one good wednesday
: śr cze 17, 2026 5:41 pm
Vera nie znosiła śród.
Jakoś tak złożyło się w jej życiu, że ten dzień tygodnia niemal zawsze przynosił złe wieści. Zaczynał się źle, a kończył jeszcze gorzej. Być może było to wyłącznie jej wyobrażenie, jakaś niewinna fiksacja, na której z biegiem lat zaczęła skupiać się bardziej niż powinna, ale bez większego problemu potrafiła wskazać wydarzenia, które utwierdzały ją w przekonaniu, że środa zwyczajnie jej nie służy.
To właśnie w środę, gdy miała siedem lat złamała rękę. Wymknęła się wtedy z przyjęcia organizowanego przez rodziców i zamiast być grzeczną dziewczynką, jakiej wszyscy od niej oczekiwali, wspinała się po drzewach w ogrodzie.
To w środę, w same walentynki po raz pierwszy złamano jej serce. Kilka lat później, również w środę, oblała pierwszy egzamin w życiu, a poczucie winy i rozczarowanie samą sobą ciągnęły się za nią jeszcze długo po tym jak opuściła salę. Przez następne tygodnie rozpamiętywała każdą odpowiedź, każdy błąd i każdą minutę, którą mogła poświęcić na naukę zamiast na cokolwiek innego.
To w środę zamiast w którykolwiek dzień weekendu, wyszła za mąż za Elliota. I w środę postanowiła od niego odejść.
Być może środa była dla niej tym samym, czym dla innych trzynastka albo czarny kot przebiegający drogę. Nie miało to większego sensu, a jednak za każdym razem, gdy budziła się właśnie tego dnia gdzieś z tyłu głowy pojawiała się cicha obawa, że coś znowu pójdzie nie tak.
Dzisiaj postanowiła to odczarować. Nie miała szczególnie wielkiego planu - do późnych godzin popołudniowych ten dzień niczym nie różnił się od pozostałych dni tygodnia. Pracowała do późna i dopiero gdy wyszła z budynku i zatrzymała się przy samochodzie, uznała, że zamiast wracać do domu pojedzie do Guildwood. B e z zapowiedzi.
Nawet gdyby w tej chwili, gdy stanęła przed drzwiami, Zaylee powiedziała jej, że nie ma dla niej czasu, że wybrała kiepski moment, że godzina jest za późna albo że akurat w środy wieczorem medytuje przez trzy godziny, wybijając rytm na wielkim stalowym talerzu jakimś dziwnym przyrządem i udając, że ją to relaksuje - Vera i tak wepchnęłaby się do środka. Zaopatrzona w jedzenie i dobre wino, jak przystało na nieproszonego gościa, właśnie to zamierzała zrobić.
Najpierw dwukrotnie zapukała. Potem nacisnęła dzwonek, przytrzymując przycisk irytująco długo. Kiedy jednak odpowiedź nie nadeszła wystarczająco szybko, sama nacisnęła klamkę i weszła do środka, nie czekając, aż którakolwiek z właścicielek postanowi ją przywitać. - Zaylee? - krzyknęła od progu. Zrzuciła buty, torebkę odłożyła gdzieś po drodze na najbliższym stoliku, ruszając w głąb domu.
Niemal dotarła do kuchni, gdy tuż przed nią wyrosła przyjaciółka. Na widok jejskrzywionej szczęśliwej miny Vera zmrużyła lekko oczy. - Potrzebowałam towarzystwa. Chyba nie miałaś niczego w planach? - zapytała, zatrzymując się w pół kroku. Uniosła wyżej torbę z jedzeniem i butelkę wina, prezentując je niczym argument nie do podważenia. Planowała przekupić nią Zaylee, gdyby jednak jakimś cudem kazała jej się wynosić.
zaylee miller
Jakoś tak złożyło się w jej życiu, że ten dzień tygodnia niemal zawsze przynosił złe wieści. Zaczynał się źle, a kończył jeszcze gorzej. Być może było to wyłącznie jej wyobrażenie, jakaś niewinna fiksacja, na której z biegiem lat zaczęła skupiać się bardziej niż powinna, ale bez większego problemu potrafiła wskazać wydarzenia, które utwierdzały ją w przekonaniu, że środa zwyczajnie jej nie służy.
To właśnie w środę, gdy miała siedem lat złamała rękę. Wymknęła się wtedy z przyjęcia organizowanego przez rodziców i zamiast być grzeczną dziewczynką, jakiej wszyscy od niej oczekiwali, wspinała się po drzewach w ogrodzie.
To w środę, w same walentynki po raz pierwszy złamano jej serce. Kilka lat później, również w środę, oblała pierwszy egzamin w życiu, a poczucie winy i rozczarowanie samą sobą ciągnęły się za nią jeszcze długo po tym jak opuściła salę. Przez następne tygodnie rozpamiętywała każdą odpowiedź, każdy błąd i każdą minutę, którą mogła poświęcić na naukę zamiast na cokolwiek innego.
To w środę zamiast w którykolwiek dzień weekendu, wyszła za mąż za Elliota. I w środę postanowiła od niego odejść.
Być może środa była dla niej tym samym, czym dla innych trzynastka albo czarny kot przebiegający drogę. Nie miało to większego sensu, a jednak za każdym razem, gdy budziła się właśnie tego dnia gdzieś z tyłu głowy pojawiała się cicha obawa, że coś znowu pójdzie nie tak.
Dzisiaj postanowiła to odczarować. Nie miała szczególnie wielkiego planu - do późnych godzin popołudniowych ten dzień niczym nie różnił się od pozostałych dni tygodnia. Pracowała do późna i dopiero gdy wyszła z budynku i zatrzymała się przy samochodzie, uznała, że zamiast wracać do domu pojedzie do Guildwood. B e z zapowiedzi.
Nawet gdyby w tej chwili, gdy stanęła przed drzwiami, Zaylee powiedziała jej, że nie ma dla niej czasu, że wybrała kiepski moment, że godzina jest za późna albo że akurat w środy wieczorem medytuje przez trzy godziny, wybijając rytm na wielkim stalowym talerzu jakimś dziwnym przyrządem i udając, że ją to relaksuje - Vera i tak wepchnęłaby się do środka. Zaopatrzona w jedzenie i dobre wino, jak przystało na nieproszonego gościa, właśnie to zamierzała zrobić.
Najpierw dwukrotnie zapukała. Potem nacisnęła dzwonek, przytrzymując przycisk irytująco długo. Kiedy jednak odpowiedź nie nadeszła wystarczająco szybko, sama nacisnęła klamkę i weszła do środka, nie czekając, aż którakolwiek z właścicielek postanowi ją przywitać. - Zaylee? - krzyknęła od progu. Zrzuciła buty, torebkę odłożyła gdzieś po drodze na najbliższym stoliku, ruszając w głąb domu.
Niemal dotarła do kuchni, gdy tuż przed nią wyrosła przyjaciółka. Na widok jej
zaylee miller