Strona 1 z 1

002. A Little Party Never Killed Nobody

: pt cze 19, 2026 11:00 pm
autor: Emmett Lapointe
002. A Little Party Never Killed Nobody | Outfit
Nie byłem do końca przekonany, czy naprawdę miałem ochotę iść na tę imprezę. Powiedziałem jednak wcześniej Duffy, że po nią przyjadę, więc temat właściwie był zamknięty. Nie należałem do ludzi, którzy robili wielką filozofię z własnych słów, ale jeśli komuś już coś obiecałem, to zazwyczaj się tego trzymałem. Zwłaszcza wobec osób, które naprawdę coś dla mnie znaczyły.
Stałem chwilę przed lustrem i poprawiałem krawat, chociaż w sumie tego nie wymagał. Zrobiłem to bardziej z przyzwyczajenia, żeby chociaż w moim mniemaniu wyglądać co najmniej przyzwoicie. Lubiłem wyglądać dobrze i nie widziałem w tym nic złego. Ludzie mogli udawać, że liczyło się tylko wnętrze, charakter i inne podobne bzdury, ale prawda była taka, że pierwsze wrażenie zaczynało się jeszcze zanim człowiek zdążył otworzyć usta. Swoją drogą ja bardzo lubiłem mieć przewagę od samego początku.
Na łóżku leżała jeszcze skórzana kurtka. Przez chwilę zastanawiałem się czy nie brać jej ze sobą, ale było na tyle ciepło, że stwierdziłem ubrać ją tylko na samą przejażdżkę. Wziąłem do ręki telefon i sprawdziłem godzinę. Miałem jeszcze trochę czasu, dlatego też postanowiłem położyć się na moment na łóżku i poprzeglądać tik toki.
Duffy była jedną z niewielu osób, przy których nie musiałem cały czas czegoś udowadniać. Nie dlatego, że nagle stawałem się przy niej lepszym człowiekiem. Nie przesadzajmy. Nadal byłem sobą, czyli bezczelnym typem rzucającym komentarze, które czasem powinienem zachować dla siebie. Z nią było o tyle łatwiej, że tolerowała moje dziwne zachowania i sama niekiedy dokładała swoją cegiełkę.
Pewnie dlatego zgodziłem się na tę imprezę bez większego marudzenia. Poza tym Duffy ma talent do wciągania mnie w rzeczy, na które normalnie odpowiedziałbym, że nie ma szans. Czasami mnie to irytowało, ale zawsze jednak wychodziło mi to na dobre.
Zgasiłem światło w pokoju, wsunąłem telefon do kieszeni, a następnie wyszedłem z mieszkania. Przeszedłem do motocykla i przesunąłem dłonią po kierownicy, aby sprawdzić czy wszystko jest na swoim miejscu. Następnie założyłem kask, odpaliłem silnik i ruszyłem spod budynku. Nie jechałem jakoś specjalnie szybko, chociaż trudno było mi się całkiem powstrzymać przed mocniejszym dodaniem gazu na pustych odcinkach drogi.
Kiedy zbliżałem się do miejsca, z którego miałem odebrać przyjaciółkę, to rzuciłem szybko okiem na zegar, który znajdował się przy liczniku. Na szczęście byłem punktualnie. Zależało mi na tym, aby nie dawać jej pretekstu do narzekania już na samym starcie. Chociaż podejrzewałem, że i tak znalazłaby coś, czym mogłaby mnie zaczepić.
Zwolniłem przy krawężniku, a potem zatrzymałem motocykl przed budynkiem. Oparłem jedną nogę o asfalt i zdjąłem kask. Wreszcie mogłem odetchnąć przez chwilę świeżym powietrzem, a w międzyczasie czekać aż Duffy do mnie podejdzie.

Duffy Summers