never look for trouble, but I keep steppin' in it
: pt cze 12, 2026 6:59 pm
Nocne dyżury miały swoją własną geografię.
Nie chodziło nawet o sam szpital — ten pozostawał przecież taki sam niezależnie od godziny (sterylne, zbyt puste przestrzenie;mdławe neutralne barwy ścian i mebli; miarowe buczenie urządzeń różnej wagi, z których część odpowiedzialna była za dostarczanie pracownikom oddziałów odpowiednich dawek kofeiny, a część za utrzymywanie przy życiu najróżniejszych pacjentów) — ale o ludzi. O rytm kroków na korytarzach. O przygaszone nieco światła. O zmęczenie, które po północy przestawało być czymś, z czym się walczyło, a stawało się po prostu kolejnym elementem krajobrazu.
Ash jeszcze za czasów studiów nauczył się lubić ten stan rzeczy, ponieważ ten stan rzeczy był przewidywalny.
O wiele bardziej niż zdecydowana większość ludzi.
Teraz dochodziła druga nad ranem, a brunet wychodził właśnie z oddziału neurochirurgii dziecięcej po niezwykle długiej konsultacji. Jeden z małych pacjentów uparł się, że nie zaśnie, dopóki doktor Kapoori nie obejrzy po raz trzeci kolekcji plastikowych dinozaurów ustawionych na szafce przy łóżku. Ash obejrzał wszystkie. Nawet dwa razy popełnił błąd, myląc stegozaura z ankylozaurem, co spotkało się z natychmiastową i bardzo stanowczą korektą ze strony siedmiolatka.
Czy takie zarywanie nocy było czynnością odpowiedzialną i profesjonalną? Cóż, opinie w tym temacie bywały raczej sporne. Ash nie wyobrażał sobie jednak, że mógłby odmówić chłopcu.Zważywszy na stan chłopca nie wiedząc do końca, ile czasu jeszcze im pozostało na tego typu rozmowy.
Skręcał właśnie w stronę automatów z kawą, powoli i w głębokim zamyśleniu, kiedy zza winkla usłyszał podniesiony głos. Nie krzyk, a gorzej: ten szczególny ton, którym niektórzy ludzie posługiwali się, gdy chcieli przypomnieć innym o hierarchii, a od którego Asha niekiedy dosłownie mdliło z bezsilności. Jako jeden ze zdolniejszych, ale przy tym i młodszych specjalistów na oddziale - i to w dodatku o ciemniejszej skórze i obco brzmiącym nazwisku - miał na swoim kącie sporo nieprzyjemności związanych z tym, że ktoś (zwykle jakiś profesor lub ordynator...) miał się za lepszego od niego.
Zwolnił odruchowo, ostrożnie i czujnie, natychmiast rozpoznając specyficzny baryton. Profesor Whitmore. Wielki specjalista, który personel szpitala swoją prezencją dzielił na dwa przeciwne obozy. Jedni patrzyli na niego z podziwem, inni zaś nie potrafili znieść jego obecności.
Przez kilka sekund brunet słyszał tylko urywki zdań. Coś o niezwykle ważnej dokumentacji,
odpowiedzialności i standardach. Przyczajony za ścianą, nasłuchiwał do momentu, w którym wreszcie zebrał się na odwagę by wyjrzeć ze swojego ukrycia, i dostrzec ich oboje: starszego lekarza i młodą pielęgniarkę stojącą przy maszynie z kawą.
O tyle, o ile z Whitmore'mmiał na pieńku znał się lepiej niżby chciał, dziewczynę kojarzył tylko z widzenia na korytarzach i odprawach. Wiedział o niej mniej więcej tyle, że musi być w podobnym wieku do niego, może ciut młodsza; że przykłada się do swojej pracy. I że nigdy nie brakuje jej uśmiechu dla pacjentów.
Co w jego personalnej ocenie graniczyło z nadprzyrodzoną umiejętnością...
...ale Whitmore najwyraźniej nie podzielał tego zachwytu.
Ash westchnął cicho i odczekał, jakby samemu sobie dawał ostatnią szansę na odwrócenie się i odwrót do własnych spraw. A jednak nie odwrócił się, choć nigdy nie był przecież szczególne heroicznym człowiekiem, który z braku innych zajęć z radością rzucał się do bohaterskich czynów.
Z konfliktami interpersonalnymi radził sobie bowiem o wiele gorzej, niż choćby z operacjami na otwartym mózgu. A jednak nie był przy tym dupkiem, i nie pozwoliłby sobie na zignorowanie sytuacji, w której starszy stażem lekarz ewidentnie nadużywał swojego autorytetu tylko dlatego... że naszła go na to ochota?
Dlatego też nie minęła minuta, aż Kapoori ruszył przed siebie, z podniesioną głową i identyfikatorem kołyszącym się lekko przy krawędzi lekarskiego fartucha.
— Doktorze Whitmore - Zagadał z odpowiedniej odległości, z sukcesem ściągając na siebie wzrok mężczyzny, który tym samym odwrócił wreszcie surowe spojrzenie od Sorayi. Ash zatrzymał się ledwie parę kroków od nich, posyłając pielęgniarce przelotne, ale rozumiejące (a przynajmniej taką miał nadzieję) spojrzenie. Nawet, jeśli serce rozdygotało mu się w piersi, jego twarz pozostawała tak spokojna jak wówczas, gdy musiał odbywać ciężkie rozmowy z rodzicami swoich małych pacjentów. — Szukałem pana.
Było to kłamstwo nieszczególnie dobre, i prawdopodobnie oczywiste dla każdego, kto znał go dłużej niż pięć minut, ale Whitmore póki co zdawał się na nie nabrać, unosząc brew w oczekiwaniu na to, o co chodziło młodemu neurochirurgowi.
— Chciałbym omówić wyniki pacjenta z sali siódmej... Niekoniecznie teraz, ale jeśli ma pan chwilę? - Przerwał na moment, po raz kolejny rzucając okiem w stronę Sorayi jakby chciał jej zakomunikować, że ma to pod kontrolą.
Nawet, jeśli w sumie wcale tak nie było.
Soraya Cano
Nie chodziło nawet o sam szpital — ten pozostawał przecież taki sam niezależnie od godziny (sterylne, zbyt puste przestrzenie;
Ash jeszcze za czasów studiów nauczył się lubić ten stan rzeczy, ponieważ ten stan rzeczy był przewidywalny.
O wiele bardziej niż zdecydowana większość ludzi.
Teraz dochodziła druga nad ranem, a brunet wychodził właśnie z oddziału neurochirurgii dziecięcej po niezwykle długiej konsultacji. Jeden z małych pacjentów uparł się, że nie zaśnie, dopóki doktor Kapoori nie obejrzy po raz trzeci kolekcji plastikowych dinozaurów ustawionych na szafce przy łóżku. Ash obejrzał wszystkie. Nawet dwa razy popełnił błąd, myląc stegozaura z ankylozaurem, co spotkało się z natychmiastową i bardzo stanowczą korektą ze strony siedmiolatka.
Czy takie zarywanie nocy było czynnością odpowiedzialną i profesjonalną? Cóż, opinie w tym temacie bywały raczej sporne. Ash nie wyobrażał sobie jednak, że mógłby odmówić chłopcu.
Skręcał właśnie w stronę automatów z kawą, powoli i w głębokim zamyśleniu, kiedy zza winkla usłyszał podniesiony głos. Nie krzyk, a gorzej: ten szczególny ton, którym niektórzy ludzie posługiwali się, gdy chcieli przypomnieć innym o hierarchii, a od którego Asha niekiedy dosłownie mdliło z bezsilności. Jako jeden ze zdolniejszych, ale przy tym i młodszych specjalistów na oddziale - i to w dodatku o ciemniejszej skórze i obco brzmiącym nazwisku - miał na swoim kącie sporo nieprzyjemności związanych z tym, że ktoś (zwykle jakiś profesor lub ordynator...) miał się za lepszego od niego.
Zwolnił odruchowo, ostrożnie i czujnie, natychmiast rozpoznając specyficzny baryton. Profesor Whitmore. Wielki specjalista, który personel szpitala swoją prezencją dzielił na dwa przeciwne obozy. Jedni patrzyli na niego z podziwem, inni zaś nie potrafili znieść jego obecności.
Przez kilka sekund brunet słyszał tylko urywki zdań. Coś o niezwykle ważnej dokumentacji,
odpowiedzialności i standardach. Przyczajony za ścianą, nasłuchiwał do momentu, w którym wreszcie zebrał się na odwagę by wyjrzeć ze swojego ukrycia, i dostrzec ich oboje: starszego lekarza i młodą pielęgniarkę stojącą przy maszynie z kawą.
O tyle, o ile z Whitmore'm
Co w jego personalnej ocenie graniczyło z nadprzyrodzoną umiejętnością...
...ale Whitmore najwyraźniej nie podzielał tego zachwytu.
Ash westchnął cicho i odczekał, jakby samemu sobie dawał ostatnią szansę na odwrócenie się i odwrót do własnych spraw. A jednak nie odwrócił się, choć nigdy nie był przecież szczególne heroicznym człowiekiem, który z braku innych zajęć z radością rzucał się do bohaterskich czynów.
Z konfliktami interpersonalnymi radził sobie bowiem o wiele gorzej, niż choćby z operacjami na otwartym mózgu. A jednak nie był przy tym dupkiem, i nie pozwoliłby sobie na zignorowanie sytuacji, w której starszy stażem lekarz ewidentnie nadużywał swojego autorytetu tylko dlatego... że naszła go na to ochota?
Dlatego też nie minęła minuta, aż Kapoori ruszył przed siebie, z podniesioną głową i identyfikatorem kołyszącym się lekko przy krawędzi lekarskiego fartucha.
— Doktorze Whitmore - Zagadał z odpowiedniej odległości, z sukcesem ściągając na siebie wzrok mężczyzny, który tym samym odwrócił wreszcie surowe spojrzenie od Sorayi. Ash zatrzymał się ledwie parę kroków od nich, posyłając pielęgniarce przelotne, ale rozumiejące (a przynajmniej taką miał nadzieję) spojrzenie. Nawet, jeśli serce rozdygotało mu się w piersi, jego twarz pozostawała tak spokojna jak wówczas, gdy musiał odbywać ciężkie rozmowy z rodzicami swoich małych pacjentów. — Szukałem pana.
Było to kłamstwo nieszczególnie dobre, i prawdopodobnie oczywiste dla każdego, kto znał go dłużej niż pięć minut, ale Whitmore póki co zdawał się na nie nabrać, unosząc brew w oczekiwaniu na to, o co chodziło młodemu neurochirurgowi.
— Chciałbym omówić wyniki pacjenta z sali siódmej... Niekoniecznie teraz, ale jeśli ma pan chwilę? - Przerwał na moment, po raz kolejny rzucając okiem w stronę Sorayi jakby chciał jej zakomunikować, że ma to pod kontrolą.
Nawet, jeśli w sumie wcale tak nie było.
Soraya Cano