Strona 1 z 2
I'm also just a girl, standing in front of a boy
: sob cze 13, 2026 3:28 pm
autor: Mara Lakefield
outfit
Nie spodziewała się, że tamtego wieczoru spędzi całą noc z Lazare i wyjdzie dopiero przed południem. Serce jej waliło jak młot, gdy wtulona w niego przyznała się, że nie chce jeszcze iść. Że jeszcze się nim nie nasyciła i chce więcej. Nie była pewna czego się spodziewać - czy go nie wystraszy? Nie zirytuje? Dotychczas aura tajemniczości, którą się otaczał była pociągająca, ale w tamtym momencie wzbudzała w niej strach oraz niepewność. Okazało się, że całkowicie niepotrzebnie. Przynajmniej przez najbliższe godziny, które spędzili już w jego sypialni i łazience, zamiast na blacie w kuchni. Przyjemnie było zasnąć w męskich ramionach i obudzić się czując obok ciepło ciała drugiej osoby. Brakowało jej takich poranków - spędzonych leniwie w łóżku z mężczyzną, który potrafił nie tylko zaspokoić ją fizycznie, ale także rozśmieszyć i wciąż wzbudzać w niej zainteresowanie swoją osobą. Dlatego tak jak chciał Lazare, ale i ona sama - poranek również spędzili razem, a Mara nie ukrywała szczególnie, że się nie spieszy, by wyjść. Rzeczywistość ją jednak wzywała - musiała pojechać do pracy, miała umówione spotkania.
W dodatku przecież to miała być tylko ta jedna noc, prawda? Moreau nie zapraszał jej przecież na randkę, to wszystko się potoczyło naturalnie wraz z tym jak mijał im wieczór przy kolacji i przy drinkach. Mara była świadoma, że od takich mężczyzn jak blondyn nie może oczekiwać niczego więcej poza jednorazową przygodą. Albo nie potrafiła już oczekiwać czegoś więcej po tych wszystkich porażkach, które poniosła na tym polu.
Dlatego po wyjściu z jego domu, nie kontaktowała się z nim. Wiedziała , gdzie go znaleźć. On również bez problemu mógł się z nią skontaktować. Zamiast tego, przestał przychodzić na spotkania, co rudowłosą nie zaskoczyło aż tak bardzo, w końcu sypianie ze swoją terapeutką stanowiło spory konflikt. Miała jednak nadzieję, że znalazł odpowiednie wsparcie i pomoc w innym ośrodku, bo tak - nie potrafiła przestać o nim myśleć. Przez pierwsze dni jego milczenie ją nie ruszało. Powtarzała sobie cały czas, że to był tylko jeden raz. Nic nie znaczący jeden raz.
Powtarzała sobie to każdego dnia, aż zdała sobie sprawę, że coraz częściej sprawdzała telefon, czy może nie napisał, a przychodząc na spotkania rozglądała się z nadzieją czy może jednak dzisiaj się nie pojawi. Z czasem uświadamiała sobie, że myśl o nim nie uciekła tak jak sądziła, że się stanie. Wbił się jej do głowy, zajmując sobie wygodnie miejsce i nie chcąc stamtąd odejść.
Jadąc dzisiaj do niego czuła się ż a ł o ś n i e. Powtarzała sobie cały czas, że robi to jako terapeutka. Wmawiała sobie, że jest to działanie podyktowane tylko i wyłącznie względami zawodowymi- w końcu była przez krótką chwilę jego terapeutką, a jego nagłe zniknięcie ze spotkań, może budzić niepokój i powinna sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, prawda? Chodziło tylko i wyłącznie o to.
Jednak w głębi wiedziała, że okłamuje samą siebie. Tak, zaczęła się o niego martwić, ale nie tylko jako terapeutka. Była też szczerze ciekawa, co u niego słychać, bo… spodobał jej się. Cholera, czy w tym wszystkim była jeszcze do tego tęsknota?. Wiedziała, że nie powinno to tak wyglądać . Co innego jedna szalona noc, a co innego, gdy się zaczyna czuć coś więcej poza czystym pociągiem fizycznym. Tym bardziej, że miała nieodparte wrażenie, że Lazare nie należy do osób zainteresowanych czymkolwiek więcej poza chwilowymi uniesieniami, a następnie rozejściem się każde w swoim kierunku. Dlatego czuła się żałośnie, że stała właśnie pod jego drzwiami i pukała, chociaż po jej ostatnim wyjściu z mieszkania nie wyraził żadnego zainteresowania jej osobą. Schowanie dumy do kieszenie i udanie się tutaj kosztowało ją sporo wysiłku, ale odważyła się . Z uwagi na wieczorną porę wzięła z pobliskiej kawiarni dwie gorące, zielone herbaty oraz kilka słodkich, pistacjowych eklerków. Czy faktycznie wyglądała jak zmartwiona terapeutką czy może jak narzucająca się kobieta zainteresowana jego osobą? Pozostawiała to już do oceny Lazare.
lazare moreau
I'm also just a girl, standing in front of a boy
: wt cze 16, 2026 9:45 am
autor: lazare moreau
Jemu też.
Jemu też
brakowało tego, co niespodziewanie przyniosła mu nie tylko noc spędzona z Marą Lakefield, ale także - a może
przede wszystkim - co zapewnił następujący po niej poranek. Brakowało mu powolnego wybudzania się z głębokiego snu, takiego, jakim spało się wyłącznie po solidnym orgazmie przeżytym, dla odmiany, nie w pojedynkę, ale z kimś kto oprócz atrakcyjnego ciała posiadał też poczucie humoru i intrygującą osobowość. Brakowało mu nieśpieszności doprowadzania się do porządku po wygrzebaniu się z ciepłej jeszcze pościeli. Brakowało mu kawy pitej w towarzystwie i śniadań sporządzanych w ramach wielkiej, leniwej improwizacji, a jednak zaskakujących smakiem i nasyceniem, które ze sobą przynosiły.
Jednym słowem: brakowało mu życia prowadzonego z kimś innym, choćby przez jeden tylko poranek, który - przecież w domyśle byli na to niemalże umówieni, prawda? - nie miał prawa prowadzić do niczego poważniejszego.
Brakowało mu tego wszystkiego o wiele bardziej, niż chciał, lub potrafiłby się przed samym sobą przyznać.
W pierwszych dniach po tym, co przytrafiło mu się z Marą, a co nadal uparcie próbował nazywać w myślach jedynie jednorazową przygodą, blondyn nadal jeszcze trwał w przyjemnym przeświadczeniu, że absolutnie, bez cienia wątpliwości, ma wszystko pod ścisłą kontrolą. To prawda, że nie planował jak skończy się ich kolacja, ale też nie mógł zaprzeczyć, że to co się między nimi wydarzyło zdecydowanie stanowiło jedną z opcji rozważanych przezeń jeszcze zanim wylądowali na blacie w jego kuchni. Nawet, jeśli nie dywagował nad tym świadomie.
I czy było w tym cokolwiek niewłaściwego? Przecież obydwoje byli dorośli. Kłamstwem byłoby też stwierdzenie, że Lazare nigdy wcześniej nie zaliczył jednonocnej przygody, która mogłaby skończyć się czymś więcej, a jednak została przezeń świadomie ukrócona w głębokiej świadomości, że on przecież ani nie chce, ani nie potrafi się wiązać. I przywiązywać. Przywiązanie było o wiele bardziej niebezpieczne niż potencjalne choroby weneryczne i gigantyczny kac - ryzyko wiecznie związane z przygodnym seksem.
A więc tak: przez pierwsze parę dni, Lazare trwał w poczuciu głębokiego spokoju i ukojenia, jakby coś bardzo żywego i bardzo głośnego, co awanturowało się wcześniej w jego wnętrzu, zamilkło nagle, przyjemnie usatysfakcjonowane sposobem w jaki zakończyła się jego randka kolacja z rudowłosą. I na tym miało się skończyć, bo Moreau obiecał sobie, że nie będzie upominał się o ciąg dalszy, nawet jeśli z każdym kolejnym mijającym wieczorem sylwetka psychoterapeutki, nieproszona (ale też nie-niechciana), wkradała się w delikatną tkankę jego myśli i snów.
Najlepszym rozwiązaniem jakie przyszło mu do głowy było, zupełnie jakby inspirował się strategią wyznawaną przez nikogo innego jak samego Nadira, zniknięcie. Nie był nastolatkiem żeby blokować numer Mary w komunikatorach, ani idiotą, który nie odpisałby jej gdyby to ona postanowiła skontaktować się z nim pierwsza, ale odejście z grupy terapeutycznej wydawało mu się całkiem niezłym rozwiązaniem. I tak jedyną korzyścią, którą póki co z niej uzyskał, był romans z prowadzącą...
Jeśli obojętność, którą sobie względem Mary obiecał, była dlań o wiele trudniejsza niż się spodziewał, Lazare nie miał zamiaru rozmyślać o tym dłużej niż parę sekund każdego dnia. A ponieważ wiadomo, że najlepszym sposobem na radzenie sobie z natrętnymi myślami - o czym zresztą na spotkaniach grupy dywagowano wielokrotnie (więc może coś mu jednak w głowie z tych spotkań zostało...) - była podobno konstruktywna dystrakcja, Moreau postanowił zająć się czymś, co nie kojarzyło mu się z Marą Lakefield. Początkowo rozmyślał wyjazd z Toronto, choćby na parę dni, albo zapisanie się na przyspieszony kurs hiszpańskiego, ogrodnictwa, albo lekcji lepienia z gliny, ale ostatecznie stanęło na tym, na czym stawało zazwyczaj: Lazare wpadł w chaotyczny wir treningów i spotkań z osobami, które jeszcze kompletnie go nie skreśliły ze swojej listy zawodowych kontaktów, i które, miał nadzieję, mogłyby pomóc mu odzyskać choćby jakiekolwiek strzępki jego kariery.
Tego dnia, kiedy Lakefield (wreszcie, na szczęście) się złamała, Lazare był zatem po długim i nużącym śniadaniu z zastępcą dawnego trenera, i po sesji zdjęciowej z jednym z mało popularnych, sportowych portali internetowych. Czuł się wypłukany tak z energii, jak i z jakiejkolwiek godności, i gdy tylko dotarł wreszcie do domu, miał silną potrzebę żeby zmyć z siebie wspomnienie minionego dnia jak resztki złego snu. Nastawił więc tylko płytę winylową, z której sączył się teraz niski i chrapliwy pomruk jazzu, i nalał sobie - ale nie zdążył go jeszcze upić - kieliszek czerwonego wina, a potem zniknął za drzwiami łazienki i we mgle pary wodnej.
To zatem, w jakim stanie otworzył Marze, gdy pukanie do drzwi przebiło się wreszcie przez dźwięk muzyki mur jego zamyślenia, było naturalnym następstwem jego prysznica: nonszalancko ubrany jedynie w szare, dresowe spodnie, i w zasadzie nic więcej, z ramionami nadal zroszonymi wodą i wilgotnymi włosami opadającymi na zaróżowione po kąpieli czoło. Przez kark przewieszony miał ręcznik, a w oczach zaskoczenie. Ale bynajmniej nie niechęć. Co samo w sobie mogło być zarówno dobrą, ja i złą wiadomością.
- Mara - Powiedział głupio, ale przynajmniej miło, że pamiętał jej imię.
Jak mógłby zapomnieć?
Nie tyle zamarł, co zastygł, w myślach prowadząc szybki inwentarz tego, jak wygląda jego mieszkanie, i czy spaliłby się ze wstydu gdyby miał wpuścić ją do środka. Na szczęście ledwie dzień wcześniej odwiedziła go jego gosposia, więc przestrzeń była wolna od najróżniejszych upokarzających dowodów jego depresji i samotności, a lodówka pełna. Jego wzrok zawisł na logo sąsiedzkiej kawiarni, o której wiedział, że mają najlepsze słodycze w okolicy, a na które jednak niezwykle rzadko sobie pozwalał. Uśmiechnął się, unosząc wyłącznie lewy kącik warg. Nonszalancki, trochę zawadiacki, jak to on.
- Nie wiedziałem, że w ramach pracy charytatywnej zajmujecie się teraz także wizytami domowymi... - Rzucił, usuwając się w drzwiach. Wszelkie możliwe niewygodne rozmowy lepiej było prowadzić w mieszkaniu niż na korytarzu, co wiedział z autopsji - Wejdziesz?
Mara Lakefield
I'm also just a girl, standing in front of a boy
: śr cze 17, 2026 9:21 am
autor: Mara Lakefield
Szlag.
To było pierwsze, co pomyślała, gdy otworzył jej drzwi. Czy naprawdę musiał tak wyglądać, akurat wtedy, kiedy ona była po całym dniu w pracy w wygniecionych spodniach i pewnie lekko potarganych przez wiatr włosach? Czy musiał stać przed nią bez koszulki z widocznymi jeszcze kropelkami wody na tym idealnie wyrzeźbionym ciele, które nie mogło ujść jej uwadze? Po wspólnie spędzonej nocy nie mogłoby być przecież inaczej. Doskonale pamiętała to ciepło, kiedy się w niego wtulała i elektryzujące pocałunki, które zostawiał na jej skórze. Kiedy jeszcze pukała do drzwi wmawiała sobie, że robi to tylko jako jego była niedoszła terapeutka. Lecz wszystko szlag trafił , kiedy tylko go zobaczyła i wiedziała już, że na innych swoich pacjentów tak nie reagowała. Był kiedyś taki jeden, szczególny, z którym prowadziła swego rodzaju spotkania, ale niestety wyjechał ponownie ją zostawiając. Dlatego stojąc teraz przed Lazare, zdawała sobie sprawę, że w tym co ją połączyło z Moreau było coś więcej niż tylko standardowa więź lekarz - pacjent.
Przynajmniej jeżeli chodziło o nią, bo co skrywał w sobie blondyn nie miała pojęcia. Co się kryło za tym zawadiackim uśmiechem i chwilową konsternacją? Czy w ostatnich tygodniach chociaż raz przez jego głowę przeszła myśl o jej osobie? Czy może wraz z zamknięciem za nią drzwi, trafiła ona do otchłani, gdzie wrzucał wszystkie swoje jednorazowe przygody? Mara czuła nieprzyjemny ucisk w żołądku uświadamiając sobie, że nie tego chciałaby dla wspomnienia jej sylwetki. Może niekoniecznie (teraz) jakiegoś szczególnego miejsca, ale nie chciałaby zostać wyrzucona tak drastycznie z wszelkich myśli. Nie chciałaby zostać zapomnianą. Na pewno nie przez niego.
To, że pamiętał jej imię świadczyło chyba o tym, że prawdopodobnie chociaż minimalnie nie była mu obca. Tak, tak chciała sobie wmawiać z jakąś ukrytą głęboko nadzieją, której nie była gotowa wygrzebywać. Roześmiała się słysząc o wolontariacie. Krótko, ale szczerze kręcąc przy tym głową.- Pracy charytatywnej?- spytała jakby nie dosłyszała, ale dotarło do niej każde jego słowo. W końcu wyczekiwała jak na szpilkach jego reakcji na jej widok w swoich drzwiach. - Akurat wizyty domowe są płatne extra, więc to opłacalna dodatkowa robota- rzuciła z lekkim uśmiechem i oczywiście skorzystała z zaproszenia, aby wejść do środka. Starała się nie rozglądać po pomieszczeniu, które zdążyła już dobrze poznać poprzednim razem. Mimo wszystko dostrzegła porządek, który w jej oczach potwierdzał jego obraz jako człowieka dążącego do perfekcji. Człowieka, który przed dokonaniem jakiegokolwiek ruchu wszystko analizuje, aby nie popełnić błędu. Dlatego momentami zastanawiała się jak to możliwe, że wplątał się w aferę dopingową? Gryzło jej się to, ale wiedziała też, że brakuje jej jeszcze paru elementów, bo przecież tak niewiele o nim wiedziała. Po cichu liczyła, że pozna więcej i już niezależnie od roli jaką spełni w jego życiu.
- Byłam akurat w pobliżu, więc uznałam, że wpadnę sprawdzić jak się miewasz, bo nie widziałam Cię dawno w ośrodku- niewinne kłamstwo, bo przecież musiała trochę nadrobić drogi. Do tego już żałowała użycia słowa dawno, które jawnie podkreślało to, że chętnie spotkałaby się z nim wcześniej. - Przyniosłam coś słodkiego. Oczywiście bez kasztanów- uśmiechnęła się nieco szerzej wręczając mu torbę z zakupami, ale kubki z herbatą wciąż trzymała na kartonikowym uchwycie żałując także w tym momencie, że w ogóle ją wzięła czując się wciąż żałośnie niczym nastolatka.
lazare moreau
I'm also just a girl, standing in front of a boy
: ndz cze 21, 2026 12:03 pm
autor: lazare moreau
Lazare przyjął torbę w ramach instynktownego refleksu, jakby jego ciało przejmowało kontrolę nad umysłem na wzór tego, co zwykło dziać się gdy znajdował się na lodowisku podczas zawodów i turniejów. Ot, akcja - reakcja.
Dopiero po chwili, już wynikiem świadomej decyzji, rozwarł papierowe krawędzie torby i spojrzał do środka. Pistacje. Oczywiście. Na krótką sekundę coś ścisnęło go pod żebrami tak mocno, że niemal się skrzywił. Mara pamiętała.
Nie te wielkie rzeczy, które inni ludzie zwykli uznawać za istotne, jak ilość igrzysk, w których uczestniczył w przeszłości, liczbę zdobytych przezeń medali i ich barwę, albo wartość kontraktów podpisanych przez Moreau z prestiżowymi sponsorami. Mógł się założyć, że rudowłosa nie znała na pamięć większości jego rekordów, nie byłaby w stanie wymienić wszystkich reklam, które zrealizował, ani też wyrecytować szczegółów afery, która rozwaliła jego karierę na kawałki.
Ale pamiętała, że był uczulony na kasztany. Pamiętała jedną głupią rozmowę, i mimochodem rzucone zdanie, w którym wyjawiał jej o sobie coś prawdziwego i autentycznego. I z jakiegoś powodu właśnie to bolało najbardziej, wcale nie dlatego, że było nieprzyjemne. Wręcz przeciwnie.
Lazare od dawna przywykł do tego, że ludzie przywiązywali się do jego nazwiska, twarzy oglądanej w gazetach, i wyobrażeń, jakie mieli na jego temat. Znacznie rzadziej trafiał na tych, którzy zapamiętywali jego drobne słabości. A już prawie nigdy na takich, którym chciało się później coś z tą wiedzą zrobić.
— No to zaczynam rozumieć, skąd bierze się przywiązanie do terapeutów — powiedział lekko, wskazując wzrokiem trzymaną w dłoniach torbę — Najpierw słuchają, potem pamiętają rzeczy, których sami już byśmy nie pamiętali. - Z tymi słowy zamknął za Marą, drzwi, zdając sobie sprawę, że kliknięcie zamka zabrzmiało zaskakująco głośno.
Za oknami mieszkania przedwieczorne światło rozmywało miękko kontury miasta. W muzyce sączącej się nikle z gramofonu niski, chropowaty głos wokalisty mieszał się z dźwiękami saksofonu. Lazare przeszedł wgłąb, w stronę salonu i aneksu kuchennego, które Lakefield znała przecież aż za dobrze. Przez chwilę obserwował sylwetkę terapeutki ukradkiem, rejestrując jak kobieta orientuje się w jego wnętrzach, jak rozgląda się dyskretnie, starając się sprawiać wrażenie, że wcale tego nie robi. Jak ściska ten cholerny uchwyt z kubkami z herbatą, jak mała dziewczynka stremowana w pierwszy dzień szkoły.
I nagle uderzyło go coś absurdalnego. Mara - kobieta, która zawodowo wysłuchiwała cudzych traum, rozbierała ludzi emocjonalnie na części pierwsze i potrafiła utrzymać spokój nawet wtedy, kiedy inni kompletnie się rozsypywali - wyglądała, jakby się denerwowała. Przez niego. Ta myśl natychmiast wywołała w nim dziwną mieszankę satysfakcji i poczucia winy, splątanych w jeden kołtun gdzieś na wysokości mostka.
— Byłaś akurat w pobliżu... — powtórzył z czułym sceptycyzmem, podobnym do tego, którego człowiek używa wobec dzieci tłumaczących, że roztrzaskany na kawałki, cenny wazon, zwyczajnie sam zrzucił się ze stołu. Wbrew własnej woli, Lazare się uśmiechnął. Autentycznie, bez premedytacji. I właśnie to przestraszyło go najbardziej, bo przecież powinien być odporny. Niewzruszony i zdolny do utrzymania na wodzy wszelkich możliwych emocji, nieważne jak szczerze i uroczo prezentował się malujący się przed nim widok. Plan był prosty: Zniknąć, przeczekać, pozwolić, żeby wspomnienie wspólnej nocy wyblakło samo z siebie dokładnie tak samo jak dziesiątki innych wspomnień przed nim.
Ale Mara najwyraźniej nie zamierzała współpracować z jego planem. A największy problem stanowił fakt, że część Lazarego była z tego powodu cholernie szczęśliwa. — A ja jestem królową Anglii, Mara.
Ruszył do kuchni, w krótkiej eksploracji szafek znajdując dwa ceramiczne talerzyki i deserowe widelczyki. Potem wyciągnął też dwa kubki, jeśli Lakefield wolałaby pić herbatę z porcelany, a nie z przenośnego papieru. Odstawił je na kuchenną wyspę, która oczywiście nadal pamiętała ich wspólnie spędzoną noc. Nie zadał sobie przy tym trudu, żeby pójść do sypialni po jakąkolwiek górną część garderoby, którą mógłby zakryć swój aktualny negliż. Oparł się biodrem o blat, zawieszając na Marze uważne spojrzenie.
— Więc przyszłaś sprawdzić, co się ze mną dzieje... — Przeciągnął powoli, ważąc każde kolejne słowo na języku jakby było niezwykle kruche i cenne. Tym razem nie brzmiał już żartobliwie. — Powiedz. Z profesjonalnej troski, czy z tęsknoty?
Bo przecież odpowiedź na to jedno, krótkie pytanie, teoretycznie nie zmieniała nic, ale w praktyce zmieniałaby wszystko.
Mara Lakefield
I'm also just a girl, standing in front of a boy
: ndz cze 21, 2026 2:16 pm
autor: Mara Lakefield
- Po prostu staramy się o Was dbać- powiedziała szybciej, aniżeli zastanowiła się jak to mogło zabrzmieć. Dla niej to było coś naturalnego - dbać o swoich pacjentów i nie miały dla niej znaczenia ich osiągnięcia zawodowe, a znacznie ważniejsze aspekty jak to, co sprawia, że na ich twarzy można wywołać uśmiech. W końcu na tym polegała po części jej praca, prawda? Znajdowaniu tych elementów w ich życiu, które ściskają za serce w ten pozytywny sposób i uczyć ich jak samemu potrafić to w sobie wywołać. Jednak rzecz w tym, że Lazare nie był jej pacjentem. Już nie. Był tylko na jednym spotkaniu i to podczas terapii grupowej. Przygotowując się do zastępstwa za Jennifer, zapoznała się z jego kartą, a przed ich wspólnym drinkiem zrobiła krótki research w sieci. Obejrzała jego występy, niektóre wywiady i reklamy. Na temat osiągniętych wyników przez niego u szczytu kariery wiedziała tyle, że…. Były wysokie i tyle. Nie potrzebowała wiedzieć więcej w tym temacie, bo nie interesował jej nigdy Lazare Moreau - łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej. Interesował ją ten prawdziwy Lazare, którego chował przed światem. Pragnęła poznać to co skrywał za maską. I cholera, mogła sobie wmawiać, że była to ciekawość wynikająca tylko i wyłącznie z jej własnego zawodu, ale nie - pociągał ją. Pociągał ją tak jak nie powinien. Tak bardzo, że nie potrafiła z tym odpowiednio walczyć, skoro właśnie wchodziła z nim w głąb mieszkania, które poprzednim razem zdążyła całkiem dobrze poznać.
Ciepłe, wieczorne światło padające z zewnątrz dodawało jej nieco otuchy. Przyjemne dźwięki muzyki w tle dodawała także przyjemnego klimatu. W międzyczasie kiedy sięgał po talerzyki, pozwoliła sobie poczuć się na tyle swobodnie, że po prostu zrzuciła z siebie buty, a koszulę przewiesiła przez oparcie krzesła. Jak zwykle miała w kieszeni zapasową gumkę do włosów, którą związała luźno rude włosy odsłaniając przy tym nagie ramiona, po tym jak odstawiła już kubki z herbatą na stole. I w tym właśnie momencie uderzyła ją myśl, że nie pamiętała już, kiedy tak spędzała wieczór z jakimś mężczyzną. Wpadając ze słodkościami z pobliskiej cukierni po całym dniu w pracy. Było w tym coś tak prostego, a jednocześnie przerażającego…
Obserwowała każdy najdrobniejszy jego ruch, gdy z taką łatwością rozgryzł jej kłamstwo i bez cienia zawahania jej to oznajmił z tym uśmiechem, który jeszcze nie zawsze potrafiła rozwikłać. Wpatrywała się w niego mając jednocześnie potrzebę ponownego skosztowania jego ust - przypomnienia sobie tego smaku, od którego nie mogła się oderwać, gdy ostatnim razem się widzieli. Z drugiej strony hamował ją. Jakaś siła od niego bijąca ją powstrzymywała przed wykonaniem jakiegokolwiek kroku w jego kierunku. Jakby on sam nie wiedział, czego by od niej teraz chciał.
Mimo wszystko nie unikała jego wzroku. Nie zatrzymała się przy drzwiach, a szła ciekawa jego dalszej reakcji. W momencie, kiedy zadał jej ostateczne pytanie, przez ułamek sekundy tego pożałowała. Wpatrywała się w niego próbując wyczytać z wyrazu twarzy, jakiej odpowiedzi od niej oczekiwał. Czy mogła być z nim szczera. Czy mogła być szczera sama ze sobą. - A czy to nie jest tak, że to my terapeuci powinniśmy zadawać trudne i niewygodne pytania?- rzuciła z lekkim uśmiechem starając się, aby to nie zabrzmiało jak zarzut. Zaraz jednak nie wytrzymała - opuściła wzrok. Sięgnęła po talerzyki i kubki, a następnie przełożyła słodkości i przelała herbatę. Robiła to powoli, delikatnie - starając się niczego nie rozlać. Tak naprawdę robiła to, aby dać sobie jak najwięcej czasu na przeanalizowanie odpowiedzi - wszystkich za i przeciw, jak gdyby prowadzili twarde negocjacje, a od jej odpowiedzi tak wiele zależało. Rzecz w tym, że miała nieodparte wrażenie, że wcale tak nie było. - Lazare, czy moja odpowiedź cokolwiek by dla Ciebie zmieniła?- spytała spoglądając na niego spod powiek i chwilę dłużej zatrzymując spojrzenie na jego tęczówkach. Myśl, że jakakolwiek odpowiedź nie robiłaby na nim żadnego wrażenia, była dla niej boląca. Serce momentalnie przyspieszyło, a w gardle pojawiła się nagle gula utrudniająca jej przełykanie śliny. - Po prostu tutaj jestem- dodała zanim zdążył odpowiedzieć na poprzednie pytanie. Wyprostowała się odkładając widelczyk na blacie, ale nie ruszając niczego do ust. Stres tak ją opanował, że na pewno nie byłaby w stanie niczego zjeść.
lazare moreau
I'm also just a girl, standing in front of a boy
: czw cze 25, 2026 12:40 pm
autor: lazare moreau
Wydawało się, że Mara sama nie potrafiła już zdecydować, z której strony tej cienkiej granicy właściwie stoi. Mówiła językiem profesjonalisty. Staramy się o was dbać. Powinniśmy zadawać trudne i niewygodne pytania. A jednocześnie poruszała się jak kobieta, która przyszła odwiedzić mężczyznę, którego pragnęła, i za którym tęskniła. Było to ewidentne w sposobie, w jakim przed nim stała, kumulując w ciele niepewność i napięcie w oczekiwaniu na jego reakcję, i w drobnych gestach nacechowanych zarówno swobodą osoby, która znała już zarówno mieszkanie, jak i ciało Lazare, jak i ostrożnością kogoś, kto nie chciał zrobić jednego kroku za daleko.
Te dwie wersje Mary - personalna i profesjonalna; stęskniona i ostrożna - zdawały się ścierać ze sobą w nieustannym konflikcie, który Lazare obserwował z uwagą z drugiej strony kuchennej wyspy.
Rejestrował swobodę, z jaką Lakefield pozwoliła sobie na zrzucenie butów i przewieszenie koszuli przez oparcie krzesła, myśląc, że powinno to wzbudzać w nim irytację na myśl, że ktoś tak zwyczajnie panoszy się w jego mieszkaniu, ale z zaskoczeniem zauważał, że wcale nie czuł się zniecierpliwiony albo poirytowany. Zamiast tego, jego myśli zmierzały w podobnym kierunku jak przemyślenia Mary. Zarówno przyjemnie jak i przerażająco było pomyśleć, że nagle w jego życiu pojawił się ktoś, kto mógłby stać się constansem, a nie tylko jednonocną przygodą. Ktoś, kto wpadał z herbatą i słodyczami bez zapowiedzi, tak po prostu. Ktoś, kto znał zarówno topografię jego mieszkania, jak i krajobraz jego emocji, i nie znikał za każdym razem, kiedy robiło się trudno.
Odruchowo Lazare chciał wytknąć jej, że powinna się wreszcie zdecydować, czy chce być jego terapeutką, czy kochanką, ale w ostatniej chwili - widząc, jak Mara spuszcza wzrok i skupia go na drobnych czynnościach, najprawdopodobniej starając się kupić sobie trochę czasu nim zdecyduje się udzielić mu odpowiedzi - powstrzymał tę reakcję. Zaczynało do niego docierać, że był wobec niej dość konfrontacyjny i surowy. Prawdopodobnie dlatego, że przychodziło mu to o wiele łatwiej i bardziej instynktownie, niż okazanie jej zrozumienia i czułości. A jedna było to niesprawiedliwe, bo w gruncie rzeczy to Mara zdawała się mieć więcej odwagi niż on sam, wykonując pierwszy krok ku komunikacji podczas, gdy to Lazare chował głowę w metaforyczny piasek, starając się ograniczyć kontakt kiedy ich relacja miała szansę żeby rozwinąć się i zacieśnić.
- Czy moja odpowiedź cokolwiek by dla ciebie zmieniła?
Było coś przewrotnie niesprawiedliwego w tym, że za sprawą jednego, krótkiego i dojmująco trafnego pytania, Mara zmuszała go teraz do odpowiedzi, zwyczajnie nie pozostawiając mu pola do odwrotu. Lazare, jak pewnie większość pacjentów ludzi, nie lubił mierzyć się z niewygodnymi prawdami o własnych potrzebach i emocjach kiedy nie był na to gotowy.
Cóż, Moreau. Trzeba było pomyśleć zanim poszedłeś do łóżka z kobietą, która zawodowo zajmowała się konfrontowaniem ludzi z ich trudnymi emocjami.
Lazare uśmiechnął się, ale nie tym zawadiackim uśmiechem, którym zwykle przykrywał niewygodę, ale tym prawdziwszym, drobniejszym. Zmęczonym.
— Odpowiadanie pytaniem na pytanie to chwyt poniżej pasa — Powiedział, zdając sobie sprawę, że jedno z nich będzie musiało wreszcie odpuścić. Problem polegał tylko na tym, że Lazare Moreau nigdy nie był zbyt dobry w odpuszczaniu.
Sięgnął po kubek, ale zamiast się napić, ogrzał jedynie dłonie o jego ciepłe ścianki. Herbata pachniała dokładnie tak, jak Lazare wyobrażał sobie, że powinna pachnieć wiosna w Japonii, gdyby ktoś potrafił zamknąć ją w porcelanie. Przez krótką chwilę nadal mierzył Marę wzrokiem bez słowa. Rudowłosa, która jeszcze przed momentem weszła do jego mieszkania z tym swoim zwyczajnym, ciepłym uśmiechem, teraz zdawała się nagle o kilka lat młodsza. Związała włosy wysoko, odsłaniając kark, którego delikatna linia drgała ledwie zauważalnie przy każdym przełknięciu śliny. Jej dłonie znajdowały sobie coraz to nowe zajęcie — poprawiały talerzyk, odkładały widelczyk — jakby nie mogły ustać w miejscu. Lazare nie musiał być psychologiem by wiedzieć, że ludzie zwykle robili podobne rzeczy właśnie wtedy, kiedy próbowali uspokoić własne ciało, zanim uspokoją własne myśli.
— Stresujesz się. — Powiedział po prostu. Nie pytanie, stwierdzenie, jakby był w stanie dostrzec rzeczy, których sama Lakefield nie chciała teraz nazwać na głos. Może z jego strony to także było unikiem: odwrócić jej uwagę, skupić się na jej zachowaniu po to, by nie musieć mówić nic więcej o sobie. Bo to było najtrudniejsze. — Czym, Mara?
Mara Lakefield
I'm also just a girl, standing in front of a boy
: sob cze 27, 2026 6:05 pm
autor: Mara Lakefield
Tak. Mara nie mogła się zdecydować, a raczej nie była gotowa, aby przyznać przed samą sobą kim chciała dla niego być. Prawd była taka, że nie przyszła tutaj jako terapeutka, a jako stęskniona kobieta. Prościej było jednak twierdzić, że ich relacja nie wykracza poza zawodowe ramy. Prościej było twierdzić, że nic nie poczuła do Lazare. Prościej było okłamywać samą siebie niż stanąć z prawdą prosto w twarz i przyznać, że w jej życiu pojawił się mężczyzna, który może mógłby być kimś więcej niż jednorazową przygodą. Znacznie łatwiej było twierdzić, że Lazare był wyskokiem, a nie szansą na stanie się jej przystanią.
Jednak źródło jej obaw leżało głównie w zachowaniu mężczyzny. Oczekiwał od niej odpowiedzi na pytania, na które nie była gotowa odpowiedzieć. Rzucał jej wyzwanie nie oferując żadnej wygranej w zamian. Dlatego się stresowała, bo czuła na sobie jego przenikliwe spojrzenie, przed którym próbowała się ukryć. Czuła się osaczona. Sparaliżowana. Nie tego chciała przychodząc tutaj - ani jako terapeutka ani jako kobieta.
Oczywiście odpowiadanie pytaniem na pytanie było poniżej pasa. Zgadzała się z nim, ale to nie ona pierwsza zrobiła krok w złym kierunku. - Zadawanie niewygodnych pytań również- zauważyła z błyskiem w oku, ale tym zadziornym, próbując się wybronić. Z każdą kolejną mijaną minutą, gdy zajmowała dłonie wszystkim, tylko nie tym, by na niego spojrzeć, czuła jak napięcie rośnie w oczekiwaniu na jej odpowiedź. Ostatnim razem stojąc w tej samej kuchni, była ona jej przystanią. Wspólna noc i poranek dały jej namiastkę życia, za którym tęskniła tak bardzo, że była gotowa zaryzykować i przyjść do Moreau, chociaż nie była jeszcze gotowa się do tego przyznać głośno. Jednak potrzebowała nie tylko czasu, aby znaleźć w sobie odwagę, ale przede wszystkim potrzebowała nadziei. Drobnej nadziei, że istnieje choć cień szansy, nie zostanie brutalnie odrzucona. Ponownie odrzucona.
Na razie jednak blondyn jedynie oczekiwał, nie dając nic w zamian. Wpuścił ją do swego domu z miejsca zalewając trudnymi pytaniami, nie doceniając tego, że zdobyła się na odwagę przychodząc w ogóle tutaj. - Może tym czy Ci posmakuje mój wybór - uniosła brew zerkając na niego. - Albo tym, że nie odpowiedziałeś mi na pytanie czy to coś dla Ciebie zmienia- dodała prostując się i patrząc na niego z wyczekiwaniem i właśnie wtedy to do niej dotarło.
Nie doceniał jej przyjścia tutaj, bo dla niego była tylko jednorazową przygodą. Jego pytania były niczym ataki, a jej niepewność i strach traktował pewnie jak zabawne przedstawienie. Jej poczucie bycia żałosną znalazło właśnie potwierdzenie w jego niewygodnych pytaniach, które widział, że ją stresują, a on nie odpuszczał. Stawiał ją pod ścianą nie dając możliwości ucieczki. Dawno nie czuła się tak przytłoczona i osaczona.
Musiała coś zrobić, jeżeli chciała chociaż trochę wyjść z twarzą w tej sytuacji. Prawdopodobnie najlepiej byłoby pozostać szczerą- z samą sobą i z nim. Najlepiej odważnie iść przez życie bez względu na przeszkody na swej drodze, ale Mara była świetna w teorii przekazywanej swoim pacjentom, aniżeli w praktyce we własnym życiu. - Lazare, po prostu obiecałam Jennifer zająć się jej pacjentami, a że nagle zrezygnowałeś ze spotkań, to chciałam sprawdzić , co było tego powodem. Mogę Ci zaproponować inne dni i godziny spotkań grupy, która jest prowadzona przez innego terapeutę- jej głos nie brzmiał tak niepewnie jak przed chwilą, ale przede wszystkim była w nim nuta zranionej i odrzuconej kobiety. Nie chciała taka być. Żałowała wszystkiego co zrobiła od momentu wyjścia z windy na jego piętrze. Bała się, że blondyn dostrzeże w niej za dużo niż by chciała, więc postanowiła się ulotnić.- Potrzebuję skorzystać z łazienki- oznajmiła i nie czekając na jej wskazanie, od razu ruszyła do odpowiednich drzwi. Skorzystała z okazji, aby zmoczyć dłonie zimną wodą i przyłożyć je do karku. To zawsze pomagało jej na stres i ochłonięcie w sytuacjach kryzysowych. Potrzebowała tej chwili na zebranie myśli. Wróciła z powrotem do niego po krótkiej chwili i bez słowa po prostu zajęła poprzednie miejsce, lecz tym razem chwyciła od razu kubek z herbatą, który przyłożyła do ust w oczekiwaniu na jego odpowiedź na zadane przez nią wcześniej pytanie.
lazare moreau
I'm also just a girl, standing in front of a boy
: sob lip 04, 2026 11:54 am
autor: lazare moreau
Być może był to rewanż. Za te pojedyncze, a jednak wryte we włókna jego pamięci niczym stygmat momenty, w których to on czuł się przy Marze zwyczajnie bezbronny. Wszystko zaczęło się jeszcze podczas ich pierwszej rozmowy jeden na jeden, po spotkaniu grupy, na którym obecność rudowłosej w zastępstwie za inną prowadzącą wybiła Lazare z jego zwyczajowego, buntowniczego rytmu. Już wtedy sposób, w jaki kobieta zadawała mu pytania, i w jaki na niego patrzyła, nienachalnie ale nieustępliwie, cierpliwie dając mu do zrozumienia, że Lazare może próbować swoich uników ile tylko chce, a i tak na nic mu się one ostatecznie zdadzą, obierał blondyna z kolejnych warstw tej szczelnej zbroi, którą zazwyczaj na sobie nosił. Ich kolacja - i to, oczywiście, co wydarzyło się po niej - były tylko gwoździem u przysłowiowej trumny, w której pochowano dystans Lazare. On też mógł sobie wmawiać, że ich spotkanie nie było niczym oprócz wyskoku właśnie, a jednak jakąś częścią siebie od samego początku wiedział, że jest to wierutne kłamstwo.
Nie podobało mu się, że nie ma nad tym kontroli. Nie podobało mu się, że nie potrafi opanować myśli biegnących w kierunku Mary choć próbował im tego zabronić. Nie odpowiadały mu reakcje własnego ciała, które nie mogło zapomnieć o towarzystwie Lakefield. O subtelnym zapachu jej włosów, o smukłych liniach jej sylwetki, o miękkości biodra i jędrności piersi, kiedy, jeden, jedyny raz, zamykał na nich spragnioną rozkoszy dłoń.
Buntował się przeciwko własnej zależności. I przeciwko temu, że mogło zaczynać mu zależeć. Do tej pory, za każdym jednym razem gdy pozwolił sobie w życiu na przywiązanie się do drugiego człowieka - i nieważne, czy był to rodzic, przyjaciel, trener czy kochanek - kończył rozczarowany i pokiereszowany, rzucony na pożarcie własnej samotności jak nieprzydatny nikomu ochłap mięsa. O wiele bezpieczniej czuł się będąc tym, który odrzucał, niż tym, którego odrzucano. Stąd może właśnie brała się ta nieprzystępna surowość, z jaką teraz traktował Marę, jakkolwiek niepotrzebne i nieprzyjemne to nie było.
- Dla mnie nie było niewygodne - Odparował prędko, choć oczywiście było to wyłącznie połowicznie zgodne z prawdą. Wzruszył ramionami, myśląc autoironicznie, że jeśli będzie to robił zbyt często, Mara zaraz pomyśli, że w międzyczasie nabawił się jakiegoś neurotycznego tiku - Ot, pytanie jak pytanie.
Nie zaskoczyło go to, że Mara, ewidentnie starająca się zachować twarz poważnej i zrównoważonej kobiety, psycholożki potrafiącej zapanować nad intensywnością własnych uczuć, zaczęła w końcu powoli pękać. Niespodzianką było dla Lazare natomiast, że nie przyniosło mu to tej satysfakcji, której oczekiwał. Jeszcze przed chwilą myślał, że na widok jej zakłopotania poczuje jakiś rodzaj triumfu, jakością podobny do tego, który odczuwał na płaszczyźnie lodowiska, pokonując nawet najbardziej zaciętych rywali. Zamiast tego, gdy Mara udała się do łazienki - co, był pewien - było tylko pretekstem by choć na moment wyzwolić się spod jego zaczepek i uporczywego działania jego ostrego spojrzenia - poczuł się po prostu... płasko. Jak dziecko, które rozpakowało właśnie ekstrawagancki z wierzchu prezent tylko po to, żeby okazać się że pod kolorowym papierem i wstążkami czeka na nie wyłącznie pustka.
To zdenerwowało go jeszcze bardziej. Bo nie rozumiał własnych reakcji, nie rozumiał co się z nim działo. I nawet obecność psychologa, który wszak był podobno najlepszym profesjonalistą do rozwiązywania podobnych problemów, zdawała się nie tyle nawet nie pomagać, co zwyczajnie pogarszać sytuację.
- Dobra, zacznijmy od początku - Powiedział, kiedy Mara znalazła się ponownie w jego towarzystwie. I jeśli na brzmienie tych słów kobieta poczuła nadzieję, że Lazare próbuje zacząć od początku po to, by przeprowadzić z nią bardziej konstruktywną konwersację, to miał ją zaraz mocno rozczarować. Oparł obydwie dłonie o blat wyspy - Od ustalenia faktów. Bo w takim razie rozumiem, że przychodzisz tutaj w czysto profesjonalnej roli - Pokiwał wolno głową, patrząc wprost na rudowłosą - Żeby sprawdzić, czy chciałbym przepisać się do innej grupy. Z poczucia obowiązku względem Jennifer - Każdą głoskę akcentował starannie, wodząc teraz palcem jednej z dłoni wzdłuż żyłek marmuru rysujących się w powierzchni blatu. Nie musiał mówić na głos tego, co było ewidentne. Mara mogła napisać maila. Mogła zadzwonić. Mogła poprosić o zrobienie tego jedną ze stażystek w ośrodku, które ponaglaniem opornych pacjentów zajmowały się rutynowo. A nawet jeśli nie, to wizyty kontrolne nie obejmowały przecież konieczności przynoszenia pacjentom słodyczy. No chyba, że się mylił. Wymownie zacisnął dłonie na krawędzi blatu, przenosząc teraz spojrzenie na sekundę na ich ruch - I nie ma to nic, absolutnie nic wspólnego z faktem, że parę tygodni temu pieprzyłem cię na tym właśnie blacie? - Teraz wzniósł obydwie dłonie ku górze. Niewinnie. W geście nieomal kapitulacyjnym - Tylko sprawdzam.
Mara Lakefield
I'm also just a girl, standing in front of a boy
: ndz lip 05, 2026 1:53 am
autor: Mara Lakefield
Mógł to być rewanż, a Mara mogła całkowicie na to zasłużyć tym, że nie pozwoliła mu tak szybko zniknąć tamtego wieczoru po zakończeniu spotkania grupy wsparcia. Jednak kierowała się wtedy chęcią pomocy mu, a teraz nie była pewna, co kierowało Lazare, że zachowywał się w taki sposób. Mogła mieć obawy, pewne podejrzenia, ale zmiana frontu w porównaniu do ostatniego ich spotkania, była dla niej dotkliwa. - Rozumiem, że podczas terapii również nie mógłbyś stwierdzić, że pytania zadawane przez terapeutę nie były niewygodne? W końcu pytanie to pytanie, dla terapeuty nie musiałyby być niewygodne- wypaliła ostro ani trochę nie brzmiąc jak profesjonalistka. Zawsze jej było dosyć daleko do niej. Szczególnie wtedy, kiedy pierwszy raz wylądowała w jego mieszkaniu pozwalając na to, aby zwolnili wszelkie hamulce i oddali się pożądaniu, które w sobie rozpalili. Jednak wtedy towarzyszył im alkohol. Namiętność. Teraz? Teraz brzmiała jak zraniona, zgorzkniała kobieta, chociaż twierdziła wciąż uparcie, że przyjechała tutaj dzisiaj jako terapeutka.
Dlatego musiała się w końcu ulotnić do łazienki, gdzie mogła uciec od jego palącego spojrzenia i dociekliwych pytań. Próbowała odetchnąć i przeanalizować na szybko jego zachowanie, a raczej zmiany jakie w nim zaszły, bo teraz… nie poznawała go. Nie był tym samym Lazare z błyskiem w oku, z celnymi uwagami i z daleka bijącym szykiem. Tamtego wieczoru był prawdziwym dżentelmenem sprawiając, że Mara poczuła się dostrzeżona i zaopiekowana. Poczuła, że może coś znaczyć, bo nie tylko Moreau bywał odrzucany przez innych. Lakefield kochała w swoim życiu tylko trzech mężczyzn - każdy z nich ją zostawił i to z własnej, nieprzymuszonej woli. Miewała za sobą jednorazowe przygody po tym wszystkim, ale jednak u blondyna poczuła pewną nić porozumienia. Nie czuła się jak jego terapeutka ani przypadkowa kobieta do zaliczenia. Wracała wspomnieniami do wspólnie spędzonej nocy, gdy ich ciała stanowiły jedność, a rozmowy się przeciągały. Żadne z nich nie chciało, aby rozeszli się po raptem pierwszych chwilach spędzonych w kuchni. Oboje jasno zakomunikowali sobie nawzajem, że pragną całej nocy. I poranka.
Mimo wszystko cisza z jego strony nie dawała jej spokoju na wielu płaszczyznach, więc odważyła się przyjechać pomimo wielu obaw. Niestety wszystkie znalazły potwierdzenie właśnie w tym jak na nią patrzył i w jaki sposób się do niej zwracał. Kiedy zaproponował, aby zaczęli od początku, dostrzegła cień szansy na naprawę tego spotkania. Jednak dosyć szybko pogrzebał jej nadzieję akcentując każde słowo w taki sposób, że trafiały w Marę niczym strzały zadawane jej ciału. Ścisnęła blat kuchenny po drugiej stronie nie odrywając spojrzenia od mężczyzny. Wcześniej jej tęczówki były mieszanką zranienia i strachu. Teraz była wściekła. - Nie. Nie ma- odpowiedziała od razu wyraźnie zaciskając zęby. Akurat to sformułowanie ją zabolało najbardziej. Nie chodziło o dobór słów, lecz o ton w jakim to wypowiedział, jakby chciał jej dać do zrozumienia, że była tylko jedną z wielu, nic nieznaczących kobiet do zaliczenia. Liczyła się z tym, że tak będzie, ale to nie zmieniała faktu, że nie chciała pozostać w jego historii w takich kategoriach. A przede wszystkim nie mogła nic poradzić na to, że to ją to bolało.
Natomiast mogła zrobić odwet i nie pozwolić mu się stłamsić. Skoro nie zamierzał odpuścić, ona zagra w jego grę. - Ani z tym, że następnego poranka obudziłam się z Twoją głową między moimi udami czy tym, że zerżnąłeś mnie pod tamtym prysznicem tuż po tym jak zjedliśmy razem śniadanie- wskazała kciukiem na łazienkę za sobą, nawet na chwilę nie odwracając od niego spojrzenia. Mimo, że kierowała nią w tym momencie złość, to samo wspomnienie tamtych chwil, wywołało dreszcz ekscytacji rozchodzący się po jej ciele. Lazare doskonale ją rozgryzł pod wieloma względami - nie tylko wiedział jak teraz uderzyć, by zabolało, ale także szybko uzyskał wiedzę, czego pragnie jej ciało i jak je odpowiednio pieścić, aby doprowadzić ją do obłędu i ekstazy.
I to niestety okazało się dla niej zgubne, bo gdyby nie tamta wspólna noc, prawdopodobnie by jej tutaj teraz nie było. Nawet jeśli próbowała wmawiać mu coś innego. - Dlaczego to ma dla Ciebie takie znaczenie w jakiej roli tutaj przyszłam?- zadała pytanie przekręcając głowę w bok i wpatrując się w niego coraz intensywniej. - Co Cię bardziej przeraża? Myśl, że przyszła do Ciebie zmartwiona terapeutka, która chce Ci pomóc czy stęskniona kobieta, która widzi w Tobie kogoś więcej niż łyżwiarza z aferą dopingową w tle? Kobieta, która dostrzegła znacznie więcej, niż próbujesz pokazać wszystkim wokół- może w tym momencie przesadziła i w pewien sposób przyznała się, co nią tak naprawdę dzisiaj kierowało. Nie mogła się jednak powstrzymać, by nie zadać mu tego pytania. Skoro sam tak drążył, ona teraz nie odpuści. Teraz to był jej rewanż.
lazare moreau
I'm also just a girl, standing in front of a boy
: ndz lip 05, 2026 1:23 pm
autor: lazare moreau
Jakimś cudem, to właśnie ta ostrzejsza, mniej profesjonalna i ciepła wypowiedź Mary, w której kobieta tłumaczyła mu, że pytanie godzące go wprost w najczulszy punkt jego własnego ego, wcale nie musiało być niewygodnym dla terapeuty - czy w ogóle dla tego drugiego człowieka - który je zadawał, dotarła do Lazare najszybciej, i jak bardzo trafny cios. Moreau był narcyzem. Nie dlatego, że taki się urodził, ale ponieważ od dziecka przyzwyczajano go, że cały świat kręci się wokół niego, i to od Lazare zależą jego regularne obroty. Jego sukcesy miały zdolność, by wyciągnąć jego matkę z najgłębszego nawet dołu depresji. Jego porażki - moc, by ponownie ją do niego wtrącić. Był tak bardzo skupiony na sobie, ponieważ od najmłodszych lat zwyczajnie nie posiadał innego wyboru. A na zawodach, w których uczestniczył już nawet jako kilkulatek, liczyło się przecież wszystko: każdy uśmiech, każdy mniej lub bardziej precyzyjny ruch dłoni albo stopy, każde zagięcie materiału na zmęczonym treningami ciele. Każde, nawet najdrobniejsze niedociągnięcie mogło kosztować go punkty, a punkty były cenne, bo od punktów zależała miłość jego matki. Zamiast o innych, Lazare stopniowo uczył się zatem myśleć przede wszystkim o sobie. O tym jak wygląda, jak się porusza, jak jego zachowanie wpływa na innych, i czy przynosi mu odpowiednie korzyści. Nie posuwał się do manipulowania innymi ponieważ był jakimś psychopatą... Robił to, bo był desperatem.
Z tych przyczyn jednak niezwykle trudno było mu wyobrazić sobie, co myśleli, lub czuli inni ludzie. Stawianie się na miejscu drugiego człowieka, przysłowiowe wchodzenie w jego buty, nie przychodziło mu naturalnie, i wymagało dużego, świadomego wysiłku. Właśnie dlatego był pewnie zawsze takim utrapieniem dla większości terapeutów - bo empatia nie działała na niego tak szybko, jak na innych pacjentów.
Słowa Mary sprawiły, że poczuł się obnażony, uświadamiając mu nagle, że być może cały świat - i wszyscy terapeuci - wcale nie byli przeciwko niemu, za główny cel stawiając sobie upokorzenie go za sprawą niewygodnych pytań. Może nie chodziło o intencję tej drugiej strony, ale o to, jak Lazare odbierał zupełnie, w gruncie rzeczy, neutralne pytanie. Gdyby nie jego głęboko skrywane kompleksy, jego nadwrażliwość i starannie maskowana bezbronność, mógłby odpowiedzieć na nie w zupełnie inny sposób. Nie atakując, nie broniąc się.
Tylko, że zwyczajnie... Nie potrafił.
Nie spodziewał się. Nie przypuszczał, że zamiast nadal zasłaniać się profesjonalizmem i wyważonymi, łagodnymi słowami, Mara podejmie rzuconą jej rękawiczkę z takim zacięciem, i odpłaci mu pięknym za nadobne.
On też pamiętał - i on też odczuwał podobny, nieproszony dreszcz biegnący ścieżkami ciała tuż do lędźwi - gdy Lakefield wypominała mu jak potoczyła się ich wspólna noc, płynnie przeradzając się w wypełniony rozkoszą poranek.
Wypuścił powietrze przez nos, pozwalając nozdrzom poruszyć się gwałtownie. Było coś niemalże kojącego, jakaś masochistyczna przyjemność, w tym, że to teraz on stał się obiektem jej ataku, a nie odwrotnie. Mara mogła być w tym wszystkim pogubiona, ale nadal była zwyczajnie dobra w swoim fachu, nawet jeśli czuła, że maska terapeutki coraz szybciej zsuwa się z jej twarzy. Z każdym kolejnym słowem trafiała w dziesiątkę coraz bardziej, odsłaniając uczucia, które Lazare posiadał, ale z których do tej pory nie zdawał sobie sprawy. Tak, miała rację. Był przerażony. Był przerażony, że znów znajdzie się w sytuacji, w której komuś zaufał, odsłaniając się kompletnie, obnażając ze wszystkich możliwych warstw swojej ochronnej zbroi. I że zapłaci za to cenę równie wysoką jak poprzednio. Tak, jak z Johnny'm. Tak, jak z Nadirem. To były błędy, które kosztowały go nie tylo karierę, ale także wiarę, że może czasem pozwolić sobie na bezbronność, na bezsilność i bliskość z drugim człowiekiem. Zwyczajnie się bał, że jeśli ponownie pozwoli sobie na popełnienie podobnego błędu, już nigdy nie dojdzie do siebie.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że słuchając jej zaciskał dłonie na blacie tak silnie, że aż pobielały mu kostki, a palce przebiegał nieprzyjemny, bolesny skurcz. Odepchnął się od krawędzi wyspy stanowczym ruchem, splatając dłonie na karku.
- Nie rozumiem - Wypalił w końcu - Zwyczajnie nie rozumiem, Mara, więc może łaskawie pomożesz mi pojąć jaki ma to sens... - Zrobił parę drobnych kroków w lewo, a potem w prawo, poruszając się po drugiej stronie wyspy jak zapędzone w pułapkę zwierzę - Dlaczego ja? - Gdyby chciał być naprawdę okrutny, pewnie dodałby, że przecież mogła sypiać z innymi pacjentami, ale jakimś cudem ugryzł się jednak w czubek języka - Dlaczego akurat o mnie tak się troszczysz, co? Nie możesz znaleźć sobie kogoś innego? Kogoś lepszego? - Z trudem opanowywał fluktuacje głosu, próbującego załamać się na kolejnych głoskach - Kogoś kto zasługuje na to bardziej niż ja? - I proszę, tu właśnie był pogrzebany ten przysłowiowy pies: w jego niskiej samoocenie, w jego przekonaniu, że nie był wart jej uwagi albo zaangażowania - To był tylko seks. Tylko seks, Mara - Próbował się jeszcze jakoś obronić i wykaraskać, ale najpewniej było już za późno, by rudowłosa mogła mu uwierzyć w to żałosne kłamstwo.
Mara Lakefield