I've been wishin' on them stars
: ndz cze 07, 2026 7:55 pm
I've been wishin' on them stars
but are they too far? Yeah, are they still shinin'?
Odłożył telefon z pomrukiem irytacji.
Doszedł do wniosku, że te krótkie, zdawkowe odpowiedzi od Tristana są lepsze, niż gdyby próbował dalej coś z niego wyciągać, przekonywać, prosić, może błagać. Nie miał na to siły. Jak się w ogóle stało, że właśnie leciał z matką do wakacyjnej posiadłości w jednym z tropikalnych miejsc, których nazwy nawet nie pamiętał? Dawno nie spędzał z nią czasu, może o to chodziło? Namówiła go, mówiąc że spędzą trochę czasu ze sobą, jak kiedyś. To nie tak, że nie tęsknił za rodzicami i nie chciał, żeby im na nim zależało, po prostu starał się do tego nie przyznawać nawet przed samym sobą, bo to było zbyt bolesne. Odsunęli się od siebie już lata temu i to chyba nie należało do niego, aby odbudować relację? Dlaczego to wszystko musiało być zawsze takie skomplikowane? Wolał uciekać i skupiać się na rzeczach łatwych i przyjemnych.
一 Zwariowałaś? 一 zapytał, otwierając szeroko oczy, kiedy zszedł na dół, do przestronnego holu, słysząc odgłosy rozmów i głośne śmiechy. Ponad dziesięć osób weszło do posiadłości, jak do siebie, żeby przywitać się z jego matką i zostawić zakupy w kuchni na ogromnym blacie z czarnego kamienia. Usłyszał kolejne auta, podjeżdżające na żwirowy podjazd i w kilku szybkich krokach znalazł się przy matce. 一 Obiecałaś, że spędzimy czas we dwoje.
一 Nie przesadzaj, skarbie. Od kiedy jesteś takim świętoszkiem, hmm? Lucy, Steve, Jacob, Sonny, Ann, nawet Fernando i Ralph, wszyscy chcieli cię zobaczyć. Kiedy ostatnio się widzieliście? Z pięć lat temu? Sześć? Przecież uwielbiasz imprezy. Mamy coś na wyjątkowe okazje, na pewno dasz się skusić 一 powiedziała wyraźnie zachwycona, zarzucając mu ręką na szyję. Była od niego niższa i bardzo szczupła, więc bez trudny podtrzymał ją, chociaż jego uwadze nie uszło, że już zdążyła coś wziąć. Przełknął nerwowo ślinę, bo kiedy tylko usłyszał, że będą tutaj Lucy z jej łysiejącym mężem Stevenem i Ralph , poczuł że zbiera mu się na mdłości.
一 Nie. Nie wpuszczaj nikogo na piętro, chcę być dzisiaj sam. Rób co chcesz, ale mnie w to nie wciągaj 一 warknął, odsuwając od siebie matkę, unosząc wzrok akurat wtedy, kiedy do posiadłości wszedł Ralph z butelką wina. Bowie odwrócił się na pięcie i wszedł na górę, a potem zamknął się w pokoju. Mógł po prostu zostać u siebie i udawać przed całym światem, że nie istnieje. Był zdenerwowany, nie bardzo wiedział co ze sobą zrobić. Rzadko mu się to zdarzało, częściej kiedyś, kiedy miał piętnaście, szesnaście lat. Może jeszcze do osiemnastki.
Ktoś zapukał, odezwał się męski głos, a Bowie automatycznie wyciągnął dłoń do klamki, ale nie żeby otworzyć, a żeby przytrzymać drzwi, aby nikt nie wszedł do środka. Nie zdążył. Nienawidził tych ludzi kiedyś i nienawidził teraz. Teraz może nawet jeszcze bardziej, bo dokładniej rozumiał jak bardzo go kiedyś wykorzystywali. Jego naiwność i naiwność matki.
Wszyscy byli już pijani i większość pewnie na prochach. Muzyka grała bardzo głośno, usłyszał kiedy coś głośno się stłukło na dole, ktoś krzyknął, ktoś inny się zaśmiał, ale on skupiony był na szarpaninie z Ralphem. Mężczyzna upadł, prawie spadł ze schodów, a Bowie nie czekał ani minuty dłużej. Zgarnął niewielką torbę sportową, w której miał kilka rzeczy podręcznych, dokumenty, ładowarkę i telefon, po czym pojechał prosto na lotnisko, mijając po drodze patrol policji, który zapewne zmierzał właśnie do domu jego matki.
Nie spał. Wrócił do Toronto pierwszym najbliższym lotem z przesiadką, po drodze pisząc do jedynej osoby, której chyba na nim zależało. Może i nikt nie chciał się do tego na głos przyznać, ale tak było. Wiedział to od wypadku po wyścigu. Po przylocie udał się powoli na parking, po drodze odpalając papierosa. Kupił też jakiś alkohol, chyba rum. Szedł wolnym krokiem, miał na sobie czarną bluzę z kapturem naciągniętym na czapkę z daszkiem, bardzo szerokie jasnoszare spodnie dresowe, zsunięte na biodra, przez co było widać jasny pasek jego brzucha i czarne buty sportowe, wygodne i lekkie. Nie było widać jego twarzy, spod daszka czapki i kaptura unosiły się stróżki dymu. Nietrudno było znaleźć auto Tristana.
Rzucił peta na ziemię. Przydeptał go nogą. Wsiadł.
Milczał, a policzki miał mokre od łez, które dalej cicho płynęły.
一 Po prostu jedź.
tristan blackwell