Strona 1 z 1

maybe you just like the control?

: pn cze 08, 2026 3:46 am
autor: Thalia Rosenhall
you feel it too...
don't say it.. i know you do


Impreza za imprezą.

Było to najlepsze rozwiązanie, jakie mogła znaleźć po powrocie do Kanady. Pomijając już fakt, że nie raczyła nawet poinformować braci, że zamieszkała w dzielnicy The Beaches i wynajmuje pokój u starego kolegi. Dlaczego nie poszła mieszkać z braćmi? Proste. Bała się, że jeżeli będzie za blisko nich, to z biegiem czasu wszystkie ściany, które tak usilnie budowała przez ostatnie lata, zaczną pękać. Kawałeczek po kawałeczku, aż w końcu rozpadną się całkowicie, a za nimi będzie stała prawie dziewiętnastoletnia Thalia, która w tak młodym wieku straciła dosłownie wszystko. Internet uderzał w nią obelgami. Oskarżeniami. Jakim prawem pozwoliła Christopherowi prowadzić w takim stanie? Przecież to był złoty chłopak. Miał głowę na karku, a ona go omamiła. Nie dawała rady. Musiała się wynieść. Odciąć kontakt nie tylko z rodzicami, ale i z rodzeństwem. Przynajmniej na początku. Po przeprowadzce do Stanów powoli ocieplała kontakty z rodziną. Na tyle, żeby się o nią nie martwili... Lata mijały, a ból i gniew do samej siebie pozostawały takie same. Relacja z jedzeniem zaczęła zamieniać się w niezdrowy taniec. Chorą grę, sprawdzającą, jak długo będzie w stanie jeść tyle, żeby się najeść, a nie objeść. Nie znała granic. Nie znała niczego pomiędzy. Wpadała z jednej skrajności w drugą, aż w końcu stwierdziła, że wyglądała w miarę okej, kiedy zrzuciła kilkanaście kilogramów. Parszywe myśli nie opuszczały jej nawet wtedy, gdy przeglądała się w lustrze.

Może teraz będzie wystarczająca?
Słysząc wibracje telefonu, zerknęła na ekran, by ujrzeć imię swojego starego znajomego, Deana, który zapraszał ją na imprezę. Uwielbiała wychodzić z nim na miasto, a teraz okazywało się, że planowana była jakaś domówka, więc jak mogłoby jej tam zabraknąć? Musiała powolutku wbijać się w torontońskie grono, jeżeli chciała w jakikolwiek sposób zapomnieć o przepełniającej ją pustce. Nie potrzebowała długich namówień, bo godzinę później była już na miejscu. Rozglądała się za kumplem, którego za cholerę nie mogła znaleźć i który nagle went MIA. Wzruszyła ramionami i zaczęła rozglądać się po domu, po chwili znajdując miejsce, gdzie ludzie częstowali się darmowym alkoholem. Chwyciła czerwony kubek i wlała do niego jakąś podejrzaną mieszankę alkoholową. Pobujała się z jednej nogi na drugą, upijając drinka, który smakował jak słodki płyn do chłodnicy. Nigdy go nie próbowała, ale właśnie tak wyobrażała sobie jego smak. Skrzywiła się, czując tę charakterystyczną falę ciepła alkoholu przechodzącą przez ciało niemal od razu, co tylko upewniło ją, że było to cholernie mocne... Przechadzając się po domu, usłyszała nagle pisk jakiejś dziewczyny, która podbiegła do niej z szerokim uśmiechem. - Oooo, chodź, potrzebujemy jeszcze jednej osoby! - Thalia tylko uniosła brew, zerkając na przeogromne kółko na środku salonu, wypełnione mężczyznami i kobietami. - Um, jasne - wydusiła z siebie, pozwalając, by dziewczyna zaciągnęła ją bliżej. Wysoka blondynka spojrzała najpierw na grono ludzi, potem na Rosenhall, zanim rzuciła, - Wszyscy, to jest nowa. Nowa, to są wszyscy! - Grupka ludzi pomachała i odkrzyknęła coś w jej kierunku, a Thalia odwzajemniła gest, siadając między nimi. Rozejrzała się z nadzieją, że może pozna kogoś w tym tłumie, ale na marne. Przecież Toronto było kurewsko wielkie, co nie?

Kolejki mijały jedna po drugiej. Dziewczyny całowały się z chłopakami, chłopaki z chłopakami, dziewczyny z dziewczynami. Ślina, piski i śmiechy wypełniały salon, aż po jakimś czasie kolej padła na Thalię. Zerknęła po ludziach, dopiła drinka i nachyliła się nad butelką. Chwyciła ją, po czym zakręciła mocno, zastanawiając się, na kogo padnie. Wszyscy dookoła zaczęli nachylać się coraz bardziej, gdy butelka zwalniała z każdą sekundą, trzymając ich w niepewności.

Jeden obrót.

Drugi.

Trzeeeeci.

I padło na chłopaka o dłuższych blond włosach rozwianych w różne strony, jakby w tym pokoju nie obowiązywało prawo grawitacji. - Wohohohoo, nowa! Trafiłaś na Ace’a! - rzuciła jedna osoba. - What a lucky bitch - dopowiedziała druga. Nie rozumiała tego całego szału? No nic. Siedział dosłownie naprzeciw niej. Wstała, podeszła do niego, po czym uklękła przed nim na tyle blisko, że w tej pozycji mogła być odrobinę wyższa od niego. - Hej - wyrzuciła z siebie, zerkając w jego błękitne tęczówki i uśmiechając się delikatnie. Niemal nieśmiało, ale z małą nutką zadziorności. Wysunęła dłonie, wsuwając je za jego szyję, a potem delikatnie zanurzyła palce w jego włosach. Przechyliła twarz, zbliżając się do jego ust, by po chwili musnąć je raz. Potem kolejny. A gdy wyczuła rytm, po prostu powoli pogłębiła pocałunek, wsuwając język i splatając go z jego. Całował cholernie dobrze, to musiała mu przyznać. A sam fakt, że jej kumpel zaginął w akcji? Well, nie miało to już żadnego znaczenia, bo teraz była zajęta czymś o wiele bardziej interesującym od niego.

ace? 🂡

maybe you just like the control?

: śr cze 10, 2026 12:12 am
autor: albert thallman
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
Touch my neck and I'll touch yours


Siedział na podłodze z łokciami na kolanach i obracał w dłoniach szklankę po whisky. Była chyba środa, a on wyjątkowo miał dziś wolne, więc postanowił skorzystać z okazji i się najebać - właśnie dlatego przyszedł do znajomych w środku tygodnia. Cóż, problem w tym, że po wypiciu jednej szklanki whisky totalnie mu się odechciało tego najebania się, ale nie chciało mu się wracać do domu, więc gdy ekipa zaproponowała grę w butelkę, nie protestował. W sumie to nawet lubił tę zabawę.

Gra trwała już w najlepsze i jakaś blondynka akurat zdążyła obdarować go słodkim pocałunkiem na rozgrzewkę, gdy do kręgu dołączyła Nowa, a przynajmniej tak została przedstawiona przez Sarę, gospodynię dzisiejszej imprezki. Wszyscy, to jest nowa. Nowa, to są wszyscy! Uniósł do góry jedną brew, ale Nowa chyba nawet nie spojrzała w jego stronę. Tak w sumie... wiedział, jak się czuła. Był na jej miejscu osiem lat temu, gdy przeprowadził się z Oakville do Toronto i jego jedynym kumplem był podstarzały barman. Wiedział, jak to jest znać jedną osobę w towarzystwie i liczyć na to, że grono znajomych powiększy się o kolejną, chociaż jedną osobę. No, mniejsza z tym, po co w ogóle o tym teraz myślał? Bez sensu. Skup się na grze, Thallman. Tury mijały jedna za drugą, a Albert siedział spokojnie, dalej obracając w palcach pustą szklankę. W końcu nadeszła kolej Nowej na zakręcenie butelką i uśmiechnął się zadziornie. Ciekawe, kto będzie tym szczęśliwcem...? Już widział ten zaintrygowany wzrok większości facetów w towarzystwie. Nowa była Nowa, więc miała szansę dostać fory.

No, nieważne, najważniejsze było to, że brunetka w końcu nachyliła się, wprawiła szkło w ruch i... najpierw wirowało szybko... potem zaczęło zwalniać... (no shit, sherlock!) aż wycelowało... prosto... w niego. Wokół od razu podniosły się piski i śmiechy. Wohohohoo, nowa! Trafiłaś na Ace’a! What a lucky bitch. Uśmiechnął się lekko, gdy brunetka wstała, podeszła do niego i uklękła, górując nad nim. Hej. Nie odpowiedział, po prostu mrugnął do niej jednym okiem, żeby chwilę potem poczuć na szyi jej palce powoli wędrujące w górę, w kierunku jego czupryny. Spryciula. Gdy zanurzyła palce w jego włosach, zamknął oczy i kilka sekund później poczuł jej usta na swoich. Pocałowała go mocniej, splotła swój język z jego językiem - kurde, odważna była, zadziorna taka - a on nie pozostał jej dłużny, oparł dłoń na jej talii i przysunął ją do siebie odrobinę bliżej, po czym również pogłębił pocałunek i... powoli go przerwał, gdy odezwała się Cassie, dziewczyna siedząca obok niego. - No ileee można - zaprotestowała i przekręciła oczami. Uśmiechnął się pod nosem, gdy usłyszał marudzenie Cassie, po czym niespiesznie otworzył oczy. Puścił Nową, pozwalając jej wrócić na swoje miejsce, i odprowadził ją rozbawionym wzrokiem. Dzięki Nowej ten wieczór zaczynał mu się podobać.

Przyszła jego kolej na zakręcenie butelką. Chwycił szkło, ale zanim wprawił je w ruch, kątem oka zarejestrował maślane spojrzenie Cassie. Siedziała tuż obok, poprawiając nerwowo bluzkę i ewidentnie liczyła na to, że szkło wskaże właśnie ją. Kurde, nie przepadał za nią. Była głośna, pragnąca uwagi i wiecznie narzekała... Już wolałby całować się z Deanem. Po chwili butelka zawirowała na parkiecie, zaraz zaczęła zwalniać, mijała kolejne osoby, minęła zdegustowaną Cassie i... jak na zawołanie, zatrzymała się, wskazując prosto na Nową. Wokół znowu wybuchła wrzawa. Ktoś zaczął ryczeć ze śmiechu, a Cassie tylko fuknęła pod nosem i ostentacyjnie założyła ręce na piersi. Zaśmiał się i przysunął się do brunetki, po czym popatrzył jej prosto w oczy. Kurczę, śliczna była. - Przeznaczenie bardzo mnie dziś lubi - nachylił się do jej ucha, żeby nikt inny go nie usłyszał, po czym złapał ją delikatnie dwoma palcami za podbródek, uniósł lekko jej twarz i - bez owijania w bawełnę - znowu złączył ich usta. Dobrze wiedział, czego dziś chciał. Jej chciał.

I dokładnie w tym momencie, gdy ich języki znowu splotły się w powolnym pocałunku, w całym domu nagle zgasło światło. Muzyka urwała się, nastała głucha cisza... a chwilę później rozległ się głośny brzęk tłuczonych butelek. Chyba ktoś właśnie z impetem wpadł na stół z alkoholami? Wtf? W pokoju wybuchł totalny chaos. Ludzie zaczęli zrywać się z podłogi, krzyczeć, biegać po omacku i wpadać na siebie nawzajem. Albert odsunął się od Nowej, ale nie chciał, żeby zniknęła mu w tym tłumie, dlatego chwycił ją za rękę i znowu nachylił się do jej ucha. - Chodź, zanim nas zdepczą - mruknął do niej. Nie czekając na odpowiedź, pomógł jej wstać i zaczął prowadzić ją ciemnym korytarzem. Pchnął pierwsze lepsze drzwi po prawej stronie i znaleźli się... w spiżarni, a wiedział to stąd, że gdy tylko zamknął za nimi drzwi, światło zapaliło się z powrotem.

𝓃𝑜𝓌𝒶

maybe you just like the control?

: pt cze 12, 2026 12:37 pm
autor: Thalia Rosenhall
i wanna live in a rush before we turn into dust

Nie była pewna, czego dokładnie mogła spodziewać się po tej grze. Może krótkiego, niezręcznego pocałunku, po którym wszyscy zaczną piszczeć, a ona wróci na swoje miejsce, udając, że wcale nie czuła się awks. Może jakiegoś żenującego typa, który potraktuje to zbyt poważnie albo przeciwnie, zrobi z tego przedstawienie na pół salonu. Ale kiedy butelka zwolniła i wskazała na niego, a wszyscy dookoła zaczęli reagować tak, jakby właśnie wygrała na loterii, Thalia uniosła brew.

a c e

Oczywiście, że musiał mieć jakiś tajemniczy, imprezowy pseudonim. Eye roll. W momencie, gdy jego dłoń znalazła się na jej talii i przyciągnęła ją bliżej, przez krótką sekundę zapomniała, że siedzą w salonie pełnym ludzi. W tamtym momencie liczył się tylko jego pocałunek. Gdy jakaś dziewczyna obok zaczęła marudzić, że ile można, Thalia odsunęła się powoli, ale nie od razu zabrała dłonie z jego włosów. Spojrzała mu w oczy z rozbawieniem, chcąc wyłapać w jego tęczówkach czy podobało mu się tak bardzo jak i jej. Dopiero po chwili wróciła na swoje miejsce, starając się wyglądać unbothered, jakby absolutnie nic jej to nie zrobiło. Co oczywiście było k ła m s t w e m.

Usiadła, poprawiając włosy i zgarniając kubek z podłogi. Zerknęła kątem oka na dziewczynę, która wcześniej przerwała im pocałunek. Cassie, chyba tak ktoś na nią mówił. Wyglądała, jakby Thalia stała się oficjalnie jej wrogiem numer jeden. Welp. Kiedy przyszła kolej Ace’a, brunetka oparła łokieć na kolanie i podparła brodę na dłoni, udając, że wcale nie patrzy z zainteresowaniem. Ale p a t r z y ł a. Widzała jak nachylał się by zakręcić butelką... widziała też to maślane spojrzenie Cassie, która ewidentnie liczyła, że szkło zatrzyma się na niej. Thalia przygryzła wnętrze policzka, żeby się nie roześmiać. Butelka ruszyła. Najpierw szybko, potem coraz wolniej (duh!), mijając kolejne osoby.

NOPE

Nie ma szans, że znowu...

Butelka minęła Cassie.

I zatrzymała się na NIEJ.

Thalia zamrugała, a potem parsknęła cicho pod nosem. - No fucking way - mruknęła bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. Poprawiła się szybko, odsuwając kosmyki włosów z twarzy... czemu była tak podekscytowana?!?! - Albo ma bardzo dobry gust, - odpowiedziała cicho, zanim jego palce znalazły się na jej podbródku. Uniósł jej twarz, a ona pozwoliła mu na to, chociaż normalnie pewnie już rzuciłaby jakąś pyskatą uwagę o tym, że nikt nie będzie jej ustawiał tak jak chciał. Tylko że teraz jego oczy były za blisko, usta jeszcze bliżej, a ona była odrobinę zbyt ciekawa, czy drugi pocałunek będzie tak samo dobry jak ten p i e r w s z y. I CHOLERA BYŁ. Może nawet lepszy. Zamknęła oczy, gdy złączył ich usta, tym razem już bez tej całej zabawy w ostrożność. Wsunęła dłoń na jego ramię, palcami zaciskając się lekko na materiale jego koszulki pogłębiając pocałunek... I właśnie wtedy, kiedy zaczęła myśleć, że ta impreza jednak nie była takim złym pomysłem, w całym domu nagle zgasło światło. Zgiełk. Krzyki. Hałas dochodzący z kuchni. Ludzie zaczęli się podnosić, wpadać na siebie i przepychać przez salon. Thalia wzdrygnęła się, starając się jakoś przyzwyczaić wzrok do mroku, jednocześnie zastanawiając się, w którą stronę powinna się ewakuować, żeby nie skończyć z czyimś łokciem wbitym w żebra. Wtedy poczuła dotyk na swojej dłoni. A chwilę później ciepły oddech musnął skórę jej szyi. Słysząc, że to właśnie blondwłosy chłopak chce pomóc jej wydostać się z tego całego chaosu. Uśmiechnęła się pod nosem i ścisnęła jego dłoń w odpowiedzi, dając mu tym samym znać, że się zgadza. Ruszyła za nim, drugą rękę układając na jego ramieniu, przy tej samej dłoni, którą mieli splecioną.

Kilka chwil później, po przepychaniu się między ludźmi, śmiechami, przekleństwami , wpadła razem z nim do jakiegoś pomieszczenia. Małej klitki, która nagle rozbłysła światłem, sprawiając, że Rosenhall na moment przymknęła oczy i skierowała twarz w dół, po czym zaczęła powoli mrugać starajac się przyzwyczaić oczy do nagłego światła. Po chwili puściła jego dłoń i spojrzała na niego z uśmiechem. - Dziękuję za ratunek. - Rozejrzała się szybko po pomieszczeniu. Spiżarnia. Amazing. Romantyczne oświetlenie, jakieś słoiczkii i przestrzeń tak malutka że gdyby zrobiła jeden nieprzemyślany krok, praktycznie wpadłaby mu w ramiona. - Więc nazywają cię Ace? - rzuciła, opierając się plecami o półkę za nią, starajac się odwracać wzrok od jego ust, które tak bardzo zdążyły jej zasmakować... Zerknęła na chłopaka z rozczochranymi blond włosami. - Trzymasz jakiegoś asa w rękawie? - zapytała, zerkając na jego dłoń, a potem na rękaw bluzy. Przejechała opuszkami palców po jego palcach, zanim powoli, niemal leniwie, zaczęła sunąć nimi wyżej. Chciała się trochę pobawić. Sprawdzić, co jej odpowie. Była ciekawa tej dzikiej karty. Tego, co kryło się za oczami niebieskimi niczym ocean. - Wydajesz się być bardzo popularnym chłopakiem w swoim gronie… - przysunęła się do niego odrobinę, zadzierając twarz ku górze, żeby lepiej na niego spojrzeć. - Czym zasłużyłam sobie na zdobycie ochroniarza dzisiejszego wieczoru? - Uniosła brew, wsuwając dłonie w jego włosy. Było to silniejsze od niej. Miał naprawdę uzależniającą czuprynę, żyjącą absolutnie własnym życiem. - I czy odważysz się pocałować mnie bez pomocy butelki? - zapytała, spoglądając na niego swoimi brązowymi ślepiami. Była ciekawa, czy ten chłopak, który wyglądał, jakby miał cholernie duże powodzenie, well… przynajmniej u większości osób w tamtym salonie, będzie choć w namiastce tak pewny siebie i odważny z nią tutaj, w tej klitce.

ace 🂡

maybe you just like the control?

: ndz cze 14, 2026 12:24 am
autor: albert thallman
Are there some aces up your sleeve?
Have you no idea that you're in deep?


n o w a


Był szczerze zaintrygowany nową dziewczyną w towarzystwie. Może zabrzmi to źle, ale jak każdy z obecnych tutaj facetów był spragniony świeżej krwi, bo ileż można było opędzać się od ciągłych przytuleń Cassie i Nelly (która de facto już zdążyła wykorzystać dzisiejszą okazję i pocałowała Ace'a, zanim w ogóle rozpoczęła się gra)? Nic dziwnego, że gdy tylko nadarzyła się okazja i światło nagle zgasło, sprytnie postanowił zaopiekować się Nową, zwłaszcza, że od samego początku wpadła mu w oko. Co prawda, przez chwilę wydawało mu się, że wyglądała znajomo, ale szybko uznał, że po prostu była podobna do jednej z dziewczyn, które zaliczył na jakiejś imprezie w tym roku... czyli krótko mówiąc, była w jego typie. Gdy znaleźli się w spiżarni i światło nagle się zapaliło, wzrok powoli zaczął przyzwyczajać się mu do światła - brunetka akurat wycofała się do tyłu i oparła plecami o jedną z półek. Nawet nie zareagował, gdy podziękowała za ratunek. Więc nazywają cię Ace? - Mhm - przytaknął krótko i pokiwał głową. Oparł się wygodnie plecami o zamknięte drzwi spiżarni i luźno skrzyżował ramiona na piersi, przyglądając się Nowej z rozbawieniem. Trzymasz jakiegoś asa w rękawie? - Niejednego - rzucił pod nosem i puścił jej perskie oczko. Z każdą minutą tej rozmowy sam na sam nie mógł oprzeć się wrażeniu, że skądś ją kojarzył, ale jej głęboki dekolt skutecznie rozpraszał wszelkie próby logicznego myślenia, oh well. - A ciebie jak nazywają? Nowa? - zapytał po chwili. Wcale nie musiał udawać zainteresowania, wiecie? I to wcale nie dlatego, że zabrał ją do tej ciasnej spiżarni na klasyczne siedem minut w niebie (w sensie, tak to mogło wyglądać z perspektywy osób trzecich), po prostu serio chciał wiedzieć, z kim miał do czynienia.

Zerknął na ich dłonie, gdy przejechała palcami po jego ręce i zaczęła sunąć wyżej. Uśmiechnął się jak łobuz, a w jego oczach pojawiła się niebezpieczna iskra, ahh. Nieznajoma postanowiła igrać z ogniem i wystawić jego cierpliwość na próbę, tak? No dobrze. Mógł zagrać w tę jej małą grę. Splótł palce ich dłoni w lekkim uścisku i przyciągnął ją do siebie powoli, drugą rękę oparł na jej biodrze. Wydajesz się być bardzo popularnym chłopakiem w swoim gronie… Zaśmiał się pod nosem. - A to dobrze czy źle? - odbił piłeczkę. Owszem, był dość popularny w swojej paczce, ale kiedyś też przecież zaczynał jako ten nowy, tak samo jak ona. Poza tym dziewczyny z paczki regularnie kłóciły się o jego aprobatę i towarzystwo, więc tym bardziej doskonale wiedział, jak to jest być na miejscu Nowej i wzbudzać nagłe zainteresowanie. Czym zasłużyłam sobie na zdobycie ochroniarza dzisiejszego wieczoru? - Nie wiem, czy w ogóle zasłużyłaś, sam się zgłosiłem - wzruszył ramionami, ale jego wzrok w tym samym momencie mimowolnie zsunął się z jej twarzy prosto na dekolt. Skoro już byli tutaj sam na sam, wykorzystał okazję i przyjrzał się Nowej trochę bardziej dokładnie. Ciemne oczy, ciemne włosy, pełne usta i te cholernie krągłe biodra... Szlag. Zastanawiał się, czy brunetka miała chociaż blade pojęcie, co właśnie chodziło mu po głowie? Albo czy w ogóle wpadła na to, dlaczego tak naprawdę ją tutaj zabrał? No, po części dlatego, że zrobiło się ciemno i chciał uniknąć stratowania w salonie, ale z drugiej strony... po prostu chciał mieć ją tylko dla siebie na te parę minut, nieważne, jak bardzo absurdalnie to brzmiało. - Jak tu trafiłaś? - zapytał cicho po chwili, powoli wsuwając dłoń pod jej koszulkę. Mieszkała w Toronto od dawna, czy przyprowadził ją tu jakiś wspólny znajomy, czy może dopiero co wprowadziła się gdzieś obok? Chciał wiedzieć. Chciał wiedzieć, jakie z niej...


z i ó ł k o ?


I czy odważysz się pocałować mnie bez pomocy butelki? Gdy tylko usłyszał te słowa, oczy mu rozbłysły, mimo że początkowo nie odpowiedział absolutnie nic, zwłaszcza, że Nowa wyswobodziła się z jego uścisku i wplotła swoje palce w jego czuprynę. Kurwa, uwielbiał, gdy dziewczyny to robiły. Postąpił jeden krok do przodu, potem drugi, po czym przyparł ją mocno do półki za jej plecami, aż jakiś słoik z brzękiem przesunął się na blacie. Jej prowokacja była aż nazbyt zachęcająca, żeby z niej nie skorzystać. Ciekawe, czy już zrozumiała, że nie lubił owijać w bawełnę i nie zamierzał marnować czasu na gadanie? Jedną dłoń wsunął już zdecydowanie pod koszulkę, szukając jej rozgrzanej skóry, a drugą zacisnął na jej pośladku. Jednak zamiast pocałować ją w usta, nachylił się i musnął ustami jej szyję, schodząc powoli w dół. - A jak myślisz? - spytał w końcu, tuż przy jej skórze, zanim uniósł głowę, by spojrzeć prosto w jej ciemne, brązowe oczy.

A potem światło znów zgasło, więc bez czekania na jej odpowiedź, po raz trzeci tego wieczoru odnalazł jej usta i tym razem nie zamierzał się hamować.


I'm sorry to interrupt
It's just I'm constantly on the cusp
Of trying to kiss you
I don't know if you feel the same as I do
But we could be together if you wanted to


𝓃𝑜𝓌𝒶

maybe you just like the control?

: ndz cze 14, 2026 5:13 pm
autor: Thalia Rosenhall
I like being used
it means I have a purpose


Był dokładnie tym typem mężczyzny, za którym kobiety odwracały głowy, zanim jeszcze zdążyły pomyśleć, że to robią. Tym, do którego wzdychało się po cichu, ukradkiem, z nadzieją, że może akurat dziś spojrzy w ich stronę. Że obdarzy je uśmiechem, puści perskie oczko, zaczepi wzrokiem na sekundę dłużej albo muśnie dłonią tak przypadkiem, że przez resztę wieczoru będą mogły udawać, że to coś dla niego znaczyło. Chciały, żeby w ich nudnym, licealnym albo uniwersyteckim życiu pojawił się nagle pragnąc ich najbardziej na swiecie. Był typem chłopaka, którego pragnęły wszystkie, a który, oczywiście, z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu miał zwrócić uwagę akurat na brzydkie kaczątko. Na kogoś nowego. Na odskocznię od całego świata, który zdążył mu się już znudzić. I właśnie tak czuła się teraz Thalia, opierając się plecami o półkę w ciasnej spiżarni. Próbowała udawać pewną siebie, choć w środku się stresowała. Wpatrywała się w te jego niebieskie tęczówki. W ten lekko uniesiony kącik ust. W sposób, w jaki stał blisko niej z założonymi rękami, patrząc na nią jakby właśnie kalkulował każdy następny ruch, każdy centymetr przestrzeni, który mógłby między nimi zniwelowac...
I jego głos... Oh, god... hold me...
Teraz słyszała go lepiej. Był niski, niemal władczy, z nutą tej dziwnej melodyjności, gdy odpowiadał pewny siebie. Dziwne to było, bo momentami czuła, jakby rozmawiała ze starym kumplem, ale przecież go nie znała. Szybko wyrzuciła z siebie tę myśl i wróciła do konwersacji z nim. A raczej do wybadania, co miał w zamiarze z nią z r o b i ć.

''Mhm''

Wow, co za rozmowniś. Czego więcej mogła spodziewać się po tajemniczym mężczyźnie z imprezy? Wydusiła z siebie ciche parsknięcie, jednak po chwili spoważniała, bo przecież nie chciała go wkurwić. Nie znała go na tyle, żeby być pewną, czy zaraz nie ugodzi w jego męskie ego do takiego stopnia, że zostawi ją samą w tej spiżarni, a potem pójdzie płakać w domu, że jakim prawem jakaś obca kobieta tak się przy nim zachowywała. No nie? Nie miała zielonego pojęcia! Pomimo tego, że lubiła ubierać wyzywające ciuchy, które uwydatniały jej atuty, to wewnątrz była bardzo anxious. Tylko że jej dzisiejszym planem zdecydowanie nie było zakończenie wieczoru leżeniem w łóżku i myśleniem - mogłam być odważniejsza. Po prostu chciała zrobić wszystko. A jak zrobi zbyt dużo, to najwyżej pośmieje się z tego z Deanem albo Archiem, którzy z pewnością powiedzą jej, żeby skupiła się na swoich hentai’ach, a nie relacjach interpersonalnych. Fair, fair.

Przejeżdżając palcami po jego ramieniu, wpatrywała się w niego spod rzęs i uśmiechnęła się na jego odpowiedź. - Oh tak? Czemu mnie to nie dziwi? - rzuciła zadziornie. - Lia - Wyrzuciła to szybko, bez zawahania. Też trzy litery. Zabawnie. Przypadek? Nie sądzę. Zerknęła w dół, widząc, jak splótł ich palce, a chwilę później przyciągnął ją do siebie, przez co zapach jego perfum uderzył w jej nozdrza ze zdwojoną siłą. Przymknęła oczy na moment, próbując się uspokoić i kontynuować tę grę. Udawać, że wcale, a wcale jej nie ruszał. - Nie wiem, w swojej talii kart kolekcjonujesz też złamane serca? - spojrzała mu prosto w oczy, nie odrywając kontaktu ani na moment. Chciała go wyczuć. Zobaczyć, czy był tylko taki rozgadany, czy faktycznie równie odważny w działaniu. Na jego odpowiedź o ochronie, a potem na to, jak jego wzrok perfidnie zatrzymał się na jej dekolcie, starała się nie roześmiać. - No tak, dżentelmen. Brakuje tu takich - powiedziała rozbawiona, udając aniołka, choć w jej głowie tliły się niemal szatańskie myśli. Zwłaszcza gdy poczuła opuszki jego palców sunące po jej nagiej skórze, - Przeprowadziłam się tutaj z Ameryki kilka tygodni temu - odparła. Taka była prawda. A to, że tak naprawdę pochodziła z Oakville, potem wyjechała, a teraz znowu wylądowała w Kanadzie? No cóż. Detale. Nie wszystko trzeba było wykładać na stół od razu. Nie miała ochoty na zbędne poznawanie się. Przynajmniej nie teraz. Nie wtedy, gdy zjadał ją wzrokiem w taki sposób, jakby mógł ją tutaj schrupać. s k o s z t o w a ć. Nie wtedy, gdy dotykał ją tak wygłodniale, a jedyne, czego pragnęła w tamtym momencie, to dać się zatracić.

She wanted to challenge him.
And oh lord, did it fucking work.

Przesuwając dłonie ku jego szyi, powoli odnalazła drogę do jego chaotycznej fryzury, zatapiając palce w jego włosach. On zrobił dwa kroki naprzód, przyciskając ją do półki za nią, a Rosenhall wydobyła z siebie ciche, niskie jęknięcie, odchylając głowę ku górze, gdy zaczął składać pocałunki na jej szyi. Doprowadzał ją do szaleństwa. Zacisnęła palce w jego włosach jeszcze mocniej, czując, jak z każdym kolejnym ruchem stawał się śmielszy w tym, jak ją dotykał. Z delikatnie uchylonymi ustami spojrzała w jego morskie oczy, w rozszerzone źrenice, które zdradzały go równie mocno, jak jej własny przyspieszony oddech. Pragnęła go, nawet go nie znając. Czysta żądza buzowała w jej żyłach, a Thalia tylko powoli spojrzała na jego usta i te słodkie, malutkie pieprzyki wokół nich. Uśmiechnęła się. - I’m all yours tonight - wydobyła z siebie cicho, z akcentem wyraźniejszym niż zwykle. Światło zgasło, ale to nie stanowiło żadnego problemu. Ich usta złączyły się w namiętnym pocałunku, a Thalia tym razem sama postanowiła zrobić krok naprzód. Jeden. Drugi. Pogłębiała pocałunek za pocałunkiem, wsuwając dłonie pod materiał jego rozpiętej bluzy, by pomóc mu ją zsunąć. Chwilę później owa bluza upadła gdzieś na ziemię. Brzęk słoików rozbrzmiał w spiżarni, mieszając się z ich urywanymi oddechami i mokrymi dźwiękami pocałunków. Zsunęła dłoń niżej, zatrzymując palce na jego pasku. Odpięła go delikatnie, ale zanim zrobiła cokolwiek więcej, odsunęła na moment twarz od jego twarzy i wydusiła z siebie krótkie, zachrypnięte, - Mogę?
you are a bad idea...
but a real good time
ace 🂡

maybe you just like the control?

: śr cze 17, 2026 9:30 pm
autor: albert thallman
W o l n o ś ć
można było interpretować na wiele różnych sposobów.


Naprawdę starał się nie bawić kobietami i ich uczuciami, ale to przecież nie była jego wina, że po jednym muśnięciu ust, jednym spleceniu rąk czy jednej przelotnej nocy dziewczyny od razu zaczynały wyobrażać sobie zdecydowanie zbyt dużo. Nie lubił zobowiązań. Był wolnym duchem - i to w każdym tego słowa znaczeniu, bo gwiazdy nie kłamały i bycie zodiakalnym strzelcem zobowiązywało do wiecznej ucieczki przed smyczą. A teraz, w tej ciasnej spiżarni... nie stresował się ani trochę, a nawet wręcz przeciwnie, po prostu umiejętnie czytał sygnały i wykorzystywał sytuację. Wydawało mu się, że brunetka stojąca naprzeciwko niego lekko się denerwowała (co usilnie starała ukryć, ale nie z Albertem takie numery), ale mowa jej ciała mówiła coś jeszcze. Chcę więcej. A on zamierzał spełnić to życzenie z przyjemnością - zapach jej perfum kompletnie zawrócił mu w głowie, a to głębokie, brązowe spojrzenie… kusiło niesamowicie. Była cholernie śliczna, miała idealnie pełne usta, a jej skóra pod jego palcami była tak rozgrzana, że aż kręciło mu się w głowie. - Lia, Lia, Lia… - powtórzył cicho jej imię, gdy w końcu się przedstawiła. - Nie znam żadnej innej takiej - wymruczał jej prosto do ucha, celowo muskając wargami jej płatek, zanim odsunął się odrobinę, by znowu spojrzeć jej głęboko w oczy. Jezu, dlaczego wydawało mu się, że mógłby patrzeć w nie bez końca? Znów nie mógł oprzeć się dziwnemu wrażeniu, że skądś znał te brązowe tęczówki, ale jak zwykle - myśl się pojawiła i od razu odleciała, bo jego umysł zajmował się teraz czymś zupełnie innym. Albo raczej - kimś.

Nie wiem, w swojej talii kart kolekcjonujesz też złamane serca? Ach, jak się przyczepiła do tych kart i asów… brakowało tylko dam. - Moja talia, moje zasady, mała - zaśmiał się cicho, prosto w jej usta. Jeszcze w salonie nie działała na niego tak intensywnie jak teraz, ale trzeba przyznać, że teraz mieli bardziej sprzyjające słodkiej randce warunki niż tam, w grupie. - Ale spokojnie, złamane serca to kiepskie trofea. Wolę te, które biją trochę szybciej… - przerwał na moment, przesuwając dłonią w górę, przez jej brzuch, aż ułożył palce na jej szyi i obojczyku, czując pod skórą jej szalejące tętno. - …dokładnie tak jak twoje teraz - dokończył znacznie ciszej. Niby nic dzisiaj nie pił, ale chyba brzmiał trochę jak poeta. Albo - szerzej określając - jak artysta. Cóż, zdecydowanie wdał się w ojca, on też był podobno niezłym amantem. Thallmanowie po prostu byli cholernie dobrzy w te klocki. Wiedzieli, jak budować napięcie, jak czarować słówkami i jak przeciągać milczenie o sekundę za długo. Miał to wyczucie w małym palcu i rzadko kiedy musiał się wysilać, żeby owinąć sobie kogoś wokół... hm, palca.

Gdy rozbawiona Lia nazwała go dżentelmenem, uśmiechnął się do niej w odpowiedzi jak prawdziwy łobuz, nawet nie zaprzeczając. Chwilę później przyznała, że przeprowadziła się tutaj z Ameryki. Oczy Alberta od razu troszeczkę rozbłysły, a w głowie momentalnie pojawiło się przynajmniej z pięć kanadyjskich żartów o sąsiadach z południa, w końcu żaden szanujący się Kanadyjczyk nie przepuszczał okazji, żeby pośmiać się z Amerykanów. Zluzował jednak wroty i ugryzł się w język - nie chciał przecież stracić szansy na szybki i cholernie obiecujący numerek. PS. I tak, oczywiście, że wziął ją za stuprocentową Amerykankę, chociaż w duchu pomyślał, że była zdecydowanie zbyt śliczna jak na dziewczynę ze Stanów. Musnął nosem jej nos i zaśmiał się cicho. - Uuu, dziewczyna ze Stanów, czyli oficjalnie jesteśmy wrogami - zażartował, zaczynając śmielej i mocniej dotykać jej nagiej skóry pod materiałem koszulki. Chyba nikogo nie dziwiło, że pożądanie całkowicie wypełniło jego umysł? Małe pomieszczenie i zapadające z powrotem ciemności tylko potęgowały wszystkie doznania, dlatego nic dziwnego, że Albert szybko skupił się na jej ciele, oddając się coraz szybszym, bardziej zachłannym pocałunkom. A potem usłyszał jej szept. I’m all yours tonight. Przerwał na ułamek sekundy, ale zaraz wrócił do pocałunków. - Obiecujesz? - rzucił niedbale między jednym pocałunkiem a drugim.


Wanna be yours
Wanna be yours
Wanna be yours
Wanna be yours


Nie protestował, gdy jej dłonie znalazły się pod jego bluzą, ba, nawet lekko uniósł ramiona, żeby ułatwić jej zadanie i żeby mogła zsunąć z niego ubranie, które chwilę później wylądowało na podłodze, tak samo jak jej bluzka. Gdzieś obok nich znowu brzęknęły słoiki na półce, ale żadne z nich nawet na to nie zareagowało. Nagle poczuł, jak jej palce schodzą niżej, w okolice jego pasa. Usłyszał kliknięcie odpinanej klamry, a zaraz potem… Lia sprawnie rozpięła guzik jego spodni i dopiero wtedy przerwała pocałunek. Mogę? Albert wypuścił głośno powietrze, a na jego ustach pojawił się bezczelny uśmiech. Oczywiście, że kurwa mogła. Jezu, uwielbiał takie śmiałe dziewczyny. Szare myszki nie były dla niego, ale Lia zdecydowanie nie była cichą myszką, która rumieniła się na sam widok faceta. - Teraz już musisz - odpowiedział, jednak nie zamierzał ułatwiać jej zadania, ponieważ palce jednej dłoni wplótł w jej ciemne włosy, a drugą ręką przyciągnął ją do siebie i obdarował Lię kolejnym zachłannym pocałunkiem. Jezu, nie rozumiał swojej fascynacji tą dziewczyną, przecież znali się od... ilu? Kilkunastu minut? Przesunął palcami po materiale jej biustonosza, sprawnie odnalazł zapięcie i rozpiął je jednym ruchem, dzięki czemu ramiączka leniwie zsunęły się z jej ramion. Pragnął poczuć ją jeszcze bliżej. Wciąż nie przerywając tego głębokiego, porywczego pocałunku, cofnął się o dwa kroki i oparł się plecami o drzwi spiżarni, żeby zrobić jej miejsce, o ile w ogóle zdołałaby wyplątać się z jego uścisku.

You call the shots babe
I just wanna be yours


𝒶𝓂𝑒𝓇𝒾𝒸𝒶𝓃 𝑔𝒾𝓇𝓁

maybe you just like the control?

: pt cze 19, 2026 7:08 am
autor: Thalia Rosenhall
𝓉𝓌𝒾𝓈𝓉 𝓂𝓎 𝓌𝓇𝒾𝓈𝓉…

Oddanie się chwili albo jakiemuś przypadkowemu uniesieniu nigdy nie było dla Thalii czymś obcym. Wręcz przeciwnie. Jej niska samoocena domagała się adoracji z niemal żałosną zachłannością, szczególnie ze strony mężczyzn, którzy przez kilka sekund potrafili sprawić, że czuła się chciana. Po długim związku z człowiekiem, który z podejrzaną łatwością rzucał epitetami pod adresem jej ciała, zwłaszcza wtedy, gdy była większą wersją samej siebie, coś w jej głowie pękło i już nigdy nie złożyło się do końca tak, jak powinno. Nawet teraz, kiedy wyglądała dobrze, a czasami nawet potrafiła to dostrzec w odbiciu lustra, wciąż miała wrażenie, że to nie wystarcza. Że zawsze było coś nie tak. A jaki był najlepszy sposób na zakrycie kompleksów, jeśli nie udawanie, że wcale ich nie ma? Pewność siebie noszona niczym pelerynka niewidka... ten zadziorny uśmieszk przepleciony bezczelnością, która miała odwracać uwagę od wszystkiego, co bolało ją w środku najbardziej...

Bliskość z mężczyznami była dla niej niemal transakcją. Czymś zawieszonym pomiędzy nią a nic nieznaczącymi flingami, o których równie szybko zapominała, jak szybko pozwalała im uwierzyć, że mieli w jej życiu jakiekolwiek znaczenie. Czasami nawet nie próbowała odezwać się ponownie. Bo po co? Żeby wkładać w relację zaangażowanie, którego nie potrafiła nikomu obiecać? Żeby udawać, że potrafi dać z siebie coś więcej niż ciało i chwilowe złudzenie bliskości? Rosenhall wolała grać na własnych zasadach. Tasować karty, rozdawać je niczym tarot i udawać, że naprawdę wierzy w przeznaczenie, tylko po to, żeby później bezczelnie zinterpretować je po swojemu. Mogła spojrzeć na własny los, unieść brew i zdecydować, czy zamierza tej karty posłuchać, czy jednak ją oszukać. Tego wieczoru wylosował się jej on...
...ace.
Jedna z tych kart, które pojawiały się rzadko. Taka, która potrafiła wywołać zadziorny uśmiech i coś na kształt ulgi, kiedy lądowała na wierzchu stosu, ratując człowieka z pozornie beznadziejnej sytuacji. Czy to znaczyło, że nad nią górował? Że każdy jej ruch, każda próba przejęcia nad nim choć odrobiny kontroli, była z góry skazana na porażkę? Że nieważne, co zrobi, on i tak będzie na wygranej pozycji? Ha! Oczywiście, że nie. Te błękitne tęczówki, słodko rozsypane pieprzyki wokół ust, wyglądające niemal jak pocałunki słońca, rozczochrane włosy prześlizgujące się między jej palcami w sposób zbyt idealny, by mogła uznać to za przypadek. Przyjemne muśnięcie kolczyka w jego lewym uchu. Zapach jego perfum. Ciepło oddechu na jej skórze, wywołujące ten cholernie przyjemny dreszcz.. To wszystko mogło ją rozproszyć, obviously. Mogło sprawić, że przez krótką chwilę zapomniałaby, gdzie kończy się gra, a zaczyna coś przypominającego p r a g n i e n i e. Ale to nie znaczyło, że była skazana na fiasco. Nie. Thalia była jokerem. Kartą, która lubiła śmiać się asowi prosto w twarz. Pokazywać mu, że nawet jeśli wyglądało na to, że rozdanie należy do niego, ona wciąż potrafiła wywrócić cały stół w najmniej oczekiwanym momencie. Przejąć kontrolę wtedy, gdy ktoś był już wystarczająco pewny własnej przewagi. I właśnie to robiła teraz...

𝑒𝓎𝑒𝓈 𝑜𝓃 𝓂𝑒, 𝒶𝓇𝒸𝒽𝒾𝓃𝑔 𝓂𝓎 𝒷𝒶𝒸𝓀…

Przyjemne ciepło przewinęło się przez jej ciało, kiedy wymówił jej pseudonim tak cholernie słodko i pociągająco, a chwilę później oznajmił, że nie znał innej takiej jak ona. Dobry był. C h o l e r n i e dobry. Pomyślała o tym przez moment, wydając z siebie ciche, przeciągłe mruknięcie, gdy musnął wargami płatek jej ucha, tylko po to, by chwilę później złapać z nią spojrzenie. Podziemia spotkały się z niebem. Ciemnobrązowa głębia jej oczu pochłaniała jasność błękitu jego tęczówek i oh, fuck, chciała więcej. Po tym, jak jej dotykał, jak pewnie odpowiadał na każdą zaczepkę i jak bez najmniejszego zawahania wchodził w tę grę, wiedziała, że to nie było jego pierwsze rodeo. Przez krótką sekundę nawet przemknęło jej przez głowę, czy już wcześniej zabierał tutaj inne dziewczyny. Do tej samej spiżarni. W tę samą ciasną przestrzeń... i, co było absolutnie najgorsze, przyłapała się na delikatnym ukłuciu zazdrości. Nie dlatego, że była zazdrosna o niego. Oczywiście, że nie. Chodziło raczej o to, że nie była pierwsza. Że może nie była tą jedyną, która mogła oddać się z nim takiej chwili uniesienia, zawieszonej gdzieś pomiędzy bezczelną grą a czymś o wiele bardziej niebezpiecznym.

Kolejna fala ciepła przebrnęła przez jej ciało razem z dreszczem emocji, kiedy przesunął dłonią po jej brzuchu, a jego palce odnalazły miejsce na jej szyi i obojczyku. - Ah, czyli pobawisz się moim bijącym serduszkiem do momentu, aż ci się nie znudzi? - uniosła brew, starając się nie zdradzić ciałem, jak bardzo na nią działał w tamtym momencie. Chociaż urywany oddech, którym obijały się wypowiadane przez nią słowa, mógł być dowodem samym w sobie. - W takim razie będę musiała przywłaszczyć sobie twoje, ace. - Przesunęła dłonią po jego policzku, powoli sunąc niżej, opuszkami palców muskając linię jego szczęki, szyję, aż w końcu ułożyła otwartą dłoń na środku jego klatki piersiowej. Dokładnie tam, gdzie mogła poczuć rytm jego serca, - Wtedy będziemy kwita - dodała ciszej, puszczając mu oczko w ramach odwetu za całe to jego dotychczasowe, bezczelnie uwodzicielskie zachowanie. Już w tamtym momencie mogła być przed sobą szczera. Cholera, podobało jej się to, jak na nią patrzył. Jak przesuwał wzrokiem po jej ciele, zatrzymując się na dekolcie odrobinę za długo, jakby wcale nie zamierzał udawać, że był dżentelmenem z samokontrolą, której w tamtym momencie żadne z nich najwidoczniej nie miało. Podobało jej się to, jak się do niej zbliżał, jak zaciskał dłonie na jej skórze, jak muskał nosem jej nos, zmniejszając dystans... do czegoś, co mogło pęknąć przy jednym nieostrożnym oddechu. Spojrzała na niego spod rzęs,- Nie chciałbyś mnie mieć za swojego wroga.

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

𝒿𝓊𝓈𝓉 𝓁𝒾𝓀𝑒 𝓉𝒽𝒾𝓈… 𝒿𝓊𝓈𝓉 𝓀𝑒𝑒𝓅 𝓌𝒶𝓉𝒸𝒽𝒾𝓃𝑔