Strona 1 z 1

A tale of coffee falling from the sky

: pt cze 12, 2026 10:01 pm
autor: Kieran Burreau
Rozejrzał się za wolną ławką w parku. Był piękny dzień, spodziewał się wielu spacerowiczów czy rowerzystów. To mogło skutecznie odebrać mu szansę na spokojne poczytanie. Biblioteka, chociaż przeznaczona do pochłaniania lektur, nie potrafiła zaspokoić jego potrzeb. Lubił ciszę, ale lubił też gwar życia w mieście i to właśnie w jego otoczeniu potrafił skupić się najbardziej. Dodatkowo tu mógł obserwować innych. Nie szukał interakcji, ale patrzenie na zachowania ludzi pomagało mu lepiej zrozumieć zachowania i emocje, które w danej chwili targały człowiekiem.
Poprawił pasek ciężkiej torby, która zaczęła mu się zsuwać z ramienia. Już dawno powinien zastąpić ją plecakiem, głównie ze względu na zadbanie o poprawną krzywiznę kręgosłupa, niemniej ciągle się wzbraniał. Pamiętał dzień, w którym dostał ją od Alice jako prezent na jedne z urodzin. Tylko ona o nich pamiętała, składając mu życzenia ledwie otworzył oczy po ciężkiej nocy. Robiła mu pyszny tort i śpiewała ciche sto lat. Niby nic, ale zostawało w pamięci, wciskając się w szczeliny umysłu, pozwalając po siebie sięgnąć w chwilach, takich jak ta. Jego niania była jedyną osobą, która o niego dbała sprawiając, że jego dom całkowicie nie zamienił się w laboratorium robotów. Jego wiecznie zarobieni rodzice nie poświęcali mu czasu, uznając, że od tego jest kobieta, której sowicie płacili. Czy miał do nich żal? Nie był pewien. Zawsze dawali mu to, czego potrzebował. Starali się zadbać o jego przyszłość, więc powinien być im wdzięczny, prawda? Nie mógł się na nich gniewać, zresztą nie potrafił. Jego emocjonalność odbiegała od emocjonalności innych ludzi, co rzutowało na jego relacje z innymi. Miał wpajane, że nikogo nie potrzebuje, a uczucia nie były dobrze postrzegane na sali sądowej. Tego się trzymał i rósł w przekonaniu, że ta zasada była niczym zapis w biblii prawniczej.
Po kilku minutach przymusowego spaceru ścieżką dostrzegł samotną i pustą ławkę, tuż pod pięknym dębem. Świeże powietrze i cień, który chociaż trochę uchronił przed słońcem. Witaminy D na dzisiaj mu wystarczyło.
Usiadł, wyciągając książkę. “Człowiek, który bał się żyć”. Zafascynowała go na tyle, że postanowił dać jej szansę. Był wybredny jeśli chodziło o lektury, jednak ta potrafiła zaskoczyć inspiracją i przekazem. Uważał, że wiele osób powinno po nią sięgnąć, co mogłoby pomóc im z problemami.
Skupił się na słowach układających się w zdania. Odciął się od otoczenia, w pełni oddając się fabule. Wodził wzrokiem po kolejnych linijkach, nie potrafiąc przestać. To było niczym uzależnienie; siła, która nie pozwalała mu chociaż na chwilę odwrócić spojrzenia.
I wtedy spadł deszcz, wyjątkowo brudny. Wzdrygnął się. Nie zapowiadali załamania pogody, miało być słonecznie. Uniósł głowę, by zorientować się, jak było źle i spostrzegł przed sobą młodą kobietę, która niemal się nie poruszała, zastygła w zakłopotaniu lub obawie. Tu nie miał pewności.
-Jeśli zrobiłaś to specjalnie, to nie było zbyt miłe - zauważył, spoglądając na jej w połowie opróżniony kubek, którego zawartość znajdowała się na jego ubraniu. I książce, którą czytał. W tym wszystkim jej było mu najbardziej szkoda. - Powinnaś lepiej przykryć kawę, bo co, gdybyś oparzyła dziecko? Rodzice by cię pozwali i jestem pewien, że by wygrali - dodał, próbując się pozbyć chociaż odrobiny płynu z kartek. Bezskutecznie.

syd ashford