Strona 1 z 1

maybe i need a help. again.

: sob cze 20, 2026 10:41 am
autor: Carmen Torres
Carmen uderzyła otwartą dłonią w maskę samochodu, kupionego z drugiej, trzeciej, a może nawet czwartej ręki i syknęła pod nosem, gdy rozgrzana blacha oparzyła jej skórę. Auto potrafiło zepsuć się jej nawet dwa razy w tygodniu, a przecież używała go tylko wtedy, gdy nie miała innej opcji. Chyba niczego nienawidziła tak bardzo jak prowadzenia tego starego dziada, którego kupiła zaledwie rok po przeprowadzce do Toronto. Czasami zastanawiała się, jakim cudem on nadal był jakkolwiek sprawny. A mogła po prostu wsiąść w autobus i przespać całą drogę do domu, zamiast nerwowo zaciskać palce na kierownicy i pochylać się na przód jak goblin, żeby lepiej widzieć ulicę i potencjalne ofiary. To znaczy, przechodniów.
Torres przysiadła na krawężniku, marszcząc z niezadowoleniem nos, gdy zdała sobie sprawę, że znowu nie obejdzie się bez wezwania pomocy. I zamiast wezwać pomoc — jak na dorosłą i odpowiedzialną młodą kobietę przystało — wybrała swój ulubiony numer alarmowy. W końcu Eric miał już wybitne doświadczenie z ratowania jej ze wszelkich opałów i opresji.
— No nie uwierzysz, co się właśnie wydarzyło! — rzuciła teatralnym głosem do słuchawki, mimo niezbyt przyjemnej sytuacji, unosząc kącik ust pod nosem. — Słyszałam, że nie masz dziś żadnych planów i bardzo chciałbyś mi pomóc — dodała wesoło, próbując stworzyć pozory bycia wyluzowaną. W końcu Eric Stones widział się z jej samochodem nie raz częściej niż ona sama. Tak samo było z jej komputerem, telefonem i każdą inną techniczną rzeczą, która jakimś trafem, rozsypywała się w jej rękach. Bywały chwile, gdy naprawdę zastanawiała się, czy nie została przeklęta przez jakiegoś meksykańskiego ducha. A choć zbytnio przesądna nie była, tak pewne wierzenia wyryły się w jej głowie na tyle, że nie skreślała ich tak bardzo sceptycznie.
Po dość długim czasie oczekiwania na swojego wybawiciela, Carmen w końcu odszukała wzrokiem znajomą sylwetkę i podniosła się z krawężnika, nonszalancko opierając się o swojego (znowu) zepsutego grata. Próbowała udawać, że tym razem nie zechce oddać go na złomowisko i przez resztę życia jeździć rowerem lub autobusem.
— Zanim cokolwiek powiesz — rzuciła, wyciągając rękę w jego stronę, jakby w ten sposób mogła powstrzymać go przed możliwym, kąśliwym komentarzem. — To naprawdę nie moja wina. Dojechałam do szkoły, wszystko działało sprawnie, a jak wyjechałam na ulicę to nagle gwałtownie się zatrzymał i trochę zaczęło się dymić — powiedziała, jakby to miało ją usprawiedliwić. Zerknęła przelotnie na pojazd, jakby wewnętrznie zastanawiała się, czy nie zacznie się nagle palić. — Słuchamy, nie oceniamy, tak? — rzuciła niewinnie, odsuwając się w bok, by mógł zerknąć na tę katastrofę. — Zadzwoniłam już do mechanika, ale powiedział, że nie zrobi mi go do końca tygodnia, więc być może będę potrzebowała podwózki — mruknęła, próbując zagadać go na tyle, żeby zgodził się na jej nadchodzącą propozycję. Dlatego stanęła obok niego, obejmując chłopaka ramieniem za szyję jak młodszego brata, choć byli w tym samym wieku i uśmiechnęła się szeroko. — A więc może zostaniesz moim szoferem na parę dni, hm? — zaproponowała, zastanawiając się jak duże szanse miała na powodzenie.

Eric Stones

maybe i need a help. again.

: sob cze 20, 2026 11:45 pm
autor: Eric Stones
#przed piciem w parku

Eric nie miał jakichś szczególnych planów na to popołudnie - planował wrócić po pracy do domu, wymienić wodę Gustavo, obejrzeć meczyk (bo Mistrzostwa Świata odbywały się jedynie co cztery lata), porozmawiać z Sher, zjeść kolację i położyć się spać, by bez problemów wstać następnego dnia - nie spodziewał się telefonu od przyjaciółki, która była dla niego bardziej jak siostra (nie przeszkadzało mu, że posiadał już jedną rodzoną). Odebrał, przyciskając przycisk na kierownicy, odpowiedzialny za odebranie nadchodzącego połączenia.
Oho... zaczyna się dobrze. powiedział do samego siebie w myślach, będąc BARDZO ciekawym, co takiego przydarzyło się Carmen.
-... no zaskocz mnie, co tym razem odmówiło posłuszeństwa? - spytał, lecz zaraz się poprawił:
- Albo inaczej... gdzie jesteś? - i gdy mu powiedziała, zmienił kurs i wstukał adres do nawigacji, by na wszelki wypadek dotrzeć do prawidłowego celu. Może i mieszkał w Toronto już długo, lecz czasami wolał być prowadzonym przez nawigację, bo choć znał nazwy ulic, tak nie do końca sobie ufał i czasami miał wrażenie, że coś mu mówiła dana ulica, lecz nie pamiętał, gdzie się znajdowała. Oczywiście, do domu czy pracy doskonale wiedział, jak dojechać z praktycznie każdej części miasta. Będąc już niedaleko, przypomniał sobie o jednej... dobra, trzech ważnych rzeczach, takich jak: haki i lina (nie był pewien, czy Carmen takowe miała u siebie, a i on kojarzył, że po ostatniej akcji wyciągnął wszystko z bagażnika). Tak więc musiał jednak wrócić do domu, by zgarnąć z wnętrza szafki te potrzebne przedmioty, a potem ponownie zaczął kurs.
Po dotarciu na miejsce postawił autko przed samochodem Carmen. Wysiadł z niego ze zmarszczonymi brwiami, bo miał wrażenie, że miał deja vu i ogólnie całkiem NIEDAWNO Torres miała przygodę ze swoim samochodem.
Westchnął głośno, lecz nic nie powiedział — zgodnie z prośbą — i pozwolił mówić. Uniósł brew, gdy usłyszał o dymie, wydobywającym się spod maski auta - nie, ani trochę nie brzmiało to dobrze.
Oczywiście wysłuchał wypowiedzi Carmen do końca i gdy rozbrzmiała cisza, chrząknął.
- Czy rozważałaś zakup NOWEGO auta? Przecież Ty nie możesz nim jeździć. Więcej wydajesz na przeglądy i naprawy niż Cię on kosztował. - stwierdził, kopiąc oponę samochodu Carmen, jakby chciał sprawdzić, czy jest wystarczająco dobrze napompowana. Niespodziewanie jakby przypomniał sobie coś ważnego, o co powinien zapytać wcześniej.
- Kojarzysz kolor dymu? Szary? Czarny? Biały? - spytał, wymieniając pierwsze kolory, które pamiętał, co mogły oznaczać.
- Wisisz mi jakiś naprawdę dobry obiad. Jak nie ze cztery obiady. Daruję Ci ten jeden dzień roboczy. - powiedział, posyłając Carmen uroczy uśmiech.
- Odholuję Ci najpierw auto do mechanika, a potem… zawiozę, gdzie będziesz potrzebowała. - odparł, tym samym zgadzając się na pełnienie tymczasowo funkcji szofera lub taksówkarza.
Nie czekając ani chwili dłużej, zaczął wpinać haki - najpierw do swojego auta, a potem do auta Carmen, a między nimi umieścił linę.
- Okej, gotowe. Do którego mechanika podrzucić? Tego, co ostatnio? - spytał, bo przecież mechaników w Toronto było sporo, więc istniało jakieś tam prawdopodobieństwo, iż tym razem wybrała kogoś innego Aczkolwiek chyba do tej pory była zadowolona z usług tej firmy, do której przyjeżdżała... przemknęło mu przez myśl. Przynajmniej nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek narzekała na poprzednią naprawę albo wspominała o szukaniu nowego warsztatu. Mimo wszystko wolał się upewnić, zamiast zakładać coś z góry. Oczekując odpowiedzi, oparł się o swoją Hondę i skrzyżował ręce.

Carmen Torres

maybe i need a help. again.

: ndz cze 21, 2026 12:45 am
autor: Carmen Torres
— Wiesz, co słyszę w twoim głosie? Politowanie. W tym domu tego nie robimy, mój drogi — mruknęła w słuchawkę, podświadomie wiedząc jednak, że Eric miał pełne prawo do takiej reakcji. Jak nikt inny, musiał użerać się z jej wypadkami na drodze (i nie tylko), ale sam się na to zdecydował, gdy pomógł jej po raz pierwszy. Zupełnie, jakby przy poznaniu się te parę lat temu, dostał talon na nową najlepszą przyjaciółkę. I to taką na amen. Nierozerwalną aż do grobu. Może to jednak przekleństwo? — Jestem niedaleko szkółki. Ledwo wyjechałam z parkingu — rzuciła marudnie, spoglądając na swoje buty. Dobrze, że one się jeszcze nie zepsuły, bo w tym tempie nie zostanie jej zbyt wiele. Tak czy siak — wiedziała, że może na niego liczyć, dlatego na jego widok uśmiechnęła się w charakterystyczny dla siebie sposób.
— Przykro mi, że muszę cię uświadomić, ale pieniądze nie spadają z nieba. Chyba, że zostałabym striptizerką, wtedy pewnie latałyby dokoła — powiedziała z rozbawieniem, klepiąc łagodnie lusterko, które przy mocniejszym uderzeniu ręką, mogłoby zmienić kształt. — To nie jest powód do przemocy — rzuciła kpiąco, gdy chłopak kopnął w oponę. — Szkoda mi nowego samochodu. Nie lubię jeździć. Stałby cały zakurzony na parkingu albo rozbiłabym go już podczas pierwszego dnia użytkowania — westchnęła, odsuwając się od swojego pojazdu, by zerknąć na ten, należący do Erica. W przeciwieństwie do jej samochodu, prezentował się jak z najwyższej możliwej półki, choć nawet deskorolka prezentowała się lepiej przy tym gracie. Na pytanie o kolor dymu, Carmen postukała się paznokciem w skroń; czuła się jak na fizyce w liceum, gdy nauczyciel zadawał oczywiste pytania, a ona musiała się przy tym dwukrotnie zastanowić. — Chyba szary. No nie wiem, był normalny — parsknęła, wzruszając ramieniem. — To bardzo źle? Bo moje oszczędności poszły wczoraj na Netflixa — westchnęła, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
Dziewczyna zaśmiała się na jego słowa; obiad był całkiem sprawiedliwą zapłatą za to jeżdżenie w tę i z powrotem, żeby jej pomóc. — Mogę ci zrobić tacosy albo quesadillę, o ile w końcu ruszysz tyłek i przyjedziesz, gdy nie będę potrzebowała ciebie jako 112 — rzuciła złośliwie. A słysząc, że zawiezie ją gdzie będzie chciała, Carmen uśmiechnęła się i klepnęła go w ramię z zadowoleniem. — Wiedziałam, że mnie nie zawiedziesz. Chciałam jechać do domu, ale jak już jesteś, to powinniśmy coś razem zjeść — powiedziała, jakby udało jej się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. — Do jedynego mechanika, któremu mogę zapłacić w ratach — westchnęła, patrząc jak chłopiec podpina do siebie samochody. Znowu była na etapie szukania dodatkowej roboty; ostatnie miesiące były dość ciężkie, bo jej bracia znowu zaczęli wypisywać, pytając o pieniądze. Rodzinne długi doganiały ją, nawet jeśli próbowała odciąć się od nich na każdy możliwy sposób. — Nie musisz się chwalić, że masz sprawny pojazd — mlasnęła żartobliwie, gdy oparł się o swoje auto. — Zastanawiam się, czy jest sens w ogóle grzebać w nim od nowa — stwierdziła po krótkim namyśle. Nie miała najlepszego dojazdu do pracy, ale nie mieszkała na tyle daleko, by nie móc się w ogóle do niej dostać.

Eric Stones

maybe i need a help. again.

: ndz cze 21, 2026 3:39 pm
autor: Eric Stones
- Co? Musiałaś się przesłyszeć, Carmi, bo tu na pewno ŻADNEGO politowania nie było. - powiedział, próbując brzmieć stanowczo, choć może jednak faktycznie było. Takie małe politowanko. Malusieńkie. No ale Torres próbował przekonać do swojej racji, bo tak. Fakt faktem dalej mu się chciało śmiać, gdy podczas powrotu z zakupów wędkarskich, zauważył stojący na poboczu samochód i załamaną dziewczynę. Coś go wtedy tknęło i zamiast olać postanowił zapytać, co się stało, a to właśnie dało początek ich znajomości, trwającej po dziś dzień. Gdyby nie trwała, to by się tu nie zjawił, proste i zamiast być tu, siedziałby na kanapie oglądając Mistrzostwa Świata.
- Nawigacja pokazuje jakieś… dwadzieścia minut. - powiedział, choć ten czas, rzecz jasna, się wydłużył, bo rozmowę telefoniczną prowadzili, zanim przypomniał sobie o WAŻNYCH, POTRZEBNYCH i NIEZBĘDNYCH przedmiotach do holowania.
- No ale jak to? To tu nie działają żadne kody na hajs jak w GTA lub Simsach? - zrobił przerażoną minę i złapał się za głowę, oczywiście żartując.
- A tak serio, to wiem. Oj tam od razu striptizerką… zawsze istnieje też onlyfans albo zabawa w streamowanie, tylko musiałabyś zachęcić widzów, by dawali Ci donejty i subskrybowali kanał… w sumie jakbyś mi dała moderatora, to może by coś z tego wyszło… - bo przecież umiał robić strony internetowe, pisał kody i nawet stworzył apkę, dzięki której jedna z jego znajomych używała, a która usprawniała zapisywanie się klientów - coś jak booksy, tylko mniej rozbudowane.
Parsknął śmiechem, gdy po kopnięciu w oponę, samochód nie rozpadł się, a Carmen rzuciła tekstem o przemocy.
- Wybacz. Chciałem tylko sprawdzić, czy, jak go zacznę holować, to się nie rozpadnie i czy jest wystarczająca ilość powietrza w oponie. - odpowiedział, zaczynając robić obchód wzdłuż auta, niczym detektyw poszukujący poszlaków, choć tak naprawdę upewniał się, że nic więcej nie było uszkodzone.
- Szary mówisz… no to albo coś z instalacją elektryczną, albo zwarcie w układzie elektrycznym albo… choć to raczej o wiele rzadziej się przytrafia, wyciek paliwa na gorące elementy. Tak czy inaczej stawiałbym na instalację elektryczną. - wyjaśnił zgodnie ze swoim przekonaniem, bo jednak coś tam o autach wiedział - od małego był zafascynowany motoryzacją, a jako dzieciak, często chodził z samochodzikiem. Oczywiście dalej marzył o Porshe - któregoś razu, gdy był w podstawówce, przyniósł ze sobą mini porshe i pochwalił się wielu osobom, że kiedyś będzie jeździł TAKIM autem. Ale aktualnie woził się Hondą Civic z której był zadowolony.
- Wiesz… to zależy. Najlepiej, gdyby poszedł przewód, bo koszt za wymianę takiego wynosi od 100 do 500 dolarów. W najgorszym przypadku będą chcieli koło 5000, ale oby nie. - odparł, przeczesując dłonią włosy. Ciężko mu było powiedzieć, ile dokładnie wyniesie naprawa, bo tak jak wspomniał, wiele zależało od tego, co musiało być naprawione. To trochę jak z laptopami, które naprawiał. Jeśli należało jedynie wymienić baterię, zwykle brał od 50 do 80 dolarów za samą usługę. Natomiast gdy w grę wchodziła wymiana płyty głównej, stawki rosły od około 150 do 200 dolarów, nie licząc kosztu części. Oczywiście, wiele zależało od modelu, bo inaczej pracowało się przy MacBookach, a inaczej przy laptopach innych producentów.
- Lepiej przygotuj menu na najbliższe cztery dni robocze. - pewnie gdyby nie miał dziewczyny, zażądałby dodatkowego bonusu.
Klasnął w dłonie, kiedy usłyszał propozycję, by wyskoczyć gdzieś na obiad.
- O, podoba mi się ten pomysł. Hmm… może skoczymy do jakiejś włoskiej knajpy na makaron lub pizzę? Ostatecznie jeszcze burgery mi chodzą po głowie. - powiedział zgodnie z prawdą ale oczywiście był otwarty także i na inne propozycje.
Skinął głową, bo tyle mu wystarczyło by wiedzieć, do którego mechanika miał odprowadzić wóz - tego samego co ostatnio.
- Wiem… ale lubię to robić. - rzucił w odpowiedzi, szczerząc śnieżnobiałe zęby. Lubił też się z Carmenitą droczyć, jak na przyjaciela-brata przystało.
- Znaczy wiesz.. zaczyna się robić ciepło, to możesz pomyśleć o rowerze na przykład. Ostatecznie mogłabyś pomyśleć o… takim małym skuterze. Dobra sprawa, bo nie odczuwasz gorąca aż tak. - zaczął podsuwać pomysły, bo szczerze? Naprawdę uważał, że wydawanie pieniędzy na mechanika, zaczynało powoli mijać się z celem, skoro gratauto Carmen tak często odmawiało posłuszeństwa.
- Ciekawe za ile być go sprzedała… o ile w ogóle by się to udało. - stwierdził, bo o ile byłby faktycznie sprawny, można by było rozmawiać o sprzedaży, a tak… jeśli w najbliższym czasie znowu miałoby się zepsuć, jego wartość automatycznie spadała. Mało kto chciał kupować samochód z perspektywą rychłej wizyty u mechanika i kolejnych wydatków, które mogły pojawić się zaraz po podpisaniu umowy.
- Siadaj za kółko swojej limuzyny. Przesiądziesz się do mnie, jak dojedziemy do mechanika. - powiedział, bo ktoś jednak musiał skręcać kołami. Nim on usiadł za kierownicą swojego auta, podszedł do linki by sprawdzić jej stan - nie chciałby, żeby w trakcie holowania się rozerwała. Na wszelki wypadek posprawdzał także węzły. I to ze trzy razy.

Carmen Torres

maybe i need a help. again.

: ndz cze 21, 2026 4:58 pm
autor: Carmen Torres
— Ty się śmiejesz, a ja podpisałabym pakt z diabłem za dodatkowe sto dolarów — westchnęła, odgarniając zbłąkany kosmyk włosów z czoła. Ludzie ciągle powtarzają ten denny tekst, że pieniądze szczęścia nie dają, a Carmen w ogóle się z nimi nie zgadzała! Za wygraną w loterii, kupiłaby sobie porządne mieszkanie na własność i nowe auto; może nawet takie sportowe i różowe, żeby każdy w mieście jej zazdrościł. Nawet, jeśli mogłaby je potencjalnie uszkodzić przy pierwszej lepszej okazji, ale to nie miało już żadnego znaczenia. Liczyło się tylko to, że w ogóle mogłaby to zrobić. I przelałaby pewnie jakąś część kasy swojej rodzinie, bo miała do nich niewyjaśnianą słabość, mimo że już dawno miała położyć między nimi grubą granicę. Dopiero wtedy pomyślałaby nad zaczęciem lepszej, poważniejszej pracy, niekoniecznie związanej z uczeniem innych hiszpańskiego. Lubiła to, ale nie chciała zostać nauczycielką do końca swojego życia. Przecież taka rutyna kompletnie by ją wymęczyła.
Słysząc pomysły, podrzucane przez Erica, Carmen oparła ręce na biodrach, nagle wyobrażając sobie każdą z tych opcji. Nie wiedziała, co by powiedzieli rodzice jej uczniów, gdyby zobaczyli ją na jakichś dziwnych stronach, ale w tych czasach można to zawsze zrzucić na sztuczną inteligencję, racja? Zatrzymała wzrok na jego twarzy, jakby realnie zastanawiała się nad zmianą branży. No, bo jeśli mogłaby dostać za to więcej kasy... Po krótkiej chwili zamrugała, jakby z trudem zdołała przywrócić się do pełnej świadomości, co się w ogóle wokół niej działo. — Myślisz, że nadawałabym się na onlyfansa? — zapytała z taką powagą w głosie, jakby oznajmiała, że prezydent umarł. — Chyba mam jeszcze ten fikuśny strój pielęgniarki na Halloween sprzed trzech lat — mruknęła, kręcąc głową z rozbawieniem. Tak myślała, że w przyszłości może jej się jeszcze przydać. — Nie zachęcaj mnie do głupich rzeczy. Wiesz, że to się może źle skończyć — rzuciła, wyciągając ostrzegawczo palec wskazujący w jego stronę.
Torres naprawdę starała się traktować sprawę z jej samochodem poważnie, ale miała pełną świadomość, jak mogło to wyglądać ze perspektywy kogoś postronnego. Ten grat wyglądał, jakby z trudem wyciągnęła go ze złomowiska. Być może dlatego, gdy Stones kopnął w oponę, dziewczyna prawie dostała zawału, bo bała się konsekwencji tego sprawdzenia jego stanu. — I co, panie mechaniku? Dojedzie? — parsknęła, unosząc przy tym brew. — Daję mu ostatnią szansę. Jak się znowu rozwali, to wtedy wieziemy go prosto na złom — powiedziała, wzdychając ciężko. Oczywiście, zawarła już w swoich planach Erica, bo jakżeby inaczej.
Słysząc jego motoryzacyjną gadkę, Carmen rozciągnęła wargi w nieco rozbawionym uśmiechu. Chyba już zrozumiała, jak czują się jej starsi uczniowie, gdy w chwili przekroczenia klasy zaczyna mówić tylko w języku hiszpańskim.
— Prędzej zrozumiem, co powiesz po koreańsku niż to, co teraz bełkoczesz o tych dymach i zwarciach — stwierdziła. — Ale doceniam chęci. — Bo jej bracia, gdyby mogli pewnie wyśmialiby jej brak wiedzy i umiejętności. Eric był od nich fajniejszy. I nie handlował narkotykami, więc to był największy plus.
Słysząc prawdopodobne ceny naprawy jej samochodu, Carmen ułożyła dłoń na klatce piersiowej, jakby zaczęło poważnie boleć ją serce. Słysząc o tych wyższych kwotach, Torres oparła się o swój pojazd, dramatycznie się po nim zsuwając, jakby mdlała. Zaraz jednak wsparła się na masce, patrząc na niego z niedowierzaniem. — To może jednak ten onlyfans? — rzuciła z przerażeniem. Dziewczyna coraz bardziej rozważała pozbycie się tego auta, zanim wyląduje na bruku.
— Dobrze, szefie. Przygotuję dla ciebie każdą kuchnię, jaką sobie tylko zapragniesz — powiedziała, robiąc przy tym łagodny, żartobliwy ukłon. Carmen nie była fanką gotowania, ale dla najbliższych mogła to przeboleć. Szczególnie, jeśli mogło mu to wynagrodzić cały trud jeżdżenia na jej emergency. — Pizza. Potrzebuję tłustej pizzy. Z dużą ilością sera — zgodziła się bez zająknięcia. W końcu miała za sobą długi dzień pracy z dziećmi; potrzebowała dobrego jedzenia i może nawet piwa. Widząc jego uśmiech, gdy jej dogryzał, sama parsknęła pod nosem, unosząc zaciśniętą w pięść dłoń, jakby chciała go uderzyć, ale niemal od razu ją opuściła.
— Na rowerze? Mam pedałować czterdzieści pięć minut rowerem? — zapytała, ostatecznie marszcząc lekko nos. — To już wolę przebiec ten dystans — stwierdziła. Bieganie było dla niej najprzyjemniejszą formą przemieszczania się, chociaż niekoniecznie chciała zaczynać zajęcia mokra od potu.
Po ich rozmowie, Carmen wsiadła do samochodu, żeby mogli przemieścić się w tym ślamazarnym tempie do mechanika. Gdy byli na miejscu, podreptała zaraz za Ericem, żeby nie dać się przypadkiem oscamować. Na szczęście kwota, którą usłyszała nie była największa na świecie, więc nie przewróciła się, bojąc się o resztę miesiąca aż do swojej wypłaty.
— Co robiłeś, zanim cię wyrwałam do pomocy? — zapytała, gdy zajęła miejsce pasażera, jak zwykle po wejściu do jego samochodu, odczuwając znaczną różnicę.

Eric Stones

maybe i need a help. again.

: pn cze 22, 2026 10:11 pm
autor: Eric Stones
- Uuu, to poważnie widzę. Dam Ci 10 dolarów, jak zatańczysz ładnie taniec nowoczesny… albo ostatecznie hip hop. - powiedział z uśmiechem, wyciągając z kieszeni spodni banknot, który tak naprawdę był stu-dolarowy, ale Eric się nie przyglądał - był świetnie przekonany, że akurat w tych spodniach miał dyszkę. Dobrze, że ich nie prał poprzedniego dnia, bo hajs by namiękł i już do niczego by się nie nadawał. Nagle jednak Stones spoważniał, a banknot schował z powrotem do kieszeni.
- W ogóle ej... jeśli serio potrzebujesz hajsu, to coś tam Ci mogę pożyczyć. Ostatnio trochę wygrałem, bo dobrze mecze udało mi się obstawić. - powiedział całkowicie poważnie, o czym zresztą świadczył jego wyraz twarzy. Ogólnie on to jednak czasami potrafił w bukmacherkę, dzięki czemu mógł cieszyć się bonusem w postaci dodatkowych pieniędzy na koncie. Oczywiście, po finale Mistrzostw dalej będzie obstawiał, bo jednak hajs ZAWSZE się przydawał, a nie zamierzał prosić ani rodziny, ani dziewczyny o finansowe wsparcie. Był silnym, niezależnym mężczyzną, który uważał, że z czymś, jak z czymś, ale z hajsem będzie umiał sobie poradzić - poza tym w sumie temat pieniędzy towarzyszył mu, odkąd pamiętał, bo jego ojciec potrafił całkiem sporo o nich gadać i podkreślać, jakie były WAŻNE. Dlatego też kazał Ericowi iść w biznesy, dzięki czemu stałby się biznesmanem, woził swój zadek czarnym Porsche i nie musiał martwić się o to, co zje następnego dnia. Niespodzianka! Teraz też tak nie było, tzn. akurat o jedzenie i auto się nie martwił ani trochę.
- No.. a czemu miałabyś się nie nadawać? Ten strój na pewno by Ci pomógł w zdobyciu fanów. - odparł, zabawnie poruszając brwiami. - Zresztą wiesz... spróbować zawsze można, nie? - kontynuował swoją wypowiedź po wzruszeniu lekko ramionami. - Poza tym, najwyżej poszukaj stóp na Tumblrze albo Pintereściee i je rozsyłaj. Ostatecznie zawsze możesz wygenerować w AI. Ciekawe, czy ktoś by się zorientował. - oto było pytanie i gdyby Carmen zdecydowała się na taki krok, istniała szansa, że otrzymałby odpowiedź. Gorzej, jeśli była tam jakaś weryfikacja, czy takowe zdjęcie już się znajdowało w sieci, bo bądź co bądź, baza stóp pewnie była OGROMNA. Eric pewnie mógłby to nawet sprawdzić, ale szczerze? Jego harmonogram był dość napięty (bo przecież praca + naprawa sprzętów + dziewczyna + pomoc Carmen), a w dodatku miał lepsze rzeczy do roboty niż sprawdzenie, ILE było w necie zdjęć z dolnymi kończynami.
- Dobra, dobra. Już nic nie mówię ani nie proponuję. - odparł, unosząc ręce do góry, jakoby się poddawał i nie zamierzał już więcej podrzucać żadnych głupich pomysłów.. a przynajmniej na razie. Bo on ogólnie słynął z przeróżnych pomysłów. Tak było od… praktycznie zawsze.
- Na moje to powinien dać radę. - powiedział, parskając śmiechem, gdy został nazwany mechanikiem. Aż wyobraził sobie siebie w niebieskich ogrodniczkach z latarką na czole i paskiem z narzędziami. Jego takim pobocznym i troszkę dalekim marzeniem kiedyś było zostać mechanikiem, ale przy bolidach albo innych samochodach wyścigowych - bardziej marzył o zostaniu kierowcą, bo kierowanie takim bolidem musiało być mega. Ta prędkość…. aż się rozmarzył na sekundę lub dwie i cicho westchnął.
- Wiesz, że powiedziałaś to przy mnie, a ja to zapamiętam? - nieprawda, pewnie nie zapamięta.
- Co oznacza, że tak faktycznie będzie i jeśli po tej naprawie ZNOWU Ci się rozwali, jego następnym miejscem docelowym będzie złomowisko. Sam specjalnie poproszę o możliwość wejścia do maszyny, by go zgnieść. - i dla lepszego efektu, uniósł jedną ułożoną w pięść rękę, a drugą ustawił pod nią, by następnie wykonać ruch w dół, tzn. po prostu uderzył pięścią w dłoń, tylko nie z poziomu, a z pionu. Oczywiście nie omieszkał wykorzystać sytuacji, gdy Carmen stwierdziła, że więcej zrozumiałaby, gdyby powiedział to po koreańsku. Może i sporo słów zdążyło ulecieć mu z pamięci, ale nadal pamiętał ich wystarczająco dużo, by spróbować ją zaskoczyć.
- Dobra. 당신의 차가 고장났습니다. - co miało oznaczać Twój samochód jest zepsuty. Ciekaw był, czy Carmen odgadnie albo może nawet będzie wiedziała, co kryło się pod tym, co powiedział, czy nie. Stał ze skrzyżowanymi rękoma w oczekiwaniu na odpowiedź, a zaraz parsknął, widząc reakcję Meksykanki na to, co powiedział o tym, ile będzie mogła wynieść naprawa.
- Może wcale nie będzie tak tragicznie. - powiedział, klepiąc Carmen pocieszająco po ramieniu i posyłając lekki uśmiech. Wiedział, że nie było to łatwe, bo jednak o wiele łatwiej przychodziło człowiekowi zakładanie najgorszych scenariuszy niż dopuszczanie do siebie tych bardziej optymistycznych. Sam łapał się na tym częściej, niż chciałby przyznać.
- Dopóki mechanik nie zajrzy pod maskę, wszystko to tylko domysły. - dodał, próbując dodać jej otuchy. W końcu niejedna awaria brzmiała groźniej, niż wyglądała w rzeczywistości. Także należało mieć nadzieję.
- A tylko spróbuj zupę przesolić, to… poważnie porozmawiamy. - powiedział, grożąc palcem, ale oczywiście żartował - nie zamierzał wyciągać żadnych konsekwencji ze słabo lub wcale nie doprawionych dań, bo przecież lepiej było zrobić coś łagodniejsze, niż np. przesolić lub przesadzić z ilością pieprzu - te dwie przyprawy akurat można było sobie samemu dodać i aż mu się przypomniało, jak raz jego ojciec się wkurwił, bo uważał, że żona a mama Erica, przesoliła jakieś danie, gdzie Eric uważał, że było bardzo smaczne. Oczywiście, wynikła kłótnia i jedno poszło do sypialni, a drugie zajęło miejsce na kanapie przed telewizorem.
- No to w takim razie pizza. - potwierdził, klaszcząc w dłonie i planując wybrać jakąś smaczną knajpkę, kiedy już odstawią auto Carmen u mechanika. Nie mógł się doczekać tego włoskiego placka z salami (lub peperoni) i jakimiś dodatkami w postaci kukurydzy, papryki i oliwek. Wzięcie dodatkowego sera również rozważał.
- Jak masz prysznic w szkole, to bez różnicy, czy przybiegniesz, czy przyjedziesz na rowerze. Ale szanuję, że wybierasz bieganie zamiast roweru. - odparł, bo to brzmiało jak niezłe poświęcenie, a jednak jadąc rowerem, można było poczuć wiatr, więc było odrobinę chłodniej i dodatkowo można było schować coś do koszyka z przodu albo położyć na bagażniku (aczkolwiek, rzecz jasna, wiele zależało od tego, jaki rower posiadała Torres).
No ale zaraz musieli przerwac rozmowę, ponieważ komu w drogę temu czas, a mechanik to jednak jak zając trochę - czynny był w określonych godzinach. Tak więc Eric po chwili wsiadł do swojego auta, a Carmen do swojego. Podróż przebiegła bez większych problemów - raz może ledwo na światłach zdążył i przejechał na późnym żółtym, ale na szczęście z obu stron nic nie jechało (choć oczywiście w głowie Erica zaczęły powstawać czarne scenariusze).
Po odstawieniu auta, gdy po rozmowie z mechanikiem, Torres wsiadła do auta Stonesa i zajęła miejsce pasażera, on zaczął wstukiwać w nawigację nazwę dobrej - jego zdaniem - włoskiej knajpki, którą odwiedził kilka tygodni wcześniej i pamiętał, że jadł tam naprawdę smaczną pizzę.
15-20 minut - tyle, według nawigacji, miała zająć im droga do restauracji. Nie jest źle, zwłaszcza że ruch na ulicach jest całkiem płynny. pomyślał.
- W sumie to nic takiego. Wracałem z pracy, więc w niczym szczególnym mi nie przeszkodziłaś. - odpowiedział zgodnie z prawdą w momencie gdy nawigacja wydała z siebie komunikat:
Jedź prosto. Za 300 metrów skręć w lewo.
- I widzisz, nie zażądali wcale nie wiadomo ile za naprawę. - powiedział nagle, szturchając Carmen w bok, a jego wyraz twarzy mówił coś w rodzaju A nie mówiłem.

Carmen Torres

maybe i need a help. again.

: pn cze 22, 2026 11:54 pm
autor: Carmen Torres
— Mogę co najwyżej zrobić trzy pajacyki, jeśli cię to usatysfakcjonuje. Poza tym albo jesteś ślepy albo głupi, bo trzymasz w łapie sto dolców, a nie dziesięć — parsknęła, dostrzegając to znacznie szybciej niż on. Mogła zabrzmieć na materialistkę, ale od małego uważała, że kasa rozwiązywała większość problemów. Poza tym jej bracia wpoili jej takie postrzeganie świata, a nie inne; jeśli miało się hajs, było się bezpiecznym. Bliźniakom akurat bezustannie go brakowało, dlatego co drugi dzień, ktoś dobijał się do ich mieszkania, oczekując zwrotu lub zapłaty w inny, nieco straszniejszy sposób. Poza tym nikt nie pogardziłby wypchanym portfelem, nawet Carmen, która od przyjazdu do Toronto, musiała ciężko pracować na swoje utrzymanie. Sama myśl o takiej harówie aż do emerytury, doprowadzała ją do pierwszego stadium depresji.
— Nie biorę pieniędzy z hazardu — rzuciła, mrużąc oczy, jakby już spisywała go na straty. Zawsze zaczynało się niewinnie; od zwykłych zakładów. — Poza tym jeszcze miałbyś na mnie haka i nie miałabym już nigdy więcej spokoju — dodała żartobliwie, podejrzewając, że dopóki nie wygra w loterii, będzie musiała szukać innego sposób na zdobycie gotówki. — Tylko nie wpadnij w jakiś syf. To ponoć uzależniające — rzuciła; na początku jak się wygrywało, wszystko wydawało się proste i kolorowe. Potem dopiero zaczynały się schody i ciągła potrzeba, żeby próbować dalej. To był jej plan ostateczny. Jak już naprawdę nie będzie miała kasy, zacznie stawiać.
Widząc jego minę, parsknęła śmiechem, bo jeszcze chyba nie była tak zdesperowana, żeby skorzystać z onlyfansa, choć wiedziała, że granica między potrzebą, a desperacją była bardzo cieniutka. Szczególnie u niej, choć nie ukrywała, że ciekawiło ją jak bardzo mogłaby ją uratować jej własna uroda. — Byłabym najpopularniejsza ze wszystkich dziewuch na tej platformie. Szczególnie w tym stroju — stwierdziła z prawdziwym przekonaniem. — Jeśli kiedyś wyleją mnie ze szkoły, to zrobię to. A ty zostaniesz moderatorem i polecisz mnie swoim znajomym — powiedziała, klepiąc go z ożywieniem w ramię, jakby nie widziała w tym nic złego. — Odpalę ci nawet pięć procent. Co ty na to? — zażartowała.
— Stopy mniej mi się podobają. Obrzydliwe — mlasnęła, kręcąc głową, jakby chciała wymazać ze swojej głowy jakiekolwiek potencjalne obrazy. Z ich pomysłami na pewno otworzyliby wspólnie niejeden biznes; pytanie, jak szybko zostaliby pociągnięci do jakiejś odpowiedzialności albo jak szybko pokłóciliby się nad jedną pierdołą. No cóż, zawsze była też szansa, że przez przypadek zostaną milionerami. — Cieszę się, że nie brakuje ci pomysłów. Na pewno odezwę się, jak zostanę bez niczego — parsknęła. — Choć mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Musiałby mnie ktoś naprawdę przekląć — stwierdziła, chociaż im dłużej przyglądała się swojemu samochodowi, tym bardziej wierzyła, że ktoś nie życzył jej najlepiej.
Dziewczyna doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że Eric prawdopodobnie na dobre zapamięta jej słowa, ale może potrzebowała świadka, żeby rzeczywiście się do tego zmotywować. Miał rację; więcej wydawała siana na całą naprawę niż w ogóle był tego warty. Dlatego też westchnęła nieco męczeńsko, kiwając posępnie głową. — Najwidoczniej tak musi być... — rzuciła dramatycznie, klepiąc łagodnie w dach swojego graciucha. Zaraz jednak parsknęła pod nosem, widząc jego demonstrację, jak zgniecie jej samochód. Chyba wyczekiwał tego momentu bardziej niż czegokolwiek innego. Szturchnęła go lekko w bok, żeby nie mścił się na jej staruszku; swoje już przecież przeżył.
Gdy usłyszała koreański, Carmen skrzyżowała obronnie ręce na klatce piersiowej. Zdecydowanie za bardzo wziął sobie jej słowa do serca. — Czy ty mnie teraz obrażasz? — rzuciła, po raz kolejny w czasie tej dyskusji, mrużąc oczy i posyłając mu uważne spojrzenie, jakby doszukiwała się podstępu. — 바보 — powiedziała pewnie w jego stronę. To było jedno słowo, które zapamiętała z koreańskiej dramy, którą skończyła oglądać w zeszłym tygodniu. Miała nadzieję, że trafiło w sedno.
Carmen nie chciała robić sobie nadziei, bo wiedziała, że każda jej wizyta u mechanika, kończyła się dużą sumą pieniędzy, uciekającą z jej konta. Dlatego też uśmiechnęła się dość blado, nie wiedząc do końca, co powinna zrobić z tym całym utrapieniem. Może Eric miał rację? Może powinna z niego zrezygnować, przynajmniej na czas wakacji?
— Zupę to sobie możesz zjeść na podwieczorek. U mnie je się konkretne dania — rzuciła, uśmiechając się szeroko. — Chociaż nie obiecuję, że nie podłożę ci cyjanku, jak będziesz dla mnie niemiły — ostrzegła niewinnie. W przeszłości czytała dużo kryminałow, ale nie zamierzała testować niektórych intryg w prawdziwym życiu; szczególnie nie na swoim przyjacielu.
Torres kochała biegać, choć nadal nie przekonywała ją wizja dostawania się w ten sposób właśnie do szkoły. Przybyłaby na miejsce już wypompowana z emocji, a musiała zachować chociaż ich część dla dzieciaków. Ta sprawa była jeszcze do przemyślenia, chociaż znając Carmen, zdecyduje się na przeproszenie autobusów.
— Czyli uratowałam cię przed nudą i spędzeniem wieczoru przed ekranem laptopa. Nie ma za co — cmoknęła z zadowoleniem, opuszczając nieznacznie szybę, by oprzeć łokieć i poczuć wiatr na swojej twarzy. — A ja przynajmniej nie muszę słuchać świergotania mojej przyjaciółki na temat jej głupiego chłopaka — parsknęła, bo ten temat nie schodził przez ostatnie kilka tygodni. — Oboje coś na dzisiejszej awarii zyskaliśmy — rzuciła, odwracając głowę w jego stronę, dopiero gdy szturchnął ją w bok. Spojrzała na niego z pewną wdzięcznością i pokiwała łagodnie głową. — Tylko dlatego, że byłeś obok. Jak widzą faceta, to nie próbują cię oscamować, tylko dlatego, że jesteś babą, która nie zna się na samochodach — mlasnęła, marszcząc przy tym nos.

Eric Stones

maybe i need a help. again.

: ndz lip 05, 2026 2:06 am
autor: Eric Stones
- Tylko trzy? To mało… jakbyś zrobiła z dziesięć i dziesięć brzuszków, uznałbym to za wyczyn. Może nie jakiś wielki, ale już nie będę AŻ tak wymagający. - powiedział, nie mając pojęcia, jaką kondycję miała Carmen, lecz mógł się domyślać, że nie należała do najlepszej, choć Zawsze mogła tak po prostu powiedzieć, a w rzeczywistości mogło być inaczej. pomyślał, bo w sumie to jakoś do tej pory, nie był w stanie ocenić poziomu kondycji panienki Torres. Jeżeli o niego chodziło, ze względu na wypady na siłownię oraz regularne ćwiczenia w łóżku wydawało mu się, że jest dobrze, bo przynajmniej nie dyszał jak lokomotywa. Natomiast czy wziąłby udział w maratonie? Raczej nie.
Przewrócił oczami, kiedy usłyszał, że Carmen NIE brała pieniędzy z hazardu.
- O, byłem wręcz przekonany, że w kieszeni mam dyszkę… - odparł zgodnie z prawdą, chowając pieniądz z poweotem do kieszeni.
- Oj, przestań. Hajs, jak hajs. Myślisz, że skąd będzie wiadomo, czy to bym Ci przelał lub dał, faktycznie byłoby z hazardu, a nie z MOJEJ pensji? - szach - bo przecież nie dałoby się zwefykiować, z jakiej puli otrzymałaby pożyczkę. Oczywiście, wydawać by się mogło, że skoro najświeższy przelew to ten z bukmacherki, to także i te, co pożyczy, będą mogły mieć swoje pochodzenie właśnie z nielegalnego źródła, ACZKOLWIEK nim trafiły do bukmacherki, zapewne były u KOGOŚ, więc no…
- Haka? Ja to nie Kapitan Hak, spokojnie. - hehe, taki śmieszny chciał być i skoro usłyszał słowo hak, postanowił przywołać postać z animacji Disneya, która za wszelką cenę chciała dorwać nigdy nie dorastającego chłopca. Pamiętał, że Dzwoneczek STRASZNIE go irytowała tą swoją zazdrością.
- Ty się nie martw. Wszystko mam pod kontrolą. - a na pewno pod większą kontrolą niż alkohol, ale tym wolał się nie chwalić. Mimo wszystko doceniał troskę przyjaciółki, dlatego posłał w jej kierunku ciepły uśmiech. Znaczy, on nie uważał, żeby był UZALEŻNIONY i w niczym nie widział problemu. Od tego należało zacząć. Uważał, że przy takiej częstotliwości picia trunków, nie powinien ani być nazywany pijakiem - a zdarzało mu się pić kiedyś (bo teraz już nie) praktycznie codziennie lub co drugi dzień. Od pewnego czasu, pił głównie w piątki lub soboty, aczkolwiek wiele zależało od jego nastroju.
- Nie wątpię. - zgodził się z Carmen, apropo bycia najpopularniejszą ze wszystkich na platformie onlyfans.
Stones przyjął pozycję myśliciela, opierając głowę o otwartą dłoń.
- 10 procent i się zgodzę. - Eric mistrz negocjacji, mode on - specjalnie nawet zaraz ręce na piersiach skrzyżował oraz przyjął POWAŻNĄ minę. Ciekaw był, czy Carmen zaakceptuje tę propozycję, czy może raczej powie, żeby spadał ze swoimi dziesięcioma procentami, co będzie oznaczało K O N I E C negocjacji.
Parsknął śmiechem, kiedy Carmen sklasyfikowała zdjęcia stóp jako obrzydliwe, natomiast na kolejne słowa przyjaciółki, skinął lekko głową.
- Okej, trzymam za słowo. A spróbuj się tylko nie odezwać, to… wiem, gdzie pracujesz i gdzie mieszkasz. - odparł, grożąc Carmen, nie tylko wyrazem twarzy, lecz także wyciągniętym w jej stronę palcem wskazującym lewej dłoni. Była jego przyjaciółką, więc normalne było, że chciał jej pomóc. Miał także nadzieję, że mimo wszystko, nikt jej nie przeklął.
Westchnął na słowa o tym, że najwidoczniej tak miało być, zaraz jednak kąciki ust zaczęły mu drżeć, aż wreszcie nie wytrzymał i zaczął się śmiać, prawdziwie szczerym śmiechem.
- Tak, obraziłem Cię razem z Twoim autem. - wyjaśnił, co, rzecz jasna, nie było prawdą, lecz po prostu chciał wkręcić Torres. No i sprawdzić, jak dobrze znała koreański. W sumie sam zaczął się zastanawiać, czy zadała to pytanie podchwytliwie…
- 바보, serio? Łaa, 멋져요. 정말 멋져요 - odpowiedział, pokazując uniesionego do góry kciuka - choć korciło go, by zaraz go odwrócić, lecz postanowił, że nie będzie taki chamski, bo…
- Ile się go uczysz? - spytał z całkowicie czystej ciekawości.
Zrobił przerażoną minę i zatkał sobie buzię ustami, kiedy usłyszał, jaka kara mogła go spotkać za bycie niemiłym - nawet sobie wyobraził taką scenę, podczas której zjadł coś z dodatkiem w postaci cyjanku i zaraz upadł, a w tle było słychać syreny pogotowia…
- Dobrze, dobrze. Już nic nie powiem o zupie. - poprawił się, choć nie był pewien, czy faktycznie da radę już nigdy więcej nie wspomnieć o tym, czego miał nie wspominać, czyli potrawy najczęściej podawanej w ramach pierwszego dania. Mimo wszystko, chciał jeszcze trochę pożyć, bo miał powody…
Parsknął krótkim śmiechem, kiedy do jego uszu dotarły kolejne słowa Carmen o tym, że czuła się jak bohaterka ratująca kogoś z opresji. Po części miała rację, bo z tego, co wiedział, Sher tego wieczoru musiała zostać dłużej w pracy.
- Oho… naprawdę jest głupi czy Ty go za takiego uważasz? - zapytał - tak, to było kolejne pytanie z serii tych z CIEKAWOŚCI. Może lepiej, gdyby przestał być taki ciekawy, bo jeszcze nabawi się problemów.
Wyciągnął dłoń, aby przybić z nią piąteczkę - co musiało oznaczać oderwanie dłoni od kierownicy, ale hej! Nie miał przecież prawka od wczoraj.
- W sumie możesz mieć rację, choć nigdy na to tak nie patrzyłem… - inna kwestia, że jak np. jechał autem, mamy do mechanika, nie był oscamowywany, ale no, to on jechał, a nie jego mama.
- Dobra, jesteśmy na miejscu. - powiedział, przekręcając kluczyk w stacyjce, wyciągając go i opuszczając auto. Najwyższy czas, bo jestem cholernie głodny.

Carmen Torres

maybe i need a help. again.

: sob lip 11, 2026 1:17 pm
autor: Carmen Torres
— Mogę przebiec dla ciebie ogromny dystans, jeśli chcesz, ale inne ćwiczenia nawet nie wchodzą w grę — stwierdziła, unosząc dłoń, jakby w ten sposób chciała dać mu do zrozumienia, że na więcej to nie ma co liczyć. Na siłownię nikt jej nigdy nie wyciągnie. Jedyne, co poza bieganiem przypadło jej do gustu to pilates. Na tym kończymy ten jej duet sportowy. Poza tym nie miała na to zbyt wiele czasu, bo ciągle goniła ze szkółki do innej pracy dorywczej, a potem do znajomych, których też nie chciała stracić przez to wieczne bycie w ruchu. — Nie, nie. Jak nie masz co z tym zrobić, to ja chętnie przygarnę — zaśmiała się, machając ręką, jakby go pospieszała. W rzeczywistości tylko żartowała, bo nie była fanką brania pieniędzy od przyjaciół i to się raczej nie zmieni w najbliższym czasie.

— No i właśnie dlatego, w ogóle nie zamierzam brać od ciebie kasy — westchnęła, kręcąc głową z dezaprobatą, jakby była jego starszą siostrą, która znowu musiała uczyć go życia. Carmen nie będzie ryzykować przez jakieś brudne pieniądze, bo i tak miała wystarczająco dużo problemów ze swoimi braćmi, którzy regularnie zatruwali jej życie, jakby zapomnieli, jaka łączyła ich relacja, gdy jeszcze mieszkała w Meksyku. Czy to naprawdę nie miało już żadnego znaczenia? Liczyły się tylko narkotyki i kasa?

Słysząc jego żart, Carmen uniosła palce od ust, by ukryć swój uśmiech; nie chciała, żeby zauważył, że takie denne teksty, potrafiły ją rozbawić. Dlatego udała zażenowanie, ostatecznie parskając cicho pod nosem. — Jak ktoś mówi, że ma nad wszystkim kontrolę, to znaczy, że wcale jej nie ma — mlasnęła, krzyżując ręce na klatce piersiowej. — Ale wierzę, że powiesz mi w razie co — dodała, mrużąc przy tym oczy, jakby próbowała prześwietlić go na wylot. W końcu byli przyjaciółmi, racja? Musieli się wspierać, nawet jeśli nie raz nie rozumieli swoich wyborów.

— Dobra dziesięć, ale to już ostatecznie — rzuciła, zaraz znowu śmiejąc się ciszej. Na razie nie rozważała zmiany branży, ale dobrze było wiedzieć, że miała wsparcie, jeśli tylko się na to zdecyduje. Jak na razie Torres liczyła na to, że po prostu dorzucą jej więcej godzin w szkole. Lubiła tę pracę, tylko warunki nie były do końca takie, o jakich marzyła. Na początku jej odpowiadały, ale po takim czasie liczyła na jakiś upgrade.

— No to mamy beefa, kolego — mruknęła, klepiąc pocieszająco swój pojazd, mimo że w gruncie rzeczy wcale go nie lubiła. Był tylko utrapieniem i zbieraczem oszczędności; żadnego z niego pożytku w ogóle nie miała. Zaraz jednak zacisnęła usta na kolejne słowa przyjaciela, bo aż takiej wiedzy z języka koreańskiego to ona nie miała. — Ile się go uczę? Cóż, z każdej nowej dramy, wyciągam jakieś nowe słówko — parsknęła, wzruszając łagodnie ramieniem; miała smykałkę do nauki języków, ale w tym wypadku wychwytywała tylko co poniektóre wyrażenia.

Na wspomnienie o Wesleyu, Carmen parsknęła pod nosem. W jej głowie był naprawdę głupi, irytujący i zbyt pewny siebie, a ona nienawidziła takich cwaniaczków. Już przeszła przez paru takich w swoim życiu. — Skoro za takiego go uważam, to musi taki być, Eric — mlasnęła, jakby to było oczywiste.

Wyszli z samochodu, a Carmen od razu wyskoczyła do przodu, żeby jak najszybciej wejść do restauracji. Zajęli jedno z miejsc, chwytając menu. — A jak tam z Sheer? — zapytała, przypominając sobie o jego dziewczynie. — Proponuję tę. I ekstra ser — powiedziała, wskazując palcem jedną z pozycji.

Eric Stones