Strona 1 z 1

rycerz na białym koniu

: pt cze 12, 2026 11:46 pm
autor: Clementine Thallman
„Dziwne stękanie się nagle rozlega
Czyżby to ktoś wspinał się?
Przez okno księżniczka dostrzega
Konia co rży, czy tam rżnie
To był koń na białym rycerzu
Na białym rycerzu był koń
To był koń na białym rycerzu
Na białym rycerzu był koń”



To nie był jej świat. Nie jej bajka ani kredki, więc stojąc na palarni i krzywiąc się za każdym razem, gdy ktoś chuchał jej w twarz, nikotynową chmurą próbowała dodzwonić się do brata. Nerwowo przenosiła ciężar ciała z jednej nogi na drugą i czekała, aż Benji odbierze i uratuje ją z tej imprezy. Z ulgą odetchnęła, gdy po drugiej stronie rozległy się dźwięki świadczące o tym, że ktoś przyłożył urządzenie do ucha. - Benji. Ratuj mnie. Jestem w Fifth social club. Moja koleżanka próbuje mnie zeswatać ze swoim kolegą. Ciągle wyciąga mnie na parkiet i przyciska do siebie. Łazi za mną i próbuje mnie upić. Nogi mnie już bolą i chcę do łóżka... - na jednym wydechu zaczęła marudzić i po chwili umilkła słysząc w słuchawce ten głos... Dean... Mocniej zacisnęła palce na telefonie i zerknęła na ekran, czując jak serce wali jej w piersi. Wybrała przecież dobry numer...- Um... Ja... Możeesz przekazać... Proszę... - cała pewność siebie, jaką miała jeszcze przed chwilą, uleciała niczym powietrze z balonika. Nie czekając na żadną odpowiedź, próbowała nacisnąć czerwoną słuchawkę, żeby zakończyć to żenujące przedstawienie, ale jej palec zjechał z małej ikonki. Podskoczyła przestraszona, gdy poczuła ciężką dłoń na swoim ramieniu.
- Tu jesteś... Wszędzie cię szukałem. - przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz, gdy mężczyzna przyciągnął ją do siebie. Mdliło ją już od zapachu jego perfum i alkoholu, który wciąż jej podsuwał. Teraz nie było inaczej. Tyle, że tym razem chętnie przyjęła od niego szkło z jakimś kolorowym drinkiem, używając tego jako pretekstu do odsunięcia.
- Właśnie dzwonił mój brat. Rodzinny kryzys. Zaraz będzie po mnie... - pomachała telefonem, który wciąż miała w dłoni nie zauważając nawet, że połączenie dalej trwało. - Czyli mamy mało czasu? Sprawdzasz dziś maleńka moją cierpliwość. Udajesz taką niedostępną... - wypuściła z dłoni urządzenie, gdy tylko mężczyzna przycisnął ją do ściany i nachylił swoją twarz w jej stronę. Wmurowało ją. Nie wiedziała co powinna zrobić w takiej sytuacji. Powinna wylać na niego tego drinka? Wołać o pomoc? Czuła jak jej drobne ciało drżało z przerażenia, gdy tamten przejechał kciukiem po jej pełnej dolnej wardze. Chciał ją pocałować? Zgwałcić? Boziu…
- Ja muszę iść... - wymówiła cicho te słowa i odwróciła twarz w idealnym momencie. Poczuła jego mokre wargi na swoim policzku i delikatnie odepchnęła podrywacza korzystając z tego, że był zaskoczony. Schyliła się po telefon i szybkim krokiem ruszyła do środka klubu. Już po otwarciu drzwi uderzyła w nią głośna muzyka. Starała się w tłumie ludzi dojrzeć swoją koleżankę, która miała numerek do szatni, ale na próżno.
- Przepraszam. - przepychała się pomiędzy ludźmi do stolika, przy którym ostatnio siedziała z koleżanką. Pusto... Zerknęła na parkiet, na którym tańczyły pary, ale tutaj również nie dostrzegła znajomej sylwetki Olivii. W geście desperacji zaczęła się kierować w stronę kolejki do toalety, po drodze zostawiając drinka na jednym ze stolików. - Ciągle mi uciekasz. - pisnęła, gdy on znowu złapał ją w swoje ramiona.


Dean Vanberg

rycerz na białym koniu

: sob cze 13, 2026 1:52 am
autor: Dean Vanberg
Obecność Deana w domu Thallmanów nie była niczym szczególnym. Benjamin był jego najlepszym przyjacielem, a co za tym szło bywał u niego dość często, podobnie, jak ten swoimi buciorami właził do domu Vanberga. A raczej jego ciotki, niemniej kobieta bywała tam ostatnimi czasy tak rzadko, że chłopak zaczynał traktować posiadłość tak, jakby należała do niego. Podobnie zresztą pokój kumpla, w którym zawsze działo się tak wiele.
-Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że nagle znudziło ci się jaranie, co? - wywrócił oczami, zerkając na chłopaka znajdującego się obok siebie. Próbował przekonać go do skręta, który był idealną przerwą pomiędzy kolejnymi rozgrywkami na konsoli, jednak ten wyjątkowo się wzbraniał. Siłą go nie zmusi, bez zgody gospodarza nie miał też zamiaru smrodzić zielskiem, którego osobiście i u siebie nie jarał, kulturalnie nawiedzając ogród. Może i miał swobodę, ale szanował swoją ciocię i nie chciał jej gorszyć.
Machnął ręką na odczepnego, kiedy Benjamin stwierdził, że idzie się wykąpać. Rozczarowujące, że nie zaproponował mu towarzyszenia, a co za tym szło, oszczędności wody. Zabieg ten przecież przyczyniłby się do ochrony planety, jak i dostarczył im niebywałej przyjemności. O tym jednak Ben miał się nie przekonać, na własne życzenie.
Skupiając się na grze, w pierwszej chwili zignorował usilnie brzęczący telefon przyjaciela. Kto też tak się do niego dobijał, skoro nie miał dziewczyny. Ani chłopaka. Zaraz, czy Vanberg o czymś nie wiedział?
Niewiele myśląc, a już z pewnością nie o tym, że poniekąd prywatność Thallmana, odebrał chcąc poznać personalia osoby, której zależało aktualnie na obecności Benjamina.
-Clementine? - Przebił się przez wiązankę słów, jaką puściła. Skąd ta młoda miała tak pojemne płuca, żeby na jednym wydechu zaszczycić go kilkusekundowym monologiem.
Zmarszczył lekko brwi, kiedy dowiedział się, co co chodziło. Blondynka była młodszą siostrą jego najlepszego kumpla, a co za tym szło, Dean był za nią odpowiedzialny. Braterstwo z wyboru zobowiązywało.
- Jasne, zaraz mu przekażę. Tylko nigdzie się nie ruszaj - polecił jej, notując w umyśle miejsce, gdzie była. Nawet nie wnikał, czemu właściwie tam polazła, jak ledwo z pieluch wyrosła (na dobrą laskę, tak nawiasem), ale reprymendę zostawi jej prawdziwemu rodzeństwu.
Zorientowawszy się, że połączenie nie zostało zakończone, przysłuchiwał się rozmowie i głosowi jakiegoś napaleńca bez honoru. Aż wewnętrznie mu się flaki przewróciły, że jakiś skurwiel mógł dostawiać się co Clem. Niech tylko Vanberg go zobaczy, a buźkę ładnie poprzestawia. Zacisnął dłoń w pięść, odliczając do pięciu, tak na uspokojenie.
-Młoda? - rzucił do aparatu, nie doczekawszy się jednak odpowiedzi. Biorąc telefon ze sobą, zerwał się z fotela. Wiedząc, że Benjamin nie zdąży się ogarnąć, rzucił mu jedynie krótkie “wychodzę” i już go nie było. Nie miał zamiaru pozwolić, żeby Młodej coś się stało, a czas, który by zmarnowali na czekanie mógł przesądzić o wszystkim.
Udał się do domu i posadził swoje zgrabne cztery litery na motor, kierując się w stronę klubu. Wparował do środka niczym Terminator w mniejszej wersji, rozglądając się w poszukiwaniu znajomej blondynki. Przepchnął się przez tłum, pociągając z bara kilku pijanych kolesi. Nie miał na nich teraz czasu. Omiótł spojrzeniem salę, ostatecznie dostrzegając zgubę.
-Czy ty kurwa po ludzku nie rozumiesz, jak ci panna mówi, żebyś spierdalał? - zmarszczył brwi i nie bawiąc się w jakieś słowne łagodzenie sprawy, wymierzył mu solidnego sierpowego, czując na pięści opór jego twarzy. Poczuł się na tyle wzburzony, że niewiele go interesowało, poza bezpiecznym odstawieniem dziewczyny do domu.

Clementine Thallman

rycerz na białym koniu

: sob cze 13, 2026 6:32 pm
autor: Clementine Thallman
Było to zaskakujące, jak człowiek łatwo ulegał fascynacji, wobec zagrożenia. Ona nie była wyjątkiem. Przez lata czytała o psychologii ofiar. Nigdy jednak nie przypuszczała, że sama znajdzie się w takiej sytuacji. Żadna jednak teoria nie była w stanie jej przygotować na ten moment. Czuła się bezradnie przy tamtym mężczyźnie, gdy coraz nachalniej próbował nagiąć ją do swojej woli. Przez myśl nawet jej przeszło, że bardzo dobrze, że nie upiła ani łyka z tamtego drinka, którego jej dał. Nie widziała procesu jego przygotowania, a wcześniej bardzo tego pilnowała. Bała się tego, że on zrobi jej krzywdę, a nikt nawet jej nie pomoże. Byli w klubie pełnym ludzi, ale ilość alkoholu, innych używek oraz głośna muzyka, idealnie tuszowała znamiona molestowania, którego doświadczała.
Ze łzami w oczach próbowała odepchnąć dłoń, która wodziła wzdłuż jej nagiego uda. Przeklinała w tej chwili własną głupotę, że skusiła się założyć tego dnia wysokie obcasy i króciutką sukienkę. No właśnie... Z całej siły wbiła obcas buta w stopę amanta, ale ten jedynie zacisnął boleśnie łapsko na jej udzie. Szarpnęła się, czując ból, ale był to raczej trzepot małego ptaszka w klatce niż realna możliwość ucieczki.
- Mój brat cię zabije! - o ile Dean mu przekazał wiadomość... O ile był w drodze... O ile ją znajdzie... Boże, skończy jak tamte dziewczyny, które odnajdywano po kilku dniach w rowie, a ich brutalna historia była zamknięta w kilku zdaniach na pierwszej stronie gazet.
Później wszystko działo się zbyt szybko, żeby była w stanie zarejestrować każdy ruch. Jednak, gdy tylko uścisk zelżał, zerwała się na równe nogi i potknęła, gdy tamten mężczyzna próbował ją złapać przez co straciła równowagę.
Instynktownie schowała się za plecami swojego brata, poprawiając sukienkę, która podjechała zbyt niebezpiecznie do góry. I dopiero, gdy podniosła swój wzrok na wybawiciela, to uświadomiła sobie, że to nie był Benji jak początkowo myślała. Dean... Pieprzony przyjaciel jej brata, który odebrał ten nieszczęsny telefon, przyjechał po nią...
Tamten próbował oddać... Wywiązała się krótka bójka pomiędzy mężczyznami, a ona stała z boku przerażona, niezdolna do jakiejkolwiek interwencji. Jednak, gdy kątem oka zauważyła zbliżającą się ochronę klubu, ujęła delikatnie ramię Deana, próbując zwrócić jego uwagę na siebie. - Dean... Proszę... - pociągnęła chłopaka w swoją stronę nie odwracając wzroku od zmasakrowanej twarzy podrywacza. Należało mu się. Wiedziona jakimś impulsem, nadepnęła na krocze typa, który jeszcze przed chwilą próbował ją dotykać. Sama była w szoku, że zdobyła się na taki gest, ale nie mieli teraz czasu na rozmyślania. Odciągnęła Deana na bok, żeby umknąć z miejsca zdarzenia. Prowadziła go przed siebie, trzymając jego dłoń delikatnie pomiędzy swoimi palcami. Nie myślała logicznie, gdy przy akompaniamencie męskich gwizdów wparowała do męskiej toalety. Kolejka do damskiej była zbyt duża, a tutaj... Cóż nie była jedyną kobietą w pomieszczeniu, biorąc pod uwagę jęki dochodzące z jednej z kabin.
- Jesteś ranny.. - nieśmiało ujęła dłoń chłopaka, żeby przyjrzeć się ranie na jego knykciach. Nasączyła sporą ilość papieru zimną wodą i zaczęła delikatnie przemywać skaleczenie. Starała się zająć umysł czymkolwiek. Tyle, że ciało ją zdradzało, jak bardzo była przerażona. - To moja wina.... - szloch wstrząsnął jej ciałem, a pierwsza łza popłynęła po jej policzku zatrzymując się na jego dłoni.

Dean Vanberg