The sound of silence
: sob cze 20, 2026 5:49 pm
Kiedy panna Wilkinson wchodziła do szpitala, miała do wykonania misję. Nie szła tam w odwiedziny do chorych, ale poszła pogadać i rozeznać się, czy aby nie przyjęli tam kogoś do recepcji, bo była chętna. Inez szybko się uczyła nowych rzeczy, ale w razie gdyby jej odmówili to przyjmie się do mopa, bo tacy zawsze byli potrzebni. Oczywiście była ambitniejsza, ale tak czy siak, chciała przy okazji zrobić sobie reklamę i szukać nowych kontaktów do sprzedaży swojej biżuterii. I zawsze mogła trafić na jakiegoś jubilera bez pomysłu na klientów, który trafi tam z jakimś problemem, prawda? Dla Inez zawsze istniała nadzieja, bo ona wolała przyciągać szczęście, zamiast prawdziwych idiotów, a tacy to się zawsze znaleźli na jej drodze. I mimo iż nie lubiła szpitali, zaglądała tam czasem, by odwiedzić swoje przyjaciółki. O ile dyżurka pielęgniarek to zwyczajne miejsce, o tyle prosektorium to już coś innego. Kiedyś by tam nie weszła, a teraz? Będąc już zawieszoną na krawędzi życia i śmieci, po prostu przywykła do tematu trupów, no i jej nie przerażali zmarli. W końcu co jej zrobią? No nic.
Poza tym to było dobre miejsce do rozmów, bo nikt tam prawie nie wchodził.
Oczywiście kiedy załatwiła swoje sprawy, zajrzała do kawiarni, gdzie zakupiła dwie kawy. Czy czekała na kogoś? Nie tym razem. To raczej czekano na nią. Umieściła kubeczki w swojej przepastnej torbie, unieruchamiając je jakoś, by się nic nie wylało i jak gdyby nigdy nic, udała się do przybytku martwych, gdzie panowała jedyna i niepowtarzalna królowa umarlaków – Olivia Calvert.
Oczywiście dała znać, że zaraz przyjdzie i póki co czai się tam, gdzie w sumie nie powinna być. Od biedy jeśli ktoś ją zatrzyma, powie, że się zgubiła? Albo, że ma tam pracować i zwiedza sobie szpital? Mogła też powiedzieć prawdę, bo dlaczego nie? Poradzi sobie, ale tak się stało, że nie musiała zmyślać. Dotarła bez problemów i po prostu zapukała, a po chwili uchyliła drzwi do pomieszczenia i wsunęła tam głowę.
- Dzień dobry – rzuciła wesoło, chociaż panowała tam cisza, wiało chłodem i trąciło trupem. Ale nie była niemiła, każdy kiedyś przecież umrze. Inez przywykła do tej myśli. – Mam kawę i jakieś ciacha, no i nie zawaham się ich użyć! – było to dość groteskowe wejście, poza tym ten humor był już chyba z kategorii czarnego, ale Wilkinson już taka była – bezpośrednia. Poza tym szybko przywykała do warunków, w których była. Może powinna czuć respekt, lekką grozę i tak dalej, ale ostatecznie czy będzie cicho czy głośno, to i tak nikomu już nie zrobi różnicy.
- Trochę tu sztywno – zażartowała. – Ale przyszłam, więc będzie weselej – jej gadulstwo było znane chyba połowie personelu szpitala, bo jako pacjentka była trochę nieznośna. No bardziej niż zwykle. Kiedy mogła zwiać z sali, to właśnie tak zrobiła, a potem dostawała zjeb i tyle. Czy to ją powstrzymywało w czymś? A gdzie tam!
- Jestem pewna w pięćdziesięciu procentach, że mnie tu zatrudnią – dodała, czując atmosferę miejsca i dostała nawet lekkiej gęsiej skórki. – Czyli… może tak, może nie. Pewnie bardziej nie, niż tak. No ale zobaczymy – uśmiechnęła się promiennie.
Olivia Calvert
Poza tym to było dobre miejsce do rozmów, bo nikt tam prawie nie wchodził.
Oczywiście kiedy załatwiła swoje sprawy, zajrzała do kawiarni, gdzie zakupiła dwie kawy. Czy czekała na kogoś? Nie tym razem. To raczej czekano na nią. Umieściła kubeczki w swojej przepastnej torbie, unieruchamiając je jakoś, by się nic nie wylało i jak gdyby nigdy nic, udała się do przybytku martwych, gdzie panowała jedyna i niepowtarzalna królowa umarlaków – Olivia Calvert.
Oczywiście dała znać, że zaraz przyjdzie i póki co czai się tam, gdzie w sumie nie powinna być. Od biedy jeśli ktoś ją zatrzyma, powie, że się zgubiła? Albo, że ma tam pracować i zwiedza sobie szpital? Mogła też powiedzieć prawdę, bo dlaczego nie? Poradzi sobie, ale tak się stało, że nie musiała zmyślać. Dotarła bez problemów i po prostu zapukała, a po chwili uchyliła drzwi do pomieszczenia i wsunęła tam głowę.
- Dzień dobry – rzuciła wesoło, chociaż panowała tam cisza, wiało chłodem i trąciło trupem. Ale nie była niemiła, każdy kiedyś przecież umrze. Inez przywykła do tej myśli. – Mam kawę i jakieś ciacha, no i nie zawaham się ich użyć! – było to dość groteskowe wejście, poza tym ten humor był już chyba z kategorii czarnego, ale Wilkinson już taka była – bezpośrednia. Poza tym szybko przywykała do warunków, w których była. Może powinna czuć respekt, lekką grozę i tak dalej, ale ostatecznie czy będzie cicho czy głośno, to i tak nikomu już nie zrobi różnicy.
- Trochę tu sztywno – zażartowała. – Ale przyszłam, więc będzie weselej – jej gadulstwo było znane chyba połowie personelu szpitala, bo jako pacjentka była trochę nieznośna. No bardziej niż zwykle. Kiedy mogła zwiać z sali, to właśnie tak zrobiła, a potem dostawała zjeb i tyle. Czy to ją powstrzymywało w czymś? A gdzie tam!
- Jestem pewna w pięćdziesięciu procentach, że mnie tu zatrudnią – dodała, czując atmosferę miejsca i dostała nawet lekkiej gęsiej skórki. – Czyli… może tak, może nie. Pewnie bardziej nie, niż tak. No ale zobaczymy – uśmiechnęła się promiennie.
Olivia Calvert