Strona 1 z 1

Crash landing on you

: pn cze 15, 2026 7:25 pm
autor: Miles Howard
005.
Ciężkość obuwia stanowiła miarę dla prędkości Milesa, gdy przemierzając ulice Toronto w nieznacznym przyśpieszeniu, w horyzoncie wzroku łapał wieczorne światła, ostrą łuną neonów rozmyte w asfalcie. Nie przepadał za tą porą powrotu do domu: ulice, pomimo że godzinę, czy dwie temu wypuściły już z siebie większość pracujących osób, wciąż pozostawały tłoczne i głośne, szczególnie w części, którą pokonywał, przecinając główne przecznice i centrum, z którego korzystał niemal każdy Kanadyjczyk mieszkający w tym mieście. Być może dlatego zawsze starał się mieć ten etap podróży jak najszybciej za sobą.
Nie pędził, poruszał się jednak dynamicznie i pozwalał kołom nabrać tempa na każdej prostej. Jedna z takich właśnie ulic okazała się dla niego niecną pułapką. Na zupełnie pustym odcinku noga Howarda docisnęła pedał gazu, ale nagle i niespodziewanie wątły cień motocykla, wstępującego na drogę zza wysokiego budynku wieżowca, zamajaczył w wąskiej odnodze wewnętrznej uliczki, gdy Miles niemal już znajdował się na wysokości tego właśnie punktu. Zdążył jedynie gwałtownie zaatakować hamulec i z piskiem wylądować przy krawędzi chodnika, poprzecznie do ulicy, omijając maszynę przed nim wąskim łukiem, kiedy motocyklista za oknem prześlizgnął się tuż przy jego boku, prawie wchodząc z nim w kolizję.
W takich momentach, przy otworzonym oknie kierowcy, nawet pojedynczy świst powietrza na chłodnym materiale marynarki zdawał się nieść w głowie echem. Ucho sprawnie wychwyciło z przestrzeni dźwięk chrzęszczących pod kołami motocykla kamieni, a także pisk rozgrzanych i szurających opon, ścierających się z ulicą w agresywnym tańcu obronnym.
Kierowca, kimkolwiek był, wykazał się refleksem, nic jednak nie było w stanie uchronić go przed utratą równowagi, gdy maszyna, z nagłą zmianą balastu przy gwałtownym skręcie, weszła w ślizg. Milesowi pozostało jedynie obserwować z boku, jak motocykl przechyla się i w zmienionym trakcie, wciąż utrzymując pewien pęd, niebezpiecznie osuwa się coraz bliżej i bliżej ku asfaltowi.
Instynktownie odwrócił głowę do tyłu, nie tracąc kierowcy z oczu, gdy ten go minął. Tylne reflektory jego własnego auta zlały się ze światłem krzyżujących się lamp cudzej maszyny i przez moment wydawało mu się, że przeżywają tę chwilę razem, tj. stoją na jednej scenie, pod jednym oświetleniem. Z tą różnicą, że Howard robił ledwie za aktora, a całe ryzyko kolizji spadało właśnie na motocyklistę, który w kaskaderskim stylu przyjął na siebie nieuchronny upadek. W ostatnim zrywie rozsądku, nim motocykl opadł ciężko na jego nogę, miażdżąc kości, nieznajomy puścił maszynę, pozwalając jej pójść przodem i zgrzytliwym ślizgiem posunąć się po chłodnym asfalcie.
Mądra decyzja, choć Miles i tak aż syknął pod nosem, od samego widoku tego uderzenia czując wewnętrzny ból. Gwałt sytuacji rozprężył jego płuca i wytężył zmysły, a potem… była tylko cisza. Ryk silnika podniósł się w przestrzeni chwilę wcześniej, a teraz opadł, wraz z rzuceniem maszyny o asfalt, tracąc całkiem na sile. Manetka na tym etapie jazdy była już pewnie bezużyteczna.
Oby kierowca nie był tak samo bezużyteczny,
przeszło mu przez myśl, gdy włączał awaryjne światła, otwierając drzwi własnego samochodu. Zerknął jeszcze zapobiegawczo za siebie i na resztę ogona ulicy, przecinając oba pasy, by dotrzeć truchtem do leżącej na ulicy ofiary, jego ofiary. Ja pierdolę!
Nie zwykł zaczynać rozmowy od przekleństwa, nic bardziej elokwentnego nie przeszło jednak mu przez usta, gdy nachylał się w kierunku nieznajomego.
Wszystko w porządku? Żyjesz?
Retoryczność drugiego pytania miała jedynie załagodzić cały obraz dzisiejszego wypadku. Wiedział dokładnie, że motocyklista żyje, wskazywał na to choćby ruch jego klatki piersiowej, którego automatycznie w nim szukał, gdy tylko zbliżył się do niego. Nie wiedział jednak, co z całą resztą.
Co z komfortem motocyklisty i ewentualnymi złamaniami, czy obrażeniami.
Nie wstawaj przez chwilę — jakkolwiek apodyktycznie to brzmiało, niosło za sobą niewypowiedzianą mądrość i doświadczenie. Jako lekarz wiedział doskonale, że adrenalina potrafiła wyczyniać cuda z organizmem poszkodowanego, doprowadzając ciało do ostatecznej granicy wysiłku… wysiłku, który czasem nie był konieczny. Przed jakimkolwiek ruchem z jego strony, wolał upewnić się, że nieznajomy nie ma nic złamane, ani że ewentualny ruch, czy przedwczesna pionizacja ciała nie pogorszą jego stanu.

Jason Choi

Crash landing on you

: śr cze 24, 2026 1:42 am
autor: Jason Choi
Chyba po prostu pozazdrościł trochę Alexowi.
Szczerze mówiąc, myśl o sprawieniu sobie motocyklu oraz zdaniu prawka na niego chodziła za Jasonem już od jakiegoś czasu. Skłamałby, gdyby powiedział, że social media także nie miały wpływu na jego decyzję. Ryczące maszyny, prędkość no i ta tajemnica skrywanej za kaskiem twarzy, sprawiały że Jason z coraz większym zainteresowaniem spoglądał ku maszynom, które czasami spotkać można było na ulicach Toronto. Wypad z ekipą znajomych za miasto był ostatnim impulsem, który skłonił go, aby w końcu przekuć myśli w czyny. Po prostu pozazdrościł części znajomych, że ci już posiadają swoje jednoślady. A Choi zawsze szukał nowych sposobów na to, aby poczuć odrobinę adrenaliny i wolności - czemu więc nie spróbować tego?
Ogarnięcie wszystkich papierów, pozwoleń, rejestracji i innej biurowej nudy okazało się być względnie proste, chociaż dłużyło się niemiłosiernie. Szczęśliwie za każdym razem kiedy mężczyzna dosiadał później swojej nowiutkiej maszyny, wynagradzał sobie te katusze związane z oczekiwaniem. Oczywiście, że zdecydował się z miejsca na nówkę-sztukę, ani przez myśl mu nie przeszło, aby pałować się na jakimś używanym wózku. Na początku swojej motorowej kariery starał się jeszcze zachowywać w miarę cywilizowanie - na dłuższe, nieco dziksze i szybsze przejażdżki wybierał się głównie w nocy. Za dnia próbował raczej wtapiać się w tłum, nie szaleć, respektować znaki drogowe. Starał się też nie ładować na miasto w chwilach najgorszego ruchu - chociaż nie zawsze miał wybór.
Tak jak dziś.
Był nieco zirytowany ciężkim dniem w pracy. Niby był już dość przyzwyczajony do tego, że z rodziną pogrążoną w żałobie nie zawsze da się porozmawiać w sposób rzeczowy i klarowny. Nawet przy tych trudniejszych przypadkach starał się zachować pełen profesjonalizm, przynajmniej na zewnątrz. Dawno jednak nie miał tak wymagającej klienteli - non stop zawodząca matka, pogrążony w grobowym milczeniu ojciec i mdlejąca co pięć minut narzeczona. Chociaż swoją twarz przekuł w pełna współczucia maskę, wewnętrznie chciało mu się wrzeszczeć, żeby się chociaż, do kurwej nędzy, na pięć sekund opanowali, bo absolutnie nic nie dało się ustalić.
Dlatego był rozdrażniony. Chciał się rozładować. Jakoś poszaleć, dać upust negatywnej energii. A przez to niestety był także mniej ostrożny. Przez jedno ze skrzyżowań przejechał zdecydowanie szybciej niż powinien. Nadjeżdżający z sąsiedniej alejki samochód dostrzegł niemalże w ostatniej chwili. Oczami wyobraźni już widział siebie pod kołami tej wcale nienajgorszej bryki. Na wciskanie hamulca było już za późno, ale Jason zachował na tyle trzeźwości umysłu, aby nie zastygnąć w bezruchu jak jeleń złapany w światła reflektorów. W desperackim akcie uratowania się szarpnął kierownicą w prawo, czekając na moment zderzenia, który... nie nastąpił. Motor pomknął dalej, unosząc ze sobą jego osobę. Prędkość wciąż była jednak zbyt wielka, Choi czuł jak maszyna szarpie się, jak przechyla się niebezpiecznie w jedną stronę. Widział ziemię wychodzącą mu na spotkanie niemal jak w zwolnionym tempie.
- Kuurwaaaa! - zawołał w zamkniętą przestrzeń kasku, puszczając motor i zwijając się w kulkę, aby jakoś zamortyzować upadek. Usłyszał jeszcze chrzęst metalu o asfalt i doskonale wiedział, co oznacza ten dźwięk. Jego nowiutki, niedawno zakupiony jednoślad właśnie spotkał swój przedwczesny koniec. Wylądowawszy w końcu na plecach, Jason spróbował odwrócić się, by zobaczyć jak bardzo rozjebany jest jego pojazd. Przejmował się tym w tym momencie bardziej niż swoim własnym zdrowiem. No bo nic go nie bolało, znaczy że wszystko było w porządku, nie?
- Mój motor, ja jebię - zawołał nieco łamiącym się głosem, kiedy tylko dostrzegł nad sobą jakąś twarz. Zupełnie nie załapał o co właściwie go pytano. Adrenalina istotnie krążyła mu w żyłach, stąd pomimo polecenia nieznajomego, Jason momentalnie podjął próbę żeby z leżenia podnieść się do siadu. Uniósł też przyłbicę swojego kasku, żeby trochę lepiej zorientować się w sytuacji. - Cały rozjebany - zawołał jeszcze raz, wpatrując się w wrak, który jeszcze przed chwilą był jego rączym środkiem transportu.

Miles Howard

Crash landing on you

: sob lip 04, 2026 10:28 am
autor: Miles Howard
Mimika nieznajomego jasno wskazywała na stan, w jakim ten się znajdował. Twarz, przecięta żalem i niedowierzaniem z zazębiających się konsekwencji, w odbiorze Milesa była uderzająco żywa. Nakładała bruzdę emocji na jego oblicze z podobną siłą, z jaką chwilę temu motocykl roztrzaskał się o asfalt. Wszystkie biegnące w głowie mężczyzny myśli i towarzyszące mu uczucia zdawały się przy tym zalewać nieznajomego falą wyraźnego i dostrzegalnego na pierwszy rzut oka niepokoju.
A może to tylko Miles tak interpretował rzeczywistość? Nie mógł jednak odgonić się od wrażenia, że impuls tej chwili nową emocją raz po raz rozbijał się o spojrzenie motocyklisty.
Rozumiał przy tym źródło jego nerwowości – gdyby role się odwróciły, zapewne sam również nie przyjąłby takiego obrotu spraw ze spokojem – świadomie wybierał jednak nie podążać w tym kierunku i nie dać się strawić przez głupi impuls, czy nerwowość nastroju. Lęk zakorzeniony w ludziach był jak ogień: wystarczyło pozwolić mu zapłonąć, a pochłaniał wszystko, łącznie z rozsądkiem. Dlatego Miles świadomie odsunął od siebie nerwowość, zamykając ją za drzwiami wyuczonego profesjonalizmu, by w sytuacji awaryjnej, w jakiej się znaleźli, wymagającej lekarskiej ręki, zareagować z odpowiednim spokojem i przygotowaniem. Kiedy więc nieznajomy podrywał się z asfaltu nieco bezmyślnie i wbrew jego zakazowi, Miles przykucnął przy nim, asekuracyjnie przytrzymując jego plecy, w razie gdyby nieznajomy miał stracić przytomność. Nic takiego jednak się nie stało. Mężczyzna, kimkolwiek był, pozostawał iście zdeterminowany do tego, by pomimo chwilowej niedyspozycji skontrolować sytuację. Niemal od razu po podniesieniu się uniósł szybkę kasku, podążając wzrokiem za motocyklem, jakby poskręcany metal bryły miał za chwilę sam się naprostować (gdyby tylko było to możliwe…).
Miles również odwrócił głowę w tym kierunku, traktował jednak ten gest jako konieczny, acz krótki przystanek dla oka. W kolejnych sekundach powrócił już bowiem wzrokiem do pacjenta, automatycznie stawiając go w głowie w tej właśnie roli nie tylko dlatego, że mężczyzna tego potrzebował, ale również ze względu na siebie – bo tak było mu prościej. Nadanie komuś roli pacjenta porządkowało rutynę dnia. Oddzielało człowieka od emocji, a przypadek od tragedii.Pozwalało jednocześnie skupić się na tym, co można było naprawić, zamiast na tym, czego odwrócić się już nie dało.
Jako chirurg urazowy odnajdował się w sytuacjach pod presją. Równie znajoma pozostawała dla Milesa pozycja autorytetu. Ludzie wierzyli lekarzom z instynktowną łatwością (i miało to nawet swój mechanizm psychologiczny: reguła autorytetu Cialdiniego), jakby sam zawód potrafił unieważnić cudzą niepewność, czy winę. Ten cichy kredyt zaufania zdejmował z niego część odpowiedzialności za własne zawahania i pozwalał przejąć kontrolę, zanim ktokolwiek zdążył ją zakwestionować. Łatwiej było być więc lekarzem niż przypadkowym uczestnikiem ruchu drogowego.

Pozostawało tylko jedno pytanie.
Czy dzisiaj to również miało wystarczyć?

Zwróci Ci się z ubezpieczenia.
Z góry założył, że nieznajomy je posiada, kwestię strat uznając za zamkniętą. Dzięki temu mógł skupić się na samej sylwetce mężczyzny. Uważnie przesunął przy tym spojrzeniem po jego twarzy i klatce piersiowej, obserwując szerokość źrenic, rytm oddechu i szukając przy tym ewentualnych śladów obrażeń. Jedno z nich dostrzegł na udzie.
Niewielkie rozdarcie na spodniach wyjaskrawiało się czerwienią, sącząc z rany krew. Miles instynktownie przyłożył dłoń do brzegu rany, nim zdążył pomyśleć, że dla jego towarzysza gest ten może być niejasny.
Jestem lekarzem… – wyjaśnił pokrótce – ...i na moje oko to wymaga szycia.

Jason Choi