Rozbawiło mnie trochę to, jak Felix stwierdził, że moje zachowanie było kochane. Właściwie to powinienem był przewidzieć, że właśnie w ten sposób obróci on całą sytuację przeciwko mnie. Przyszedłem tutaj z zamiarem zrobienia mu wykładu, a wystarczyło kilka minut, żebym został przedstawiony jako troskliwy kumpel, który prawdopodobnie przez ostatnie trzy dni siedział przy telefonie i nerwowo obgryzał paznokcie. Nie miało to oczywiście nic wspólnego z prawdą. No, może trochę.
-
Nie rozpędzaj się tak z tym kochane - odpowiedziałem, marszcząc lekko brwi. -
Sprawdzenie, czy nadal żyjesz, to absolutne minimum. Zwłaszcza, że najwyraźniej sam nie jesteś w stanie tego regularnie potwierdzić.
Prychnąłem pod nosem. Wiedziałem przecież o jego problemach z sercem i właśnie dlatego te kilka dni ciszy działało mi na nerwy bardziej niż chciałem przyznać. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, to pewnie po drugiej wiadomości uznałbym, że ma własne życie i odezwie się później. W przypadku Felixa moja wyobraźnia zdecydowanie szybciej zaczynała podsuwać mniej przyjemne scenariusze. Nie zamierzałem jednak robić z tego wielkiego halo. Nie teraz, gdy wszystko było w porządku.
-
Kawę możesz mi postawić w ramach odszkodowania moralnego - dodałem. -
Ale nie dzisiaj. Dziś masz opuścić mieszkanie na dłużej niż czas potrzebny do wyrzucenia śmieci. - Na wzmiankę o drzwiach tylko wzruszyłem ramionami. -
To zacznij je zamykać. Oszczędzisz pieniądze, a ja nie będę musiał zastanawiać się, czy następnym razem zastanę tutaj ciebie, czy gościa, który wynosi ci komputer.
W sumie, to sam fakt, że tak po prostu wszedłem do środka, nadal wydawał mi się trochę absurdalny. Dobrze, że trafiłem akurat na niego, bo w innym przypadku nasze spotkanie mogłoby skończyć się zdecydowanie mniej przyjemnie. Na pomysł wieczorem przy grach pokręciłem lekko głową.
-
Da się zrobić. Jak człowiek odpowiednio złapie wszystkich za mordę i poda konkretny termin, to nagle okazuje się, że dorosłe życie nie jest aż tak skomplikowane - stwierdziłem. -
Najwyżej zrobię listę obecności, tak jak na treningu.
Kiedy padło określenie randeczki, to spojrzałem przed siebie przez sekundę z kompletnie neutralnym wyrazem twarzy, po czym delikatnie się uśmiechnąłem.
-
Nie schlebiaj sobie - rzuciłem. -
Gdybym zabierał cię na randkę, to miałbym przynajmniej lepszy plan niż jedzenie i bilard wymyślone pięć minut temu. - Zorientowałem się dopiero po chwili, że właśnie sam przyznałem, iż żadnego planu wcześniej nie miałem. Skrzywiłem się lekko. -
Tego ostatniego nie słyszałeś. Ale przyznaj, że kusi cię randka ze mną, co? - dodałem z zadziornym uśmieszkiem.
Jeżeli chodziło o jedzenie, to właściwie nie miałem wielkich wymagań. Sam potrafiłem zjeść prawie wszystko, szczególnie po treningach, kiedy mój organizm zachowywał się tak, jakbym przez tydzień nie dostał żadnego posiłku.
-
Jasne, znajdziemy jakieś miejsce z deserem. Nie chcę mieć na sumieniu twojej tragedii związanej z brakiem sernika - odpowiedziałem. -
Ale jeżeli lekarz mówi ci, żebyś ograniczył słodycze, to może jednak nie powinieneś traktować tego jak sugestii z neta - dodałem. -
Dobra, koniec kazań. Raz na jakiś czas, też nie zaszkodzi trochę zaszaleć.
Sam nie wiedziałem, dlaczego zabrzmiałem przez sekundę prawie odpowiedzialnie. Chyba obecność Felixa miała na mnie jakiś dziwny wpływ.
-
Możemy iść gdzieś na burgery albo steki. Tam przynajmniej zjesz coś konkretnego, zanim zaczniesz wcinać ciasto.
Wtedy padło kolejne stwierdzenie dotyczące tego, że jednak trochę mi na nim zależało. Oczywiście. Westchnąłem i przewróciłem oczami, ale tym razem nie odpowiedziałem od razu. Mógł żartować soie ile chciał, ale prawda była dość prosta. Zależało mi i gdyby było inaczej, to nie byłoby mnie tutaj. Nie sprawdzałbym telefonu przez trzy dni i nie zastawiałbym się, czy powinienem do niego zadzwonić jeszcze raz. Nie znałem jednak zbyt wielu sposobów na mówienie takich rzeczy wprost bez poczucia, że nagle zachowywałem się jak ktoś zupełnie inny. Dlatego wybrałem najprostszą drogę, jaką był żart.
-
Troszeczkę - przyznałem. -
Naprawdę minimalnie. Tak mało, że ledwo da się zmierzyć.
Kiedy Felix podszedł i mnie przytulił, to miałem ręce opuszczone wzdłuż ciała. Nie należałem do ludzi, którzy przy każdej okazji rzucali się znajomym na szyję, ale też nie zamierzałem robić z tego wielkiego problemu. Ostatecznie objąłem go krótko jedną ręką i poklepałem po plecach.
-
Dobra już, bo jeszcze ktoś zobaczy - mruknąłem i odsunąłem się po chwili. Nie chciałem jednak, zęby moje żarty całkowicie przykryły to, co naprawdę chciałem przekazać. -
Tylko następnym razem odpisz cokoliwek, ok? - powiedziałem już trochę poważniej. -
Możesz chociaż wysłać kropkę, emoji albo zdjęcie kota. Wszystko jedno, byle bym wiedział, że nie muszę tu przyjeżdżać i sprawdzać, czy wszystko jest okej.
Nie ciągnąłem tematu dłużej, bo i tak powiedziałem chyba wystarczająco dużo. Kiedy po raz kolejny usłyszałem propozycję dostania w domu, to spojrzałem na niego podejrzliwie.
-
Nie - odpowiedziałem natychmiast. -
Nie próbuj nawet mnie teraz przekupić swoim wspaniałym towarzystwem. Dobrze wiem, co robisz. Zostaniemy tutaj, zamówimy żarcie, a potem zaproponujesz jedną grę, a za trzy godziny zorientuję się, że znowu siedzisz przed kompem i robisz coś do pracy. - Wskazałem palcem w stronę drzwi. -
Wychodzimy. Zjemy coś, znajdziemy ci ten cholerny deser, a potem przegram z tobą w bilard na tyle delikatnie, żebyś nie płakał. - Uśmiechnąłem się szerzej. -
To znaczy ty przegrasz. Wiadomka.
Felix Carlson