Strona 1 z 1

B.A.D Squad: chilling in the garden

: pt cze 19, 2026 9:57 pm
autor: Dean Vanberg
Ładna pogoda w tym kraju zdawała się być prawdziwą rzadkością, z której należało w pełni korzystać, nie żałując ani chwili. Wypad nad jezioro, krótka wycieczka nad morze, buszowanie po lesie w poszukiwaniu skarbów. Brzmiało korzystnie, jednak tym razem Dean postawił na coś znacznie prostszego - napisał do Thallmanów z propozycją niezobowiązującego (jeszcze) spotkania u niego w domu. Skoro po raz kolejny ciotka wyjechała, zostawiając go samego, nie można było zmarnować potencjału wolnej chaty.. Męskie grono, trochę alkoholu. Ot, na rozluźnienie, żeby czasem dorosłe życie nie pochłonęło ich za bardzo, odbierając radość z codzienności.
I plotki. Plotki były równie ważne. Każdemu mogło się wydawać, że faceci nie zajmowali się czymś tak prozaicznym jak gadulstwo, jednak była to zwyczajnie ściema. Uwielbiali wymieniać się informacjami wiedząc, że w braterskim gronie każda spowiedź będzie święta i nie dotrze do niepowołanych uszu. Tajemnice były znacznie bezpieczniejsze, niż skierowane do damskiego grona, które lubowało się w szerzeniu słowa Bożego komu popadnie, jakby od tego zależało nawrócenie całego świata.
Otrzymując pozytywną odpowiedź, dzięki której nie musiał się fatygować do ich domu, co uczyniłby w momencie zawahania lub odmowy, pojechał do sklepu mając zamiar uzupełnić braki w barku. Ostatnie spotkanie z pewną narwaną panną skończyło się poważnymi ubytkami, nie tylko w butelkach, ale i pamięci. Grzech się przyznać, ale nie zarejestrował nawet całej nocy, którą razem spędzili, oddając się cielesnym uciechom. Cóż, będzie musiał to z nią powtórzyć dla utrwalenia i załatania czarnych dziur w głowie.
-Zapraszam, panowie. Punktualność zaskakująca - rzucił, kiedy bracia pojawili się w jego domu, nie zaprzątając sobie nawet głowy dzwonieniem dzwonkiem. Mogli te cztery ściany traktować jak swoje, nie raz spędzając tu sporo czasu. I vice versa, bo Vanberg równie często nawiedzał ich, nudząc się samemu. A z kim, jeśli nie z najlepszym towarzystwem w mieście, można było się zrelaksować czy zrobić coś naprawdę głupiego. Albert co prawda jeszcze miał jakieś opory, ale Benjamin był diabłem wcielonym, którego trzeba było jedynie szturchnąć, by coś wywinął. To ich połączyło. Podejście do życia i buńczuczność, którą się cechowali, narażając przy okazji otoczenia.
Zaprowadził ich do ogrodu, gdzie sam klapnął na jednym z leżaków. Niech piwo schłodzni się bardziej, zanim porwie ich trzyosobowa impreza.
-To jak? Jakie wieści w świecie? Tylko bez zbędnego pierdolenia, że nic - zerknął to na jednego, to na drugiego. Z pewnością przynajmniej jeden miał jakiś ciężar z barków do zrzucenia.

benjamin thallman
albert thallman