Strona 1 z 1

Of all people, it had to be you

: sob cze 06, 2026 2:46 pm
autor: Miles Howard
Rozpiętość wieczoru spisała trzeźwość Milesa na straty,
jakby miarą dzisiejszych jego działań nie była precyzja, towarzysząca mu przez większość życia, a niedbałość w liczeniu kolejek. Podczas spotkania z kolegami wypił o jedną lub dwie szklanki z whisky za dużo i choć dla jednych brak limitów w piciu świadczył ledwie o powszedniości wieczoru, to dla Howarda, który po alkohol sięgał rzadziej niż jego towarzysze, decyzja ta stała się pułapką i niebezpieczną zapadnią, rozpoczynająca sekwencję dalszych błędów. Kiedy tylko wszyscy się rozeszli, okazało się bowiem, że jego wyjście stanęło pod znakiem zapytania.
Nie planuję prowadzić. Potrzebuję tylko kluczyków, żeby móc wsiąść do samochodu! — upierał się, najwyraźniej nie dostrzegając tego, że rzucone przez niego wyjaśnienie nie rozwiewało żadnych wątpliwości co do dalszych jego planów, i wprowadziło jedynie barmana w stan gwałtownie podwyższonej nieufności. W efekcie, pracownik zamiast oddać Milesowi kluczyki do auta, schował je do kieszeni własnych spodni.
Muszę dostać się do schowka, zostawiłem w nim pager.
Dodana wypowiedź nie uratowała Milesa absolutnie przed niczym. Wcześniejsza koślawość wypowiedzi wżarła się zbyt dotkliwie w schrypnięty nieco przez alkohol głos lekarza, niepotrzebnie odkrywając nietrzeźwy stan umysłu i wzbudzając w barmanie zbyt dużo podejrzeń.
Zadzwoń po kogoś, kto Cię odbierze. Oddam mu kluczyki.
Kontra pracownika była solidnym przypomnieniem o tym, kto dziś rozdawał karty. Rozwiązanie wydawało się jednocześnie całkiem proste i zasadne, nie wymagało więcej, niż odrobiny oczekiwania, co zważywszy na impas, w jakim się znaleźli, stanowiło zdrową alternatywę dla braku pagera (na co dr Howard nie mógł sobie pozwolić, wiedząc, że jutro po wytrzeźwieniu będzie go potrzebował przed popołudniowym dyżurem). Rzecz w tym, że Miles nie lubił polegać na innych. Nadwrażliwa bezbłędność, wtłoczona niemal natrętnie w jego krwiobieg i w świadomość perfekcjonisty wytrącała z niego spokój za każdym razem, gdy zmuszony był miniaturę własnego życia wręczyć komuś innemu w dłonie.
Oprzeć się na cudzej
– zamiast na własnej –
odpowiedzialności. Oszczędność w wykorzystywaniu swoich znajomości, a nawet przyjaźni, jasno wskazywała na to, jak niechętnie oddawał komuś pałeczkę decyzji. Oparł więc twardo ramię o blat baru, by nachylić się do barmana z większą niż wcześniej determinacją.
Nie chcę wracać autem, wrócę taksówką, naprawdę — przekonywał.
Wdzierająca się cal po calu bezsilność wobec nieuprzejmego chaosu w głowie, jak gęsto ścielone osty wyrośnięte na ścieżce tej krótkiej rozmowy, nie dała się jednak objąć w kleszcze rozsądku, gdy pomimo próby dogadania się z pracownikiem lokalu, najwyraźniej nie potrafił mu lepiej niż dotychczas, niczego wyjaśnić.
Wreszcie, widząc opór barmana, westchnął bezradnie, rzucając telefon pomiędzy nimi na blat.
Dobra, wygrałeś. Zadzwoń, do kogo chcesz.
Szorstkie dźwięki wetknęły swe głoski w wymuszoną zgodę, kiedy nie czekając na własną porażkę negocjacji, wstał z krzesełka, udając się w tym czasie do łazienki.
Przetarł twarz zimną wodą i z wilgotnego od potu karku ściągnął gorąc ściskających go za żołądek emocji, by dopiero pogodzony z następstwami bieżącej sytuacji, powrócić do baru nieco spokojniejszym. Kłębek niezadowolonych w nim nerwów rozprostował się tym samym w charakterystyczną linię powściągliwości, gdy popijając tym razem już samą wodę, oczekiwał na ratunek.
Nastrój tylko do czasu pozostawał wyciszony, bo wystarczył ledwie ruch znajomej sylwetki przy progu baru i delikatna kanciastość cudzego kroku (niedostrzegalna dla innych, ale znajoma dla niego), charakterystyczna dla protezy, by Miles w ostatnich sekundach przed spotkaniem nerwowo sięgnął po telefon, sprawdzając desperacko ostatnie połączenie.
Oleander Everhart.

Ze wszystkich znanych mu osób, właśnie do niego musiał zadzwonić barman.
Ciało napięło się w nagłym rauszu buzujących w nim emocji (głównie wstydu), a pod szczelną maską spokoju zapiekły policzki. Duszność i wilgoć powietrza jeszcze chwilę temu zupełnie mu nie przeszkadzały, teraz natomiast miał wrażenie, że bar zabiera z niego resztki oddechu. Poruszył się na krześle odrobinę bardziej gwałtownie, niż planował, odwracając się w kierunku pacjenta z nieukrywaną dekoncentracją.
Przepraszam... nie wiedziałem, że zadzwoni do Ciebie.
Torpeda krótkich, ale kluczowych wyjaśnień zastąpiła powitanie.

oleander everhart

Of all people, it had to be you

: pn cze 15, 2026 12:48 am
autor: oleander everhart
Telefon wibrujący w tylnej kieszeni jeansów o tej porze dnia nocy mógł być zwiastunem wielu rzeczy, i najpewniej - zważywszy na fakt, że Ollie nie miał dziś żadnych planów - nie miały być to rzeczy szczególnie łatwe i przyjemne, a raczej zwyczajne problemy.
Mogło, na przykład, chodzić o jednego z jego braci, i brunetowi pozostawało tylko modlić się o to, by sprawa nie tyczyła się tego najstarszego, pełniącego dziś strażacki dyżur. Mogło, równie dobrze, rozchodzić się o awarię bojlera w mieszkaniu August lub inne, równie praktyczne tarapaty w których znalazł się ktoś z jego znajomych. Mniej oczywistą, ale nadal nie nieprawdopodobną była opcja, że o Everharta upominał się któryś z jego akademickich przełożonych, pragnąc chłopakowi pilnie podrzucić jakąś interesującą lekturę lub pomysł na badania czy artykuł naukowy.
Ostatnim, czego Oleander się jednak dzisiejszego wieczora spodziewał, był głos majaczący w barowym gwarze po drugiej stronie słuchawki, należący do mężczyzny przedstawiającego się jako barman z lokalu w Distillery District.
I, w ramach wisienki na tym chaotycznym torcie, na pewno już nie przyszłoby mu do głowy, że za chwilę usłyszy od rozmówcy to, co moment później przebiło się przez mechaniczny szmer połączenia.
- Howard? - Nazwisko lekarza miało być chyba stwierdzeniem, a mimo to nadal zabrzmiało jak pytanie. Jakby barman sam nie był pewien, czy dobrze odczytał dane znalezione, Ollie mógł się co najwyżej domyślać, w dokumentach albo telefonie samego chirurga - Brunet, koło czterdziestki? Tak. Jest tutaj. W łazience. Upierał się, że będzie prowadził, ale chyba zmienił w końcu zdanie...
Przez pierwszych kilka następnych sekund, Ollie był święcie przekonany, że musiał się przesłyszeć. Potem, elektryzującym dreszczem rozchodzącym się po linii barków, przyszła konsternacja.
A zaraz po niej coś jeszcze dziwniejszego. Niepokój.
Uczucie wzbierające mu gdzieś na wysokości splotu słonecznego prędko, choć przecież bez większego sensu. Nie byli w końcu rodziną. Nie byli przyjaciółmi. Nie byli nawet jakoś szczególnie blisko w układzie pacjent-lekarz, do którego sprowadzały się wszystkie ich dotychczasowe interakcje. To prawda: ich relacja przez ostatnie lata trwała w osobliwym zawieszeniu pomiędzy wdzięcznością, żalem i poczuciem długu. Ważne było jednak to, że mimo wszystkich możliwych niedopowiedzeniem, właśnie tam miała przecież już na zawsze pozostać. W limbo bez ciągu dalszego. W co by było gdyby, które kończy się wielokropkiem, a nie jakimkolwiek nagłym zwrotem akcji.

Dlaczego więc, wysiadając z tramwaju kilka przecznic od Woody's and Sailor, Oleander Everhart czuł się dokładnie tak, jakby właśnie znajdował się na granicy dwóch rozdziałów?
Ze świadomością, w dodatku, że każdy kolejny krok - podejmowany zbyt szybko jak na pozorną obojętność, którą sobie zarówno obiecywał, jak i wmawiał - coraz bardziej oddala go od możliwości powrotu do tego, jak dynamika jego znajomości z Howardem wyglądała w przeszłości.

Był to ewidentnie jeden z tych wieczorów, podczas których Toronto, niczym wyjątkowo krnąbrne dziecko, nie chciało zasnąć nawet po zmroku. Powidok czerwcowej duchoty wypełniającej miasto w ciągu dnia, skraplał się teraz pod materiałem oleandrowej koszulki, spływając rynienkami jego lędźwi w formie kropelek potu. Ulice pulsowały światłami restauracyjnych ogródków, muzyką sączącą się z otwartych okien i śmiechem ludzi rozemocjonowanych faktem, że lato dopiero się zaczyna.
Może łatwiej byłoby zostać tu, na zewnątrz. Wykazać się zdrowszym rozsądkiem. Może lepiej byłoby odwrócić się na pięcie i zniknąć, nie sięgnąwszy po klamkę barowych drzwi, za którymi krył się specyficzny, szarawy półmrok.
Ciało, jak to miało w zwyczaju, zdecydowało jednak za Everharta - i nim brunet mógłby się przeciwko jego decyzji zbuntować, znalazł się przy linii barowej lady, raptem parę kroków od sylwetki mężczyzny, którego nigdy w życiu nie planował ratować z kłopotów, bo stało to przecież w kompletnej kontrze względem porządkowi świata.


A jednak czy los nie miał tego właśnie do siebie, że czasem po prostu lubił odwracać role?

Doktor Howard -
Miles nie wyglądał tragicznie. Nie wyglądał nawet na szczególnie pijanego - ubrany nadal schludnie, na granicy z atrakcyjnością, której Ollie zwyczajnie nie chciał zauważyć; siedząc na krześle nie tyle chwiejnie, co może odrobinę niestabilnie, bynajmniej jednak nie w sposób, który kojarzyłby się z totalną nietrzeźwością. Mimika jego twarzy także nie zdradzała pijaństwa, z brwiami, powiekami i linią warg poruszającymi się w konkretnej sekwencji gdy lekarz odwrócił się, i jego wzrok padł wreszcie na Everharta.
Coś jednak było nie tak w sposobie, w jaki opierał przedramię o blat. W usztywnieniu jego ramion.
W kolorze jego cery, kojarzącym się teraz Oleandrowi wyłącznie z ognistym płomieniem ukrytym pod taflą lodu.
Miles był w tym, przede wszystkim, po prostu boleśnie ludzki, i to właśnie w odbiorze Oleandra nie pasowało do niego najbardziej.
— Przepraszam... nie wiedziałem, że zadzwoni do ciebie.

Ku własnemu zaskoczeniu, Oleander parsknął cicho w odpowiedzi. Nie pierwszy raz od odebrania telefonu od barmana, ale pierwszy przy Howardzie.
— Uwierz mi, ja też nie — Wyrwało mu się na fali rwącego się z piersi oddechu. Podszedł na tyle blisko, by przyuważyć telefon leżący na blacie koło howardowej dłoni, szklankę z wodą, i wymowny brak kluczyków, zapewne nadal przebywających w impromptu areszcie zgotowanym im przez barmana. W innych okolicznościach pewnie to wszystko wydałoby się Olliemu zwyczajnie zabawnym. Problem leżał w tym, że Miles Howard nie był jego przyjacielem albo kolegą ze studiów. Nie był nawet kimś z jego rodzeństwa, w układzie, w którym ratunek z miejskiego baru Oleander mógłby tej drugiej stronie żartobliwie wypominać do końca życia. Był jego lekarzem prowadzącym. Człowiekiem, który - bądź co bądź - uratował mu życie. - Wszystko...? Uh. Wszystko w porządku?
Imię mężczyzny ugrzęzło mu w gardle razem z lekarskim tytułem naukowym; w efekcie więc Ollie zamilkł głupio, ze wzrokiem ciężkim od pytań wbitym w Howarda.

Miles Howard