Strona 1 z 2
rycerz na białym koniu
: pt cze 12, 2026 11:46 pm
autor: Clementine Thallman
„Dziwne stękanie się nagle rozlega
Czyżby to ktoś wspinał się?
Przez okno księżniczka dostrzega
Konia co rży, czy tam rżnie
To był koń na białym rycerzu
Na białym rycerzu był koń
To był koń na białym rycerzu
Na białym rycerzu był koń”
To nie był jej świat. Nie jej bajka ani kredki, więc stojąc na palarni i krzywiąc się za każdym razem, gdy ktoś chuchał jej w twarz, nikotynową chmurą próbowała dodzwonić się do brata. Nerwowo przenosiła ciężar ciała z jednej nogi na drugą i czekała, aż Benji odbierze i uratuje ją z tej imprezy. Z ulgą odetchnęła, gdy po drugiej stronie rozległy się dźwięki świadczące o tym, że ktoś przyłożył urządzenie do ucha. - Benji. Ratuj mnie. Jestem w Fifth social club. Moja koleżanka próbuje mnie zeswatać ze swoim kolegą. Ciągle wyciąga mnie na parkiet i przyciska do siebie. Łazi za mną i próbuje mnie upić. Nogi mnie już bolą i chcę do łóżka... - na jednym wydechu zaczęła marudzić i po chwili umilkła słysząc w słuchawce ten głos... Dean... Mocniej zacisnęła palce na telefonie i zerknęła na ekran, czując jak serce wali jej w piersi. Wybrała przecież dobry numer...- Um... Ja... Możeesz przekazać... Proszę... - cała pewność siebie, jaką miała jeszcze przed chwilą, uleciała niczym powietrze z balonika. Nie czekając na żadną odpowiedź, próbowała nacisnąć czerwoną słuchawkę, żeby zakończyć to żenujące przedstawienie, ale jej palec zjechał z małej ikonki. Podskoczyła przestraszona, gdy poczuła ciężką dłoń na swoim ramieniu.
- Tu jesteś... Wszędzie cię szukałem. - przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz, gdy mężczyzna przyciągnął ją do siebie. Mdliło ją już od zapachu jego perfum i alkoholu, który wciąż jej podsuwał. Teraz nie było inaczej. Tyle, że tym razem chętnie przyjęła od niego szkło z jakimś kolorowym drinkiem, używając tego jako pretekstu do odsunięcia.
- Właśnie dzwonił mój brat. Rodzinny kryzys. Zaraz będzie po mnie... - pomachała telefonem, który wciąż miała w dłoni nie zauważając nawet, że połączenie dalej trwało. - Czyli mamy mało czasu? Sprawdzasz dziś maleńka moją cierpliwość. Udajesz taką niedostępną... - wypuściła z dłoni urządzenie, gdy tylko mężczyzna przycisnął ją do ściany i nachylił swoją twarz w jej stronę. Wmurowało ją. Nie wiedziała co powinna zrobić w takiej sytuacji. Powinna wylać na niego tego drinka? Wołać o pomoc? Czuła jak jej drobne ciało drżało z przerażenia, gdy tamten przejechał kciukiem po jej pełnej dolnej wardze. Chciał ją pocałować? Zgwałcić? Boziu…
- Ja muszę iść... - wymówiła cicho te słowa i odwróciła twarz w idealnym momencie. Poczuła jego mokre wargi na swoim policzku i delikatnie odepchnęła podrywacza korzystając z tego, że był zaskoczony. Schyliła się po telefon i szybkim krokiem ruszyła do środka klubu. Już po otwarciu drzwi uderzyła w nią głośna muzyka. Starała się w tłumie ludzi dojrzeć swoją koleżankę, która miała numerek do szatni, ale na próżno.
- Przepraszam. - przepychała się pomiędzy ludźmi do stolika, przy którym ostatnio siedziała z koleżanką. Pusto... Zerknęła na parkiet, na którym tańczyły pary, ale tutaj również nie dostrzegła znajomej sylwetki Olivii. W geście desperacji zaczęła się kierować w stronę kolejki do toalety, po drodze zostawiając drinka na jednym ze stolików. - Ciągle mi uciekasz. - pisnęła, gdy on znowu złapał ją w swoje ramiona.
Dean Vanberg
rycerz na białym koniu
: sob cze 13, 2026 1:52 am
autor: Dean Vanberg
Obecność Deana w domu Thallmanów nie była niczym szczególnym. Benjamin był jego najlepszym przyjacielem, a co za tym szło bywał u niego dość często, podobnie, jak ten swoimi buciorami właził do domu Vanberga. A raczej jego ciotki, niemniej kobieta bywała tam ostatnimi czasy tak rzadko, że chłopak zaczynał traktować posiadłość tak, jakby należała do niego. Podobnie zresztą pokój kumpla, w którym zawsze działo się tak wiele.
-Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że nagle znudziło ci się jaranie, co? - wywrócił oczami, zerkając na chłopaka znajdującego się obok siebie. Próbował przekonać go do skręta, który był idealną przerwą pomiędzy kolejnymi rozgrywkami na konsoli, jednak ten wyjątkowo się wzbraniał. Siłą go nie zmusi, bez zgody gospodarza nie miał też zamiaru smrodzić zielskiem, którego osobiście i u siebie nie jarał, kulturalnie nawiedzając ogród. Może i miał swobodę, ale szanował swoją ciocię i nie chciał jej gorszyć.
Machnął ręką na odczepnego, kiedy Benjamin stwierdził, że idzie się wykąpać. Rozczarowujące, że nie zaproponował mu towarzyszenia, a co za tym szło, oszczędności wody. Zabieg ten przecież przyczyniłby się do ochrony planety, jak i dostarczył im niebywałej przyjemności. O tym jednak Ben miał się nie przekonać, na własne życzenie.
Skupiając się na grze, w pierwszej chwili zignorował usilnie brzęczący telefon przyjaciela. Kto też tak się do niego dobijał, skoro nie miał dziewczyny. Ani chłopaka. Zaraz, czy Vanberg o czymś nie wiedział?
Niewiele myśląc, a już z pewnością nie o tym, że poniekąd prywatność Thallmana, odebrał chcąc poznać personalia osoby, której zależało aktualnie na obecności Benjamina.
-Clementine? - Przebił się przez wiązankę słów, jaką puściła. Skąd ta młoda miała tak pojemne płuca, żeby na jednym wydechu zaszczycić go kilkusekundowym monologiem.
Zmarszczył lekko brwi, kiedy dowiedział się, co co chodziło. Blondynka była młodszą siostrą jego najlepszego kumpla, a co za tym szło, Dean był za nią odpowiedzialny. Braterstwo z wyboru zobowiązywało.
- Jasne, zaraz mu przekażę. Tylko nigdzie się nie ruszaj - polecił jej, notując w umyśle miejsce, gdzie była. Nawet nie wnikał, czemu właściwie tam polazła, jak ledwo z pieluch wyrosła (na dobrą laskę, tak nawiasem), ale reprymendę zostawi jej prawdziwemu rodzeństwu.
Zorientowawszy się, że połączenie nie zostało zakończone, przysłuchiwał się rozmowie i głosowi jakiegoś napaleńca bez honoru. Aż wewnętrznie mu się flaki przewróciły, że jakiś skurwiel mógł dostawiać się co Clem. Niech tylko Vanberg go zobaczy, a buźkę ładnie poprzestawia. Zacisnął dłoń w pięść, odliczając do pięciu, tak na uspokojenie.
-Młoda? - rzucił do aparatu, nie doczekawszy się jednak odpowiedzi. Biorąc telefon ze sobą, zerwał się z fotela. Wiedząc, że Benjamin nie zdąży się ogarnąć, rzucił mu jedynie krótkie “wychodzę” i już go nie było. Nie miał zamiaru pozwolić, żeby Młodej coś się stało, a czas, który by zmarnowali na czekanie mógł przesądzić o wszystkim.
Udał się do domu i posadził swoje zgrabne cztery litery na motor, kierując się w stronę klubu. Wparował do środka niczym Terminator w mniejszej wersji, rozglądając się w poszukiwaniu znajomej blondynki. Przepchnął się przez tłum, pociągając z bara kilku pijanych kolesi. Nie miał na nich teraz czasu. Omiótł spojrzeniem salę, ostatecznie dostrzegając zgubę.
-Czy ty kurwa po ludzku nie rozumiesz, jak ci panna mówi, żebyś spierdalał? - zmarszczył brwi i nie bawiąc się w jakieś słowne łagodzenie sprawy, wymierzył mu solidnego sierpowego, czując na pięści opór jego twarzy. Poczuł się na tyle wzburzony, że niewiele go interesowało, poza bezpiecznym odstawieniem dziewczyny do domu.
Clementine Thallman
rycerz na białym koniu
: sob cze 13, 2026 6:32 pm
autor: Clementine Thallman
Było to zaskakujące, jak człowiek łatwo ulegał fascynacji, wobec zagrożenia. Ona nie była wyjątkiem. Przez lata czytała o psychologii ofiar. Nigdy jednak nie przypuszczała, że sama znajdzie się w takiej sytuacji. Żadna jednak teoria nie była w stanie jej przygotować na ten moment. Czuła się bezradnie przy tamtym mężczyźnie, gdy coraz nachalniej próbował nagiąć ją do swojej woli. Przez myśl nawet jej przeszło, że bardzo dobrze, że nie upiła ani łyka z tamtego drinka, którego jej dał. Nie widziała procesu jego przygotowania, a wcześniej bardzo tego pilnowała. Bała się tego, że on zrobi jej krzywdę, a nikt nawet jej nie pomoże. Byli w klubie pełnym ludzi, ale ilość alkoholu, innych używek oraz głośna muzyka, idealnie tuszowała znamiona molestowania, którego doświadczała.
Ze łzami w oczach próbowała odepchnąć dłoń, która wodziła wzdłuż jej nagiego uda. Przeklinała w tej chwili własną głupotę, że skusiła się założyć tego dnia wysokie obcasy i króciutką sukienkę. No właśnie... Z całej siły wbiła obcas buta w stopę amanta, ale ten jedynie zacisnął boleśnie łapsko na jej udzie. Szarpnęła się, czując ból, ale był to raczej trzepot małego ptaszka w klatce niż realna możliwość ucieczki.
- Mój brat cię zabije! - o ile Dean mu przekazał wiadomość... O ile był w drodze... O ile ją znajdzie... Boże, skończy jak tamte dziewczyny, które odnajdywano po kilku dniach w rowie, a ich brutalna historia była zamknięta w kilku zdaniach na pierwszej stronie gazet.
Później wszystko działo się zbyt szybko, żeby była w stanie zarejestrować każdy ruch. Jednak, gdy tylko uścisk zelżał, zerwała się na równe nogi i potknęła, gdy tamten mężczyzna próbował ją złapać przez co straciła równowagę.
Instynktownie schowała się za plecami swojego brata, poprawiając sukienkę, która podjechała zbyt niebezpiecznie do góry. I dopiero, gdy podniosła swój wzrok na wybawiciela, to uświadomiła sobie, że to nie był Benji jak początkowo myślała. Dean... Pieprzony przyjaciel jej brata, który odebrał ten nieszczęsny telefon, przyjechał po nią...
Tamten próbował oddać... Wywiązała się krótka bójka pomiędzy mężczyznami, a ona stała z boku przerażona, niezdolna do jakiejkolwiek interwencji. Jednak, gdy kątem oka zauważyła zbliżającą się ochronę klubu, ujęła delikatnie ramię Deana, próbując zwrócić jego uwagę na siebie. - Dean... Proszę... - pociągnęła chłopaka w swoją stronę nie odwracając wzroku od zmasakrowanej twarzy podrywacza. Należało mu się. Wiedziona jakimś impulsem, nadepnęła na krocze typa, który jeszcze przed chwilą próbował ją dotykać. Sama była w szoku, że zdobyła się na taki gest, ale nie mieli teraz czasu na rozmyślania. Odciągnęła Deana na bok, żeby umknąć z miejsca zdarzenia. Prowadziła go przed siebie, trzymając jego dłoń delikatnie pomiędzy swoimi palcami. Nie myślała logicznie, gdy przy akompaniamencie męskich gwizdów wparowała do męskiej toalety. Kolejka do damskiej była zbyt duża, a tutaj... Cóż nie była jedyną kobietą w pomieszczeniu, biorąc pod uwagę jęki dochodzące z jednej z kabin.
- Jesteś ranny.. - nieśmiało ujęła dłoń chłopaka, żeby przyjrzeć się ranie na jego knykciach. Nasączyła sporą ilość papieru zimną wodą i zaczęła delikatnie przemywać skaleczenie. Starała się zająć umysł czymkolwiek. Tyle, że ciało ją zdradzało, jak bardzo była przerażona. - To moja wina.... - szloch wstrząsnął jej ciałem, a pierwsza łza popłynęła po jej policzku zatrzymując się na jego dłoni.
Dean Vanberg
rycerz na białym koniu
: śr cze 17, 2026 10:06 pm
autor: Dean Vanberg
Jedno było pewne - z rodziną Deana się nie zadziera. Zwłaszcza tą, którą sam wybrał po tym, jak własna postanowiła się na niego wypiąć, zmuszając go do radzenia sobie w inny sposób. Ani jego ojciec, ani zmarła matka nie mieli większego znaczenia dla chłopaka. Wymazał ich, odcinając się od wszystkiego, co było z nimi związane. Ciocia, jak również przyjaciele byli osobami, które sam wrzucił do worka z napisem “nie tykać”. To zobowiązywało i dawało im pewność, że ze strony tancerza nie zaznają zdrady. Był spaczony, widział rzeczywistość trochę opacznie, wyznając własne zasady, niemniej lojalność była czymś szczególnym i nie podlegała negocjacjom.
Clementine, z racji, że była młodszą siostrą jego najlepszego przyjaciela, zyskała pakiet obrończy w postaci Vanberga, który nie miał najmniejszego zamiaru dopuścić do tego, by stała jej się jakaś krzywda. Nie miało znaczenia, czy będzie musiał się zetrzeć z jedną, czy kilkoma osobami. Po telefonie od dziewczyny był tak nabuzowany, że pięści same rwały się do walki.
Sposobność na ujście złości nadarzyła się dość szybko. Jedno spojrzenie w stronę blondynki, wyraz jej twarzy i te łapska na jej ciele. Czara została przelana i teraz sprzątać miał ten, kto był prowodyrem narastających negatywnych emocji.
Pierwszy cios posłany w stronę przeciwnika był dla niego niespodziewany. Zatoczył się lekko i chwilę zajęło mu zrozumienia, co się stało. To wystarczyło, by dać Clementine chwilę czasu na uwolnienie się od niego. Był rad, że postanowiła schować się za nim, znikając z pola ataku.
Bo na jednym ciosie Dean nie miał zamiaru skończyć. Jedno uderzenie nie było w stanie wyplenić zjebanych pomysłów rodzących się w głowach osób nachalnie zmuszających innych do obcowania ze sobą. Sam nie był święty, ale nigdy, po prostu nigdy nie próbował nikogo wykorzystać wbrew jego woli.
Adrenalina krążyła w jego ciele, popychając go do dalszych uderzeń. Przeciwnik, tuż po odzyskaniu panowania nad sobą, starał się bronić, samemu posyłając w stronę Deana ciosy, który je odparowywał. Stan nietrzeźwości drugiego mężczyzny działał na jego niekorzyść, dając Vanbergowi przewagę, której potrzebował. Po raz kolejny poczuł opór na knykciach, kiedy ręka zetknęła się z twarzą przeciwnika. Nie kontrolował się, chcąc zrobić mu największą krzywdę. Przynajmniej tym razem trafi do więzienia za coś, co faktycznie zrobił.
Zamroczyło go na chwilę, kiedy przez nieuwagę odsłonił głowę. Oberwał w policzek, aż przygryzł sobie zębami jego bok. Poczuł smak krwi w ustach, który zmieszał się z wrażeniem delikatnego uścisku w okolicach ramienia. Obrócił lekko głowę, zerkając na dziewczynę. Oddychał znacznie szybciej, niż powinien, nie potrafiąc się opanować.
Dał się odciągnąć od mężczyzny, który w znacznie gorszym stanie leżał na podłodze. Kto wie, może właśnie nieświadomie Clementine przyczyniła się do pozostania Deana na wolności.
-Wypierdalać - warknął do grupki kolesi w męskiej ubikacji, w której się znaleźli. Posłał im takie spojrzenie, że żadnemu na myśl nie przyszło, by oponować. A szkoda, miał w sobie jeszcze trochę adrenaliny zmieszanej z innymi emocjami; mógłby sobie ulżyć.
-Daj spokój, to nic takiego - powiedział jedynie, zerkając na dziewczynę, która była blada ze strachu. - Co ci kurwa strzeliło do łba, żeby tu przychodzić?! Benjamin wie? - rzucił po chwili, nie rozumiejąc. To się prosiło o kłopoty. Dzisiejszy świat, fakt, że nie była już dzieckiem, a pełnoprawną kobietą. Zbyt kruchą, żeby mogła się bronić.
Nie oponował, kiedy zajmowała się jego dłonią. Szczypało, ale ból był potwierdzeniem życia. Widząc jej łzy, jęknął w duchu. Nigdy nie umiał sobie z tym radzić, nie mając pojęcia co robiło się w takich chwilach. Każdej innej osobie powiedziałby, żeby skończyła się mazać, ale Clementine miała szczególne względy.
Śledził więc przezroczystą kroplę, która spływała wolno po jej policzku, kończąc tracę na dłoni.
Co się wtedy robiło?
Wyciągnął zdrową rękę, ocierając następną łzę.
-To wina tego kutasa. Jeszcze chwila, a pożegnałby się z możliwością używania go - skomentował. Nie chciał nawet myśleć, co by się stało, gdyby nie przyjechał na czas.
Clementine Thallman
rycerz na białym koniu
: czw cze 18, 2026 12:29 pm
autor: Clementine Thallman
Jak na dziewczynę, która lubowała się w historiach o seryjnych mordercach strasznie emocjonalnie podeszła do widoku Deana, który zatracił się w przemocy. W ten swój niewinny sposób nie raz prawiła morały, że agresja nigdy nie była rozwiązaniem, ale tym razem sobie darowała wielkie przemówienia o słownym rozwiązywaniu problemów. Nawet ona wiedziała, że czasami nie dało się polubownie załatwić sprawy i trzeba było użyć siły, żeby pewne kwestie do kogoś dotarły. Nie spodziewała się, że Dean w takim stopniu wstawi się w jej obronie. Wręcz modliła się, żeby chociaż przekazał jej wiadomość Benowi, ale to... Jednocześnie w ten dziwny sposób jej to imponowało, a z drugiej strony miała wyrzuty sumienia, że wciągała w kłopoty przyjaciela brata.
Na sam ton jego głosu, sama była gotowa „wypierdalać” z pomieszczenia. Nawet zrobiła jeden mały krok w kierunku drzwi, ale nie mogła go w takim stanie zostawić. Nie po tym, jak on jej pomógł. Gdyby miała siłę, to zapewne wyszłaby na zewnątrz i przeprosiła każdego tego chłopaka, za nieuprzejmy styl bycia jej towarzysza, ale teraz nawet było jej to na rękę, że zostali sami. Szkoda tylko tej pary co nie miała możliwości zakończenia swojej intymnej chwili.
- Nic takiego? Ty krwawisz debilu. - zaczerpnęła powietrza do płuc i mocniej przycisnęła papier do jego rany. A już przez chwilę było jej go szkoda. Czar prysł, gdy tylko otworzył te pełne usta w jej stronę. - Czy moi bracia muszą o wszystkim wiedzieć? Już nie mogę wyjść z koleżanką na drinka? - obruszyła się, bo co jak co ale irytowało ją to, że Dean zawsze ją widział jako młodszą siostrzyczkę jego przyjaciela. Zachowanie Benjiego w jej stronę nie ułatwiało zmiany tego wizerunku, ale... Nie chciała, żeby Dean tak właśnie na nią patrzył. W jego oczach pragnęła być kobietą, którą się zdobywa i pragnie. Mocno to godziło jej ego, że akurat ze wszystkich mężczyzn na świecie, największy ruchacz pospolity w mieście patrzył na nią jak na małą dziewczynkę, która musi meldować się u rodziców.
Starała się obmyć jego knykcie z krwi, uparcie ignorując łzy, które spływały w dół. Zadrżała i uniosła swoje spojrzenie do góry, gdy poczuła jego dłoń na policzku. Otworzyła szerzej oczy na jego słowa. - Dlaczego? - wyszeptała wciąż jak zahipnotyzowana, wpatrując się w jego oczy. - Mogłeś go tylko odepchnąć. Dlaczego zareagowałeś aż tak? Czemu cię to rusza? Myślałam, że masz mnie gdzieś... - nie wiedziała jakiej odpowiedzi oczekuje po tych pytaniach. Jednak jej serce biło nierównomiernie szybko, gdy tak wpatrywali się w swoje oczy. Mimowolnie jej wzrok zjechał niżej. Wprost na jego usta. Zwilżyła koniuszkiem języka swoją dolną wargę i wstrzymała oddech. Co się z nią działo?
- Masz rozciętą wargę... Mogę? - niepewnie uniosła dłoń, żeby przyłożyć mokry skrawek papieru i do tej rany, ale się zawahała.
Clementine Thallman, czy ty chciałaś żeby on cię pocałował?
Głupia.
Dean Vanberg
rycerz na białym koniu
: pt cze 19, 2026 9:31 pm
autor: Dean Vanberg
Nie potrafił nad sobą zapanować; nawet nie chciał tego robić, wciąż mając w głowie przerażony głos Clementine, kiedy zadzwoniła. Myśl, że ten pojeb mógł jej coś zrobić sprawiała, że coś w nim pękło. Głęboko skrywany żal, maskowany gniew, który potrzebował ujścia. Gdy nadarzyła się okazja, nie próbował tego zatrzymać, niemal jak w amoku zadając kolejne ciosy, czując opór ciała. Nie miało znaczenia, że tak wiele osób znajdowało się na około nich. Też byli winni nie potrafiąc zareagować wcześniej, kiedy blondynka została osaczona przez niechcianego towarzysza. Serce biło mu pod wpływem adrenaliny i nie przestało nawet, kiedy został odciągnięty na bok, jak najdalej od miejsca niedoszłej zbrodni.
Oddychał głęboko, ciągle opętany jakąś złą siłą. Połowa ciała aż krzyczała w środku, by wracał i dokończył, dając odpowiednią nauczkę dupkowi. Druga zaś starała się uspokoić wiedząc, że jeszcze chwila, a trafiłby do więzienia być może za zabójstwo. Czas spędzony w poprawczaku powinien nauczyć go pokory, zamiast tego jednak ukazując mu jak niesprawiedliwy był ten świat. Był pewien, że żadne tłumaczenia nie przyniosłyby rezultatów działając na jego korzyść. Sztywni urzędnicy woleliby skupić się na jego agresji niż na fakcie, że Clementine mogła zostać trwale skrzywdzona.
Utkwił w niej spojrzenie, lekko mrużąc oczy. Doszukiwał się oznak, czy aby nie przybył za późno. Wydawała się jedynie w szoku, bez widocznej jawnie skazy. Znał ją wystarczająco długo by wyczuć, że gdyby sprawy zaszły za daleko, szybko by się zorientował. Czyli poza szramą na psychice, która jej pozostanie, mógł odetchnąć. Spełnił powinność wobec rodziny Thallmanów.
-Nie pierwszy raz. To tylko zwykłe otarcie, Thallman - odpowiedział. Niepotrzebnie zawracała sobie głowę zadrapaniami. Jego przeciwnik był w znacznie gorszym stanie i miał nadzieję, że nie uzyska pomocy od żadnej panny robiącej za pielęgniarkę. - Powinni. Jesteś ich młodszą siostrą i jestem pewien, że nie byliby zadowoleni. Drink? Jasne, ale może w jakimś lepszym miejscu, co? Nic do ciebie nie dociera, Clementine? Naprawdę jesteś tak głupia, że nie zdajesz sobie sprawy jak to się mogło skończyć? Zresztą gdzie te twoje koleżanki, co? Zacznij lepiej dobierać towarzystwo, a nie wybierać to, na które nawet nie możesz liczyć - wyrzucił z siebie. Powinien to zignorować. Była dorosła i mogła robić co chciała, biorąc odpowiedzialność za własne decyzje. A jednak coś w środku, jakiś stworek, popchnęło go wypowiedzenia tych gorzkich słów prawdy, licząc, że coś do niej dotrze. Czy się martwił? Nie znał tego uczucia, nie potrafił go nawet nazwać, ale z pewnością był wkurwiony na jej towarzyszki, które pewnie poszły w tany z jakimiś napaleńcami, rozkładając przed nimi nogi. Była też siostrą jego przyjaciela, nic dziwnego, że zależało mu na jej dobru.
-Naprawdę nie wiesz? - wyszeptał, utkwiwszy w niej spojrzenie ciemnych oczu, czując pod palcami jej łzy. - Za to, co chciał ci zrobić zwykłe odepchnięcie to zbyt łagodna kara. Ani Benjamin, ani Albert nie wybaczyliby mi gdybym to zignorował. Jako ich młodsza siostra jesteś pod ochroną - odpowiedział, wiedząc, że ma rację. Braterstwo może nie krwi, ale było silne. Czy Clementine chciała czy nie, została wciągnięta do tego towarzystwa.
Skinął lekko głową, nie spuszczając z niej wzroku. Pasowała jej zabawa w pielęgniarkę, sprawdziłaby się w tym zawodzie.
-Co jest, Thallman? Onieśmielam cię? - rzucił zaczepnie i uśmiechnął się lekko widząc jej wahanie. Znali się nie od dzisiaj, sporo czasu spędzając w swoim towarzystwie, a jednak ta reakcja była dość nietypowa. Do tej pory nie zauważył, by dziewczyna była w jakikolwiek skrępowana w jego obecności.
Clementine Thallman
rycerz na białym koniu
: sob cze 20, 2026 11:50 pm
autor: Clementine Thallman
Dean był chłopakiem, o którego zabiłyby się wszelkie czytelniczki Dark Romance. Nieraz ją kusiło, żeby go podpuścić, żeby wypowiedział słynne słowa, na które każda nastolatka czekała. „Kto ci to zrobił?” Okoliczności były idealne. Uratował ją z rąk oprycha. Przyjechał tutaj nabuzowany i jeszcze pobił tego kolesia broniąc jej cnoty. A gdy zaciągnęła go do łazienki, żeby opatrzyć w prowizoryczny sposób jego rany, to kazał każdemu wypierdalać, żeby zostać z nią sam na sam. Tylko to nie była historia spisana przez napaloną laskę, gdzie najlepszy przyjaciel twojego brata potajemnie cię kocha i jest gotowy roznieść cały świat dla ciebie. To był świat według Clementine Thallman, a w nim takie dziewczyny jak ona dostawały wykład na temat tego co powinny robić, a czego nie.
- Jakoś nikt inny mi się nie tłumaczy z tego co robi. Gdzie zatem jest Benji? Czemu to ty tutaj jesteś, a nie on? - w końcu to do brata dzwoniła, żeby wyciągnął ją z tej imprezy. - Mam wybierać lepsze towarzystwo? Czyli następnym razem mamy wywalić cię z domu? Ty chyba wszystko wiesz o kiepskich przyjaciołach co? - mocniej zacisnęła palce na papierowym ręczniku i wyrzuciła go do kosza. Całe jej zakłopotanie odeszło w niepamięć w momencie, gdy podniósł jej ciśnienie tą całą braterską pogadanką.
- Ty? Mnie? Chyba uderzyłeś się w głowę, Dean. - uśmiechnęła się słodko i zaczęła powolnymi ruchami kreślić paznokciem wzorki na jego klatce piersiowej. - Wiesz... Nawet mnie to bawi, że to akurat ty prawisz mi morały. Według ciebie jestem małą młodszą siostrzyczką, co z własnej głupoty ładuje się w kłopoty? Dobrze. W takim razie jak tak bardzo chcesz się zabawić w rolę starszego brata, to może zrobię ci przyspieszony kurs? - wypuściła z płuc oddech, samej nie wierząc w to, jakie słowa opuściły jej usta. Nie zamierzała jednak się cofnąć. Miała tego dość, że każdy ją miał za potulną dziewczynkę. Jeszcze w oczach Albiego lub Bena rozumiała to, ale... Najwidoczniej dwa drinki, które wcześniej wypiła, odebrały jej ostatnie pokłady rozsądku. Inaczej nie wdawałaby się z nim w taką grę. Skoro jednak miał ją za małolatę, to zamierzała spełnić jego fantazję.
- Albi na pewno zacząłby mi prawić morały, że moja sukienka jest niestosowna. Zapewne ściągnąłby swoją koszulkę i mnie zakrył. - poprawiła materiał tak, żeby odsłonić jak najwięcej dekoltu. Nawet nie poprawiła ramiączka, które luźno opadło w dół, wręcz przeciwnie dalej wyzywająco spoglądała w jego oczy. Serce biło niemiłosiernie szybko w jej klatce piersiowej, gdy dalej ciągnęła tą lekcję, do której zdecydowanie powinno brakować jej odwagi. - A Benji przerzuciłby mnie przez ramię i wyprowadził stąd, jakby widział mnie z jakimkolwiek kolesiem. Już nie wspominając o tym, jak im wytłumaczysz, że przy tobie ich mała słodka siostrzyczka się upiła. I to jeszcze żadnemu nawet nie powiedziałeś, że dzwoniłam. - wyszeptała czując, że przekraczała w tej chwili jakąś granicę. Stąpała po bardzo kruchym lodzie, ale gdzieś tam w środku nawet jej się to podobało.
Popchnęła go w stronę ściany i rzuciła się w kierunku drzwi. Nie było to łatwe zadanie na wysokich szpilkach. W tej chwili igrała z ogniem. Z siłą której do końca nie rozumiała i bała się tego wybuchu, albo jego braku.
Dean Vanberg
rycerz na białym koniu
: sob lip 04, 2026 11:18 pm
autor: Dean Vanberg
Jego wzrok wolno wodził po jej twarzy, zastanawiając się, kiedy nastąpił moment szaleństwa, który ją ogarnął. Czy w tę blond główkę wkradło się chwilowe upośledzające zaćmienie, które kazało jej wpakować się w taką kabałę? Jakiś pojebany zakład z koleżankami, że hej, uda jej się poderwać jakiegoś napaleńca, by później dać mu kosza? Well, świat nie działał w taki sposób i ktoś z aparycją Clementine musiał liczyć się z faktem, że facetom nie będzie łatwo się powstrzymać, tym bardziej, jeśli zasmakują takiego dobra chociaż troszeczkę. Litości! Wydoroślała, Vanberg nie był ślepy. I chociaż laska była z niej pierwszorzędna, nadal pozostawała siostrą jego najlepszego przyjaciela. Tą samą, którą solidarność z Benjaminem nakazywała chronić.
-Co, Thallman, przestało odpowiadać ci moje towarzystwo i nagle zapragnęłaś tu brata? - spytał, pochylając się w jej stronę. - Nachalny typ odpędzony i teraz nara, hm? - spojrzał jej w oczy, drocząc się z nią. Widział, jak grymas niezadowolenia, może irytacji wkradał się na tę uroczą buźkę. Zadziorna bestia, jeśli tylko pozwolono jej się uwolnić. Lewy kącik ust chłopaka powędrował ku górze, kiedy bacznie jej się przyglądał. W głowie pojawiały się obrazy, ale miał zasady - rodziny przyjaciół się nie tykało, niezależnie czy w sposób sprawiający przyjemność, czy ból. - Benjamin brał akurat prysznic. Naprawdę sądzisz, Clementine, że czekałbym, aż skończy robić sobie dobrze do jakiejś ponętnej rudowłosej? Tak bardzo żałujesz, że ja po ciebie przyjechałem? - wyrzucił tym razem znacznie bardziej poważnie. Zaczepny błysk w oku zniknął, jakby nie było go tam nigdy, a namiastka uśmiechu została zastąpiona kamiennym wyrazem. Głupie, naiwne dziewczę, które potrafiło zgrywać taką dojrzałą i buńczuczną tylko wtedy, kiedy nie groziło jej żadne niebezpieczeństwo. Słabe stworzenie, które potrzebowało ochrony, nie zdając sobie sprawy, jak wiele złego czekało ją za drzwiami tej obskurnej łazienki. Gdyby była kimś innym, machnąłby na nią ręką, pozwalając szaleć dalej, by następnego dnia mierzyć się z konsekwencjami własnych czynów. Nie zaprzątałby sobie głowy, samemu zapewne korzystając z uroków rozkręcającej się imprezy.
Że też Benjamin i Albert nie mogli mieć młodszego brata, który zapewne byłby mniej problematyczny.
Wzrok zsunął się na dłoń, którą znalazła się na jego torsie. Jeśli w taki sposób pogrywała z tamtym kolesiem, nie dziwił się, że chciał ją przelecieć. Prowokowała niewłaściwe osoby i Dean czuł się w obowiązku, żeby dać jej lekcję życia.
Słuchał paplaniny, która wydobywała się z jej ust. Litości, czy naszło ją na to właśnie w takim momencie? Reakcja na stres, traumę, czy jakiś uraz wewnętrzny? Płeć piękna zdecydowanie za często otwierała usta w nie taki sposób, jak powinna.
Uśmiechnął się lekko, bardziej opierając o chłodną ścianę brudnej łazienki. Kto wie ile różnego rodzaju wydzielin zdążyła przyjąć. A sądząc po jękach wydobywających się z jednej z kabin, niejeden kończył w taki sposób.
Ponownie usta stały się prostą kreską, a oczy pociemniały, kiedy patrzył, co wyprawiała. Widział, jak próbowała go prowokować, odsłaniając dekolt. Jak pokazywała, że ma kontrolę, o której nie miała zielonego pojęcia. Alkohol jej nie służył, to było widoczne, jak na dłoni. Przez twarz przemknął cień, kiedy bez słowa patrzył na nią spod przymrużonych powiek. Igrała z ogniem, bezmyślna.
Gwałtownie złapał ją za rękę, kiedy chciała opuścić łazienkę. Wyjść? Teraz? Niedoczekanie. Przyciągnął ją do siebie, plecami opierając o ścianę, przy której stał chwilę wcześniej. Złapał ją za nadgarstki, przyciskając je jedną dłonią do chłodnej powierzchni tuż nad jej głową.
-Jesteś taka naiwna, Thallman. Pamiętaj, że nie każdy jest taki, jak twoi bracia. Istnieją ludzie, których nie obchodzi nic więcej poza dobraniem ci się do majtek. A może to maska, co? Przysłaniasz się niewinnością, skrywając demona? - spytał, pochylając się nad jej twarzą, bezczelnie zabierając jej przestrzeń osobistą. Niech się nauczy brać odpowiedzialność za czyny. - Co zrobisz, jeśli nagle przestanę dbać o znajomość z twoimi braćmi? Jestem tylko facetem, a ty najwidoczniej uwielbiasz igrać z ogniem. Będziesz w stanie sprostać konsekwencjom swojego wcześniejszego wybuchu? - spytał gardłowo, owiewając skórę na jej szyi ciepłym oddechem.
Taka głupia…
Clementine Thallman
rycerz na białym koniu
: śr lip 08, 2026 12:39 pm
autor: Clementine Thallman
Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jaki był ten świat. Jakie zagrożenia czyhały na każdym kroku. Naczytała się o tym wystarczająco dużo, a jej ciekawość nawet popchnęła ją do tego, że korespondowała z osadzonymi. Przecież statystycznie największe zagrożenie często czaiło się właśnie w domu, więc nie zamierzała jak zakonnica siedzieć wieczności zamknięta w pokoju. Dzikie imprezy nie były w jej stylu. Przyszła tutaj tylko trochę potańczyć i napić się z koleżanką drinka. Skąd mogła wiedzieć, że Liv będzie chciała ją zeswatać z mężczyzną, który nie potrafił utrzymać rąk przy sobie? Postawiła jasno i wyraźnie granicę. Dała mu znać, że nie jest zainteresowana jego zalotami, ale...
- Każde towarzystwo jest lepsze niż ty! - zakryła dłonią usta i spojrzała z przerażeniem na chłopaka, który wręcz był chodzącym red flagiem. Ta jego pewność siebie wytrącała z równowagi. - Przepraszam... Ja... - poczucie winy zżerało ją od środka. W końcu Dean jej pomógł, a ona wyżywała się na nim przez to, że traktował ją jak jej bracia. Zdecydowanie powinna porozmawiać o tym z kimś, bo zakrawało to na szaleństwo. Wiele osób przecież w ten sposób ją traktowało, więc dlaczego przy nim akurat, to doskwierało najbardziej? Mimo tej całej plątaniny myśli i uczuć dalej prowokowała Deana, a to całe przedstawienie pewności siebie miało zakończyć się wraz z jej ucieczką.
Nie przewidziała tego jednak, że to poczucie kontroli było jedynie ułudą. Czymś, na co on jej pozwolił i zakończyło się wraz z jednym szarpnięciem za jej rękę.
Wstrzymała oddech, gdy jej plecy przylgnęły do kafelek, a ona musiała lekko zadrzeć głowę do góry, żeby spojrzeć na jego twarz. Rozchyliła delikatnie usta, gdy złapał w jedną dłoń jej nadgarstki i przyszpilił ją do ściany, sprawiając, że czuła się taka malutka. Co gorsza, działało to na nią w sposób, którego nigdy by się po sobie nie spodziewała. Tak była naiwna. Lekkomyślna, ale Boże w tej chwili jej myślom daleko było do tej niewinności. Wręcz rozpaczliwie chciała, żeby wreszcie zniknął dzielący ich dystans. Żeby pokazał jej coś, czego nigdy wcześniej nie czuła.
Kusiła już wielu facetów. Manipulowała nimi, żeby osiągnąć to co chciała, ale... To było za bezpieczną stroną ekranu, gdzie nikt nie znał jej tożsamości. Tutaj jednak to Dean rozdawał karty, a jej ciało zdradzało, jak bardzo była gotowa spełnić każdą jego prośbę.
- Dean... - wyszeptała, niemal jęcząc jego imię, gdy jego ciepły oddech owiał wrażliwą skórę na szyi. Niemal błagała go o chwilę uwagi, żeby przesunął wargami po tym czułym punkcie. Spoglądała na niego spod rzęs, wyobrażając sobie swój pierwszy raz tu i teraz. Nie powinna... Dean był przyjacielem jej brata. Nieprzyjemnym gościem, który uprzykrzał jej życie na każdym kroku, ale to właśnie jego chciała w tym momencie.
- A co jeśli nie chcę być taka niewinna? Nie znasz mnie... - uniosła ostrożnie nogę do góry, przesuwając obcasem po jego łydce, żeby wbić szpilkę mocniej w jego udo, gdy oparła się mocniej nogą o jego biodro. - Każdy puchaty kotek ma swoje pazurki. - co ona robiła?! Serce waliło jej jak oszalałe. Nie była w stanie jednak tego zakończyć.
Była taka głupia...
Dean Vanberg
rycerz na białym koniu
: ndz lip 19, 2026 4:27 pm
autor: Dean Vanberg
Lustrował wolno jej twarz, rejestrując każdą, najmniejszą na niej zmianę. Sprawiało mu to dziwną radość i satysfakcję, chociaż jedyne, co powinien teraz zrobić, to wyprowadzić dziewczynę z klubu, wpakować na motor i odstawić do domu, gdzie bezpiecznie mogła zostać przekazana w ręce swoich braci. Czy będzie w stanie opowiedzieć im, czego omal nie doświadczyła? Była dorosłą kobietą i Dean nie miał najmniejszego zamiaru mieszać się w jej stosunki z rodzeństwem, niemniej był pewien, że zarówno Albert jak i Benjamin byliby niepocieszeni, gotowi na pogadankę. Zabawne, bo temu drugiemu też często takowe by się przydały. Czy to w ogóle nie zalatywało trochę hipokryzją?
Machnął mentalnie ręką na te rozważania. Świat męski i świat żeński różniły się od siebie. Kobiety miały trudniej, bo musiały zmagać się z większą ilością zagrożeń. Czy Clementine w ogóle to dostrzegała? Czy wiedziała, jak mogła działać na facetów, dla których utrzymanie przy sobie rąk było zbyt trudne, a jedynym co im zostało było wykorzystanie siłowej przewagi nad słabszą osobą?
Taka naiwna i potrzebująca odpowiednich lekcji. Poczuł się w dzikim obowiązku, by jej ich udzielić.
Usta nieprzerwanie wodziły zaledwie kilka milimetrów nad jej skórą, nie przekraczając granicy. Były tu by prowokować, by uświadomić. Przez krótką chwilę pojawiła się myśl, by pozwolić sobie na więcej, zasmakować zakazanego owocu, który kusił. Zapomnieć o złożonych obietnicach i limitach, które pojawiły się z szacunku do najlepszego przyjaciela. Dać się ponieść chwili, nie bacząc na żadne konsekwencje.
Jak para w jednej z kabin, która czerpała z życia wszystko na co miała ochotę.
Poczuł, jak jego ego pnie się w górę, kiedy wyszeptała jego imię. Dosłyszał to delikatne drżenie, które tak często było zaproszeniem i zgodą na dalszą zabawę, w której Vanberg przejmował pałeczkę.
-Nie wygląda na to, żeby teraz moje towarzystwo było z tych najgorszych - powiedział cicho, lekko się prostując, by spojrzeć w twarz blondynki. Delikatny rumieniec na jej policzkach dodawał jej uroku i sprawiał, że tancerz reagował jak każdy normalny, zdrowy facet, którego odporność na kobiece wdzięki była kwestią sporną.
-Kusisz, Thallman. Masz rację, takiej cię nie znałem - wymruczał, czując jej nogę n swoim ciele. Czy tak samo podeszła do tego kolesia, którego rozkwasił na parkiecie? Stosowała te same sztuczki, żeby zobaczyć, gdzie zaczynały się granice? - Nie każdy puchaty kotek wie, jak ich używać. Co, jeśli podrapie nieodpowiednią osobę? - dodał, przesuwając delikatnie wolną dłonią po jej talii. Czuł bijące ciepło od jej skóry i gdyby tylko chodziło o kogoś innego, dołączyłby do kabiny obok, dając upust wewnętrznym żądzom.
Clementine Thallman