Strona 1 z 1

I'm also just a girl, standing in front of a boy

: sob cze 13, 2026 3:28 pm
autor: Mara Lakefield
outfit

Nie spodziewała się, że tamtego wieczoru spędzi całą noc z Lazare i wyjdzie dopiero przed południem. Serce jej waliło jak młot, gdy wtulona w niego przyznała się, że nie chce jeszcze iść. Że jeszcze się nim nie nasyciła i chce więcej. Nie była pewna czego się spodziewać - czy go nie wystraszy? Nie zirytuje? Dotychczas aura tajemniczości, którą się otaczał była pociągająca, ale w tamtym momencie wzbudzała w niej strach oraz niepewność. Okazało się, że całkowicie niepotrzebnie. Przynajmniej przez najbliższe godziny, które spędzili już w jego sypialni i łazience, zamiast na blacie w kuchni. Przyjemnie było zasnąć w męskich ramionach i obudzić się czując obok ciepło ciała drugiej osoby. Brakowało jej takich poranków - spędzonych leniwie w łóżku z mężczyzną, który potrafił nie tylko zaspokoić ją fizycznie, ale także rozśmieszyć i wciąż wzbudzać w niej zainteresowanie swoją osobą. Dlatego tak jak chciał Lazare, ale i ona sama - poranek również spędzili razem, a Mara nie ukrywała szczególnie, że się nie spieszy, by wyjść. Rzeczywistość ją jednak wzywała - musiała pojechać do pracy, miała umówione spotkania.
W dodatku przecież to miała być tylko ta jedna noc, prawda? Moreau nie zapraszał jej przecież na randkę, to wszystko się potoczyło naturalnie wraz z tym jak mijał im wieczór przy kolacji i przy drinkach. Mara była świadoma, że od takich mężczyzn jak blondyn nie może oczekiwać niczego więcej poza jednorazową przygodą. Albo nie potrafiła już oczekiwać czegoś więcej po tych wszystkich porażkach, które poniosła na tym polu.
Dlatego po wyjściu z jego domu, nie kontaktowała się z nim. Wiedziała , gdzie go znaleźć. On również bez problemu mógł się z nią skontaktować. Zamiast tego, przestał przychodzić na spotkania, co rudowłosą nie zaskoczyło aż tak bardzo, w końcu sypianie ze swoją terapeutką stanowiło spory konflikt. Miała jednak nadzieję, że znalazł odpowiednie wsparcie i pomoc w innym ośrodku, bo tak - nie potrafiła przestać o nim myśleć. Przez pierwsze dni jego milczenie ją nie ruszało. Powtarzała sobie cały czas, że to był tylko jeden raz. Nic nie znaczący jeden raz.
Powtarzała sobie to każdego dnia, aż zdała sobie sprawę, że coraz częściej sprawdzała telefon, czy może nie napisał, a przychodząc na spotkania rozglądała się z nadzieją czy może jednak dzisiaj się nie pojawi. Z czasem uświadamiała sobie, że myśl o nim nie uciekła tak jak sądziła, że się stanie. Wbił się jej do głowy, zajmując sobie wygodnie miejsce i nie chcąc stamtąd odejść.
Jadąc dzisiaj do niego czuła się ż a ł o ś n i e. Powtarzała sobie cały czas, że robi to jako terapeutka. Wmawiała sobie, że jest to działanie podyktowane tylko i wyłącznie względami zawodowymi- w końcu była przez krótką chwilę jego terapeutką, a jego nagłe zniknięcie ze spotkań, może budzić niepokój i powinna sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, prawda? Chodziło tylko i wyłącznie o to.
Jednak w głębi wiedziała, że okłamuje samą siebie. Tak, zaczęła się o niego martwić, ale nie tylko jako terapeutka. Była też szczerze ciekawa, co u niego słychać, bo… spodobał jej się. Cholera, czy w tym wszystkim była jeszcze do tego tęsknota?. Wiedziała, że nie powinno to tak wyglądać . Co innego jedna szalona noc, a co innego, gdy się zaczyna czuć coś więcej poza czystym pociągiem fizycznym. Tym bardziej, że miała nieodparte wrażenie, że Lazare nie należy do osób zainteresowanych czymkolwiek więcej poza chwilowymi uniesieniami, a następnie rozejściem się każde w swoim kierunku. Dlatego czuła się żałośnie, że stała właśnie pod jego drzwiami i pukała, chociaż po jej ostatnim wyjściu z mieszkania nie wyraził żadnego zainteresowania jej osobą. Schowanie dumy do kieszenie i udanie się tutaj kosztowało ją sporo wysiłku, ale odważyła się . Z uwagi na wieczorną porę wzięła z pobliskiej kawiarni dwie gorące, zielone herbaty oraz kilka słodkich, pistacjowych eklerków. Czy faktycznie wyglądała jak zmartwiona terapeutką czy może jak narzucająca się kobieta zainteresowana jego osobą? Pozostawiała to już do oceny Lazare.


lazare moreau

I'm also just a girl, standing in front of a boy

: wt cze 16, 2026 9:45 am
autor: lazare moreau
Jemu też.
Jemu też brakowało tego, co niespodziewanie przyniosła mu nie tylko noc spędzona z Marą Lakefield, ale także - a może przede wszystkim - co zapewnił następujący po niej poranek. Brakowało mu powolnego wybudzania się z głębokiego snu, takiego, jakim spało się wyłącznie po solidnym orgazmie przeżytym, dla odmiany, nie w pojedynkę, ale z kimś kto oprócz atrakcyjnego ciała posiadał też poczucie humoru i intrygującą osobowość. Brakowało mu nieśpieszności doprowadzania się do porządku po wygrzebaniu się z ciepłej jeszcze pościeli. Brakowało mu kawy pitej w towarzystwie i śniadań sporządzanych w ramach wielkiej, leniwej improwizacji, a jednak zaskakujących smakiem i nasyceniem, które ze sobą przynosiły.
Jednym słowem: brakowało mu życia prowadzonego z kimś innym, choćby przez jeden tylko poranek, który - przecież w domyśle byli na to niemalże umówieni, prawda? - nie miał prawa prowadzić do niczego poważniejszego.
Brakowało mu tego wszystkiego o wiele bardziej, niż chciał, lub potrafiłby się przed samym sobą przyznać.

W pierwszych dniach po tym, co przytrafiło mu się z Marą, a co nadal uparcie próbował nazywać w myślach jedynie jednorazową przygodą, blondyn nadal jeszcze trwał w przyjemnym przeświadczeniu, że absolutnie, bez cienia wątpliwości, ma wszystko pod ścisłą kontrolą. To prawda, że nie planował jak skończy się ich kolacja, ale też nie mógł zaprzeczyć, że to co się między nimi wydarzyło zdecydowanie stanowiło jedną z opcji rozważanych przezeń jeszcze zanim wylądowali na blacie w jego kuchni. Nawet, jeśli nie dywagował nad tym świadomie.
I czy było w tym cokolwiek niewłaściwego? Przecież obydwoje byli dorośli. Kłamstwem byłoby też stwierdzenie, że Lazare nigdy wcześniej nie zaliczył jednonocnej przygody, która mogłaby skończyć się czymś więcej, a jednak została przezeń świadomie ukrócona w głębokiej świadomości, że on przecież ani nie chce, ani nie potrafi się wiązać. I przywiązywać. Przywiązanie było o wiele bardziej niebezpieczne niż potencjalne choroby weneryczne i gigantyczny kac - ryzyko wiecznie związane z przygodnym seksem.
A więc tak: przez pierwsze parę dni, Lazare trwał w poczuciu głębokiego spokoju i ukojenia, jakby coś bardzo żywego i bardzo głośnego, co awanturowało się wcześniej w jego wnętrzu, zamilkło nagle, przyjemnie usatysfakcjonowane sposobem w jaki zakończyła się jego randka kolacja z rudowłosą. I na tym miało się skończyć, bo Moreau obiecał sobie, że nie będzie upominał się o ciąg dalszy, nawet jeśli z każdym kolejnym mijającym wieczorem sylwetka psychoterapeutki, nieproszona (ale też nie-niechciana), wkradała się w delikatną tkankę jego myśli i snów.
Najlepszym rozwiązaniem jakie przyszło mu do głowy było, zupełnie jakby inspirował się strategią wyznawaną przez nikogo innego jak samego Nadira, zniknięcie. Nie był nastolatkiem żeby blokować numer Mary w komunikatorach, ani idiotą, który nie odpisałby jej gdyby to ona postanowiła skontaktować się z nim pierwsza, ale odejście z grupy terapeutycznej wydawało mu się całkiem niezłym rozwiązaniem. I tak jedyną korzyścią, którą póki co z niej uzyskał, był romans z prowadzącą...

Jeśli obojętność, którą sobie względem Mary obiecał, była dlań o wiele trudniejsza niż się spodziewał, Lazare nie miał zamiaru rozmyślać o tym dłużej niż parę sekund każdego dnia. A ponieważ wiadomo, że najlepszym sposobem na radzenie sobie z natrętnymi myślami - o czym zresztą na spotkaniach grupy dywagowano wielokrotnie (więc może coś mu jednak w głowie z tych spotkań zostało...) - była podobno konstruktywna dystrakcja, Moreau postanowił zająć się czymś, co nie kojarzyło mu się z Marą Lakefield. Początkowo rozmyślał wyjazd z Toronto, choćby na parę dni, albo zapisanie się na przyspieszony kurs hiszpańskiego, ogrodnictwa, albo lekcji lepienia z gliny, ale ostatecznie stanęło na tym, na czym stawało zazwyczaj: Lazare wpadł w chaotyczny wir treningów i spotkań z osobami, które jeszcze kompletnie go nie skreśliły ze swojej listy zawodowych kontaktów, i które, miał nadzieję, mogłyby pomóc mu odzyskać choćby jakiekolwiek strzępki jego kariery.
Tego dnia, kiedy Lakefield (wreszcie, na szczęście) się złamała, Lazare był zatem po długim i nużącym śniadaniu z zastępcą dawnego trenera, i po sesji zdjęciowej z jednym z mało popularnych, sportowych portali internetowych. Czuł się wypłukany tak z energii, jak i z jakiejkolwiek godności, i gdy tylko dotarł wreszcie do domu, miał silną potrzebę żeby zmyć z siebie wspomnienie minionego dnia jak resztki złego snu. Nastawił więc tylko płytę winylową, z której sączył się teraz niski i chrapliwy pomruk jazzu, i nalał sobie - ale nie zdążył go jeszcze upić - kieliszek czerwonego wina, a potem zniknął za drzwiami łazienki i we mgle pary wodnej.
To zatem, w jakim stanie otworzył Marze, gdy pukanie do drzwi przebiło się wreszcie przez dźwięk muzyki mur jego zamyślenia, było naturalnym następstwem jego prysznica: nonszalancko ubrany jedynie w szare, dresowe spodnie, i w zasadzie nic więcej, z ramionami nadal zroszonymi wodą i wilgotnymi włosami opadającymi na zaróżowione po kąpieli czoło. Przez kark przewieszony miał ręcznik, a w oczach zaskoczenie. Ale bynajmniej nie niechęć. Co samo w sobie mogło być zarówno dobrą, ja i złą wiadomością.
- Mara - Powiedział głupio, ale przynajmniej miło, że pamiętał jej imię.
Jak mógłby zapomnieć?

Nie tyle zamarł, co zastygł, w myślach prowadząc szybki inwentarz tego, jak wygląda jego mieszkanie, i czy spaliłby się ze wstydu gdyby miał wpuścić ją do środka. Na szczęście ledwie dzień wcześniej odwiedziła go jego gosposia, więc przestrzeń była wolna od najróżniejszych upokarzających dowodów jego depresji i samotności, a lodówka pełna. Jego wzrok zawisł na logo sąsiedzkiej kawiarni, o której wiedział, że mają najlepsze słodycze w okolicy, a na które jednak niezwykle rzadko sobie pozwalał. Uśmiechnął się, unosząc wyłącznie lewy kącik warg. Nonszalancki, trochę zawadiacki, jak to on.
- Nie wiedziałem, że w ramach pracy charytatywnej zajmujecie się teraz także wizytami domowymi... - Rzucił, usuwając się w drzwiach. Wszelkie możliwe niewygodne rozmowy lepiej było prowadzić w mieszkaniu niż na korytarzu, co wiedział z autopsji - Wejdziesz?

Mara Lakefield