maybe i need a help. again.
: sob cze 20, 2026 10:41 am
Carmen uderzyła otwartą dłonią w maskę samochodu, kupionego z drugiej, trzeciej, a może nawet czwartej ręki i syknęła pod nosem, gdy rozgrzana blacha oparzyła jej skórę. Auto potrafiło zepsuć się jej nawet dwa razy w tygodniu, a przecież używała go tylko wtedy, gdy nie miała innej opcji. Chyba niczego nienawidziła tak bardzo jak prowadzenia tego starego dziada, którego kupiła zaledwie rok po przeprowadzce do Toronto. Czasami zastanawiała się, jakim cudem on nadal był jakkolwiek sprawny. A mogła po prostu wsiąść w autobus i przespać całą drogę do domu, zamiast nerwowo zaciskać palce na kierownicy i pochylać się na przód jak goblin, żeby lepiej widzieć ulicę i potencjalne ofiary. To znaczy, przechodniów.
Torres przysiadła na krawężniku, marszcząc z niezadowoleniem nos, gdy zdała sobie sprawę, że znowu nie obejdzie się bez wezwania pomocy. I zamiast wezwać pomoc — jak na dorosłą i odpowiedzialną młodą kobietę przystało — wybrała swój ulubiony numer alarmowy. W końcu Eric miał już wybitne doświadczenie z ratowania jej ze wszelkich opałów i opresji.
— No nie uwierzysz, co się właśnie wydarzyło! — rzuciła teatralnym głosem do słuchawki, mimo niezbyt przyjemnej sytuacji, unosząc kącik ust pod nosem. — Słyszałam, że nie masz dziś żadnych planów i bardzo chciałbyś mi pomóc — dodała wesoło, próbując stworzyć pozory bycia wyluzowaną. W końcu Eric Stones widział się z jej samochodem nie raz częściej niż ona sama. Tak samo było z jej komputerem, telefonem i każdą inną techniczną rzeczą, która jakimś trafem, rozsypywała się w jej rękach. Bywały chwile, gdy naprawdę zastanawiała się, czy nie została przeklęta przez jakiegoś meksykańskiego ducha. A choć zbytnio przesądna nie była, tak pewne wierzenia wyryły się w jej głowie na tyle, że nie skreślała ich tak bardzo sceptycznie.
Po dość długim czasie oczekiwania na swojego wybawiciela, Carmen w końcu odszukała wzrokiem znajomą sylwetkę i podniosła się z krawężnika, nonszalancko opierając się o swojego (znowu) zepsutego grata. Próbowała udawać, że tym razem nie zechce oddać go na złomowisko i przez resztę życia jeździć rowerem lub autobusem.
— Zanim cokolwiek powiesz — rzuciła, wyciągając rękę w jego stronę, jakby w ten sposób mogła powstrzymać go przed możliwym, kąśliwym komentarzem. — To naprawdę nie moja wina. Dojechałam do szkoły, wszystko działało sprawnie, a jak wyjechałam na ulicę to nagle gwałtownie się zatrzymał i trochę zaczęło się dymić — powiedziała, jakby to miało ją usprawiedliwić. Zerknęła przelotnie na pojazd, jakby wewnętrznie zastanawiała się, czy nie zacznie się nagle palić. — Słuchamy, nie oceniamy, tak? — rzuciła niewinnie, odsuwając się w bok, by mógł zerknąć na tę katastrofę. — Zadzwoniłam już do mechanika, ale powiedział, że nie zrobi mi go do końca tygodnia, więc być może będę potrzebowała podwózki — mruknęła, próbując zagadać go na tyle, żeby zgodził się na jej nadchodzącą propozycję. Dlatego stanęła obok niego, obejmując chłopaka ramieniem za szyję jak młodszego brata, choć byli w tym samym wieku i uśmiechnęła się szeroko. — A więc może zostaniesz moim szoferem na parę dni, hm? — zaproponowała, zastanawiając się jak duże szanse miała na powodzenie.
Eric Stones
Torres przysiadła na krawężniku, marszcząc z niezadowoleniem nos, gdy zdała sobie sprawę, że znowu nie obejdzie się bez wezwania pomocy. I zamiast wezwać pomoc — jak na dorosłą i odpowiedzialną młodą kobietę przystało — wybrała swój ulubiony numer alarmowy. W końcu Eric miał już wybitne doświadczenie z ratowania jej ze wszelkich opałów i opresji.
— No nie uwierzysz, co się właśnie wydarzyło! — rzuciła teatralnym głosem do słuchawki, mimo niezbyt przyjemnej sytuacji, unosząc kącik ust pod nosem. — Słyszałam, że nie masz dziś żadnych planów i bardzo chciałbyś mi pomóc — dodała wesoło, próbując stworzyć pozory bycia wyluzowaną. W końcu Eric Stones widział się z jej samochodem nie raz częściej niż ona sama. Tak samo było z jej komputerem, telefonem i każdą inną techniczną rzeczą, która jakimś trafem, rozsypywała się w jej rękach. Bywały chwile, gdy naprawdę zastanawiała się, czy nie została przeklęta przez jakiegoś meksykańskiego ducha. A choć zbytnio przesądna nie była, tak pewne wierzenia wyryły się w jej głowie na tyle, że nie skreślała ich tak bardzo sceptycznie.
Po dość długim czasie oczekiwania na swojego wybawiciela, Carmen w końcu odszukała wzrokiem znajomą sylwetkę i podniosła się z krawężnika, nonszalancko opierając się o swojego (znowu) zepsutego grata. Próbowała udawać, że tym razem nie zechce oddać go na złomowisko i przez resztę życia jeździć rowerem lub autobusem.
— Zanim cokolwiek powiesz — rzuciła, wyciągając rękę w jego stronę, jakby w ten sposób mogła powstrzymać go przed możliwym, kąśliwym komentarzem. — To naprawdę nie moja wina. Dojechałam do szkoły, wszystko działało sprawnie, a jak wyjechałam na ulicę to nagle gwałtownie się zatrzymał i trochę zaczęło się dymić — powiedziała, jakby to miało ją usprawiedliwić. Zerknęła przelotnie na pojazd, jakby wewnętrznie zastanawiała się, czy nie zacznie się nagle palić. — Słuchamy, nie oceniamy, tak? — rzuciła niewinnie, odsuwając się w bok, by mógł zerknąć na tę katastrofę. — Zadzwoniłam już do mechanika, ale powiedział, że nie zrobi mi go do końca tygodnia, więc być może będę potrzebowała podwózki — mruknęła, próbując zagadać go na tyle, żeby zgodził się na jej nadchodzącą propozycję. Dlatego stanęła obok niego, obejmując chłopaka ramieniem za szyję jak młodszego brata, choć byli w tym samym wieku i uśmiechnęła się szeroko. — A więc może zostaniesz moim szoferem na parę dni, hm? — zaproponowała, zastanawiając się jak duże szanse miała na powodzenie.
Eric Stones