktora w kierunku przybyłego wybawcy.
Miles opuścił dłoń, przerzucając wzrok na Everharta. Niecierpliwość ostrą szpilą wbijała mu się w ciało, choć uparcie próbował wszystkie te ukłucia kryć pod maską powściągliwości. Jedynie drżenie na grdyce zdradzało emocje.
Wszystko w porządku — potwierdził dosadniej po krótkiej chwilii ciszy, wpadając w promień jego wzroku z absolutną bezradnością, czającą się w kątach świadomości. —

Najmniej komfortowe fakty przemilczał:
Nie było w porządku, że barman zadzwonił akurat do niego.
Nie było w porządku, że właśnie tkwili w barze dla gejów.
Nie było w porządku, że nie miał pomysłu, jak to wyjaśnić.

Zrób mi przysługę i zapomnijmy o tym wieczorze, gdy tylko się skończy, okej?
Zaproponował .w s p a n i a ł o m y ś l n i e.

oleander everhart

Of all people, it had to be you

: pt cze 19, 2026 9:53 am
autor: oleander everhart
Kluczyki przekazane mu przez barmana, jakimś sposobem ważyły w dłoni Oleandra jakby więcej niż powinny - zupełnie, jak gdyby zamiast paru kawałków metalu i plastiku, spiętych razem objęciami breloczka, brunet trzymał w ręce jakiś kawałek dumy Howarda. Zaskakująco delikatny, okazywało się. I kruchy.
I choć empatia względem położenia lekarza dopiero budziła się z drzemki, zwinięta w kłębek gdzieś pod wypustką kości strzałkowej Ollie'go, dwudziestoośmiolatek już teraz podświadomie przeczuwał to, czego jego umysł nie potrafił jeszcze przetrawić i nazwać. W ramach niedorzecznego zbiegu okoliczności, i telefonu omyłkowo wykonanego przez barmana właśnie do niego, nie zaś do osób, które z Milesem mogły rzeczywiście mieć o wiele bliższą relację, Oleander stał się nagle odpowiedzialny za coś więcej, niż tylko dowiezienie mężczyzny do domu w jednym, i jak najmniej upokorzonym kawałku.
Gdyby się nad tym zastanowił - choć teraz, z wiadomych względów, nie posiadał za dużo czasu na tego typu refleksje - rozpoznałby w postawie lekarza to, na co przecież raz po raz napotykał przyglądając się w lustrze samemu sobie, i czego, choć się tym niezwykle irytował, zwyczajnie nie umiał się wyzbyć.
Everhart też nie lubił polegać. Opierać się na innych - czasem w przenośni, a czasem, zwłaszcza tuż po wypadku, także i zupełnie dosłownie. Zależność od innych ludzi mylił z byciem dla nich obciążeniem - nawet, jeśli zaciekle zapewnialiby go raz po raz, że wcale tak nie jest. Samodzielność i niezależność były wartościami, z których jeszcze jako dziecko uplótł sobie zbroję za którą skrywał się przed światem. I jakkolwiek długo jego terapeuta nie próbował kłaść mu do głowy innych mądrości, bycie potrzebującym Everhart i tak zawsze interpretował jako przejaw słabości.
Chociaż, przy tym, wyłącznie u siebie.

Nie spodziewał się. Nie tego, że dzisiejszego wieczora zamieni się rolami z człowiekiem, któremu sam kiedyś - chcąc tego, czy też nie - musiał powierzyć to, co było mu najdroższe, Odebranie Howarda z baru, jakkolwiek krępujące, naprawdę wydawało się raczej błahą formą zapłaty za tamten dzień. I za wszystkie kolejne.
- Strażacy też piją - Powiedział odruchowo, w sposób, w który mężczyźni zwykli nawzajem dodawać sobie otuchy, udając, że wcale tego nie robią. Howard nie był strażakiem, a Ollie nie był, oczywiście, lekarzem. Ale obydwaj należeli do systemów, które wymagały od człowieka znacznie więcej, niż oficjalnie przyznawano w umowie o pracę. Do środowisk budowanych wokół wytrzymałości, odporności i cichego założenia, że jeśli coś w środku zaczyna się psuć, najlepiej jest po prostu zacisnąć zęby i wykonywać swoje obowiązki dalej, w stoickim milczeniu i bez mrugnięcia okiem, choćby łzawiło (w pracy Ollie'go: od dymu, albo ze smutku). Nałogi stanowiły tajemnicę poliszynela. Ich tuszowanie — niewypowiedziany pakt pomiędzy ludźmi, którzy każdego dnia znajdowali się zbyt blisko ludzkiego cierpienia, i własnej śmiertelności. Ojciec Oleandra przez większość życia również nie zadawał pytań, na które odpowiedzi mogłyby bezpowrotnie wybić go z rytmu pracy. — Nie musisz się tłumaczyć. - Dodał. Póki co, nie było potrzeby.

I dopiero teraz, gdy napięcie związane z samym odnalezieniem Howarda zaczęło powoli opadać, a bezradność obecna na jego twarzy przestawała być jedyną rzeczą, którą Oleander rejestrował, brunet zaczynał dostrzegać także tło, które przecież było tam od samego początku, ale do tej pory robiło dokładnie to, co tła zwykle robią najlepiej - rozmywało się jak tęczowa akwarela.
Kiedy tunel jego uwagi zaczął powoli się rozszerzać, dotychczas ignorowane przez Everharta szczegóły zaczęły nabierać ostrości. Woody's and Sailor nie wyglądał jak miejsce, które próbowało za wszelką cenę nadążyć za modą. Nie był też szczególnie elegancki. Miał w sobie natomiast coś, co sprawiało, jakby upływ czasu przyznał mu taryfę ulgową, barwiąc wnętrza nie tyle wrażeniem przestarzałości, co raczej nostalgii. Te przygaszone światła. Lastryko barowej lady. Zdyszana szafa grająca pod ścianą, wyrzucająca z siebie melodie nieco przygaszone wysiłkiem wiążącym się z wieloma laty wytężonej pracy.
Ollie był przy tym dzieckiem własnego pokolenia, i początkowo kompletnie nie przyuważył tęczowych flag i równie kolorowych girland pewnie właśnie dlatego, że te nie stanowiły dla niego żadnej sensacji.
Najbardziej zaskoczył go natomiast zapach, podobny do tego, który unosił się w strażackiej remizie po zakończonej zmianie. Pachniało tu mężczyznami, którzy z jakiegoś powodu nie chcieli jeszcze wracać do domu.

Obrócił kluczyki wokół palca, unosząc z wolna brwi, spod których spoglądał teraz na Milesa nie tyle w nowy sposób, co raczej w sposób wzbogacony o szczegóły, które umknęły wcześniej jego wiedzy. Czy Howard był przypadkowym klientem, który w objęcia lokalu trafił spontanicznie, będąc akurat w okolicy? Czy raczej bywał tu częściej, motywowany czymś więcej niż tylko przypadkiem? Coś w tej świadomości wydało się Oleandrowi dziwnie osobiste, i bynajmniej nie dlatego, że poczuł jakby odkrywał teraz jakiś brudny sekret, a raczej ponieważ po raz pierwszy tak naprawdę natrafił na fragment życia Howarda, który nie miał nic wspólnego ze szpitalem. Ani z nim samym.
- Prosi mnie pan dzisiaj o wiele przysług, doktorze Howard - Powiedział, przyciszając lekko głos i spoglądając przez ramię by upewnić się, że barman nie podchwyci nazwiska lekarza. Pracownik lokalu wyglądał na poczciwego, nie zaś na kogoś, kto prywatne informacje o swoich gościach wykorzystywał w jakkolwiek szkodliwych celach, ale Oleander miał na tyle rozumu by wiedzieć, że może Miles nie miał ochoty szastać własnym nazwiskiem na lewo i prawo, zważywszy na okoliczności. - Jeszcze trochę, i będę musiał zacząć naliczać odsetki. - Zahaczył palce o szlufki jeansów, pozwalając kluczykom obić się lekko o kant własnego biodro. Ruchem głowy wskazał drzwi, których próg przekroczył raptem chwilę temu. - Idziemy? I proszę, powiedz, że twój samochód ma automat... - Powodów, z których automatyczna skrzynia biegów byłaby, lekko mówiąc, problematyczna, raczej nie musiał chyba Milesowi wyjaśniać.

Miles Howard

Of all people, it had to be you

: pt cze 26, 2026 10:57 pm
autor: Miles Howard
Ściągnięta z ramion marynarka pokrywała przegub prawej ręki, z łatwością opływając przedramię Milesa i zwisając przy tym naturalnie ku podłodze. Szkoda, że z podobną łatwością nie dało się zakryć dzisiejszej natury jego wyjścia. Bo choć istniał szereg powodów, dla których mógłby pojawić się w miejscu takim jak to – począwszy od spotkania z przyjacielem gejem po zwykłą ciekawość, czy totalny przypadek – żaden konkretny nie przychodził mu dziś do głowy, gdy ograniczony przez wypite procenty, koncentrował się bardziej na problemie, niż na jego rozwiązaniu. Nic więc dziwnego w tym, że jego zwyczajowa garda i powściągliwość osłabły. Co za tym idzie, po czasie trwania w natężeniu dosłownie nic – łącznie z mimiką, wyrysowaną na twarzy Howarda – nie przysłaniało roznegliżowanej przed Oleandrem prawdy o dzisiejszym wieczorze.
Ślad wątpliwej wstrzemięźliwości utykał między mokrymi nićmi rękawa, świadcząc o słabszej koordynacji ruchowej u Milesa i wyrażał się w wątłości jego uśmiechu, zaczepionego ledwie na kruchych zawiasach wrodzonej mu uprzejmości. Próbował wprawdzie ratować się na wszystkie znane sobie sposoby: milczeniem, odruchowo podtrzymywanym dystansem, czy odwróceniem wzroku. Rzeczywistość kurczyła się jednak do kłopotów, gdy w jednej chwili stojąc przed nim względnie godnie, w drugiej wyrwał się z tej bezpiecznej, choć niefortunnie również zawodnej, pozy.
Dostrzegł starego znajomego po przeciwległej stronie baru i zmuszony do szybkiego uniku, a raczej szybkiego schowania się za ciałem Everharta, by nie zostać rozpoznanym przez mężczyznę, musiał odkryć się z tym, że ewidentnie robi to w reakcji na „coś”, a raczej na „kogoś”, kogo nie chciał Oleandrowi przedstawiać. Ruch ten – szybki, naglący – naturalnie można było więc uznać za podejrzany. Nie miał jednak czasu zastanawiać się nad tym, co właściwie robi; działał machinalnie, gdy najpierw ze spojrzeniem utkwionym w barową przestrzeń poruszył się, a dopiero później, w kolejnych sekundach, dotarło do niego, że zrobił to niezbyt dyskretnie, pozostając przy tym wyłącznie z widokiem posągowego ciała, stojącego przed nim. Podniósł przy tym podbródek do góry, ku twarzy rozmówcy, patrząc mu w oczy dla zakamuflowania ewentualnych skaz w tej niewygodnej mu sytuacji.
Idziemy – potwierdził, a podążając za wcześniejszą sugestią Oleandra, tym razem nie tłumaczył się, ani nie grał na czas z odpowiedziami. Przeciwnie – w ponaglającej potrzebie ulotnienia się z baru sam ruszył w kierunku wyjścia, nie czekając, aż kolejne ognie piekielne tegoż spotkania przypalą mu serce, dumę, czy dupę.
Odetchnął głęboko, ignorując przy tym ewentualne mijane przez niego znajome twarze, podsuwając rękę nad czoło pod podszywką odgarnięcia włosów. Tak naprawdę jednak ułatwiał sobie tym gestem wyjście bez bycia zaczepionym.

To nie był wstyd.

Kierowała nim silna potrzeba zachowania prywatności, która jak krążąca wokół głowy orbita, nie chciała opuścić jego myśli... bo był dla tego mężczyzny .l e k a r z e m. I tego uparcie, pomimo własnej nietrzeźwości, chciał się trzymać. Osobisty charakter dzisiejszego wieczoru wprawdzie i tak odnajdował drogę do wybicia się na scenę ich rozmowy, bo choćby ubiór Milesa różnił się od tego ze szpitala i wyziewał na Oleandra czymś bardziej prywatnym, ale sam doktor Howard starał się ten fakt ignorować. Podobnie jak to, że zaraz wejdą do jego samochodu, krystalicznie czystego, który świadczył o pewnej jego wadzie: perfekcjonizmie i niepowtrzymanym pedantyzmie.
Śmiało, naliczaj... Raczej mnie stać – odezwał się już po wyjściu z baru, co stanowiło znacznie lepsze miejsce do rozmów: ustronne i cichsze.
Pomiędzy poszczególnymi partiami wypowiedzi słychać było nieznaczną pauzę. W jej trakcie przez myśl przeszło mu, że mógłby zrezygnować z użytego przez siebie słowa „raczej”. Przyzwoitość nakazywała mu jednak odrobinę skromności, mimo że dualistycznie obecna przy tym arogancja lekarza, jaką nabył podczas pracy na tak odpowiedzialnym stanowisku (co pewnie Oleander jako strażak nawet rozumiał) nakazywała opuścić ten pusty frazes.
Ma automat – dodał płynnie, ale krótko, niemal wyrywkowo, dochodząc do własnego samochodu.
Ręka instynktownie poruszyła się w kierunku spodni, zatapiając się w płytkiej kieszeni, zaraz jednak wypuścił ją spod dotykającego dłoń materiału, natykając na pustkę. Opuszki smagnęły szlufkę spodni, zaczepiając się o nią przez moment, by manewr ten nie poszedł zupełnie na marne.

Kluczyki były w rękach Everharta, co dawało temu mężczyźnie KONTROLĘ.
Niepisaną, ale wyczuwalną, zawieszoną w ciszy i w oczekiwaniu.

Wystarczyło tylko kilka kieliszków i klucze samochodowe w cudzej dłoni, by poczuł się zaskakująco odsunięty. Rozsądek podpowiadał, że Everhart robił dokładnie to, co należało zrobić w obecnych okolicznościach, zobowiązany niejako do pomocy, świadomość ta wcale jednak nie odbierała sytuacji odrobiny niezręczności.
Niezręczności, która zapewne wynikała z tego, jak rzadko znajdował się w pozycji do pomocy... prawie tak sporadycznie, że zapomniał, jak się z niej korzysta.
Skoro i tak już zerwałeś z formalną formą, mów mi Miles.
Nie był pewien, czy jego pacjenci pamiętali go z imienia, wolał się z nim przypomnieć, bo być może osoby, które leczył w ogóle nie zaprzątały sobie głowy podobnymi kwestiami. Skoro jednak oboje przebywali tego wieczoru w przestrzeni publicznej, i widzieli się na podłożu prywatnym, wyrwani z cugów szpitalnych relacji, mogli równie dobrze – tylko na dziś wieczór? – porzucić „tytuły”.
Ironia, co? Dziś możesz poczuć się odpowiedzialny za... dowiezienie mnie w jednym kawałku – urwał w tym punkcie, nie igrając dłużej z granicą żartów. W gruncie rzeczy nie wiedział, jak na bezpośrednią analogię do amputacji zareagowałby Oleander, dlatego własne słowa starł o szereg użytych w tej wypowiedzi eufemizmów.

To nie powinno być trudne.
Dotarcie do mieszkania.

(a jednak w jakiś sposób im ciążyło)


oleander everhart

Of all people, it had to be you

: pn cze 29, 2026 10:17 am
autor: oleander everhart
Istniały takie rodzaje odpowiedzialności, które - raz wyuczone - niektórzy ludzie zwykli się nakładać na własne barki nawykowo gdy tylko przyszła okazja, nawet jeśli cały świat uparcie próbował wmówić im, że już ich nie uniosą.
Mogło się wydawać, że wraz z własną nogą, utraconą gdzieś w chaosie powstałym z żywego ognia, rozgrzanej stali i pulsującego żarem betonu, Oleander stracił także skłonność do płynnego wchodzenia w rolę ratownika i wybawcy. Czy nie było bowiem tak, że przecież przez wiele miesięcy po wypadku to jego bezustannie ktoś prowadził — za rękę, pod ramię, na wózku, przez kolejne etapy rehabilitacji? To nim ciągle ktoś się opiekował, czy Oleander — długo zwyczajnie niezdolny, by podjąć się choćby najbardzej podstawowych czynności, które zwykle z łatwością przychodziły nawet dzieciom — chciał tego, czy też wolałby tego uniknąć.
A jednak, późna wieczorna pora, te kilka kieliszków whisky, komplet cudzych kluczyków i mężczyzna, który z braku innych, lepszych opcji, powierzył mu drogę do domu wystarczyły, aby uśpiony instynkt Everharta wrócił z taką mocą, że zdrowy rozsądek bruneta zwyczajnie kapitulował pod jego naporem. Znikały nagle wszystkie możliwe alternatywy - taka choćby, że Ollie mógłby zdecydować, że zamówi Milesowi taksówkę, a eskortowaniem własnego samochodu na domowy lub szpitalny parking lekarz będzie musiał martwić się dopiero następnego ranka. Lub ta, że mógłby przecież nakazać teraz Howardowi, by ten zadzwonił do kogoś innego - kogoś mu bliższego, kogoś, kto i tak egzystował już w prywatnym obszarze milesowego życia, i nie musiał nawigować dziwnej tranzycji między tym co prywatne, a tym, co profesjonalne.
Jakimś cudem jednak żadna z tych możliwości nie przyszła Ollie'mu do głowy. Gdy zaś, tuż przed opuszczeniem lokalu, Howard odruchowo znalazł się za jego plecami, Oleander nawet się nie poruszył, nie odsunął choćby o centymetr, nie drgnął. Całe jego ciało posłusznie zachowało się w taki sposób, jakiego wymagano od niego przez wszystkie lata służby: w kryzysowych sytuacjach, należało w końcu najpierw zasłonić drugiego człowieka własnym ciałem, a dopiero później zastanawiać się, przed czym właściwie się go osłania.

Kątem oka, Oleander zarejestrował ruch męskiej dłoni odruchowo biegnącej ku kieszeni, w której Howard zwykle nosił kluczyki. Jego własna ręka poruszyła się teraz równie automatycznie - płynnym ruchem nadgarstka, Ollie uniósł kluczyki; kciuk pobiegł ku przyciskowi, którego naciśnięcie obudzić miało zaraz samochód Milesa do życia.
— W porządku... Miles. — Potaknął, imię drugiego bruneta obracając na języku z ostrożnością, z którą ludzie podchodzili do drobnych, ale groźnych zwierząt, z którymi spoufalanie się mogło skończyć się dobrze, ale mogło też przynieść poważne obrażenia. Oleander był pewien, że słyszał je wcześniej - być może podchwycone w locie, gdy do Howarda zwracał się jakiś inny lekarz na szpitalnym oddziale, lub kiedy, oczekując na wizytę, Ollie mimowolnie przysłuchiwał się wymianie zdań między pielęgniarkami. Nigdy jednak nie odważył się, by przywłaszczyć je sobie choć na moment tak jak teraz, zmniejszając dystans do formy, jaką do Milesa zwracać się musieli jego bliscy i przyjaciele. Ollie uśmiechnął się półgębkiem. — W ramach wyjątku. Na jeden wieczór.
Samochód czekał na nich kilka miejsc parkingowych dalej. Jego lakier odbijał rozmyte światła ulicznych latarni, rozlewające się teraz po karoserii długimi smugami złota i bursztynu. Oleander obszedł pojazd od strony kierowcy, jeszcze z zewnątrz starając się jakimś cudem ocenić, czy poradzi sobie z okiełznaniem tej mechanicznej bestii. Wyrwany ze snu, gdy Ollie nacisnął guzik przy kluczykach, samochód łypnął na nich ślepiami reflektorów, i wydał z siebie krótki, generyczny śpiew, zaprogramowany w ramach ustawień fabrycznych. Oleander nacisnął klamkę.
Pierwszym, co przyciągnęło jego uwagę, wcale nie był wątły, ale nadal specyficzny zapach skóry ani chłód klimatyzowanego wnętrza, a panująca w środku, niemal sterylna czystość. To nie był tylko porządek - robiony na szybko, gdy człowiek zmiata dłonią okruszki z siedzenia pasażera, i upycha w schowku dwa papierki po białkowych batonikach. To był rygor, utrzymywany za sprawą regularnego wysiłku. Na środkowej konsoli nie leżał ani jeden zbędny paragon; w uchwytach na kubki nie walały się papierowe kubeczki po kawie; nawet przewód od ładowarki, jeśli Miles takiego używał, zwinięty był z, a jakże, chirurgiczną precyzją. Wszystko miało swoje miejsce.
Nie bez uśmiechu, Oleander pomyślał, że gdyby samochód Milesa wyglądał i n a c z e j, prawdopodobnie dopiero wtedy poczułby się nieswojo.

Wsunął się na siedzenie kierowcy ostrożnie, jakby nie chciał naruszyć delikatnego equilibrium tej niewielkiej, perfekcyjnie uporządkowanej przestrzeni ruchem własnej sylwetki, która, zwłaszcza w kontraście ze znacznie drobniejszą posturą Howarda, zdała mu się teraz zbyt masywna, niewygodna. Czekając, aż i Miles wsiądzie do samochodu i, koniecznie, zapnie pasy, przebiegł palcami po łuku kierownicy, bezwiednie wciągając w nozdrza panujący w samochodzie zapach. Wypuścił powietrze przez usta. Ustawił fotel nieco niżej i poprawił lusterko tak, by móc w nim kontrolować sytuację bez ryzyka, że nabawi się przy tym paskudnego skurczu w szyi.
Dopiero, kiedy upewnił się, że wszystko było tak, jak powinno, odchylił się lekko we własnym fotelu, sponad linii własnego ramienia spoglądając wreszcie na pasażera.
— W takim razie... — Zaczął, z czymś niemal niepoważnym tańczącym ledwie dostrzegalnie pod powierzchnią uważnego spojrzenia — Dokąd?
Zupełnie jakby w ich dzisiejszych okolicznościach istniała na to pytanie więcej, niż tylko jedna odpowiedź.

Miles Howard

Of all people, it had to be you

: śr lip 01, 2026 12:53 am
autor: Miles Howard
- W porządku… Miles.

Głoski wypowiedzi Oleandra, osaczone w locie przez ostrożność, musiały szurać mu po gardle gorzej, niż zmielony pod butami piach. W uszach Milesa brzmiały obco, niemal płasko, jakby Everhart dopiero uczył się tych liter na języku. Wcale mu się w tym aspekcie nie dziwił, też czułby się w jego sytuacji mniej s w o j o. Zresztą, tego wieczoru obu im doskwierał dysonans poznawczy między naturą ich dotychczasowej relacji, a teraźniejszym stosunkiem do siebie. Bo choć sam od dawna zwracał się do niego po imieniu, zachowywał przy tym wyczuwalną rezerwę, która dotąd była sprawdzona i wygodna, a dziś świadomie ją porzucali.
W imię czego? O tym mieli się dopiero przekonać.
Wmawiana im przez los od tak dawna definicja tej relacji zacierała się dziś niebezpiecznie szybko, darł się przy tym również aksamit płynności rozmów, jaką posiadali, gdy mówili do siebie w sposób schematyczny, prawie proceduralny. Dotąd był przedstawiony przez Oleandra problem, i była odpowiedź doktora Howarda. Był medyczny cel spotkania i było jego zamknięcie w formularzu oraz w karcie pacjenta. Pozostawali zatem długopisem i rubryczką do wypełnienia… i jeszcze chwilę temu Miles zarzekałby się, że tylko tym potrafili być na dłużej w swoim towarzystwie.
Teraz nie miał tej samej pewności. Choć wciąż nie znał ram tej relacji, przeczuwał, że właśnie w tym tkwił szkopuł. To bowiem udowadniało jego rację, że jeszcze nie zdążyli nadać sobie konkretnego kształtu. Nie byli skończonym tworem; nie byli nawet splecionym ze sobą supłem powiązania. Do tej pory pozostawali ledwie luźno puszczoną gdzieś liną, tj. ludźmi, którzy nie szukali kierunku tej relacji. Po dzisiaj - krok po kroczku posuwając się w rozmowie do czegoś więcej, niż szpitalna gadka - wiedział jednak, że pierwszy raz sami decydują o tym, co ze sobą zrobią, nie opierając się tylko na szpitalnej procedurze, i że granice dla nich gdzieś istnieją… ale że jeszcze ich nie odkryli.
- Mówisz tak, jakby to imię Cię gryzło - rzucił, zupełnie nieświadomy tego, jak bliski był prawdzie - Nie gryzę… nieproszony - zapewnił, skąpo ubierając słowa w żart, próbując tym zluzować supeł napięcia.
Podczas przejścia przez parking, dotykając jego pleców i szerokich barków spojrzeniem, pierwszy raz tak naprawdę poczuł jego wielkość. To, w jaki sposób cień Oleandra pokrywał jego własną sylwetkę, gdy szedł krok za nim; jak materiał jego odzieży układał się na tym mężczyźnie, uwydatniając jego wysoki wzrost i zdrową, wysportowaną sylwetkę. Miles miał nawet okazję prześledzić jego ruchy i dostrzec korzystnie uwypuklone przy końcu lędźwi pośladki.
Na tym etapie oderwał wzrok od towarzysza, odciągając od szyi materiał nagle grzejącej go koszulki.

Był wdzięczny temu, że auto stało tak blisko; że zamiast obserwować jego tyły, mógł wejść do środka i nie musiał ukrywać się z głodnym nowych bodźców wzrokiem. A choć puls ciała podpowiadał, że reagował na niego całym sobą, za wszystko winił dziś alkohol. To on odebrał mu dziś zdolność do powściągania zbędnego balastu emocji.
Zapomnienie było trudną rzeczą, gdy wbijało mu się posągiem cudzej sylwetki w oczy i biegło do myśli. Zapomnienie miało też jałową moc, gdy źródło rozproszenia siedziało obok. Dlatego zamiast zapomnieć, utrwalił sobie w głowie absolutnie każdy detal jego profilu, nim wyrwany z pułapki cudzej obecności, ruszył się w fotelu.
Cholerne procenty, przeklął w myślach, na moment odwracając się w kierunku tylnych siedzeń, by pozostawić na nich marynarkę. Ramię Milesa otarło się przy tym o cudzy bark, co skrzętnie zignorował, mimo że ciało jak na złość ten niuans również sobie zapamiętało.
- Jak już dojedziemy na miejsce, musisz się napić. Czuję niesprawiedliwe rozłożenie sił, kiedy jedyny pozostaję nietrzeźwy.
Ładne słownictwo to tylko atrapa. Pod nią kryło się już tylko niestabilne ciśnienie i rozmącone myśli, sączące się jak woda przez zabrudzony filtr. Słowa wprawdzie wnikały w niego kropla po kropli, ale zanim był w stanie zorientować się w przekazie, było już za późno, by się z nich wycofać.
Tworzenie kolejnych wyjątków na dźwigni tego, co już zostało w tej relacji pociągnięte, było albo skrajnie odważne, albo zwyczajnie głupie.

Nie zapiął pasów. Zamiast tego sięgnął dłonią w kierunku panelu GPS, wklikując punkt docelowy na Financial District.
- Będzie Ci przeszkadzać, jeśli zapalę? - pozostając z ręką przy panelu, przesunął ją jedynie nieznacznie w kierunku schowka, w którym schowaną miał papierośnicę.

Nigdy nie robił tego w aucie, ale...
dzisiaj potrzebował się rozluźnić
dzisiejszy wieczór pełen był wyjątków.
oleander everhart

Of all people, it had to be you

: sob lip 04, 2026 11:11 am
autor: oleander everhart
Rezerwę względem lekarza, Oleander porzucał, owszem, świadomie. Ale nie dobrowolnie. Jeśli granicy biegnącej wcześniej wyraźnie samym środkiem ich relacji rzeczywiście pozwalał się przesuwać - subtelnie ale metodycznie, milimetr po milimetrze, jak ktoś zbliżający się krok po kroku do brzegu urwiska, jednocześnie ciekaw tego, co może znajdować się w miejscu, gdzie kończy się stabilne podłoże i zaczyna niewiadoma, jak i przestraszony myślą o tym, co mógłby tam znaleźć - to wyłącznie za sprawą drobnych i nienachalnych, ale wytrwałych zabiegów Howarda. To nie Oleander spytał go o jego pierwsze imię. To nie Oleander pozwalał sobie na żart, który, gdyby przymrużyć oczy, mógłby ujść także i za jakieś preludium do flirtu. To nie Oleander miał w ciele procenty, usprawniające przepływ krwi rozgrzanej alkoholem i ciepłem czerwcowego wieczoru, ścieżkami żył biegnącej teraz szybciej i niżej, barkami do piersi, piersią do lędźwi, lędźwiami - do pachwin. Szedł przodem, i czuł na sobie męski wzrok - czuł go tak, jak przed paroma dobrymi laty, już po Malcolmie, ale jeszcze przed Pożarem, czuł na sobie męskie spojrzenia przechadzając się wąskimi uliczkami Church and Wellesley; niby przypadkiem, z braku innych zajęć w okienku między lekcjami w szkole pożarniczej, jak gdyby nigdy nic. Dopiero teraz, świadomość tego podobieństwa zaczęła z wolna wyłaniać się spod powierzchni oleandrowej podświadomości, klinując się w myślach z jaskrawą wyrazistością. To, że Miles mógłby patrzeć na niego inaczej niż na pacjenta - ba, inaczej nawet, niż na odczłowieczony w myśl profesjonalizmu obiekt badań - bo jak na mężczyznę, nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy. To natomiast, że on sam mógłby to spojrzenie odwzajemnić - podchwycić je, podtrzymać o sekundę dłużej jak wówczas, gdy uścisk dłoni przestaje być tylko kurtuazyjnym, społecznie akceptowalnym aktem, a zaczyna być dotykiem, nadal wydawało mu się rzeczą egzotyczną i niemalże nieakceptowalną.
A przynajmniej wygodnie i bezpiecznie było nadal tak sobie wmawiać.

Oleander myślał o Milesie.
Chryste, no oczywiście, że tak. Myślał o nim od samego początku, częściej niż o większości szpitalnego personelu, choć pierwotnie wyłącznie w ściśle-medycznym kontekście, kiedy w jego głowie naprawdę nie było miejsca na cokolwiek więcej, niż skupienie się na zwyczajnym przetrwaniu. Howard trwał w tej szufladce, do której Ollie wrzucał zwykle związki istotne, ale nie bliskie. Jako ekspert, jako specjalista, jako człowiek, który w gruncie rzeczy uratował mu życie. Everhart mu ufał, a samo to już pogłębiało przecież naturę każdej ludzkiej relacji, niezależnie od tego czy zaufanie to biegło paralelnie do sympatii, czy też cechowało się zupełnie innym nurtem. Dało się przecież komuś ufać, zupełnie go przy tym nie lubiąc. A brunet nie wiedział w zasadzie, czy lubi swojego chirurga, czy tylko go szanuje.
Po ich ostatniej, szpitalnej interakcji, myśli o Howardzie nabrały w głowie chłopaka nieco innej barwy i rytmu. Nachodziły go nieco z podobną częstotliwością, ale w innych kontekstach - już nie wyłącznie przed wizytą w jakimś medycznym gabinecie; czasem na zajęciach, czasem przy porannej kawie. Bo przecież kiedy widzieli się ostatnio, stały się dwie rzeczy: Howard najpierw go rozczarował, a potem zobowiązał się, choć nieszczególnie chyba chętnie, do pomocy przy oleandrowych badaniach na uczelnię nawet jeśli te były przecież tylko wymówką albo pretekstem do kolejnego spotkania.
Teraz natomiast, gdy przestrzeń między nimi sprowadzała się do intymnych kilkudziesięciu centymetrów samochodowego wnętrza, myśli bruneta zbiegały się nagle wokół zupełnie innych, niespodziewanych kompletnie wierzchołków. Dokoła mgiełki ciemnych włosków porastających męskie przedramiona, uwydatnionych nieco gdy Miles pozbył się marynarki, i gdy przesuwał dłoń w stronę schowka. Dokoła zapachu, którego wcześniej pozostawał nieświadomy - nikłej aury papierosowego dymu, przetrawionego połowicznie alkoholu, jakiejś przyjemnej, choć w gruncie rzeczy dość bezpiecznej w aromacie wody kolońskiej, choć równie dobrze mogła być to tylko mieszanka szarego mydła i szpitalnego płynu do dezynfekcji rąk - bijącego subtelnie od męskiego ciała. Dokoła treści jego słów, która w jakimś sensie zdawała się Oleandra nagle irytować. Oczywiście akceptował, że Miles będzie mu mówił co ma robić, ale jako jego lekarz: usiądź, połóż się, pokaż. Teraz jednak, kiedy Howard wydawał mu zupełnie inne polecenia, Oleander odnajdował w sobie jakąś nagłą, zadziorną niepokorność.
Zupełnie świadomie, posłał Milesowi spojrzenie, które zwykle rezerwuje się dla osób wykrzykujących apokaliptyczne slogany na środku głównej ulicy w blady dzień, straszące przechodniów sądem ostatecznym, ubrane przy tym w zupełnie przypadkowe ubrania albo warstwy folii aluminiowej. Słowem tak, jakby Howard postradał zmysły.
Nie odmówił przy tym jednak. Choć także nie obiecał, że owszem, na pewno chętnie się napije.

Powiódł wzrokiem po elektronicznej mapce GPSu. Znał większość z tych ulic, tnących mapę miasta jak układ krwionośnych, więc dowiezienie ich na miejsce nie powinno stanowić zbyt wycieńczającego procesu. Nie było natomiast mowy, że odważyłby się ruszyć z miejsca bez zapiętych pasów, choć wydawało się, że jest to ostatnim, o czym myśli teraz sam Miles.
Oleander pokręcił głową, a potem - pewnie ponownie próbując przekonać samego siebie, że to wszystko wyłącznie ze zmęczenia faktem, że musi Howarda traktować dziś jak dosyć krnąbrne dziecko - nie powiedział ani słowa, wychylając się w przód, a potem skręcając lekko ciało w stronę lekarza. Wyciągnął dłoń na wskroś jego piersi i kątem w kierunku obojczyka, w samochodowym półmroku nawigując na ślepo. Musnął przy tym kant jego barku - ponownie, o wiele bardziej świadomie. Znalazł pas, tkwiący grzecznie w uchwycie po lewej na wysokości milesowej twarzy; szarpnął lekko, przeciągając poliestrową wstęgę tą samą drogą, którą wcześniej pokonała jego ręka. Aż do męskiego boku, do jego biodra, gdzie ostrożnie wprowadził zamek w gardziel plastikowej klamry. Wymowne kliknięcie przecięło ciszę między nimi z impetem, który przynajmniej w głowie Everharta wyrazisty był jak wybuch bomby atomowej.
- Bez tego nie ruszę - Oznajmił, jak gdyby był Milesowi jeszcze winien jakiekolwiek wytłumaczenie. Upewniwszy się, że i jego własny pas jest odpowiednio zablokowany, odpalił wreszcie silnik, pozwalając wnętrzu wypełnić się lekką wibracją i szmerem samochodu obudzonego teraz do życia.
Następne słowa Milesa były... Oleandrowi ciężko było to określić. Pytaniem, tak, ale tylko na powierzchni. Pod spodem: zaproszeniem do specyficznej walki sił, przeciągania liny, w którym to zwycięzca miał kontrolę. I prawo decydowania, jak daleko będą skłonni się dziś przesunąć poza ramy czysto szpitalnej dynamiki.
- Tak - Powiedział krótko, uśmiechając się przy tym jakimś drobnym, cichym uśmiechem posłanym w mrok, i poniżej linii howardowego spojrzenia. Niepokojącym było, że Oleandrowi zaczynało się to coraz bardziej podobać. Ta przepychanka, której nie rozumiał, ale której nie chciał kończyć - Będzie mi to przeszkadzało.
Sam nie palił, a już na pewno nie we własnym samochodzie, w którym powidok nikotynowego dymu na stałe zameldowałby się na pewno we włóknach tapicerki, niepodatny na wyeksmitowanie. Ale zawsze widział coś atrakcyjnego w mężczyznach, ustnik papierosa zamykających raz po raz w objęciach własnych warg po to, by wypuścić spomiędzy nich potem strużkę, albo obłok dymu. Z jakąś dozą satysfakcji, że to on podejmuje teraz decyzje, wolną ręką sięgnął ku guzikowi, którym - jako kierowca - mógł regulować okna w całym pojeździe. Wymownie opuścił to po stronie Milesa - i tylko na tyle, na ile wymagało tego wydychanie dymu poza obszar samochodu. Nie spuścił przy tym wzroku z jezdni, pozornie skupiony na wyprowadzaniu pojazdu z parkingu.
- Więc. Często bywasz w Woody's and Sailor? - Ot, niewinne w końcu pytanie, zadane ku podtrzymaniu rozmowy - Miles?

Miles Howard

Of all people, it had to be you

: śr lip 08, 2026 8:47 pm
autor: Miles Howard
Wysypane żwirkiem miejsce parkingowe szeptało pod kołami samochodu własne historie, wraz z chrzęstem drobnych kamyczków słyszanych spod ruchomości opon gdzieś obok nich, wypuszczając z siebie kolejnego gościa lokalu. Czyjś późny powrót zwykle zwiastował banał reszty wieczoru. Dla Milesa, który wciąż jeszcze stał samochodem z Oleandrem, przeciwnie – ten nadchodzący proces jazdy stanowił przełamanie stałej rutyny, w której to zwykle w drodze do domu głuchość ciszy rozbijała się po kątach samochodu.
Dzisiaj wprawdzie również było stosunkowo cicho, ale jednak nie najciszej. Posunięcie howardowych palców po drzwiczkach schowka, czy przeciągłe spojrzenie, jakim obdarzył go z początku Oleander, nie miało w sobie wprawdzie własnej dźwięczności, ale miało za to emocjonalny tonaż. Nie odbijało się echem po przestrzeni auta, ani nie zagrzewało własnego miejsca w uszach na dłużej, a mimo tego było znacząco. Dźwięki wokół nich nie tylko miały jakąś wartość, ale również narastały... powoli, poczynając od szelestu ubrań podczas ruchu Everharta, gdy ten dźwignął się w kierunku pasażera, z ręką przecinającą na wskroś jego ciało.

Miles nie ruszył się za wiele.
Wyprostował jedynie barki, dotykając tylną ich płaszczyzną siedzenia pasażerskiego, i opuścił dłoń, dotychczas lewitującą gdzieś przy schowku. Poruszył także lekko udem, zawężając własny rozkrok, by scentralizować pozycję siedzącą i ułatwić mężczyźnie dopięcie pasa przy biodrze. I to właściwie tyle. Wzrok doktora wędrował w tym czasie świadomie po tarczy twarzy towarzysza, z wdzięczną ochotą obserwując sekundy od pierwszego poruszenia się Oleandra do twardego kliknięcia mechanizmu, który zalęgł na chwilę w jego uszach, jak niedająca się zignorować zmienna. To był właśnie kolejny etap narastania dźwięków, w którym to zaczęły zbiegać się ich (milesowa i oleandrowa) ciche obecności w jedno: w chęć komunikacji.
Gest, zwieńczony, krótkim wyjaśnieniem, rozpoczynał ich zwięzłą rozmowę.
Bez tego nie ruszę.
Miles domyślił się, skąd wynikało zbliżenie się Oleandra do niego już na etapie wyciągnięcia ku niemu cudzych palców. Nie potrzebował dodatkowych deklaracji ze strony kierowcy, by zrozumieć, że bliskość ta była przypadkowa i jednocześnie konieczna, jeżeli Everhart chciał zachować bezpieczeństwo na drodze. A choć Howard nawet się z tym zgadzał, nie musiał wypuszczać tej myśli poza kardon czaszki – tak naprawdę wykorzystał tę chwilę do tego, by zbadać naturę charakteru pacjenta. To w jaki sposób radził sobie z nadaną przez chwile bliskością, i jak dopinał własne cele do końca. Sam w tym czasie, naturą rzeczy, wypuścił oddech w jego szyję, prychając w nieznacznym rozbawieniu.
Mogłeś powiedzieć — napomknął, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że równie dobrze to on mógł się ogarnąć i po prostu zapiąć pas bez proszenia. Nie droczył się więc z mężczyzną dłużej, niż było to akceptowalne. Oparł łokieć o podłokietnik drzwi samochodu, oczekując odpowiedzi w kwestii papierosa. Nie spodziewał się jednak zaprzeczenia... po współpracy w gabinecie w ogóle założył, że podatność Oleandra na zgodę leży w jego charakterze, dlatego też przekorność z jego strony w pierwszym momencie po zasłyszeniu jego słów, zaskoczyła Milesa. Brwi powędrowały dyskretnie do góry, nim zaktualizował status własnych potrzeb, rezygnując z chęci zapalenia. Przed kolejną wypowiedzią przygryzł jednak wargę na krótko, w tym jednym geście oddając własne spięcie.
Powstrzymam się... — słowa nie zatrzymały się na tym jednym komunikacie, gdy do głowy dobiła się kolejna, natrętna myśl — …bo jutro jak wstanę trzeźwy, też będzie mi to przeszkadzało.
To – zapach nikotyny wżartej w tapicerkę auta.
A także fakt, że nie potrafił powstrzymać banalnych słabości...
uspokoić impuls myśli w inny sposób, niż przez zapalenie papierosa.

Zazwyczaj wtedy, kiedy potrzebuję...seksu, wykreślił niemal natychmiast podczas budowania zdania – ...towarzystwa.
Żwirek parkingowy tym razem zachrzęścił dokładnie pod ich kołami, pielęgnując tradycję tego miejsca i wypuszczając ich z przestrzeni z dźwiękiem uderzających o nadkole kamyczków. Miles w tym czasie oparł głowę o zagłówek, odwracając wzrok w kierunku okna samochodu, patrząc za jego szybę bezwiednie.
Intensywność tygodnia w pracy potrafi uderzać wyjątkową samotnością, kiedy wiesz, że w kontraście do tłumów w szpitalu, w domu zastaniesz ciszę.
Nie było dla niego tajemnicą, że dzisiejszej nocy mówił więcej, niż zwykle pozwalał sobie powiedzieć ludziom, których znał zaledwie od niedawna, i to jeszcze w większości czasu w roli pacjenta. Nie analizował jednak tej decyzji. Alkohol we krwi, choć niewidoczny w formie wypowiedzi Howarda, wyrażał się w swobodzie i w łatwości, z jaką uzewnętrzniał się dziś bardziej, niż zwykle.
Dlatego czasem tu bywam — dodał, mając na myśli pozostawiany za plecami bar — ...tam. — poprawił się, jako że od chwili pytania do chwili odpowiedzi lokal był już poza zasięgiem ich wzroku. Miles nawet po pijaku dbał o względnie poprawne i logicznie sensowne odpowiedzi.
Nie martw się, nie zdradzam męża, czy coś.
Wypowiadając kolejne słowa, nie tylko uściślił kwestię własnej orientacji, z którą się nie krył (choć również nie miał w zwyczaju dzielić się tą informacją ze wszystkimi), ale również powrócił spojrzeniem do kierowcy, podnosząc między nimi własną dłoń, do której się odnosił, tę z obrączką na palcu, która mogła być w pewnym aspekcie myląca.
Noszę ją z przyzwyczajenia, odkąd jedna z pacjentek za bardzo interesowała się moim stanem cywilnym.
Wyjaśnienie było krótkie, sugestywne. Wskazywało na pewien problem z granicami, który rozwiązał prostym sposobem, by w przyszłości nie musieć tego robić. Więcej już do tematu nie wrócił, przekierowując rozmowę na Oleandra:
Zepsułem Ci plany na wieczór, Ollie?
Nie był złośliwy, imię samo jednak wkradło mu się na usta, by odbić sobie za przekorność kierowcy.

Być może to był jego kolejny plan na rozluźnienie:
podtrzymanie tej rozmowy na rauszu nowych emocji
i niecodziennych decyzji.
oleander everhart

Of all people, it had to be you

: czw lip 23, 2026 12:03 am
autor: oleander everhart
Dreszcz.
Urywkowy, niemający wprawdzie za dużo wspólnego z przyjemnością, ale jednocześnie znajdujący się w wachlarzu fizycznych reakcji w wystarczająco bliskim jej sąsiedztwie, by obudzić w Oleandrze jakiś rodzaj niepokoju, od którego tak cudownie wolna zdawała się być dotychczas jego relacja z Howardem.
Dreszcz.
Wywołany ciepłem męskiego oddechu, rzadką mgłą rozchodzący się teraz na skórze Ollie'go, i tak łatwo, tak śmiesznie było wyobrazić go sobie jak osad, który później, znacznie p ó ź n i e j , brunet będzie musiał zszorować z siebie pod prysznicem, nieustępliwymi, niemal brutalnymi ruchami uzbrojonej w gąbkę dłoni trąc tkanki aż zaczerwienią się i uwrażliwią na każdy potencjalny dotyk.
Dreszcz.
Oleander zdusił go w sobie nieludzkim niemal wysiłkiem, jakimś cudem powstrzymawszy się przez lekkim wzdrygnięciem.

Niespodziewanie, z pomocą zdawał się przychodzić mu teraz sam Doktor Howard, jakby na sygnał – być może przez Oleandra przesłany mu subtelnie, ponad progiem świadomej i jawnej komunikacji – zmieniający trajektorię ich rozmowy i, co za tym szło, jej temat. Płynnie, od wizji jutrzejszego kaca, aż do wytłumaczenia – krótkiego, ale mówiącego Everhartowi dokładnie tyle, ile potrzebował wiedzieć – własnej obecności w lokalu, z którego musiał być odebrany, Miles lawirował w rozmowie wypełniając nieznośną w innym wypadku ciszę. I, co było jeszcze ważniejsze, pozwalając tym samym skupić się Ollie’mu na bezpiecznym wyprowadzeniu ich z centralnych areałów miasta aż ku strzelistym sylwetkom budynków wyrastających z ziemi w pedantycznie równych odstępach w Financial District.
Jezdnia rozwijała się w kadrze oleandrowego spojrzenia jak szeroka, gładka wstęga w barwie brudnego indygo. Światła układały się pomyślnie, rozjarzając się żywą zielenią niemal za każdym razem, gdy Ollie zbliżał się do każdego kolejnego skrzyżowania. Ale do czasu.
Oleander zwolnił, a potem zatrzymał samochód przed linią pasów dla pieszych, dając sobie teraz rzadką możliwość by posłać Howardowi więcej, niż tylko urywkowe spojrzenie posłane kątem oka. Objął wzrokiem jego sylwetkę i sposób, w jaki lekarz wtulał ciało w siedzenie, z głową zwróconą ku miejskiemu krajobrazowi malującemu się za oknem samochodu. Potem oczy Ollie’go mimowolnie (?) zrykoszetowały ku palcowi opasanemu obrączką.
- Tak po prostu? – Roześmiał się w reakcji na męskie wytłumaczenie – Wygląda na drogi kamuflaż.
Natychmiast, i to w dodatku wyłącznie na własne życzenie, poczuł się jednak po prostu jak dziecko. Jak student, nadal zmuszony by u końca każdego miesiąca wciskać wszelkie wydatki w równe rubryczki arkuszu kalkulacyjnego, celem upewnienia się, że w kolejnych tygodniach wystarczy mu funduszy na wszystko to, na co je zwykle pożytkował: a więc na czynsz, zwracany rodzicom wbrew ich regularnym protestom, na ten skrawek czesnego, którego nie pokrywało jego stypendium, na rachunki za psychoterapię, nawet pomimo rabatu łaskawie udzielonego mu przez jego terapeutę, nadal brutalnie wygryzające brzydką szczerbę w stanie jego konta. Tak, jasne, Ollie miał rentę inwalidzką – choć, po prawdzie, szczerze nie cierpiał tego określenia – ale nawet i ona nie dawała tego samego komfortu, którym musiał się cieszyć człowiek o faktycznych przychodach, oprócz na absolutną podstawę, wystarczających także na pokrycie tak zwanego lifestyle’u. (Ollie, tymczasem, czuł się prawdziwym potentatem za każdym razem, kiedy dany kwartał potraktował go nieco łaskawiej i mógł sobie nagle pozwolić na zamówioną na własny próg, przyjazną środowisku torbę pełną organicznych, kawowych ziaren).
Nie powinien był się tym przejmować, bo przecież jego status materialny nie miał, przynajmniej w teorii (i w świetle przysięgi lekarskiej...) żadnego znaczenia w kontekście znajomości lekarz-pacjent. Teraz jednak, gdy z każdym cichym westchnieniem silnika znajdowali się coraz bliżej prywatnych przestrzeni Milesa, Oleandrowi coraz trudniej było sobie wyobrazić, że kiedykolwiek jeszcze będzie w stanie spojrzeć na niego w y ł ą c z n i e jak na chirurga, który kiedyś ocalił go od śmierci.
Nie teraz, gdy to Miles zdawał się potrzebować -
- i pragnąć - ocalenia. Od własnej samotności. Albo od jej konsekwencji.

Ollie naparł stopą na pedał gazu na tyle lekko, by uchronić ich przed nieprzyjemnym, i w dodatku wskazującym na kompletną amatorszczyznę, szarpnięciem samochodu rwącego się do pędu; na tyle znacząco, by obydwaj mogli poczuć siłę pojazdu toczącego się gładko asfaltem. Oleander zawsze lubił prowadzić, i te miesiące, w których wydawało mu się, że nigdy już nie znajdzie się na siedzeniu kierowcy, do dziś wracały do niego czasem w niezwykle realnych, złych snach.
Nie zdążył się przy tym jeszcze ułożyć - w zasadzie w cale, na ten moment tylko wygodnie i odpowiedzialnie parkując ją gdzieś na peryferiach własnej świadomości - z myślą o tym, co przed chwilą Miles mu o sobie wyjawił. I to jeszcze w taki sposób, który wyznanie Howarda kompletnie obierał z jakiejkolwiek pompatyczności, jak gdyby nigdy nic, z dozą nonszalancji, na którą sam Everhart w życiu nie potrafił się zdobyć mówiąc o własnej seksualności. Nowa informacja o życiu prywatnym chirurga zaklinowała się gdzieś w jego głowie niczym drzazga. Nie możliwa do ruszenia.
- Nie miałem planów na wieczór - Powiedział, łudząc się jeszcze przez krótki, głupi moment, że i jemu uda się zabrzmieć tak swobodnie jak starszemu mężczyźnie. Oczywiście w chwili, w której tylko otworzył usta i wypowiedział pierwszą zgłoskę, dotarło doń, że cały ten plan spalił na panewce. Odchrząknął - Może trochę się pouczyć, albo czekałaby na mnie jakaś powtórka z rozrywki na Netfliksie... - Wyjaśnił, orientując się wnet jak ważne nagle stało się wyklarowanie przed Milesem, że Ollie robiłby to wszystko w pojedynkę i, co zrozumiałe, z tej właśnie przyczyny nigdzie mu się teraz nie spieszyło.
Nagle jednak zamiast usprawiedliwień, do głosu doszła ta przekora, którą przecież tak usilnie starał się trzymać na krótkiej uprzęży.
- Poza tym wolałbym jednak Oleander, nie Ollie. - Oznajmił - Ollie do mnie nie pasuje.

Miles Howard